Goniec

Register Login

piątek, 03 sierpień 2018 18:31

Co tam panie w polityce?

Napisane przez

ostojanPiS puścił nad Wisłą wielkiego pytona, ażeby ostatecznie zdusił demokrację. (zasłyszane)

Niuanse języka polskiego (zmora tłumaczy) sprawiają wrażenie, że tytuł felietonu skierowany jest wyłącznie do panów. Ale jedno małe dodane słówko pokaże, że pytanie jest gender neutral (!) i jak najbardziej politpoprawne. Co tam „miłe” panie w polityce? Kobiety generalnie mniej zajmuje polityka, bo mają w życiu codziennym dużo ważniejszych spraw. Ale są od tej, jak od każdej reguły, wyjątki. To nasze niezbyt liczne, ale często zbyt (?) głośne feministki.

Zacząłem te złote myśli jak najbardziej zgodnie z duchem czasu i „wartościami europejskimi”. Jak np. kordialnością i poufałością zaprezentowaną ostatnio przez szefa Komisji Europejskiej Jeana-Claude’a Junckera. Plącząc się i potykając o własne nogi, podtrzymywany przez prezydenta Ukrainy Petra Poroszenkę, usiłował zająć miejsce zarezerwowane dla prezydenta Trumpa. Ot, żartowniś z europejskich wartości.

„Miłe” panie, polskie feministki, wyjątkowo żyją jednak polityką. Trudno nie zauważyć, że tak jak kapitał wbrew urojeniom Balcerowicza ma narodowość, tak polityka w wykonaniu np. pani Joanny Scheuring-Wielgus ma damskie odchylenia. Rzuciła ona hasło organizacji parlamentu... ulicznego, bo ten zasiadający w budynku Sejmu jej nie odpowiada. O oryginalności (genderze?) jej poglądów świadczy też skandowanie na jednej z licznych demonstracji hasła „Dość dyktatury kobiet!”. Jako brzydsza połowa rodzaju ludzkiego, wiemy, że logika nie jest najmocniejszą stroną płci pięknej. Bardziej liczą się subiektywne odczucia, emocje i aktualne humory.

Ale jednak z dyktaturą coś jest na rzeczy. Pani Magdalena Środa, łopoczący sztandar feminizmu, w czasie kongresu kobiet wykazała się skłonnościami dyktatorskimi. Nakazała ochroniarkom stanie na baczność i zabroniła robienia przerw np. na udanie się do toalety. To jak za „złotych” czasów Biedronki, kiedy biedne sprzedawczynie musiały zakładać pampersy, bo nie wolno im było ani na momencik odejść od kasy. Czy na KK była femidyktatura?

Kolegówna obu pań, też oczywiście feministka, była ministra Joanna Mucha, za swoich rządów z zapałem przerabiała nazwy zawodów, gdzie trzeba dodając im żeńskie końcówki. W naturze jednak w końcówki lepiej wyposażeni są mężczyźni. Tę stricte feministyczną postawę Joanny dyskredytuje chyba jednak trochę fakt, że dyrektorem Centralnego Ośrodka Sportu mianowała swojego fryzjera. A barber to jednak chłop, chociaż fryzjer. Były też plotki, że „służbowo” będąc na meczach, pytała obstawy, którzy to są nasi i do ilu grają? Ot, właściwy człowiek na właściwym miejscu w rządach odeszłej (w sam czas) koalicji.

W dalszym ciągnieniu tego wdzięcznego tematu nasuwa się myśl, że jakoś płeć piękna, mimo przewagi ilościowej w społeczeństwie, nigdy nie założyła liczącej się partii kobiet. Może Nowoczesna-Niewczesna coś sobie roi w tym temacie? Tyle o panieńskich polityczkach. Zakończę jeszcze podsłuchaną na kongresie kobiet rozmową: „Zauważyłaś, jak Kaśka ostatnio zbrzydła? – Zauważyłam, aż miło popatrzeć!”.

***

Z niechęcią schodzę z pięknych pań feministek (M. Środy to nie dotyczy), bo różne ciekawe rzeczy dzieją się nad Wisłą. Szkoda, żeby umknęły uwagi naszej Polonii, tym bardziej że „Goniec” rozszerzył spektrum (czy to właściwe słowo?) swoich czytelników o sknerusów, którzy/które sięgają tylko po prasę darmową. Słuszne poglądy dotrą do wielu z pożytkiem dla prawdy. Nie ma dnia, żeby nie wyłaziły jakieś stare afery gospodarcze, dołączając do tych już rozliczanych.

Totalniacy idą w zaparte, twierdząc, że to wszystko akcje stricte polityczne. Coś na tym jest, bo poprzedni decydenci jeden w drugiego twierdzą, że o tym czy tamtym przecież nic nie wiedzieli, nikt ich nie informował (!), a w ogóle to niewiele pamiętają. Taka zbiorowa amnezja. Pan wicepremier Jacek Rostowski jako minister finansów nie był informowany, że Amber Gold to piramida finansowa, chociaż ćwierkały już o tym wszystkie wróble. ABW też akurat „zajmowało się czymś innym”. Ale verba volant, scripta manent – na dokumentach są podpisy, co świadczy, że wiedzieli więcej, niż chcą sobie dzisiaj przypomnieć. Dżentelmen z Londynu zachowywał się przed komisją Małgorzaty Wassermann buńczucznie, oskarżycielsko (!), żeby nie powiedzieć – po chamsku. No bo niby dlaczego minister finansów ma się interesować działalnością instytucji finansowych w państwie, które istnieje tylko teoretycznie, o czym mówili ministrowie poprzedniej władzy, a Polska to była nienormalność. Prawda.

Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Maya Rostowska, która angielskim włada, popełniła donos do BBC (od dawna znanych lewusów), twierdząc, że w Polsce panuje prawicowa, faszystowska dyktatura. Taka opinia znalazła pełne poparcie i odpowiednie komentarze, co z kolei wykorzystała Czerska opozycja – patrzcie, jak nas Zachód ocenia! Dowód – czarno na białym. Wiadomo, że PiS to Sodoma, Gomora i siedem grzechów głównych. No bo skoro tatusia oskarża się o indolencję (żeby tylko)! Totalniacy mają nieskończoną ilość pomysłów, jak odsunąć prawicę od władzy, ale one jakoś wciąż nie przynoszą efektów. A przecież jest prosta droga, żeby wrócić do tego, co było – trzeba wygrać następne wybory! Różne „Gallupy” jednak pokazują, że 80 procent ankietowanych wyborców PO (opozycji) nie popiera. Nie twierdzę, że są przeciwko, tylko że korzystnych dla opozycji kartek wyborczych do urn nie wrzucą. Trudno przejąć władzę z 20-procentowym tylko poparciem. Niemożliwe.

Ale są pewne nadzieje. Na głębokiej prowincji często wieją inne wiatry niż na Nowogrodzkiej czy Wiejskiej. Samorządy są nieraz w rękach lokalnych kacyków powiązanych różnymi zależnościami z lokalnymi ważnymi figurami, od których z kolei wyborcy są zależni np. materialnie. A byt określa świadomość. Baronowie lokalni dobrze wiedzą, że jak stracą władzę, to stracą liczne profity, a co gorsza, różne sprawy dziś skutecznie zamiatane pod dywan (bo kto mi podskoczy?) mogą wyjść na światło dzienne. Kłopoty, może nawet kryminał. Walka o uczciwe, swobodnie wybrane samorządy może być trudna. Ręka rękę myje – kumpel kumpla kryje i oby tak pozostało ku chwale sitwy!

