Goniec

Register Login

przewodnik-kresyChoć dziś Kresy należą do Ukrainy, Białorusi oraz Litwy, i wszelkie głupie rojenia o przyłączeniu Kresów szkodzą Polsce, Polacy nie mogą zapominać o polskiej przeszłości tych ziem, o tym jak ważne były one w naszej historii. Kresy nie będą już w granicach Polski, ale na trwałe muszą być w naszej narodowej tożsamości. W ponownym odkryciu Kresów na pewno pomoże wydany staraniem wydawnictwa AA 264-stronicowy „Przewodnik po Kresach. Ukraina, Białoruś, Litwa” autorstwa Jędrzeja Majka.

   Jak informuje wydawca, „niniejszy przewodnik pomoże przygotować się do podróży na Kresy – znajdujące się obecnie w granicach Ukrainy, Białorusi i Litwy. Turystom indywidualnym, czy też podróżującym w małych grupkach pozwoli zaplanować najlepszą trasę. Turystom, którzy jadą na wycieczkę zorganizowaną, przybliży miejsca, które będą zwiedzać. Również osoby, które z różnych powodów nie mogą podróżować, znajdą w przewodniku pożyteczną lekturę: ilustrowane źródło wiedzy o zabytkach, pamiątkach historycznych i bogactwie kultury na Kresach”. Według informacji wydawcy, „przewodnik podzielony został na trzy części: Ukraina, Białoruś i Litwa. Część pierwsza, Ukraina, ze względu na duży obszar tego państwa, została dodatkowo podzielona na cztery podrozdziały: ziemia lwowska, Podole, Wołyń i Huculszczyzna”.

        Wydawca informuje, że „każdy rozdział poprzedzony został blokiem informacyjnym zatytułowanym Poradnik turysty oraz aktualną mapą samochodową. Informacje tutaj zawarte pozwolą wybrać najlepszy termin na podróż oraz środek transportu. Poradnik zawiera pakiet niezbędnych informacji dotyczących przekraczania granicy, ubezpieczenia, bezpieczeństwa etc. Zasadniczą część każdego rozdziału stanowi przegląd najważniejszych miejscowości, przedstawienie ich historii, opis atrakcji wartych obejrzenia, ciekawostki oraz informacje praktyczne. Dodatkowo, w przypadku dużych miejscowości, zamieszczone zostały aktualne plany. Na końcu przewodnika zamieszczono indeks miejscowości”.

        Publikację ilustruje 400 kolorowych zdjęć. Czytelnicy w publikacji znajdą informacje o transporcie (szczególnie użyteczne dla kierowców samochodów, by wiedzieli, jakie zasady regulują ruch drogowy na Kresach), godzinach pracy, zagrożeniach sanitarnych, zabytkach (w tym o ich historii i godzinach mszy w kościołach).  Autor opisuje, co warto zobaczyć w kolejnych miastach i krajach.

Jan Bodakowski

piątek, 25 maj 2018 08:07

Byłem w Polsce (7)

Napisane przez

Wyjeżdżaliśmy do różnych miast i trzeba przyznać, że wszędzie było ładnie. Droga do Trójmiasta, A-2 do Poznania, Kraków, Wrocław, Karpacz, Zakopane, Rzeszów... To były wycieczki w różnych porach tego samego 2017 roku. I jakkolwiek w lecie zawsze jest najprzyjemniej, to inne pory też mają swój urok.

Jeździliśmy do Domu różnymi drogami. Dla urozmaicenia. Jedna z nich prowadziła przez piękne osiedle białych domków pokrytych czerwoną dachówką. Parkany były żelazne, wszędzie tablice informujące o systemach alarmowych, roślinność imponująca, na podjazdach eleganckie „wypasione bryki”, a na gankach wielkie, rasowe psy, które od czasu do czasu czujnie podnosiły swoje szlachetne łby, ale nie szczekały. Tak jakby chciały powiedzieć, że wszystko widzą i słyszą, ale mając poczucie swojej siły, nie będą się zniżać do poziomu kundla, który biega jak wściekły wzdłuż płotu, obszczekując każdego przechodnia. 

        To zamożne osiedle sprawiało wrażenie spokoju i dobrobytu. 

        – Tak jakbyśmy byli gdzieś w Bawarii – myślałem. 

        Swoją drogą, trochę dziwiły te wszechobecne zabezpieczenia przed złodziejami, ale wytłumaczono mi, że tak trzeba i że nie mam pojęcia, co się działo we wczesnych latach dziewięćdziesiątych, kiedy to podobno (powtarzam „podobno”) rozboje i włamania były bardzo częste.

        Co do nas, to – chwalić Boga – nigdy nic się nie stało, ale coś musiało być na rzeczy, bo na przykład w czasie szukania parkingu w okolicach budowanego właśnie CDT jakiś stojący na chodniku dżentelmen dał mi ręką znać, żebym zaparkował w małej zatoczce. Podjechałem. Poczułem od niego sympatyczny zapach alkoholu. Uśmiechnięta buzia. 

        – Prezesie – powiedział – pan sobie stanie tutaj. Pan da parę złotych na herbatę, a ja popilnuję, żeby nikt panu czasem lusterka nie wyłamał, albo jakimś gwoździem lakieru nie porysował, albo opon nie poprzebijał...

        Muszę przyznać, że szczegółowość tej listy mogących mi się przytrafić wypadków trafiła do mnie tak wyraźnie, że dałem mu parę złotych i zostawiłem auto.

        Gdy wróciłem, wszystko było w najlepszym porządku, ale mojego opiekuna nie było. Pewnie musiał pójść na herbatę.

        Widzi się czasami żebrzących, biednych, może naciągaczy – kto to wie? Bywa, że są to małżeństwa (?) z małym dzieckiem leżącym na kolanach kobiety, albo mężczyzna z psem, czy młoda, dobrze ubrana dziewczyna klęcząca na chodniku... Takie obrazki widać też przy kościołach, ale akurat proszenie o jałmużnę w tych miejscach jest w jakimś sensie przyjęte. Tak przecież było od niepamiętnych czasów. Takie obrazki widać w każdym mieście – nie tylko w Warszawie.

        Szczególnie młode, klęczące, na pierwszy rzut oka zdrowe dziewczyny robiły na mnie jakieś dziwne, trochę niesamowite wrażenie. Po prostu klęczały. I to na obu kolanach. Wyprostowane. Czasami uśmiechały się boleśnie, jakby przepraszająco, a czasami tylko klęczały i patrzyły na przechodzących. Ten ich wzrok przesuwał się za nimi, może z wyrzutem, a może z żalem – trudno mi było odgadnąć. 

        Wspomniałem o parkingu koło CDT i o dżentelmenie, który ofiarował się „pilnować” auta. 

        Dziś słynny dom towarowy jest w supergeneralnym remoncie. Ma dostać oryginalny wygląd – taki jak kiedyś – za czasów swojej młodości w latach pięćdziesiątych. Pamiętam go dobrze.

        Na najwyższym piętrze była kawiarnia, w której powszechnie wtedy znana pani Barbara Hoff organizowała pokazy mody. Nie tylko tam. Widziałem ją na otwarciu Domu Towarowego Junior w zespole Domów Towarowych Centrum. 

        W lipcu 1969 roku, wraz z grupą koleżanek i kolegów, w ramach Ochotniczych Hufców Pracy pracowałem w cegielni w Chylicach pod Warszawą. Te hufce wcale nie były takie ochotnicze i niektóre nasze koleżanki cierpiały z powodu prymitywu zakwaterowania, złego wyżywienia i ciężkiej pracy, ale tak było i pozostawało jedynie „ochotniczo” zacisnąć zęby i starać się dotrwać do końca tego „zesłania”. 

        I właśnie tam, któregoś dnia, dostaliśmy polecenie uczestnictwa w otwarciu nowego domu towarowego – Juniora. Telewizja nagrywała wielką fetę, na której mieliśmy stanowić tło w postaci grupy tańczącej młodzieży dla występujących solistów. Jednym z tych solistów był Edward Hulewicz z grupą Heliosi. Wszystko odbywało się na dachu-tarasie Juniora. Po występie mieliśmy w nagrodę możliwość zakupów – jeszcze przed oficjalnym otwarciem.

        I właśnie wtedy – przed występem Hulewicza – Barbara Hoff prezentowała swoją kolekcję. Piękne modelki spacerowały wyuczonym krokiem po tarasie.

        Nic wtedy o pani Hoff nie wiedziałem, ale nasze koleżanki znały ją świetnie, wzdychały z zachwytem i z nabożeństwem powtarzały „Hoff, Hoff...”. 

        Takie to było moje „spotkanie” z polską dyktatorką mody!