***

Łańcuchy gór nas dzielą i oceany (słowa piosenki), a w polityce polskie i amerykańskiej występują uderzające podobieństwa. Wyborcy tu i tam nieoczekiwanie oświadczyli tuskoludkom i obamo-clintonom, że już im dziękują. W USA to wiadomo, zadecydował wszechmocny Putin, który wybiera amerykańskich prezydentów. Ale w Polsce trudno by się ze szkłem powiększającym dopatrzyć sympatii i wspólnoty interesów Jarosława Kaczyńskiego i zimnego czekisty Putina.

Dwie kadencje rządów Platformy pod dyktando UE i PSL, gdzie wicepremier Pawlak okazał się człowiekiem Moskwy w Warszawie (Gazprom), pozbawiły lud pracujący miast i wsi złudzeń co do efektywności i uczciwości rządów koalicji. Słomką, która złamała grzbiet wielbłąda, było rozpowszechnienie nagrań u „Sowy i Przyjaciół”. Nad Potomakiem i Wisłą sprawy przybrały podobny, jakżeż przykry i nieoczekiwany obrót! Nadzieja była, że PiS albo obietnic wyborczych (500+ – skąd wziąć na to pieniądze?) nie spełni, albo zrujnuje budżet, nie spełniły się. Władza prawicy z prorokowanych najwyżej trzech miesięcy, trwa trzy lata i doskonale daje sobie radę z realizacją obietnic wyborczych, a i budżet jakoś bogatszy. Tak to PiS „rujnuje” Polskę. Klęska.

Nad Potomakiem już, już nad nieodpowiedzialnym, rasistowskim, szowinistycznym Trumpem wisiało widmo impeachmentu. Wisiało i zwiędło. Jest też charakterystyczne podobieństwo w nastawieniu do nowych władz większości kół naukowych, uniwersytetów, „opiniotwórczych” grubych, liberalnych kotów, „autorytetów moralnych”. No i oczywiście świata artystycznego. W Hollywood rządzą Żydzi i lewacy. Tam są duże pieniądze dające niezależność od władz politycznych. Nasi aktorzy, reżyserzy, działacze kultury pieniądze mają skromne. Jeśli chcą istnieć, muszą wyciągać ręce po państwowe wsparcie. I dostają je.
Kuriozum jest subsydiowanie bogatego żydostwa, w którego instytucjach pleni się jawny, bezczelny antypolonizm. Narodowcy protestują, ale szara eminencja Prezes jest żydofilem, czego nie ukrywa. Ile w tym politycznego wyrachowania, nie wiem. Ale i śp. Lech Kaczyński jako ówczesny minister nie pozwolił nie ekshumację w Jedwabnem. Jarosław będzie musiał w końcu ustąpić.

***

Nasz człowiek z OstFrontu skarży mi się, że „Goniec” nie chce już płacić mu za (ciekawe skądinąd) reportaże i że za darmo pisał nie będzie. Ale jak dotąd pisze – i dobrze. Może coś wytargował?

Ostojan
Toronto, 22 lipca 2018
Święto Manifestu lipcowego!

PS Do Kanady we wrześniu przyjeżdża uświetnić i podnieść na wyższy poziom nasze życie kulturalne Janusz Gajos. Dobry aktor, czemu trudno zaprzeczyć, niestety polityczny stronnik totalniaków. W gronie: Stuhrów (dziadek i ojciec aktorów to PRL-owski komunistyczny prokurator), niezrównoważonego Olbrychskiego (z szablą na fotografie w Zachęcie), Jandy (za małe dla jej teatrów rządowe dotacje), czy też last but not least, Agnieszki Holland (żeby było tak jak było). Można pogratulować takiego towarzystwa. Gajosa – Janka Kosa, scharakteryzowano w jednym z filmów Kieślowskiego jako tego „smutnego na twarzy”. To może nie tylko smutek za odeszłą PO, ale okazywanie wyższości i dystansu do reszty obywateli. Wszak pecunia non olet. Niech widzowie oklaskują i płacą. Ja na „Garderobianego” się nie wybieram. Sorry! Bizancjum elit nie lubię.

piątek, 03 sierpień 2018 18:27

Łykacze

Napisane przez

ligezaNajpierw przeczytałem, że dobry znajomy Węglarczyka Bartosza, zbiera pieniądze na film dokumentalny poświęcony “Dobrej zmianie”, i że warto reżysera wesprzeć, bo film “pójdzie w świat”.

Mało tego. Dowiedziałem się odeń, to jest od Węglarczyka, że warto portfele wybebeszać, czy tam z konta parę złotych dla pana reżysera wybencalować, bo – to wciąż zdanie wzmiankowanego Węglarczyka – film jest “stuprocentowo obiektywny”, co czyni przedsięwzięcie “fajnym projektem”. Aż dziw bierze, czy mówiąc inaczej: nawet ze świecą nie znajdziesz, gościa, który tak dobrze jak Węglarczyk udawałby idiotę, odwołując się zarazem do terminów pierzastych w rodzaju “obiektywizmu”. Ewidentnie nie na darmo pan Bartosz dziennikarzył w organie Michnika Adama lat ponad dwadzieścia. Stara, dobra szkoła medialnej manipulacji.
Węglarczyka–michnikoidę wspominam, albowiem w chwilę potem od Krzysztofa Bosaka dowiedziałem się, że Twitter zatrudnił “naukowców”, mających “określić reguły zdrowej dyskusji” na tejże platformie. Mało tego. Owi “naukowcy” zobowiązani zostaną do odłożenia na bok własnych poglądów na to czy owo, dzięki czemu uda się im “stworzyć naukowe narzędzia eliminowania nietolerancji, mowy nienawiści, rasizmu i ksenofobii”. Nie ma gadania: “obiektywizm” zachwalany przez Węglarczyka oraz “naukowe narzędzia eliminowania nietolerancji, mowy nienawiści, rasizmu i ksenofobii”, władców Twittera, uzupełniają się idealnie. Więc.

Więc do kompletu mamy jeszcze tak zwaną “działalność polityczną” versus “działalność niepolityczną”. Oto pułkownik Arnaud Beltrame, to jest człowiek, który pod koniec marca w miejscowości Trebes oddał życie za zakładniczkę przetrzymywaną przez terrorystów, ma ulice swojego imienia w kilkudziesięciu miastach, jak Francja długa, szeroka i skonfundowana jego bohaterskim czynem. Ale nie mogło być tak, by w laickiej republice nie pojawił się w końcu poważny zgrzyt. Wpierw pseudo-dziennikarska, lewicowa hołota, usiłowała wmówić opinii publicznej, że rodzina śp. pułkownika nie chce, aby był on upamiętniany w gminach zarządzanych przez samorządowców z Frontu Narodowego (co okazało się nieprawdą), a następnie brat poległego skomentował kłamstwa lewaków następującymi słowami: “Jego czyn nie był polityczny, a hołd, który mu się zwraca, też nie powinien być takim”.

Sądząc po wymowie cytatu, społeczeństwa Europy Zachodniej nie mają już, najprawdopodobniej, najmniejszych szans na dotarcie do rozumności i właściwe ogarnięcie rzeczywistości. Jest na to za późno, bo polityczna poprawność zabiła im wszystkim intelekt. Na śmierć. To doprawdy zatrważające, tak oślepnąć na oczywistości. Co w tym konkretnym wypadku oznacza: nie dostrzegać i nie rozumieć, że jakakolwiek i czyjakolwiek działalność w przestrzeni publicznej, zmieniająca bądź mogąca zmienić relacje wewnątrz wspólnoty oraz stosunek członków wspólnoty do bliźnich czy ich postrzeganie świata, jest działalnością polityczną z samej definicji.