        Począwszy od tego roku, czyli od czasu otwarcia, Domy Centrum zaczęły przyćmiewać swoim blaskiem stary CDT, który nie wytrzymywał konkurencji, męczył się i szarpał jak szczupak w więcierzu, aż wreszcie straszny pożar 1975 roku zakończył jego agonię. 

        Teraz ma szansę wrócić na dziejową scenę i znowu stać się sztandarową placówką handlową w Warszawie. 

        Czy wytrzyma konkurencję z wielkimi galeriami? Bóg jeden raczy wiedzieć!

        To, że w całej Warszawie, na każdym kroku widać chęć podkreślenia przeszłości, jest imponujące. Odnawia się stare kamienice, odbudowuje pamiątki przeszłości, wraca do dawnych nazw sklepów, znaków firmowych, herbów. Pewnie, że widząc te wszechobecne zmiany, żal mi było wielu nazw ulic i placów, ale tłumaczyłem sobie, że te akurat są usprawiedliwione. Jedne bardziej, inne mniej, ale są! Ostatecznie jak długo można było patrzeć, na przykład, na Krwawego Felka?! 

        W tydzień po naszym staromiejskim spacerze wybraliśmy się na inny – może nawet ciekawszy. Oś Saska. To nie jest długa trasa – raptem coś około półtora kilometra, ale jej perspektywa jest jedną z najpiękniejszych w mieście. Ciągnie się od Krakowskiego Przedmieścia – tuż od pomnika Prusa koło Bristolu, poprzez plac Piłsudskiego, Grób Nieznanego Żołnierza i dalej przez park ze wspaniałą fontanną i jeszcze dalej przecina Marszałkowską, plac Za Żelazną Bramą i dochodzi do pałacu Lubomirskich koło Hali Gwardii. 

        Z tym spacerem wiązało się moje dawne wspomnienie. 

        Otóż w szóstej czy może siódmej klasie szkoły podstawowej dostaliśmy zadanie, żeby narysować ulicę miasta. Jakoś mi to nie wychodziło. Męczyłem się i próbowałem, ale z marnym rezultatem. Poprosiłem więc moją mamę o pomoc, a ona paroma kreskami naszkicowała mi wspaniałą, szeroką ulicę, która biegła prosto i w jej perspektywie widać było dwie, wysokie, kościelne wieże. Zaraz potem, od siebie, narysowała drugą. Tym razem to była piękna aleja ze wspaniałą fontanną w kształcie płaskiego kielicha.

        Oba szkice zachowałem przez wiele lat. Do szkoły skopiowałem ten pierwszy – z wieżami w tle. 

        Nie pytałem wtedy mamy o te ulice. Przyjąłem, że są produktem wyobraźni, ale po przyjeździe do Warszawy olśniło mnie, że te dwie perspektywy faktycznie istnieją! Ta pierwsza okazała się ulicą Marszałkowską widzianą od dzisiejszego ronda Dmowskiego w kierunku placu Zbawiciela. Tę chwilę pamiętam doskonale. W dalekiej perspektywie ujrzałem dwie wysokie wieże kościoła Zbawiciela. Widziałem też kandelabry na MDM i wszystko było tak jak na rysunku mojej mamy! 

        Drugą była właśnie Oś Saska widziana z Krakowskiego Przedmieścia! 

        Moja mama miała wspaniałą malarską pamięć i umiała ją wykorzystać. 

        Ten spacer wzbudził moje bardzo mieszane odczucia.

Zostałem księdzem, dwa lata pracowałem w Siedlcach. Powiedzieli mi, że nadaję się, chociaż bardzo oblaci chcieli mnie wysłać na studia plastyczne. Zaczynałem między innymi „Misyjne Drogi” z ojcem Lubowickim, Marianem Puchałą, ojcem Kupką. Byłem w pierwszym wydaniu i od grafiki z ojcem Kupką. 

        To były czasy, kiedy trzeba było robić szpalty, rysunki, suwmiarką mierzyć, nie to co dzisiaj. Byłem tam od grafiki, wtedy jeszcze nie było komputerów, i byłem od tworzenia Kalendarza Misyjnego, bo to w moim kursie powstały te dwa projekty, które są do dzisiaj. Takim motorem, jeśli chodzi o inteligencję i teksty pisane, był ojciec Kazimierz Lubowicki z kursu, a ja się przyczyniałem do tego graficznie. Dzisiaj to się robi na komputerach. Ale zostawmy to. Było to jedno z dzieł, na które miałem wpływ od początku. 

        Dwa lata Siedlcach. Jest taki wspaniały moment, może to pominę, ale ojciec Kupka, który był kiedyś prowincjałem i był odpowiedzialny za „Misyjne Drogi”, Kalendarz, przez te wszystkie układy, to on mnie strasznie maltretował, żebym studiował coś ze sztuki. Mnie to denerwowało. I raz, przyznam się do kamery, zapisane niech będzie, brzydką rzecz powiedziałem. Ojciec Kupka miał wykształcenie architektoniczne, ale nie miał uprawnień, i chciał, żebym takim był, który ma różne uprawnienia. 

        Jak już nie chciałem tych sztuk pięknych, mówię: Proszę ojca, pójdę na studia, dziewczyny mnie zwiodą, ja chcę być księdzem. On: Nie, nie. A ja mówię, nie chcę ryzykować, nie będę, ja mogę malować, rysować, ale bez studiów, ja tam się nie obronię. No to zaocznie, architekturę. Ja mówię nie, ja słaby jestem z matematyki, nie lubię obliczeń. On na to, że jednak trzeba. 

        Ojciec Kupka nie był u nas popularny za swoje projekty, ponieważ wszystkie były chybione bardzo i do dzisiaj my to cierpimy. Poznań to jest jeden z jego pomysłów. 

        I kiedy my siedzimy nad projektem „Misyjnych Dróg”, robimy i on mi truje, idź na architekturę, zarobisz pieniądze, to się przyda. Ja mówię nie. Ale dlaczego? Mówię – i tu diabeł wstąpił we mnie – bo ja nie chcę, żeby mnie tak przeklinali za moje projekty, jak przeklinają ojca. 

        Nastąpiła cisza, która trwa do dzisiaj. Rozmawialiśmy, nie pogniewał się na mnie, nigdy więcej ojciec Kupka do czasu wyjazdu do Kanady, to jest siedem lat mojego kapłaństwa, spotykałem się z nim regularnie, bo trzeba było robić „Misyjne Drogi”, nigdy więcej nie powiedział studiuj. Że będą mnie tak klęli jak jego, przemówiło to do niego.

        On uparty był. To też jest taki element odczytania. Ja próbowałem odczytywać, czego Bóg ode mnie chce, na tej samej zasadzie jak wtedy chłopak, Panie, co mam robić? Bo przyszedł mi pomysł na misję. 

        Przed święceniami pytają się mnie, gdzie chcesz pracować? Mówią będziesz misjonarzem ludowym, masz zdolności do gadania. Jak szedłem do Markowic, mówiłem tak. No dobrze, chcę być księdzem, bo naprawdę chcę być księdzem, tylko Panie Boże, nie dopuść, żebym ja musiał kazania głosić, bo ja w życiu ich nie powiem. Patrzę, wychodzą na ambonę, mówią pół godziny, czterdzieści minut, godzinę... Ludzie, ja wszystko będę robił, tylko proszę, żeby nie było kazań, coś tam krótko, żebym nie był kaznodzieją. Pan Bóg ma poczucie humoru. I to, o co prosiłem, żebym nie robił, robię najczęściej. 

        Ale właśnie dwa lata po Siedlcach posłali mnie na Święty Krzyż, bo trzeba było misjonarza, i nie miałem kazań gotowych, bo na rekolekcje trzeba mieć, a tam zaczynałem od misji peregrynacyjnych relikwii Krzyża Świętego. Ojciec Wucjusz śp., który uczył nas homilektyki, on mi mówi: zbieraj te homilie niedzielne, pisz, bo ci się przydadzą, bo ty masz być misjonarzem. Ja misjonarzem? Gdzie tam, w życiu! 

        Pierwsze kazanie, które do egzaminu było, miałem napisane, z ojcem Wodzem opracowałem, on mi je trzy razy poprawiał. Pisał, pisał, napisane było super, no i trzeba było nauczyć się na pamięć i stanąć przed całym seminarium i profesorami w niedzielę i je powiedzieć. Miałem dobrą pamięć, kiedyś, przed uszkodzeniem mózgu, stanąłem i mówię. Ale po pierwszym zdaniu mi się zacięło, a tu trzeba kazanie powiedzieć. Wiedziałem, co chcę powiedzieć, tylko już żadne ze zdań wyuczonych mi nie przychodziło. To poszedłem, przestawiając punkty w kazaniu, tylko żeby powiedzieć, to co mam powiedzieć. Pomieszałem, pomieszałem, i wyszło. 