I ten sam wątek z naszego rodzimego podwórka. Aktor Łukaszewicz Olgierd: “Piłsudski był za silną Polską, znał języki. Kaczyński nie tylko nie zna języków, ale jego polityka prowadzi do osamotnienia i osłabienia Polski”. Dołożył chłop do pieca, że siwy dym. Te chłopy tak mają. Jarosław Kaczyński paraduje z gołą głową: “Patrzcie, chodzi bez czapki!”. Jarosław Kaczyński czapkę założył: “Czemu nie w berecie?”. Jarosław Kaczyński w berecie: “Gdzie antenka?”. Nie dogodzisz.

Brakuje zarzutu, że gdy Kaczyński spaceruje po sztormowych falach Bałtyku, to wiadomo, że pływać nie potrafi.

Albo weźmy to: “Kolejnym krokiem PiS będzie unieważnianie i zmienianie wszystkiego, co nie po myśli prezesa. Jedynym kryterium będzie widzimisię Kaczyńskiego. To już nie jest zwyczajny kaczyzm. To zwyczajne bezprawie”. To z kolei Hartman Jan, osobiście przy robocie, czyli lewicowy standard w pełnej krasie: wymyślić zadrę, dajmy na to “widzimisię Kaczyńskiego”, a następnie heroicznie lżyć wymyślone. Jakby to ująć: są ludzie mądrzy, nie posiadający matury, i są doktorzy praw, czy tam profesorowie, którym do przyzwoitości dalej niż dokądkolwiek i którzy nigdy nie nauczyli się myśleć właściwie. I nie zamierzają.

Olgierd Łukaszewicz raz jeszcze.

– Nie wykracza pan poza rolę aktora? – pyta wywiadowca.

– Pan chce mnie wpisać w rolę homo politicusa którym nie jestem i nie chcę być – odpowiada Łukaszewicz. Przebrała się miara w państwie. Dzisiaj jesteśmy jeszcze narodem wolnym, ale coraz mniej demokratycznym. Liczę na to, że Polacy się ockną i nie zostaniemy samotną wyspą. Chciałbym ruchem społecznym wymusić na rządzących prounijną postawę, żeby czuli się odpowiedzialni nie tylko za swoich wyborców, ale również za przyszłe pokolenia Polaków.

– Nie upolitycznia pan ZASP?

– Wzniecanie odpowiedzialności za UE pośród obywateli nie jest polityką. Polityka to jest dążenie do władzy.

Rzeczywiście. Kropli polityki nie ma w deklaracjach Łukaszewicza. No skąd. Daj mu Boże zdrowie, skoro nieszczęśnikowi poskąpiłeś mądrości. Bo przecież w tych deklaracjach nie ma kropli rozumienia, czym polityka jest naprawdę. Dlatego casus Łukaszewicza podsumowałbym krótko: takie mamy elity, jakie nam wytresowano do łykania karmy medialnej. Zostawmy ich więc samym sobie. Niech łykają, co tam sobie chcą, do woli. Byle z daleka od nas i naszych dzieci.

Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

piątek, 03 sierpień 2018 18:13

W Grodnie (31/2018)

Napisane przez

pruszynskiW Grodnie

Doszła do mnie wieść, że niekochana przez mnie imć Angelika Borys, obecna prezesa nieuznawanego przez Łukaszenkę Związku Polaków organizuje fetę by uczcić 30-lecie powstania Związku Polaków Białorusi w Grodnie więc wybrałem się tam.

Wziąłem mikroautobus za równowartość 26 złotych. Okazuje się, że władze teraz przebudowują dotychczasową drogę w autostradę nie gorszą niż w Kanadzie, a na poboczach zauważyłem ludzi koszących trawę nie kosami, a nowoczesnymi spalinowymi kosiarkami.

Zatrzymałem się, jak poprzednio, w niedawno odremontowanym mikro hotelu na dworcu, gdzie nocleg w dwu łóżkowym pokoju kosztował równowartość 72 złotych, podczas gdy w przyzwoitym hotelu w centrum na placu Sowieckim, dawniej Batorego, 4 razy drożej.

W centrum, gdzie w czasach sowieckich zniszczono w dwa wspaniałe kościoły, na miejscu jednego pobudowano dość atrakcyjny teatr, a drugi wysadzono w powietrze i tylko są ślady jego podmurówki.

Ponadto odmalowano i odremontowano wiele kamienic z końca XIX wieku, a w większości z nich widać nowoczesne plastykowe okna. Jest zamek Batorego na skarpie nad Niemnem, na którym teraz nie pływają statki, jak było za polskich czasów i pokazują się turyści z Polski jadący dalej do Nowogródka, Nieświeża i Mińska. Tym zwracałem uwagę na fakt, że w stolicy jest Białorusi jest aż 10 cmentarzy ofiar KGB z lat 1921- 1941, z czego tylko dwa są jako tako oznaczone.
Oczywiście byłoby turystów kilkakrotnie więcej gdyby można było bez wizy lub innych utrudnień jechać tranzytem przez Grodno do Druskiennik i Wilna. To dałoby 4 miliony dolarów rocznie, ale na mój wniosek dwa lata temu Minister Sportu i Turystyki nawet nie odpowiedział.

Grodno żyje nie tylko z kilku dużych fabryk jak fabryka wałów korbowych czy huta szkła produkująca szkła okienne, butelki i cegły szklane, ale z bliskości z Polską.

Dawniej przez miasto, gdzie jest niedawno odnowiony, a postawiony w sowieckich czasach dworzec jeździło 6 par pociągów do Wilna i dalej do Petersburga, a teraz jedzie tylko jeden pociąg do Warszawy i jeden przez Mińsk do Moskwy.

Ludzie masowo przywożą co tylko jest tańsze w Polsce, ale praktycznie nic poza paliwem i papierosami nie wożą z Białorusi, a jak tu byłem pierwszy czy drugi raz w 1990 roku to wożono bardzo wiele rzeczy i to wyrobów przemysłowych, jak np wiertarki, które z polskiego rynku wyparły niemieckie.

Odwiedziłem rynek, moc szmatek z Chiny a na części z owocami i jarzynami wielki wybór. Kiedy byłem tu za sowieckich czasów niecałe 50 lat temu można było tylko kupić kapustę, marchew i kartofle.

Zjawiłem się na półgodziny przed kościołem bernardynów, gdzie miała być Msza św.. Byłem ubrany w biały lniany garnitur, czym wyróżniałem się na tle licznych „notabli” przybyłych z opóźnieniem z Marszałkiem.

Było tam już z dwieście osób i naturalnie Angelika, a korespondent Gazety Wyborczej, Staszek Poczobut prawie na siłę zmusił mnie do przywitania się z nią.
Msza były koncelebrowana przez arcybiskupa grodzieńskiego Aleksandra Kaszkiewicza i biskupa z Białegostoku w asyście 11 księży.

Potem pojechaliśmy na cmentarz katolicki gdzie są symboliczne groby obrońców miasta z 1939 r., którzy po poddaniu się sowietom zostali wystrzelani.

Dalej ruszyliśmy do ośrodka bankietowego Karelicze pod Grodnem, gdzie była letnia rezydencja ministra gospodarki ostatniego króla Polski Tyzenhałsa.

Tam były liczne mowy, wymieniano liczne dusery czyli uprzejmości, a nie wspomniano o brakach np, nieobecności na tej imprezie bp Lechowicza, delagata Episkopatu do Polonii.

Oczywiście, nie wspomniano, że problemy z uznaniem pani Borys za zgodnie ze statutem wybraną przewodniczącą związku wiązały się z tchórzostwem MSZ. Gdy media Łukaszenki zaczęły ujadać na zastępcę ambasadora RP, to szybko go z Mińska odwołano i wykopano z MSZ. W dwa miesiące potem to samo spotkało radcę Bućkę, czyli dano znać, że MSZ jest przed Kołchoźnikiem na kolanach i on może robić co chce.