        Skończyłem zadowolony, bo inni mieli kartki, ściągę, jak się zaciął, to wyjął, przeczytał i koniec, trudno, to nie było na egzamin końcowy. A ja wchodzę w fantazję, poszło, skończyłem. 

        Ojciec Wódz mnie potem woła, wiesz, dobrześ przeredagował to kazanie. W tej formie, w której powiedziałeś, jest lepsze niż to, co myśmy opracowali. Masz zapisane? Proszę ojca, teraz już mogą powiedzieć. Ja się nauczyłem na pamięć, tak jak ojciec kazał, ale jak stanąłem i was zobaczyłem, to mnie zacięło i po prostu pojechałem już od serca. On mówi: wiesz co, nie ucz się kazań, jak będziesz kiedyś misjonarzem, a będziesz, powinieneś, nie ucz się kazań na pamięć, napisz, ale mów od serca. 

        I tak do dzisiaj jest. Piszę, ale zawsze jest inaczej, niż napisałem. To też jest w jakiś sposób odkrywanie charyzmatów czy darów, jakie Bóg daje, przez takie wydarzenia. Może to są trochę śmieszne historie. Dla mnie to są znaki Bożego działania, Ducha Świętego, jak prowadzi, jak kształtuje, jak nas przemienia. Kiedy mamy to założenie, Jezu, co Ty o tym myślisz, co mam robić i jak mam robić, to kiedy pytam, to zawsze jest odpowiedź i zawsze Jego odpowiedź jest lepsza czy łatwiejsza niż ta, co ja sobie wymyślę.

        I przyszedł pomysł. Jestem na Świętym Krzyżu już od roku, jeżdżę, dziewięć misji peregrynacyjnych, jeszcze jakieś historie, przyjeżdżają biskupi. Kurczę, taki był Materski ksiądz biskup, postrach księży, zwłaszcza zakonników. Mówią mi, ma gardło chore, powiedz kazanie. Ojciec Pestka, który był starszy, mówi: Wiesiu, ty powiesz kazanie. Ludzie! I to na powitanie. Tam są tysiące ludzi, biskup Materski za mną stanie. Przerażające! 

        Tam jeszcze jest wikary, taki mundry, mundry bardzo, i chciał bardzo się w kazaniu popisać, bo był znany z tego, że kazania bardzo dobrze mówi, i dowiedział się, że biskup nie będzie kazania głosił. Pyta się, przed samą mszą, kto będzie kazanie mówił, bo on gotowy jest. A proboszcz pokazał na mnie, on, misjonarz, będzie mówił. I ten wtedy powiedział takie zdanie, przy mnie – to coś będzie mówić kazanie w miejsce biskupa? Proboszcz mówi tak, będzie głosił. 

        No to ja dodatkowo westchnąłem do Ducha Świętego, żeby mnie uzbroił, żeby dał słowa i wszystko. Nie mówię tego, żeby się chwalić, absolutnie, bo to jest niepotrzebne, ale po tym wszystkim – tam było może ze 40 – 50 księży, biskup podszedł, podał mi rękę i podziękował, Materski, który był postrachem, podziękował mi za kazanie. 

        Ja byłem przerażony, nie chciałem spojrzeć na biskupa, bo myślałem, że to było przerażające. Tylko czekałem, kiedy dokończę to kazanie, żeby mieć to załatwione. Ale kiedy biskup przyszedł mi podziękował za kazanie i ten wikary, który powiedział „to coś” o mnie, więcej się nie pokazał, bo księża przychodzili dziękować i pytali, czy mam to kazanie gdzieś napisane, żeby mieć tekst, bo to było o krzyżu, o cierpieniu, też patriotyczne o Polsce. To też taki był moment, kiedy musiałem się przełamywać. Miałem takich historii kilka. 

        Tam mnie spotkało zaproszenie do pracy do Poznania. Przełożeni mnie wezwali, żebym był powołaniowcem tutaj. Ja mówię, gdzie tam powołaniowcem, absolutnie, ja jestem człowiekiem do ludzi, z ludźmi, a nie jakieś biuro, listy. No ale dwa lata byłem, zaraz się poddałem, bo chciałem wyjechać na misję, ponieważ taka była historia. Jak nas przed święceniami pytają, kim chciałbyś być, pracować, czy chcesz na misję, większość wyjeżdżała wtedy do Kamerunu, na Madagaskar. A ja powiedziałem, że się nie wybieram na misję, że będę w Polsce, ale mam takie założenie, że jeżeli będzie gdzieś wyzwanie Kościoła, czyli Jezusa, do miejsca na świecie, gdzie trzeba kapłana, a nie będzie nikogo chętnego, to ja tam pójdę, czy to będzie Afryka, czy cokolwiek. Tak powiedziałem przełożonym. Czy to mówiłem szczerze? Chyba tak. Tak powiedziałem, to zostało zapisane. 

        I już jestem tym powołaniowcem tu, w Poznaniu, i zaczyna narastać we mnie coś z tymi misjami. Historia taka, że trzeba napisać pracę magisterską, a ja nie mam czasu pisać, bo jestem zajęty grafiką, rysunkami, malowidłami różnymi, „Misyjnymi Drogami”, w „Gitarach Niepokalanej” jeszcze na trąbce troszeczkę „dorabiałem na lewo”. Więc dla mnie magisterka to była strata czasu, ale był obowiązek. Co zrobić, żeby się nie napracować, a napisać magisterkę? 

        A! Wymyśliłem! Jest czasopismo przedwojenne „Oblat Niepokalanej”. Przeglądałem, patrzę – o, fajne, niedużo napisali, o Kanadzie, o pracy misjonarzy oblatów. Epopeja. Wezmę, pozaznaczałem, cyk, cyk, cyk, te artykuły pozbierałem. Ale jak zacząłem czytać, to mnie to zaczęło wciągać. I książki – francuski dosyć dobrze znałem, tak że mogłem czytać – i zacząłem coraz bardziej wchodzić w tematykę misyjną. Czytać książki, ale nie po to żeby napisać magisterkę. 

        Usiadłem i napisałem 180 stron jednym ciurkiem. Siedziałem i pisałem dwa wieczory. I teraz to, co napisałem, musiałem podzielić na rozdziały, posegregować, porobić przypisy itd. Zaniosłem to do o. Rejmoniaka. On przegląda to i mówi: weź to streść i przynieś mi 40 stron. W jeden wieczór streściłem, porobiłem przypisy. 

        Po co to mówię? Nie o to chodzi, że taki jestem, że mogłem to pokonać, tylko to znowu, jak Duch Święty prowadził mnie do tej Kanady. Nie miałem pojęcia, że kiedyś wyjadę do Kanady na misję, ale się zainteresowałem, żeby łatwym tropem napisać magisterkę, żeby mnie ona nic nie kosztowała, siedzenia itd. Wiedziałem, że z tej dziedziny nikt nie pisał magisterki, ja napiszę, nikt tego nie będzie poprawiał, nikt tego nie będzie czytał, ale to mnie wciągnęło. Osobiście, bo na papierze to jest byle jak napisane, ocenili chyba na cztery plus, ale mniejsza o to.

     

piątek, 25 maj 2018 07:46

Matka Boska pomogła?

Napisane przez

pruszynskiNagonka na Polaków w zachodnich mediach ustała z prostej przyczyny – jak w przypadku poprzednich nagonek wydarzyło się coś innego, co przyciągnęło uwagę mediów.

W tym przypadku starcia na granicy między Izraelem a Palestyńczykami. Mimo że Palestyńczycy byli od granicy z 500 metrów, to armia Izraela otworzyła ogień. Padło 50 Palestyńczyków i z 2000 jest rannych. Sprawa stanęła na Radzie Bezpieczeństwa ONZ i jak zwykle USA zablokowały uchwałę potępiającą zachowanie Żydów.


        Chicago

        Tym razem za ocean wyruszyłem fińskimi liniami. Powód prozaiczny, 200 dolarów taniej, ale przesiadka w Helsinkach. Finnairem mało lata rodaków, bo niestety, nie ogłasza się w „Gońcu”, a kiedyś ogłaszając się w moim „Expressie”, miał moc polskich klientów.

        Tamtejszy dworzec już ogromny, nowoczesny, stal i drzewo, oraz mnóstwo sklepów, ale ceny, zwłaszcza alkoholów, wyższe niż na Okęciu.

        Zamiast boeingiem leciałem do Chicago europejskim airbusem. Komfort podobny i jedzenie też, z tą różnicą, że pod koniec podróży dali nam znów ciepłe danie, a nie kanapki jak LOT.

        W drodze nie nudziłem się, bo czytałem ciekawą książkę Albina Siwaka, choć z niektórymi kawałkami nie zgadzałem się, zwłaszcza z tym, co przy okazji piszę o Marszałku Piłsudskim.

        Spotkałem w samolocie Rumuna, który przeniósł się do Chicago kilka lat temu i dostał od razu pracę zastępcy menedżera restauracji McDonalda, bo też w takiej w ojczyźnie pracował. Twierdzi, że podobne są tu i tam problemy, zbyt dużo pracowników jest leniwych, choć na początek dostają w USA 10 zielonych, a po 6 miesiącach już 15 i do tego mają darmowe wyżywienie.

        Na lotnisku odebrała mnie rodaczka z Białorusi, której brat kiedyś miał sklep z obuwiem damskim na rogu Bloor i Renamit w Toronto, naprzeciw mego mieszkania, i nawet udzielił mi ciekawego wywiadu dla mego „Expressu”.

        Przyjechałem do drugiego największego miasta polskiego w dobrym momencie. Była wszędzie bujna soczysta zieleń i jak na tą porę bardzo ciepło.

        Pani Zosia ugościła mnie bardzo po staropolsku, zjadłem smaczną kolacji i poszedłem spać.

        Na drugi dzień po śniadaniu ruszyliśmy w miasto, najpierw udając się do siedziby Związku Narodowego Polskiego, który spełnia dwie role, jest organizacją polską, a zarazem organizacją samoubezpieczeniową. Warunkiem koniecznym bycia jej członkiem jest wykupienie jakiegoś  ubezpieczenia, a najtańsze z coś 35 rodzajów jest ubezpieczenie na życie od wypadku rejsowym samolotem. To czyni ZNP silną finansową organizacją i trzeba dodać, że jest takich polskich organizacji ubezpieczających więcej w Chicago, główne to Związek Kobiet, Związek Podhalan oraz Związek Polsko-Katolicki, którego prezesem przez wiele lat był ni mniej, ni więcej stryj byłego I sekretarza KC PZPR Stanisław Kani.

        Nie zastaliśmy prezesa Spuli w ich obszernym budynku, porozmawialiśmy z jego sekretarką oraz chwilę znalazła dla nas pełniąca obowiązki redaktora naczelnego pani Alicja Otap, której dałem do recenzji swą książkę „Ile Żydzi Polakom zawdzięczają” i angielską wersję książkę śp. Szymona Datnera o ratowaniu Żydów. Ciekawi mnie, czy dadzą jej recenzje.

        Wizyta prezydenta Dudy rozpoczęła się w piątek. Miał on spotkania z burmistrzem miasta oraz gubernatorem. Potem była jego wizyta w Muzeum Polskim, gdzie jest sala poświęcona wielkiemu Polakowi, politykowi i pianiście Ignacemu Paderewskiemu.

        Mimo skierowanego tydzień przedtem do Konsula prośby o akredytację i wejście na różne imprezy, tego nie uzyskałem i nie dostałem się też tam. Czekając na decyzję, bym mógł wejść, od jednego z aktywistów Polonii Chicago, mówiącego świetnie po polsku, dowiedziałem się, że od trzech lat nie może dostać obywatelstwa i paszportu polskiego, tymczasem Żydzi dostają je w miesiąc i nikt nie pyta ich, jak znają polski i czy przypadkiem ich dziadowie nie mordowali w UB Polaków, a dotąd żadnemu z blisko 20 tysięcy tych „rodaków” paszportu nie odmówiono. Ponadto zgodził się ze mną, że władze PiS, tak jak dawniej PO, „olewają” rodaków z USA i Kanady. Nie mamy, jak Francuzi, Grecy czy Portugalczycy, swej reprezentacji w parlamencie. Przesyłamy do 6 mld dolarów do kraju i na nasz rynek importujemy towary za miliardy zielonych. Jedynym wyjściem, jego zdaniem, byłoby, by jednego lata zaprzestać latania do Polski, bo biurokraci każdego kraju, nie wyłączając Polski, reagują tylko na „kopniaki”.

        Drugą imprezą tego dnia było złożenie wieńców przez prezydenta pod pomnikiem katyńskim na polskim cmentarzu.

        Przed wejściem na cmentarz zgromadziło się z 40 osób z flagami, demonstrując z banerami wzywającym władze Polski do podniesienia się z kolan i nieustępowania Żydom.

        Na samym cmentarzu pod pomnikiem była przybyła z Polski orkiestra reprezentacyjna Wojska Polskiego, poczet sztandarowy Kompanii Honorowej WP i wiele pocztów sztandarowych Polonii chicagowskiej, w tym poczet sztandarowy 12. Pułku Ułanów Podolskich, jednostki, która polski sztandar zawiesiła na Monte Cassino.

        Tu zebrało się z 300 rodaków bardziej ciepło witających prezydenta i jego żonę, którzy po złożeniu wieńca podeszli do nich i z 15 minut z nimi rozmawiali. Na zakończenie uroczystości ambasador RP okazał się mało dyplomatyczny, nazywając demonstrujących godnie przed cmentarzem hołotą.

        Największą imprezą było spotkanie w sobotę w Millennium Park nad jeziorem Michigan. Tu na fotelach bliżej sceny zasiadło z 1000 osób i stawiły się tam liczne poczty sztandarowe miejscowej Polonii, a na murawie dalej za płotem drugi tysiąc. Czyli w sumie z 0,3 proc. rodaków z tej metropolii, to oczywiście da sygnał naszym wrogom, że z Polonią nie ma co się liczyć.

        Na murawie zjawiło się kilku młodych z transparentami niekoniecznie przychylnymi prezydentowi. Interweniowała policja, każąc je usunąć, zaś kilkunastu zwolenników KOD-u ustawiło się w szereg i miało na koszulkach litery tworzące w sumie napis – konstytucja – czym chciało napiętnować prezydenta za jej łamanie.

        Po odegraniu i odśpiewaniu polskiego i amerykańskiego hymnu przemawiał najpierw ambasador, potem konsul RP, a wreszcie sam prezydent. Następnie odbyło się długie wręczanie najpierw orderów, a potem dyplomów, w tym szkół polskich tej metropolii. Ja zaś poszedłem sprzedawać swą książkę „Ile Żydzi Polakom zawdzięczają” oraz wspomnianą wyżej angielską książkę śp. Szymona Datnera – dzięki czemu zdołałem pokryć prawie cały koszt przybycia do Chicago.

        Na murawie spotkałem pana Mariana Bagińskiego, który wydał po angielsku książkę „Jedwabne Massacre” przedstawiającą prawdę o tym „ewenemencie”. Niestety, nie podano adresu wydawcy, Patria Publishing, więc nie wiem, jak tę książkę czytelnicy mogą zdobyć.

        Zbierałem też podpisy pod apel dr Kurek o ekshumację w Jedwabnem. Szło dobrze, a gdybym nie musiał koncentrować się na sprzedawaniu książek, zebrałbym z 400 podpisów.

        Boleję, że nie było w sobotę bankietu czy balu z udziałem pary prezydenckiej. Na taką imprezę, kosztującą z 300 dol. od osoby, przybyłoby z 300 majętniejszych rodaków i tak można byłoby zebrać $$$$ na kilka stypendiów.

        No i na koniec coś praktycznego. W Chicago jest sporo polskich restauracji, ale ja zapoznałem się z jedną – „Old Warsaw” – przy 4750 N Harlem Ave. Bufet do wczesnego popołudnia za 17 dol., wieczorem za 27. Byłem dwa razy, jedzenie przednie i bardzo polecam.

Aleksander Pruszyński

piątek, 25 maj 2018 07:45

Zanikanie Prezesa

Napisane przez

ligezaUSA, Iran, Izrael, Syria, Rosja, Jemen, Arabia Saudyjska, w tle Chiny i milczące ostatnio, ale wciąż rosnące w siłę Indie – pomieszanie z poplątaniem i konia z rzędem temu, kto tę układankę (rozkładankę?) ogarnia i rozumie w całości. 

        Może Krzysztof Jackowski ogarnia, bo to w końcu najsłynniejszy polski jasnowidz, a jak wiadomo powszechnie, jasnowidzący widzą jasno wszystko to, na co wzrok skierować zechcą. A nawet jeśli nie zawsze widzą, to przecież nic takiego. 

        Tenże wywołany do tablicy Jackowski, widzi ostatnio stan zdrowia Jarosława Kaczyńskiego i stanem tym „jest zaniepokojony”. Zdaniem jasnowidza, przed końcem roku 2018. czeka Polskę zasmucające wydarzenie, zaś prezes Prawa i Sprawiedliwości do końca roku w polityce nawet „zaniknie” – cokolwiek „zaniknie” miałoby oznaczać. 