Co warto podkreślenia była tam też mile witana imć Romaszewska, szefowa TV Bielsatu, którą liczne środowiska kresowa oskarżają o lewactwo i antypolonizm, a jej stacja nie chciała podać informacji o zamówionej przeze mnie Mszy św. za tych, co 100 lat temu tworzyli Białoruską rade i 25 marca wydali deklaracje o niezależności kraju.

Po mowach i wręczaniu dyplomów licznym działaczom związku rozpoczęła się część artystyczna, a ulewa nie przeszkodziła młodym z Lidy pląsać Poloneza.

Potem był bankiet, na poziomie Grodna może OK, ale dla tych, co bywają na przyjęciach w Polsce bardzo mierny.

Najprzyjemniejszy był koniec, gdy dość liczna grupa zebranych zaczęła śpiewać patriotyczne piosenki.

Chciałem tam powiedzieć cokolwiek Marszałkowi Karczewskiemu, ale widziałem, że wywołałoby to skandal, więc poniższy tekst dałem mu jeszcze w katedrze. Oto on:

Panie Marszałku dostojni zebrani.

Mam 84 lata i 46 lat stażu w działalności wśród Polaków zarówno w Kanadzie, w USA i za Bugiem. Jestem też jedynym korespondentem prasy kanadyjskiej na Białorusi i autorem 5 książek po polsku. Ku utrapieniu władz białoruskich i polskich, dzięki emeryturze kanadyjskiej. Były dwa zamachy na me życie.
Od ponad trzech lat zabiegam o zwołanie zjazdu światowych Polaków. Ten postulat 4 razy przedstawiałem osobiście Prezydentowi Dudzie z zerowym skutkiem.

Czego się władze PiS boją? Przecież zasadą polskiego prawa było, nic o nas bez nas.

Pierwszym naszym postulatem powinna być nie tylko nowa ordynacja wyborcza do Sejmu w składzie tylko 350 posłów, z systemem mieszanym czyli, że poza jednomandatowymi okręgami wyborczymi powinno być co najmniej 50 mandatów rozdzielanych proporcjonalnie do ilości głosów, jakie poszczególne partie w wyborach dostały, ale jeszcze 12 mandatów dla Polaków z zagranicy.

Po jednym mandacie dla Polaków z Anglii. Belgii i Francji, Kanady, Litwy, Białorusi, Ukrainy, Danii i Szwecji oraz po dwa dla Polaków z USA i Niemiec.

Przypomnę Panu Marszałkowi, że we Francji. Grecji i Portugalii zamorscy rodacy mają przedstawiciele w parlamentach.

By moje dzieci z Białorusi poznały dobrze polski przez kilka lat po zakończeniu tu szkoły 1 czerwca na woziłem je do Polski. Tam posyłałem na 4 tygodnie do normalnej szkoły polskiej. Po jednym takim pobycie dzieci mówiły już po polsku, a starszy syn po kilku pobytach mógł pójść na polską uczelnię.

Uważam, że można byłoby taki system wprowadzić na szeroką skalę dla dzieci zza Buga.

Dobrze jest, że młodzież zza Buga jedzie do Polski na studia, ale praktycznie wszyscy po studiach tam zostają.

Czy nie trzeba wprowadzić stypendiów dla polskich dzieci zza Buga, by studiowały na miejscu, a jedynie organizować im polskie kursy letnie?

Oficjalna Polska popiera dzisiejsze władze Ukrainy, między innymi dała im 4 mld zł pożyczki, a co robiły dla Polaków te władze ?

Nawet nie chcą rozmawiać o zwrocie Kościołowi katolickiemu budynku kościoła św. Mikołaja w Kijowie, a wedle słów arb Mokrzyckiego zmiana władzy po 2014 r. nie wpłynęła na polepszenie ich stosunku do Polaków.

Dla Polaków w Niemczech jest ważne, by przywrócono im status mniejszości narodowej, jaki mieli do 1939 r. i by mieli swych przedstawicieli w parlamencie Niemiec.

Polscy podatnicy łożą moc pieniędzy na potrzeby białoruskiej i ukraińskiej mniejszości w Polsce ale czemu władze Polski nie wymagają do władz Białorusi i Ukrainy, by podobnie na polską mniejszość w swych krajach?

Dla rodaków na Zachodzie szkalowanie Polski jest sprawą bardzo bolesną, bo oni ją odczuwają na własnej skórze odczuwają. Niestety obrona Polski przed atakami ze strony Żydów nie znajduje odporu ze strony władz, a MSZ robi mniej niż mało w tym zakresie.

Sam wydałem po angielsku książkę śp Szymona Datnera, byłego dyrektora Żydowskiego Instytutu Historycznego pt. „Polish Heroes” mówiącą, jak narażając się na śmierć, Polacy ratowali Żydów. Bezskuteczne zwracałem się 4 razy, tak dosłownie 4 razy, by MSZ tę książkę promował w USA.

Osobno tę książkę dałem 3 razy konsulowi polskiemu w New Yorku i dwa razy konsulowi w Chicago też bez skutku.

Bezskutecznie już trzy lata temu apelowałem do IPN-, by wydał, nie wydawaną od 35 lat książkę o Żegocie czyli o Radzie Pomocy Żydom, więc ją wreszcie sam wydałem, ale Kancelaria Prezydenta Polski i Ministerstwo Kultury odmówiło mi 8 000 zł na tłumaczenie i na wydanie tej książki, gdy dało 100 000 000 zł na remont żydowskiego cmentarza w Warszawie.

Obie te książki przesłałem z 5 miesięcy temu Panu Marszałkowie, ale słowa podzięki dotąd nie dostałem.

Może mi Pan Marszałek wyjaśni czemu ja mogę, jako osoba prywatna wozić więcej polskiej prasy na Białoruś, niż w sumie wszyscy dyplomaci RP? Za PRL-u mówiono, że władze ówczesnej Polski były na kolanach przed Ruskimi, a dziś moc Polaków mówi, że władze Polski nie są na kolanach przed wszystkimi, w tym Żydami, ale przed wszystkimi obcymi pełzają.

Aleksander graf Pruszyński
Grodno 29 lipca 2018

piątek, 03 sierpień 2018 18:20

Polska maszeruje

Napisane przez

michalkiewiczZ kolei obóz płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm wprost pławi się w patriotycznej atmosferze, niczym w siarczanych kąpielach, lecząc w ten sposób swoje polityczne dolegliwości…

„Rosną młode kadry związku kombatantów” - tak za komuny żartowali sobie żartownisie, kiedy w miarę oddalania się momentu zakończenia wojny wzrastała liczebność Związku Bojowników o Wolność i Demokrację.

Z podobną sytuacją spotykamy się tego lata w Warszawie i nie tylko tu. Wprawdzie od Powstania Warszawskiego minęły już 74 lata i ostatni powstańcy powoli przenoszą się do wieczności, ale zainteresowanie tamtym wydarzeniem nie tylko nie słabnie, ale jakby nawet rosło.

Składa się na to kilka przyczyn; obok rosnącego zainteresowania historią jakie widać w części młodego pokolenia, jest również pragnienie wykorzystania Powstania w toczącej się w Polsce politycznej wojnie. Wzrost zainteresowania historią w środowiskach młodzieżowych też ma co najmniej dwie przyczyny.

Pierwszą jest naturalna ciekawość przeszłości – jak było naprawdę, ale jest i druga. W związku z koordynacją żydowskiej polityki historycznej z polityką historyczną niemiecką, a także w perspektywie zrealizowania przez Polskę żydowskich „roszczeń” majątkowych preparowana jest poprawna historia Polski, w którą młode pokolenia maja uwierzyć. W te przygotowania zaangażowanych jest kilka instytucji, z Muzeum Żydów Polskich i Żydowskim Instytutem Historycznym na czele.

Gdyby zainteresowanie historią zanikło, to za kolejnych 70 lat okazałoby się, że II wojnę światową wygrał Tewje Bielski z pułkownikiem Stauffenbergiem. Podjęli oni nieubłaganą walkę z polskimi nazistami, którzy w obawie przez surowym sądem zagniewanego ludu, zabarykadowali się w Warszawie, gdzie nawet wzniecili powstanie, by wymordować resztę pozostałych przy życiu Żydów – ale ponieśli sromotną klęskę, w następstwie której rozproszyli się bez śladu i dopiero w roku 2017 okazało się, że potajemnie wrócili do Warszawy i to w liczbie co najmniej 60 tysięcy.

Na razie koryfeusze polskiej historii jeszcze trochę się krępują, zwłaszcza, że coraz więcej młodych ludzi, w miarę poznawania prawdy o przeszłości własnego narodu odwraca się od preparowanej historii Polski z pogardą.

Powstanie Warszawskie znakomicie nadaje się do politycznego wykorzystania, toteż coraz to nowi kandydaci na Umiłowanych Przywódców w dymach płonącej Warszawy próbuje – jak powiedziały to Józef Ozga-Michalski - „uwędzić swoje półgęski ideowe”.

Skoro tak, to sygnał do powstania dał w Kostrzynie nad Odrą sam „Jurek Owsiak”, a w Warszawie biłgorajski chłop opętany przez Żydów, czyli pan Henryk Wujec już o 16.00, a więc całą godzinę przed słynna „godziną W”, poprowadził „Marsz Milczenia” od ulicy Kilińskiego ku ulicy Waliców.

W ten sposób do Powstania Warszawskiego podłączył się obóz zdrady i zaprzaństwa, na co dzień walczący o praworządność między innymi za pomocą listów do niemieckiego owczarka Franciszka Timmermansa z prośbą o interwencję.

Uczestnicy tego marszu przez cały czas intensywnie milczeli, niczym papież Franciszek w Oświęcimiu, spełniając w ten sposób prośbę pani Naomi di Segni, przewodniczącej Związku Włoskich Żydów.

Ma to oczywiście swoje dobre strony, bo pomyślmy tylko, co mogliby powiedzieć o Powstaniu Warszawskim członkowie obozu zdrady i zaprzaństwa?

Z kolei obóz płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm wprost pławi się w patriotycznej atmosferze, niczym w siarczanych kąpielach, lecząc w ten sposób swoje polityczne dolegliwości. Któż bowiem, widząc pana prezydenta, jak na Placu Piłsudskiego z zapałem śpiewa powstańcze piosenki, ośmieliłby się zapytać go o przyczynę „intensywnego milczenia” w czasie gdy część działaczy Polonii Amerykańskiej prowadziła desperacji lobbing przeciwko ustawie nr 447 JUST, która może doprowadzić do żydowskiej okupacji Polski? To nie byłoby taktowne, nie mówiąc już o tym, że takiego śmiałka pewnie zatrzymałaby ochrona.

Więc z jednej strony mamy Marsz Milczenia z udziałem obozu zdrady i zaprzaństwa, a z drugiej – lecznicze kąpiele w patriotycznej atmosferze, w jakiej pławi się obóz płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm.

I tylko ONR-owcom Marsz Powstania Warszawskiego się nie udał, bo na rondzie de Gaulle`a zatrzymała go policja, podobno działająca na rozkaz pani prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz, która na koszulce jednego z uczestników tego marszu dopatrzyć się miała marksistowskich emblematów w postaci sierpa i młota.

Okazuje się, że pani Hanna Gronkiewicz-Waltz, która przez całe lata nie zauważała adwokacko-urzędniczej mafii grabiącej warszawskie nieruchomości, tutaj natychmiast wypatrzyła w tłumie osobnika z marksistowskimi emblematami.

Oczywiście nie wiemy, czy ten osobnik rzeczywiście tam był, a jeśli nawet – to czy przypadkiem nie został tam posłany przez panią prezydent, albo jeszcze lepiej – przez starych kiejkutów, którzy przecież musieli i nad panią Hanną i wspomnianą mafią trzymać parasol ochronny? Podobnie było przecież w przypadku pana Dominika Tarasa, który na Krakowskie Przedmieście „skrzyknął” kilkuset, a może nawet tysiąc alfonchów ze złotymi łańcuchami z tombaku na byczych karczychach, którzy modlącym się tam kobietom proponowali, by im „pokazały cycki”.

„Gazeta Wyborcza” pisała w entuzjastycznym tonie o podmuchu „świeżego powietrza”, który rozwiał panujący tam zaduch. Żeby taki patriotyczny zaduch na Krakowskim Przedmieściu wyczuć z ulicy Czerskiej na Dolnym Mokotowie, trzeba mieć specjalnego nosa – no ale z tym w gronie redakcyjnego Judenratu nie ma kłopotu. Tak czy owak – Marsz Powstania Warszawskiego w wykonaniu ONR-owców zastał zablokowany. Okazuje się, że polityczna wojna swoją drogą, ale gdy w grę wchodzi zablokowanie możliwości pojawienia się politycznej alternatywy, to pani Hanna Gronkiewicz-Waltz staje po tej samej stronie, co dysponent policji i viribus unitis robią „no pasaran”.

Toteż bez specjalnego zaskoczenia odnotowujemy inicjatywę Wielce Czcigodnego Arkadiusza Mularczyka, by Trybunał Konstytucyjny w Warszawie pozbawił Republikę Federalną Niemiec immunitetu państwa suwerennego.

Kiedy już ją tego immunitetu pozbawi, to każdy Polak będzie mógł wystąpić do niezawisłego sądu, który przyzna mu stosowny udział w rekompensatach. Nie muszę dodawać, że wszystkie te sprawy może prowadzić pan Arkadiusz Mularczyk, który w cywilu jest adwokatem i zdążył zyskać reputację eksperta.

Dodatkowym impulsem do tej inicjatywy może być okoliczność, że pan Jan Zbigniew hrabia Potocki, uważający się za prezydenta Polski, właśnie wygrał od Niemiec 850 miliardów dolarów tytułem reparacji wojennych, co prawda przez Europejskim Sądem Polubownym Sądem Arbitrażowym w Ciechanowie, który funkcjonuje przy Regionalnym Klubie Biznesu w Opinogórze – niemniej jednak wygrał. W tej sytuacji obóz płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm nie mógł pozostać bierny – co ilustruje czastuszka treści następującej: Już Kaczyński srogo łypnął spod swych okularów. Zaraz Niemcy nam wypłacą miliardy dolarów! Hej, hej Dunia ma, Dunia diewuszka maja!

Stanisław Michalkiewicz

piątek, 27 lipiec 2018 16:42

Ach, to życie…

Napisane przez

Często słyszymy, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach, ale to nie zawsze prawda. Teorie życia są zmienne, żeby nie powiedzieć, że są w niestabilnym i ciągłym ruchu, dlatego łatwo je dopasować do poszczególnych sytuacji. Jeśli się mylę, to pewnie sentymentalny ze mnie dziwak. Faktem jest to, że jestem rozkochany w rodzinie, przyjaciołach, jak i w ludziach, niby obcych, a tak bliskich memu sercu. Gdy widzę siostry i brata razem, to zaraz przypomina mi się dzieciństwo i jego złote czasy. Co prawda bywały i gorzkie chwile, kiedy po przeprowadzce z Potworowa do Podczaszej Woli nie byłem akceptowany przez rówieśników, a nawet braci ciotecznych. Ale tzw. frycowe trzeba było zapłacić, później było już tylko lepiej.