 

        DECYDUJE SPOŁECZEŃSTWO 

        Człowiek rozsądny powinien przejmować się podobnymi doniesieniami, bo żaden tabloid nie kieruje się rozsądkiem, a tylko tak zwanym „efektem sprzedażowym”. Stąd w tym tabloidzie Jackowski, a w innym niejaka Weronika, zapomniałem nazwiska, która: „Założyła ciasne majtki i wsiadła na rower”. Ludzie człowiekowate głupieją na potęgę: czy sensacją są ciasne majtki pani Weroniki, czy to, że wsiadła na rower, czy może jedno w kontekście drugiego? Ergo, jak się wydaje, nie najgłupszym rozwiązaniem byłoby zlekceważenie tabloidów, a w zamian skupienie uwagi na refleksji dotyczącej zamiarów sąsiada Polski z południa. Mówię o Republice Czeskiej, gdzie wybrany na kolejną kadencję prezydent Miloš Zeman nie kryje, iż: “Referendum w sprawie opuszczenia Unii Europejskiej przez Czechy jest już pewne, bo chce tego polityczna większość”. 

        Niech więc zdecyduje o tym społeczeństwo – oświadcza dalej Zeman i zaraz po wyborach przyjeżdża do Polski. 

 

NOWE FUNDAMENTY 

        Z człowiekiem pokroju Zemana rozmowy nie mogły być przyjemne. To nie konsumpcja grzanego piwa z sokiem malinowym w starannie dobranym towarzystwie. Prezydent Czech nie jest specjalnym fanem Trójmorza, a właśnie do tej inicjatywy przekonywali go i prezydent Duda, i premier Morawiecki, i obaj marszałkowie naszego parlamentu. Zeman tymczasem namawiał do szybszej integracji w ramach Grupy Wyszehradzkiej oraz przebudowy samego formatu, poprzez odcięcie się od neoliberalnej Unii i posadowienie wspólnoty na fundamentach „prawdziwych wartości”. 

        Wiele złego powiedzieć można o prezydencie Czech (weźmy jego zadziwiającą rusofilię), ale i on wiele złego powiedzianego o Polsce ma za uszami. Najgorsze wyrzekł pod adresem rządu i premier Ewy Kopacz, bo kiedy Polska zerwała wewnątrz unijne porozumienie Grupy Wyszehradzkiej w sprawie polityki imigracyjnej, wypalił, nic a nic nie owijając w bawełnę, iż: “Przyzwoity człowiek nie łamie porozumień”. 

 

        CELNA DIAGNOZA 

        Tak było, a na tamte słowa nawet dziś dłonie same składają się jeszcze do oklasków. Celna diagnoza można powiedzieć, przypominając, że o stawianie celnych diagnoz oraz właściwe oceny rokowań łatwiej w stanie podgorączkowym, ów stan oznacza bowiem mobilizację sił witalnych i systemu odpornościowego organizmu. To zjawisko pozytywne, pamiętajmy, niemniej jak wszędzie, tak i tu mamy do czynienia z pewnym „ale”. Otóż żaden system odpornościowy nie wytrzyma stanu mobilizacji w nieskończoność. Zapewne z tego właśnie powodu – to jest z powodu przegrzania systemu odpornościowego – Natalie Portman odmówiła przyjęcia “żydowskiego Nobla” (prestiżowe odznaczenie „Genesis Prize”). 

        Urodzoną w Jerozolimie małą Natalie pamiętamy z filmu według scenariusza i w reżyserii Luca Bessona pt. „Leon zawodowiec” z 1994 roku. Ćwierć wieku później jest ona absolwentką Harvardu, aktorką amerykańsko-izraelską, laureatką Złotego Globa i Oscara za rolę pierwszoplanową w filmie “Czarny łabędź”. Więc. 

 

OTARCIE O OCIERANIE 

        Portman oznajmiła więc, a było to w kwietniu tego roku, że nie chce być postrzegana jako zwolenniczka premiera Izraela, w związku z czym nie weźmie udziału w ceremonii wręczenia odznaczenia, na której ów miał przemawiać. 

        „Postanowiłam nie brać udziału, bo nie chciałam, by wyglądało na to, że popieram Benjamina Netanjahu” – powiedziała Portman, dodając, że nie chce bojkotować narodu, niemniej “tak jak wielu Izraelczyków i Żydów na całym świecie” ma krytyczny stosunek do przywódców Izraela za ich stosunek do Palestyńczyków. Ciekawe, co rzekłaby dzisiaj, to jest w połowie maja, gdyby obserwowała masakrę, do jakiej doszło na granicy Izraela ze Strefą Gazy. Tak czy owak, minister energetyki Izraela stwierdził, że: “Zachowanie gwiazdy ociera się o antysemityzm”. 

        Ale o tym to już cicho-sza. Mówię o ocieraniu. Jak wiadomo, człowiek może nie wiedzieć, że jest antysemitą, ale nikt może nie wiedzieć o tym w nieskończoność, poprzestając na samym ocieraniu się. Same z tego kłopoty. 

Krzysztof Ligęza 

Kontakt z autorem: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

piątek, 25 maj 2018 07:42

Przyczyny surdyny

Napisane przez

michalkiewiczPoniedziałkowa wizyta byłego prezydenta naszego i tak już przecież wystarczająco nieszczęśliwego kraju Lecha Wałęsy, zwanego pieszczotliwie Kukuńkiem, w Sejmie, wywołała potężny, chociaż oczywiście niezamierzony efekt komiczny.

Energiczna pani Anna Glinka, matka jednego z uczestniczących w proteście inwalidów, przed którą trzęsie się partia i rząd, a nieprzejednana opozycja i moralni autorytetowie podlizują się jej jeden przez drugiego, wraz z innymi energicznymi paniami, zaproponowała Kukuńkowi, żeby dołączył do protestu. „Mamy tu wolny materac”. Takiego nadmiaru szczęścia Kukuniek najwyraźniej się nie spodziewał, więc tylko, swoim zwyczajem, zadeklarował pragnienie przyjścia protestującym z pomocą, gdyby oczywiście wiedział, jak to zrobić – ale zaraz potem szybko się zmył pod pretekstem „ważnego spotkania” w Puławach.  Wszystkie te wydarzenia zostały odnotowane, oczywiście ze stosownymi komentarzami, zarówno przez telewizję rządową, jak i stacje nierządne, które w dodatku pokazały – pierwsza, jako zuchwalstwo ze strony energicznych pań, a drugie – jako przejaw małpiego okrucieństwa ze strony faszystowskiego reżymu – scenę, jak grupa funkcjonariuszy Straży Marszałkowskiej usiłuje poodklejać z sejmowych ścian rozmaite publikacje i kartki pocztowe, jakie w wielkiej obfitości nadsyłają – ale zostali przez energiczną panią Annę Glinkę powstrzymani i z podkulonymi ogonami się wycofali. Jednak pod Sejmem pojawili się inwalidzi, nazwijmy to – „rządowi” – którzy pryncypialnie protestujących w Sejmie skrytykowali. Przy okazji wyszła na jaw trochę kłopotliwa okoliczność. Otóż okazało się, że przez cały czas protestu, zarówno inwalidzi, jak i ich rodzice, są żywieni na koszt Kancelarii Sejmu, czyli podatników. Muszę ze wstydem się przyznać, że naiwnie myślałem, że w żywność zaopatruje protestujących moja faworyta, Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus, która ich do Sejmu zaprosiła, albo Komitet Obrony Demokracji – jeśli oczywiście pozostały tam jakieś pieniądze po defraudacjach pana Mateusza Kijowskiego, albo JE ksiądz biskup Tadeusz Pieronek, który podczas przesłuchania przez resortową „Stokrotkę” w TVN, na wszystkie pytania odpowiedział celująco, to znaczy – zgodnie z instrukcją, albo w ostateczności – pan Aleksander Smolar, który z ramienia starego finansowego grandziarza, rozdziela między autorytety moralne jurgielt z Fundacji Batorego. Tymczasem nic z tych rzeczy.  Protestujący przeciwko reżymowi jednocześnie jedzą temu reżymowi z tej samej ręki, którą w ramach walki o „godność” przy okazji co i rusz kąsają. To wyjaśnia, dlaczego protest trwa tak długo i dlaczego tyle autorytetów moralnych go „popiera”. 

        Coś jednak musiało się stać, bo w środę, 23 maja, ani w telewizji rządowej, co byłoby bardziej zrozumiałe, ale również w telewizjach nierządnych, o proteście inwalidów w Sejmie, który z tej okazji coraz bardziej przypomina jakiś lazaret polowy na zapleczu frontu wschodniego, nie ukazało się ani jedno słowo, ani żaden budujący bądź krytyczny obrazek. Czy to niemożność szybkiego znalezienia jakiegoś wyjaśnienia przyczyn, dla których protestujący jedzą reżymowi z ręki, czy z uwagi na przygotowania do szczytu NATO w Warszawie, czy wreszcie – z powodu włączenia hamulca przez starych kiejkutów, którzy dyskretnie nad wszystkim czuwają, zapanowało to zagadkowe milczenie – tajemnica to wielka, ale jakaś przyczyna musi przecież być. Możliwe, że zadziałała gorąca linia, założona jeszcze na potrzeby tajnych więzień CIA w Polsce i łącząca kwaterę główną starych kiejkutów z Departamentem Stanu, a ze słuchawki rozbrzmiała energiczna połajanka: „wiecie, rozumiecie, dosyć już tego burdelu. Z kim wyście się na łby pozamieniali, co wy chcecie pokazać podczas szczytu NATO? Jak Zjednoczone Siły Zbrojne Paktu Północnoatlantyckiego padają na kolana przed panią Glinką? Może jeszcze prezydent Trump zostanie poproszony, żeby któremuś podtarł tyłek, co? Tak żeście sobie wykombinowali, wy zakute łby? Jeśli nasze niezwyciężone połączone siły miałyby na oczach całego świata kucnąć przed panią Glinką, to kto nam uwierzy, że potrafimy utemperować Iran, powstrzymać złego Putina, albo innego Kim Dzong Una? Jazda mi, do roboty!”. Wyobrażam sobie, jak na takie dictum dyżurny generał w jednej chwili zwarł drżące kopyta w pozycji „baczność” i łamiącym się głosem zameldował: „słuszaju, wasze wieliczestwo, rad staratsia,  to znaczy pardon, excuse me towarzyszu sekretarzu, to znaczy – wielmożny panie sekretarzu, dopraszam się łaski i melduję posłusznie, że natychmiast wydam stosowne rozkazy dla niezależnych mediów!”. W ten sposób tłumaczę sobie surdynę nałożoną na telewizje nierządne, bo rządowa mogła zostać utemperowana normalnymi kanałami dyplomatycznymi. 

        Toteż nic dziwnego, że walka kogutów skoncentrowała się na zagadnieniu, komu i w jakich okolicznościach wolno odpalać race, a komu nie wolno. Okazało się bowiem, że podczas tak zwanego „Marszu Wolności”, w którym – jak przypuszczam – wzięli masowy udział zmobilizowani esbecy i ich konfidenci z rodzinami, dwóch parlamentarzystów Platformy Obywatelskiej, Wielce Czcigodny poseł Andrzej Halicki i Wielce Czcigodny poseł Arkadiusz Neumann,  odpalili race i ostentacyjnie  je trzymali. 

        Nawiasem mówiąc, sam nie wiem dlaczego, ale kiedy widzę Wielce Czcigodnego posła Andrzeja Halickiego, to zawsze przypomina mi się fragment poematu Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego: „Refleksje z nieudanych rekolekcji paryskich”: „A w tłumie wciąż te same twarze: oszusta i potępionego”. Policja ich sfilmowała, no i ma wystąpić o uchyleniem im immunitetu. 

        W tej sytuacji najważniejszą sprawą, jaką żyje nasz nieszczęśliwy kraj, stała się choroba Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego, który zachorował na nogi, a konkretnie – na kolano. Minister spraw wewnętrznych Joachim Brudziński przestrzegł w związku z tym „delfinów”, by uzbroili się w cierpliwość i nie próbowali nic kombinować na własną rękę, bo z tego wynikną tylko same zgryzoty. Takie poważne ostrzeżenie musiało na „delfinów” podziałać jak zimny prysznic, zwłaszcza że policja właśnie przystąpiła do likwidowania  mafii notariuszy i w Gdańsku aresztowała czterech, a jednego – w Warszawie – zaś sprawa wygląda na rozwojową. Ci notariusze na zlecenie lichwiarzy sporządzali akty notarialne, na podstawie których lichwiarze za drobne pożyczki przejmowali od starszych ludzi mieszkania. Ciekawe, czy ci lichwiarze nie byli aby podstawieni przez starych kiejkutów, żeby w ten sposób wprowadzić powtórnie do obiegu i przeprać forsę, w tajemniczych okolicznościach wyprowadzoną z „Amber Gold”. 

        Okoliczność, że aż czterech notariuszy kolaborujących w tymi lichwiarzami zatrzymano akurat w Gdańsku stanowi bardzo poważną poszlakę, że za tą mafią, podobnie zresztą, jak za wszystkimi innymi, stały stare kiejkuty, które stanowią prawdziwą gangrenę na ciele naszego narodu.

Stanisław Michalkiewicz   

piątek, 25 maj 2018 07:41

Obyś żył w ciekawych czasach!

Napisane przez

ostojanPiszę co parę tygodni felietony do „Gońca”, starając się nawiązywać do aktualnej polityczno-społecznej sytuacji w naszym szczęśliwym, dobrze prosperującym kraju nadwiślańskim między Bugiem, Odrą i Nysą – gdzie najważniejsze my są!

***

        Dawno, dawno temu, daleko stąd, w historycznym, stołecznym mieście Krakowie, w cieniu Wzgórza Wawelskiego, pojawiłem się cało i zdrowo na tym najlepszym ze światów. Wiek dwudziesty w 1934 był już dobrze zaawansowany. Marszałek Piłsudski, mocno schorowany, miał przed sobą jeszcze tylko nieco ponad pół roku życia. Żaden nie dożył wybuchu wojny. Ja zaś oczywiście doskonale pamiętam. Nocą w 1939 roku nad Krakowem ciemne niebo przecinały światła reflektorów szukające na niebie złowrogich samolotów Luftwaffe. Ale one były wtedy nad Wiedniem. Kraków ominęły. Zresztą cała późniejsza okupacja była w tym rejonie spokojna. Nie dla wszystkich.

        Mieszkaliśmy 16 kilometrów od centrum Krakowa, do którego jeździliśmy bryczką (frajda dla dzieci) tak zwanym gościńcem. Kiedyś przejeżdżaliśmy koło raczej biednych chałup, przed którymi jakieś rodziny z płaczem ładowały się na furmanki. To Żydzi wywożeni byli do getta w Płaszowie, osławionym potem w filmie „Lista Schindlera”, powiedziała mi mama. Płacz i narzekanie było głośne, co przeczy dzisiejszym twierdzeniom niektórych żydowskich publicystów, że starozakonni chętnie przenosili się do gett, bo tam mieli „autonomię” i byli oddzieleni od polskich „antysemitów”. Nie jestem historykiem, ale mam tę przewagę nad współczesnymi dziejopisami, że ja te czasy pamiętam, a oni nie. Takie „tuzy, publicyści jak Michnik, Hartman, Martenka, Michał Ogórek – okupacyjną rzeczywistość, o której się lubią wypowiadać, znają tylko z „pieśni i z powieści”. Ten ostatni urodził się zresztą w polskim mieście Stalinogród. Pytanie dla czytelników, jak się to miasto teraz nazywa? To lewacy. Ale także ci z prawej – Skwieciński, bracia Karnowscy, Zaremba, Ziemkiewicz, Cenckiewicz – też nie pamiętają osobiście często nawet sławnego marca 1968. A ja już byłem wtedy w Warszawie dziesięć lat po studiach i ten studencki „tumult” na żywo przeżywałem. Czym innym jest udział (nawet bierny) w wydarzeniach, a czym innym poznawanie tych wydarzeń z często tendencyjnych zapisów.

        Pamiętam też ulice przedwojennej Warszawy i francuskie autobusy MPK z maskami, które przypominały mi pyski buldogów. Okazyjnie wracam myślą do wojennych wieczorów, gdy podziwiałem światła przeciwlotniczych reflektorów i wystrzeliwane co jakiś czas jasne fajerwerki. Ale nie były kolorowe jak obecnie tutaj np. w Canada Day.