W tamtym czasie osoby starsze miały najwyższy statut w rodzinach, niepodważalny autorytet, co postanowił dziadek czy babcia, było święte! U nas, dzieciaków, niektóre osoby budziły respekt, nawet strach i żeby nieco go złagodzić, z daleka wołaliśmy dzień dobry! Jak odpowiedź była z uśmiechem, można było odetchnąć, dopiero gdy byliśmy starsi, okazywało się, że to wspaniali i ciepli ludzie. Czasami trudno uwierzyć, że minęła ledwie chwila, a tyle się zmieniło… „nie ma kury, a jest jajko”.

Dlatego z trudem dopuszczam do siebie nowoczesną falę czasu, która w kosmicznym tempie zatapia tak łagodny tryb życia sprzed zaledwie niespełna trzech dekad. Teraźniejszość dokonuje „gwałtu i mordu” na czasie wzajemnej troski i zrozumienia. Odnoszę wrażenie, że to koniec epoki, w której dominowała radość z prostoty życia. Postęp niemal w każdej dziedzinie wypiera dawne tradycje i w podprogowy sposób ciągnie za sobą wszystkich w „nowe” i bardziej wyrafinowane obchody dni „wróbla i kreta”. I tak powoli w podświadomość wdziera się to „nowe”, zapuszcza korzenie i w subtelny sposób skutecznie przekonuje, że taka oto teraz moda. To bardzo trudne stawić czoła nowemu stylowi życia, który próbuje wtargnąć w codzienność i wprowadzić nowe racje, jak i reguły. Myślę, że nikt może poza wyjątkami nie powie, że jest całkowicie niezależny, bo wystarczy, że zabraknie prądu i leżymy…

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/teksty/Page-4.html#sigProId7677ad3f39

Dlatego tęsknię za chwilami z dzieciństwa, gdzie każdy darzył się szacunkiem, nie było zazdrości, zawiści i fałszywej skromności. Jak sąsiad kupił auto, to człowiek cieszył się razem z nim. Twarz mi promienieje na same wspomnienia, kiedy to rodzice kupili ciągnik, a każdy cieszył się tak, jakby to był ich. Po części tak było, bo w każdej potrzebie jeden drugiemu wyświadczał przysługę czy to za pomocą sprzętów, czy po prostu własnymi rękoma w zależności od potrzeb.

Kiedy zagłębiam się w przeszłość, to z trudem wracam do każdego „dzisiaj”. Kocham okrywać się tamtym czasem, zapachy z łąk, zwłaszcza w porze sianokosów, nie pomieściłyby się na żadnej z królewskich tac.

Wiosną i latem żal było wracać do domu, brakowało dnia, aby nie pominąć całego piękna, które zewsząd upominało się, by choć na chwilkę zerknąć, to tu, to tam. O tym, co krył w sobie las, można by pisać poematy. Wystarczyło się zbliżyć do niego wzrokiem, a już swym urokiem chwytał za dłoń i powolutku oprowadzał po miejscach niczym z bajki. Każdego napełniał natchnieniem, tak że trzeba było się zatrzymać i sycić całym bogactwem natury do woli. Podziw pejzaży zachwycał, często wzruszał do łez. W koronach drzew grała muzyka, do której ptaszęta śpiewały nieustannie, tak w dzień, jak i o poranku, kiedy chodziliśmy z tatą na grzyby.

To wszystko nadal jest w zasięgu ręki, tylko mniej jest czasu na to, by zobaczyć, usłyszeć i poczuć… Nie to, żebym negował wszystko co nowe, nie, nie, po prostu jest to poniekąd wyraz głośnego myślenia. Tamten czas nie wróci, ale nikt go nie wyrwie z serca, jest w specjalnej komnacie, gdzie drzwi są otwarte, można zawsze wejść i zaczerpnąć siły oraz radości, by stawić czoła wszystkiemu, co przyniesie los.

Pozdrawiam
Mariusz
www.mariuszrokicki.pl
tel. kom. +48 604 202 231

***

PS W naszej Credit Union zostało założone konto Fundacji Charytatywnej Kongresu Polonii Kanadyjskiej # 24583 na hasło „Pomoc dla Mariusza”. Mariusz po feralnym skoku do wody jest sparaliżowany. Każda symboliczna wpłata pomoże mu chociaż zapłacić za leki, które nie są refundowane przez NFZ.
W tym roku odwiedziłem go razem z żoną w Radomiu. Miałem okazję poznać autora książki, którą napisał jednym palcem. Książkę tę, pt. „Życie po skoku”, publikował na łamach swojej gazety pan Kumor. Dzięki tej lekturze poznałem Mariusza i tak zostaliśmy przyjaciółmi. Osobiście jestem po wielu poważnych operacjach i choć czasami wpadam w pesymistyczny nastrój, to jednak niczym jest to, w porównaniu do stanu, w jakim znajduje się Mariusz. Myślę, że artykuły Mariusza mogą dodać nam otuchy.

Z poważaniem
Zbigniew Szczęsnowicz

piątek, 27 lipiec 2018 11:25

Film o Kanadyjskich Kaszubach

Napisane przez

Linkier„Jestem Kaszubą, Polska matką moją”

Kiedy przed laty byliśmy z profesorami Gdańskiego Uniwersytetu – Edwardem Brezą i Jerzym Sampem, na Kanadyjskich Kaszubach, wiedziano o nich wiele mniej niż obecnie. Tam jednak mieliśmy okazję obejrzeć film Henryka Bartula „Kanadyjskie Kaszuby” i wtenczas dało to nam wiele. To film rzeczywiście inny, przypominający muzyczną suitę i pozwalający widzieć dotąd niewidziane. Zanim jednak o nim się powie, może najpierw o jego autorze.

Henryk Bartul ma na swoim koncie nie tylko film „Kanadyjskie Kaszuby” (dzisiaj są już jego dwie części, a szykuje się trzecia) czy „Przez Syberię do Kanady”, ale także filmy „Drogi mojego życia – Stanisław Jasiński”, „Dzieci gen. Andersa” czy „Park Dziedzictwa Kaszubskiego w Toronto”. Urodził się 4 IV 1959 roku w Gdyni.

Tam chodził do szkoły podstawowej i średniej. Tymczasem w Gdańsku ukończył szkołę muzyczną i studiował w Wyższej Szkole Muzycznej. Po ogłoszeniu stanu wojennego wyjechał do Berlina Zachodniego, a stamtąd do Kanady i zamieszkał w Mississaudze. W Toronto zajął się studiami filmowymi (York University), uzyskując dyplom w roku 1992. Premiera dyplomowego filmu, który zdobył II nagrodę na Ogólnokanadyjskim Przeglądzie Filmów Studenckich, miała miejsce w kanadyjskiej Vision TV. Ponadto Henryk Bartul współpracował z Teatrem Polonia, Salonem Muzyki i Poezji Polsko-Kanadyjskiego Towarzystwa Muzycznego i następnie, bodaj najdłużej, bo dwadzieścia pięć lat, z programem polonijnym TV w Toronto. Jako autor filmów o kanadyjskich Kaszubach, okazał się im tak bardzo im wierny, iż z rodziną zamieszkał w Barry’s Bay.