***

        Dzisiaj niektórzy publicyści stawiają hipotezy, że nie trzeba było wówczas walczyć z Hitlerem, lecz razem z  nim  iść na Moskwę. Nie zgadzam się z tym. Niemcy tak czy inaczej by nas połknęły. To przecież byli brzydcy naziści, za nic mający słowiańskich „podludzi”. A walcząc, my zmusiliśmy Anglię i Francję do wypowiedzenia wojny germańskim szaleńcom imperialistom. Tę wojnę mimo ogromnych strat i cierpień zadanych naszemu narodowi przez brunatny, a potem czerwony reżimy naszych suk...nów sąsiadów – ostatecznie jednak wygraliśmy! Przepraszam, ale w tym ustępie nie zgadzam się z pesymistą S. Michalkiewiczem. Fakty mówią za siebie. Mamy korzystniejsze niż w 1939 r. granice – rzeki, łańcuch Karpat i długie przyjazne morskie wybrzeże. Przepraszam też tu Kresowiaków, ale na Wschodzie sytuacja była nierozwiązywalna. Współżycie z rezunami było niemożliwe. Szkoda oczywiście Lwowa „Semper Fidelis”, który mógł zostać przy Polsce. Gdyby nie tchórzostwo naszych „internacjonalistycznych” komunistów, którzy trzęśli się (słusznie!) przed tyranem. Stalin się wahał. Wilno, cóż, to historyczna stolica Litwy, a więc nieco inna historia. A Litwa wybrała los republiki sowieckiej. Tak się Smetana porządził!

***

        Gdybym w 1938 roku był taki mądry jak teraz (cha, cha!), to poradziłbym Rydzowi-Śmigłemu raczej dać gwarancje wojskowe Czechosłowacji.  We wspólnocie siła! My mieliśmy dzielnego żołnierza, ale niestety mniej licznego i gorzej od Wehrmachtu wyposażonego, a pobratymcy mieli dobrze rozwinięty przemysł militarny, czeską „Zbrojowkę”. Przydała się ona potem Niemcom zamiast nam. 

        Zdradziecki Albion i dekadencka socjal-liberalna Francja nie podpisałyby chyba dyktatu monachijskiego. Wspólny nasz ewentualny opór byłby na tyle silny, że zachodnie „mocarstwa” musiałyby się, chcąc, nie chcąc, przeciw Niemcom do wojny włączyć. W 1938 hitlerowska armia nie była jeszcze tak silna jak rok później. No i ciosu nożem w plecy przez Stalina, z braku pretekstu, by nie było. Sytuacja nasza (i Czechosłowacji) byłaby o niebo lepsza. Ale jakby się sprawy ostatecznie ułożyły – to jest wróżenie z fusów kawy. 

        A tak mamy, co mamy. Korzystniejsze więc granice i niezwykle cenną czystość etniczną. Żydzi i Niemcy, acz niechętnie (!) Polskę opuścili. Jedni do himmel, drudzy do heimatu. A Kresowiakami, których banderowcy mordowali, zaludniono „piastowskie ziemie odzyskane”. Tam Chrobry tysiąc lat temu wbijał słupy graniczne! Co, źle to wygląda, panie Stanisławie? Jesteśmy wreszcie sami na swoim. Jest tu jednak pewna niemiła zaszłość. Oto Chachłaki, które mordując polskie kobiety i dzieci, walczyły o „Samostijną Ukrainę”, kiedy ją wreszcie dostały z łaski Gorbaczowa i Jelcyna, to nie umieją się w niej rządzić. Co za niespodzianka! Nie dla mnie. Pchają się do Polski, bo głodni. Jest ich już ponoć ca 2 miliony. Pomrukują też, że tzw. „Kraj Zakierzoński” (za linią Curzona) w Polsce to jest właściwie ziemia historycznie ukraińska! Były tam kiedyś, co prawda rozsiane wśród polskich, wioski Bojków, Gojków i innych Łemków, ale wśród Polaków byli mniejszością. Zresztą wielu nie uważało się za Ukraińców, tylko za „miejscowych”. Spłynęli z akcją „Wisła” na ziemie zachodnie. Czy przypadkiem dla biznesu (bo tańsi), wpuszczając Ukraińców, nie popełniamy historycznego błędu? Oni już mamroczą, że te ziemie powinny wrócić (!) i należeć do Ukrainy! Z głupia frant zapytam – po co? Żeby i tam bieda nastała? Wpuściliśmy kiedyś do Polski Żydów, bo szlachta nie chciała sobie brudzić rąk handlem. To ją deklasowało (Wokulski z „Lalki”). Południe USA, choć to daleka analogia, ale mająca wspólny mianownik, ściągało Murzynów niewolników, bo trzeba było zbierać bawełnę. Potem wynaleziono (za późno!!!) kombajn do jej zbioru. A czarne towarzystwo już się po całej północnej Ameryce rozlazło. Poprawnopolitycznie – bez komentarza.

***

        Teraz, wg S. Michalkiewicza i innych publicystów, których zresztą wysoko cenię, roztacza się katastrofalną aurę – że nad Polską gromadzą się „koszerne” chmury. Spokojnie! Nic więcej nie powiem na ten temat. Można go bowiem spotkać na wszystkich pozostałych stronach „Gońca”  (prawie na wszystkich). Dodam tylko, że Żyd w Polsce nigdy panem nie będzie. To nie jest stricte antysemityzm, ale rodzaj „genetycznej” pogardy dla chałaciarzy. 

        Pieniądz to dla nas, Polaków, nie wszystko. My, Polaki, som barwne ptaki! O ile jeszcze tzw. elity polskie, wśród których byli od dawna spolszczeni Żydzi, są dla nich tolerancyjne, to lud pracujący miast i wsi (zwłaszcza na prowincji) uważa, że np. nazwanie kogoś Żydem to jedyna z największych obelg. Trump i lobby żydowskie. Jak długo Amerykanie będą tak chętnie, żeby w interesie Izraela, a nie własnym, wyciągać swoimi rękami gorące kasztany z ognia? Wojna z Iranem – bo się go (słusznie) Netanjahu boi? Jaki Trump jest – każdy widzi. Wczoraj już-już miał bombardować Koreę Północną, a dziś grubaskowi rękę będzie ściskał. Czy notabene za uniknięcie wojny nuklearnej dostanie Nagrodę Pokojową Nobla? Przypuszczam, że wątpię. Od tej Akademii? Obama jeszcze w Białym Domu dobrze nie zasiadł i dostał. Za co? Bo czarny. Patrz pola bawełny. Jeśli zięć prezydentowi podpadnie, jego attitude może ulec szybkiej zmianie. A Trumpowi co miesiąc przecież ktoś z najbliższych współpracowników podpada. Lobby żydowskie? Wybory jeszcze daleko. Kto zresztą wie, czy Trumpowi się prezydentura nie znudzi i o drugą elekcję nie będzie się starał.

***

        Apeluję – nie straszmy się nawzajem! Nasi ewentualni „najeźdźcy” mogą nam skoczyć! A po Paryżu np. zaleca się im już raczej nie chodzić w jarmułkach. Powtarzam – pieniądze to nie wszystko. Czy uchroniły ich przed holokaustem? Hitlerowi zabrakło czasu, ale islam może Żydów wydusić Sami będą sobie winni. A od Polski wara!

Ostojan

Toronto, 15 maja 2018

NiemczykJanusz4 maja w City Hall w Toronto jak co roku Rada Dziennikarzy Mediów Etnicznych (National Ethnic Press And Media Council of Canada) zorganizowała obchody Światowego Dnia Wolności Mediów (World Press Freedom Day). I tu od razu moja obserwacja dotycząca Kanady w kontekście tego specjalnego dnia. 

        Otóż na przestrzeni swojej historii Kanada nigdy nie była w tak złym położeniu jak teraz. Nigdy nie było takiej rozbieżności między tym, na co kładą nacisk politycy, liderzy kanadyjscy, jak sprawa LGBT, poprawności seksualnej, legalizacji marihuany, a tym co się wokół Kanady dzieje i jaki to będzie miało wpływ na poziom życia Kanadyjczyków. Dotyczy to oczywiście stosunków polityczno-gospodarczych z USA. 

        W 1994 roku Kanada, USA i Meksyk podpisały porozumienie w sprawie wolnego handlu. W ramach tej umowy i umów towarzyszących Amerykanie dostali dostęp do wody, Kanadyjczycy zlikwidowali rafinerie ropy naftowej w Kanadzie i muszą kupować benzynę z USA. Od 10 lat, od czasu prezydentury Obamy, Amerykanie wycofują się z klauzul umowy NAFTA, które im nie odpowiadają, i utrzymują w mocy klauzule, które im odpowiadają. Oczywiście tę politykę USA można przypisać dużym kosztom wojen, w które wplątały się Stany, ale co do tego ma Kanada?

        Kanada ma do tego to, że jest pod ręka, jest blisko. 

        Ostatnim przykładem takiego odejścia od porozumienia między Kanadą a USA było wymuszenie sprzedania przez kanadyjską firmę Bombardier do Airbusa produkcji linii samolotów C-300. Samoloty C-300 będą montowane w USA. Kanadę rozwój linii tych wąskokadłubowych samolotów kosztował oficjalnie 6 miliardów dolarów i ponad 20 lat pracy R&D. 