Pierwsza część filmu Henryka Bartula o Kanadyjskich Kaszubach, do której autor zbierał materiały od 1995 roku, powstała w roku 1997 i odniosła sukces. W roku 1998 „Kanadyjskie Kaszuby” otrzymały w kategorii filmów dokumentalnych II miejsce na XIII Międzynarodowym Festiwalu Filmów Katolickich w Niepokalanowie oraz nagrodę kanadyjskiej Fundacji Adama Mickiewicza. Potem w 1911 roku powstała druga część tego filmu, mówiąca już nie tyle o kaszubskich emigrantach, co przede wszystkim o Polonii na ontaryjskich Kaszubach i stąd tytuł „1950–2010 Polonia powojenna na Kanadyjskich Kaszubach”. Na tym jednak się nie skończyło i skłoniło reżysera do realizacji części następnej, trzeciej, nad którą pracuje obecnie.

Wracając do pierwszej części, podczas filmowej projekcji widzi się coraz to inaczej jej kolejne sekwencje, jak chociażby tę zasypaną śniegiem drogę, która tak często się powtarza, zdając się pełnić rolę przerywnika pomiędzy kolejnymi filmowymi obrazami. Natomiast poprzedzone „Prologiem” i zakończone „Epilogiem” filmowe wątki, jak „Okres pionierski”, „Wesela”, „Puste noce”, „Wiarą ojców żyjemy”, „Pierwsze polskie kościoły”, „Bee Day”, „Handel wymienny”, tworzą niemal kompozycję średniowiecznego misterium.

Zanim pojawią się wszelakie barwy Kanadyjskich Kaszub, najpierw widzimy szosę, która na zwyczajną drogę wygląda, tak pokrył ją śnieg. Jej zimowej bieli i szarości przydają przygnębiającej samotności oszronione świerki, zwisające ramionami gałęzi nad samochodem, który zda się być w tej przestrzeni niechcianym intruzem. Ma to oczywiście swój sens, ponieważ z każdym następnym obrazem i wątkiem filmowej akcji coraz to lepiej zapoznajemy się z tym, co na Kanadyjskich Kaszubach przemija lub już bezpowrotnie minęło. Taka jest istota mijającego i przemijającego Czasu i taka również prawda niesiona przez ten film, którego pierwszy obraz oglądamy właśnie zza przedniej szyby samochodu.

Lecz gdy tylko przetrze ją samochodowa wycieraczka, ten przygnębiający obraz natychmiast się zmienia i widzimy tę sama drogę, tylko że już nie zimą, lecz latem, i słyszymy niczym powitanie dźwięki granej na skrzypcach ludowej melodii. I wtenczas otwiera się przed nami krajobraz Kanadyjskich Kaszub – w dali jezioro, puszczańskie lasy, skały po obu stronach szosy i co raz przemykające nią samochody. A zaraz potem narrator powie: „W Kanadzie, w prowincji Ontario jest takie miejsce sercom polskim bliskie, popularnie zwane Kaszubami. To tu, w drugiej połowie XIX wieku, zaczęli przybywać pierwsi polscy emigranci z Kaszub.

Zmęczeni dokuczliwą biedą oraz prześladowaniami ze strony zaborcy pruskiego opuszczali ziemie praojców, aby osiedlać się w kanadyjskiej puszczy”.

Na tle niebieskości jeziora jawi się targany wiatrem samotny czerwony kwiat, co kojarzy się z kaszubskim haftem, a zaraz potem widzimy siedzących przed starym domostwem dwóch starców: Ambrożego Olszewskiego i Józefa Rekowskiego, i słyszymy, jak pierwszy z nich po kaszubsku opowiada, jak na tej ziemi się trudzili. Z jego wypowiedzi wybrzmiewa agonia jego rodnej mowy, z której po blisko dwustu latach od przybycia do Kanady ostały się tylko podstawowe elementy kaszubskiej gwary, dzisiaj językiem zwanej, o czym jeszcze lepiej pozwala wiedzieć słowo Józefa Rekowskiego, który jako starszy, bo mający lat dziewięćdziesiąt siedem, posługuje się już tylko najprostszymi zdaniami: „Twardo pracował. Kamienie zbierał, orał, siał zboże, kartofle sadził. Krowę miał, świnie miał, kurę miał”. Podobnie to zatracanie się swojszczyzny w obczyźnie oddaje wypowiedź Józefa Peplińskiego: „Las ściął, drzewo spalił i pole zrobił. Zasiał zboże, zasiał kartofle, rzepę, brukiew… i tak żył”.

Ale nie tylko na kaszubską mowę zwraca się w tym filmie uwagę, a także na zachowane w kanadyjskiej prowincji Ontario obrzędy i zwyczaje, jak chociażby te weselne, które na Kanadyjskich Kaszubach organizowano niemal tak samo, jak na rodnej ziemi. Wesele zapowiadał drużba, strzelając z pistoletu i zapraszając w ten sposób sąsiadów. A potem rano wyjeżdżano do kościoła, i to z kapelą, gdzie nie mogło zabraknąć skrzypiec, ulubionego na Kaszubach instrumentu. Przy tym śpiewem zachęcano pannę młodą do porzucenia panieńskiego stanu.

A kiedy ktoś umarł, obchodzono na Kanadyjskich Kaszubach Puste Noce, i też podobnie jak niegdyś. Zapamiętali je opowiadający w filmowej sekwencji ks. Rafał Grzondziel, Stella Jaroszewicz, Martin Szulist i także kanadyjski pisarz, Michael O’Brien. Przypomina się tutaj, jak to na drzwiach domu zmarłego wieszano ongiś płócienny krzyż, a w chwili śmierci zatrzymywano zegar, zaś wieczorem przychodzili sąsiedzi i odbywała się Pusta Noc, podczas której śpiewano żałobne pieśni i modlono się z przywiezionych z ojczystych Kaszub książeczek i śpiewników. To już jednak na Kanadyjskich Kaszubach historia, bo kiedy realizowano ten film, Puste Noce ostały się już tylko we wspomnieniach. Trzeba bowiem pamiętać, że jak przechowało się na Kanadyjskich Kaszubach niczym w konserwie dawne kaszubskie słownictwo, tak z zapomnianymi zwyczajami, o których opowie Michael O’Brien:

„Oni także wprowadzili nową tradycję zakopywania Ewangelii na polu, w ziemi… i być może, że świecki umysł mógłby pomyśleć, że to graniczy z przesądem, ale ja myślę, że ci polscy chłopi, mocno wierzący i miłujący ziemię, rozumieli coś, o czym my, w dzisiejszych czasach może zapomnieliśmy. Oni rozumieli, że twórczość ziemi jest święta i ten »nowy świat«, w którym przyszło im żyć, powinien być ochrzczony, ziemia powinna być ochrzczona, ponieważ na niej będzie wzrastać pożywienie dla nich i dla przyszłych pokoleń”.

Ciekawa interpretacja, mająca wiele wspólnego z uniwersum mitu. Podobnie jak wręcz mityczne było to zmaganie z kanadyjską puszczą, skalistą ziemią i nawiedzającymi ją żywiołami, ta kaszubska solidarność, opowiedziana w tym filmie przez Martina Szulista o tymże „bee”.

„Jak ten huragan przeszedł tam na farmie u nas w 36 roku, to też rozwaliło budowanie, to taki bee zaraz był, to jednego dnia rozwaliło, a drugiego dnia na 5 godzinę ci farmani się wszyscy pozeszli i mieli połowę pobudowane. Zeszło się jakieś 50 chłopów, to się nazywało bee. A tak samo, czy szli wybierać kartofle, bulewki albo co takiego, to każdy przyszedł i pomógł, to się nazywało bee”.