        No więc przy okazji takich spotkań z politykami zawsze wsłuchuję się pilnie w to, co oni powiedzą, co powiedzą “między słowami” i jaka będzie nuta ich wypowiedzi. “Co w trawie piszczy?” 

        Słucham, jakie wskazówki z ich ust popłyną. Gdzie dostaniemy jakieś poparcie, na przykład w ramach rządowych programów dofinansowania prasy. W tym roku, tego dnia, na ten event przyszło dużo polityków, a więc była wicemarszałek sejmu ontaryjskiego pani Soo Wong, był John Tory, burmistrz miasta Toronto, był Tony Ruprecht, były wieloletni poseł do parlamentu Ontario (pomagał  zawsze polonijnym organizacjom, kiedy był posłem), przyszedł Joe Volpe, były wieloletni poseł do sejmu federalnego Kanady, był Jim Karygiannis, dzisiejszy radny miejski, kiedyś wieloletni poseł federalny z ramienia Partii Liberalnej. 

        Rolę pana domu pełnił prezes Rady Mediów Etnicznych, pan Thomas Saras. Pan Thomas Saras jest Grekiem i w jakiejś mierze zrobił z obchodów Dnia Wolności Prasy taki dzień grecki, z greckim jedzeniem, występami greckich ludowych zespołów.

        Ale do rzeczy. Wsłuchuję się w przemówienia. Z osób, które występowały, najdalej poszedł Jim Karygiannis, który mówił o trudnej roli dziennikarzy, o roli tych, którzy mówią o łamaniu prawa i naruszaniu swobód obywatelskich i za to płacą więzieniem, poniewieraniem, a często i życiem. My w „Gońcu” wiemy coś na ten temat! 

        Za przykład pan Karygiannis dał Turcję, jako kraj, którego politycy nie liczą się z dziennikarzami i, jak to powiedział, mają „nieprzyjemny zwyczaj zabijania dziennikarzy, których nie lubi rząd”. Inni mówcy mówili bardzo ogólnie i kurtuazyjnie o roli dziennikarzy. 

        Nikt nie nawiązał do roli dziennikarzy i czego oczekuje dokładnie od dziennikarzy w kontekście sytuacji bieżącej Kanady i w kontekście wycofywania się USA z tych części umowy o wolnym handlu, której USA nie lubią. No coż, można i tak. 

        A  po przemówieniach czas na jedzenie i pogawędki. A więc co usłyszałem w tak zwanych rozmowach kuluarowych? 

        W tym roku z powodu bardzo silnego wiatru i wezwania policji do pozostania w domu przyszło mało członków Rady Mediów Etnicznych. Była więc sposobność do swobodnego porozmawiania. 

        Niewątpliwie dużą przyjemność sprawiła mi rozmowa z panem Joe Volpe. Pan Volpe powiedział mi, że chce założyć telewizję wielokulturową, w tym celu przyszedł na to spotkanie, bo będzie potrzebował podpisów do swojego podania do CRTC o wydanie mu licencji na prowadzenie tej telewizji. 

        Pan Volpe jest w zarządzie Corriere Canadese. Wraz z innymi osobami wyciągnął ten dziennik z finansowej zapaści. To była przyjemność porozmawiać z tym inteligentnym i dobrze wychowanym człowiekiem. Mogę tylko powiedzieć, że szkoda, iż odszedł z kanadyjskiej polityki. Jego dobre maniery, wiedza o świecie, obycie to duża wartość. Inni politycy federalnej Partii Liberalnej widocznie patrzą na te sprawy inaczej. 

        Rozmowa z Joe Volpe oraz inne bezpośrednie spotkania i rozmowy z kanadyjskimi politykami na tym i podobnych tego typu eventach prowadzą mnie do takiej niezbyt chyba dobrej konkluzji, że paradoksalnie Kanada jest w dużo gorszej sytuacji niż Polska. 

        W Kanadzie istnieje kryzys przywództwa. W Polsce pomimo tego, że istnieje tam duża grupa kolaborantów, ludzi o niskim morale i uczciwości, potencjalnie zgromadzonych pod parasolem tak zwanej totalnej opozycji, to jednak w Polsce nie ma kryzysu przywództwa. 

        Jest w Polsce duża, szeroka grupa idealistów i patriotów, ludzi gotowych do poświęcenia się dla Polski i swoich bliskich, ludzi, którzy nawet zepchnięci do głębokiej obrony potrafili zdobyć zwycięstwo. Jest stała interakcja między społeczeństwem a politycznymi przywódcami, idealistami. W Kanadzie niestety widzę kryzys przywództwa. Odeszła grupa starych, dobrze wychowanych i obytych w świecie polityków. Dobrych następców do tego, by się zmierzyć z nowymi wyzwaniami przychodzącymi z południa, nie widać.

        Przewiduję, że następne 20 lat będą bardzo trudne dla Kanady, ale również dla dziennikarzy, bo ci tak zwani whistleblowers nie będą mieli żadnego oparcia w politykach kanadyjskich. I to jest bardziej wyzwanie dla liderów Polonii, dla Kościoła, jak przeprowadzić Polonię przez te trudne najbliższe 20 lat, zanim polityka USA zmieni się na bardziej koncyliacyjną, na bardziej ugodową? 

Janusz Niemczyk

niedziela, 20 maj 2018 22:56

Na szybko: Disneyland dla dorosłych

Napisał

Mamy dzisiaj w Kanadzie święto Królowej Wiktorii obchodzone na pamiątkę jej urodzin. Czy  brytyjska/kanadyjska monarchia ma jeszcze jakiekolwiek znaczenie?
Na pewno medialne; na pewno wychowuje wielu mniej lub bardziej udanych celebrytów, którzy pod dyktando kierowników systemu uczestniczą w procesie globalizacyjnym jako wieszaki pożądanych idei.

Praktycznie rzecz biorąc, od kiedy wyrugowaliśmy chrześcijaństwo i Boga z życia społecznego, monarchia stała się Disneylandem dla dorosłych, formą rekonstrukcji historycznej - odgrywaniem starych czasów

Utrzymujemy więc monarchię po to, żeby miliony mogły utożsamiać się z cudzą bajką. Monarchia podobnie jak widowiska sportowe pozostaje elementem igrzysk dla coraz bardziej bezmyślnego tłumu. Wiesza się więc na naszych książątkach różne politycznie poprawne wzorce. Jakże dobrze się stało, że wybranką Księcia Harrego jest kobieta nie biała i do tego aktorka. Jakże to na czasie.

Piękną choreografię podziwiało miliony współczesnych "kucharek". A przecież nawet siedzenie przed pralką może być bardziej inspirujące. Wirujące ubrania bardziej skłaniają do myślenia niż wymioty ludzkiej próżności. Kiedyś, gdy siedziałem przed dużą przemysłową pralką zapatrzony i zamyślony, obsługująca lokal pani zagadnęła - widzisz, to lepsze od TV, a do tego bez seksu i przemocy…

Nie dajmy sobie narzucać sposobów spędzania czasu, nie po to dostaliśmy dary Ducha Świętego żeby się okadzać podnietami zaprojektowanymi przez inżynierów społecznych.


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

Ostatnio zmieniany poniedziałek, 21 maj 2018 08:17
piątek, 18 maj 2018 13:44

Czy to nie dziwne?

Napisał

Czy to nie jest dziwne, że przez granicę ze Stanami Zjednoczonymi przechodzą do Kanady tysiące Nigeryjczyków, domagając się azylu? Nigeria to jest straszny kraj afrykański, który nie przestrzega praw homoseksualistów i innych LGBT, więc azyl w Kanadzie całkiem możliwy.

Nigeryjczycy potrzebują do USA wizy turystycznej i Amerykanie im je dają! Polakom nie dają, ale Nigeryjczykom – proszę uprzejmie! No więc naszła mnie taka spiskowa teoria, czy czasem nie jest to jakiś kanał przerzutowy obstalowany przez starszych i mądrzejszych kierowników. 

        Wpisuje się w to oburzenie, jakie Doug Ford wywołał, twierdząc, że „najpierw powinniśmy zadbać o swoich”. No właśnie, czy państwo ma wciąż jeszcze o nas dbać? Bo może nasze państwo „postnarodowe” – jak je nazywa Justin Trudeau – wyzbyło się już troski o swoich i obecnie dba o wszystkich. W erze globalizmu dbać powinniśmy o cały świat (und morgen die ganze Welt). Dlatego właśnie w Europie i w Kanadzie otworzono na oścież granice. Wszak myśląc „światowo”, trzeba „wyrównywać ciśnienia”.


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!