Stąd nie przypadkiem w „Epilogu” tego filmu, Stella Jaroszewicz, którą miałem okazję przed dziewiętnastu laty poznać i słuchać jej opowieści, powie z nieudanym sentymentem: „My byliśmy tak jak bracia i siostry. My się wszyscy rozumieliśmy swoim językiem”. A potem znowuż ujrzymy tę zaśnieżoną szosę, która na drogę wygląda, tu jednak oglądaną nie jak najpierw przez przednią szybę samochodu, ale przez tylną, i to przy tejże piosence „A we wtorek rano kosił ojciec siano”.

Takich kwestii w pierwszej części filmu Henryka Bartula „Kanadyjskie Kaszuby” mamy wiele. Najwięcej jednak w nim znaczy przemijanie, i to zarówno Czasu, który powinno się tu przede wszystkim pisać wielką literą, jak ludzi, którzy przybyli na tę kanadyjska ziemię niczym na ziemię obiecaną i swoim kaszubskim uporem, wytrwałością i pracowitością uczynili ją sobie poddaną. A wtenczas zwrócili na tę okolicę uwagę Polonii, która też uznała ją za sobie bliską, podobnie bliską jak Kaszubia Polsce, bo o słowach Franciszka Sędzickiego: „Jestem Kaszubą, Polska matką moją” nie można przecież zapomnieć. Ale o Polonii na Kanadyjskich Kaszubach opowiada już Henryk Bartul w drugiej części filmu, z której trzeba będzie zdać sprawę, jak ukaże się część trzecia.

Tadeusz Linkner

piątek, 27 lipiec 2018 11:28

Są idiotami, czy udają?

Napisał

Czytając doniesienia o krokach, jakie torontońska rada miejska zamierza podjąć do walki z „przestępczością”, czyli z zamachami terrorystycznymi (niezależnie od tego czy sprawca zamachu był powiązany z jakimiś organizacjami terrorystycznymi, czy też terroryzował na własną rękę, to przecież był to zamach terrorystyczny), trudno nie zadać sobie pytania, czy ci ludzie naprawdę są takimi idiotami, czy tylko udają?

Pomysł, aby zakazać legalnego zakupu broni na terenie miasta, jest takim debilizmem, że człowiek zaczyna zastanawiać się, gdzie żyje. No bo jak kupię pistolet w Mississaudze, to go do Toronto nie wezmę? Czy oni tak myślą?

A gdzie logika w tym, żeby zakazać posiadania broni szanującym prawo, płacącym podatki obywatelom i sądzić, że w ten sposób gangsterzy przestaną do nich strzelać?!!!

Kilka dni po zamachu i policja nie podaje oficjalnie, skąd, rzekomo chory psychicznie, zamachowiec miał broń – podobno była przemycona z USA. Rozumiem, że... logicznym wnioskiem jest w takim wypadku zakaz posiadania i handlu pistoletami w Toronto... Dzięki temu nikt do Toronto nielegalnego pistoletu z USA nie przywiezie. Po prostu przestraszy się burmistrza Tory’ego.

Ja już się go boję, po tym jak stwierdził, że nie widzi żadnego powodu, dla którego ktokolwiek mógłby chcieć posiadać w Toronto pistolet...

Co on głupi?! No właśnie ostatnie wypadki dowodzą, że trzeba mieć broń! Wszystko wskazuje na to, że działająca z zawiązanymi rękami policja nie daje rady, pozostaje więc liczyć wyłącznie na siebie. I w momencie, kiedy rośnie zagrożenie, ci idioci chcą nam całkowicie odebrać zdolność samoobrony! Nie przestępcom, tylko nam!!! Zamiast uderzać w gangsterów, karać, wywalać z kraju podejrzanych, władza, która rzekomo ma reprezentować nasze interesy, chce nam odebrać ostatnią szansę obrony.

Dzisiejszy „kryzys przestępczości” to następstwo liberalnego otumanienia, głupoty podniesionej do standardu normy społecznej; to następstwo bierności nas samych w obliczu totalitaryzmu politycznej poprawności, następstwo akceptowania kretynizmu w życiu publicznym.

Jak zmniejszyć przestępczość? Po pierwsze, karać przestępców – zorganizować na północy obozy pracy dla gangsterów, niech budują drogi i robią inne pożyteczne rzeczy, po drugie, przestać udawać! Przestać udawać, że przestępczością są równo zagrożone wszystkie społeczności. Po trzecie, to infiltracja i inwigilacja tychże środowisk. To tylko garść pomysłów pierwszych z brzegu. Tymczasem rada miasta chce zwiększyć liczbę kamer na ulicach i okablować miasto mikrofonami, które pozwolą natychmiast identyfikować strzały z broni palnej...

I proszę mi powiedzieć, czy to są normalni ludzie?

Andrzej Kumor

data-matched-content-ui-type="image_card_sidebyside" data-matched-content-rows-num="4" data-matched-content-columns-num="1" data-ad-format="autorelaxed">


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

Ostatnio zmieniany poniedziałek, 30 lipiec 2018 01:28
piątek, 27 lipiec 2018 11:13

Wielka gra o Wyspę Świata

Napisane przez

gryguc4817Zapraszam Państwa na podróż po współczesności tradycyjnie za pomocą przeszłości. Zwłaszcza po spotkaniu Putin – Trump w Helsinkach, widzimy, że historia jednak pod wieloma względami lubi się powtarzać. Co mam na myśli? Obecnie mamy do czynienia z polityką chińską, która próbuje, chce za wszelką cenę uczynić z tzw. Wyspy Świata, czyli z Półwyspu Europejskiego, z Azji i z Afryki tylko i wyłącznie swoją strefę wpływów. Chiny chcą wprowadzić chińską doktrynę Monroe i sprawować taką pieczę nad Wyspą Świata, jaką Amerykanie sprawowali i sprawują nad zachodnią chemisferą. Bardzo to jest interesujące.

W tym układzie mamy dwa tzw. mocarstwa rewizjonistyczne. Obecnie są to Chiny i Rosja.

Trump, za pomocą spotkania w Helsinkach, próbuje z tej układanki na swój sposób wyjąć Rosję. Będzie musiał dokonywać poważnych koncesji na rzecz Rosji.
Rosja to nie jest gracz, który łatwo da się poklepać po ramionach i z uśmiechem, tak jak polskie naiwniaki, które naprawdę zupełnie się już nie liczą, zrobią wszystko, czego życzyliby sobie Amerykanie. W związku z tym Trump będzie chciał kupić Rosję. Ale żeby kupić Rosję, to będzie musiał mieć czym zapłacić, a te koncesje będą musiały być bardzo poważne.

Zobaczymy przede wszystkim, czy Trumpowi starczy sił, bo na konferencji było widać wyraźnie, że ma in-house u siebie w Stanach, w środku, kilka piątych kolumn.

Po pierwsze, ma całkiem poważną dywersję, zakonspirowaną w tamtejszych elitach władzy. Możemy to nazywać strukturą głębokiej siły, możemy to nazywać głębokim państwem, ja nazywam to strukturą głębokiej siły. Więc w tej strukturze głębokiej siły zakonspirowane są czynniki w służbach wywiadowczych, związanych przede wszystkim z CIA, które jadą na pasku żydowskim, które nie są zadowolone i nie są zainteresowane zbliżeniem na takich zasadach z Rosją, z różnych względów.

Ma przede wszystkim bardzo silną i mocną dywersję żydowską, lewicującego żydostwa, nie tego konserwatywnego, wielkiego syjonistycznego, które byłoby zainteresowane dealem z Rosją, po to żeby strefa wpływów amerykańsko-rosyjska także obejmowała Bliski Wschód poza Europą i żeby ten układ umiejętnie powstrzymywał Chiny. Tego chce część konserwatywnego żydostwa.

Ta druga część dokonuje dywersji, w związku z tym biedny Trump, który chciał od razu, już, w styczniu 2017 roku dealować i układać się z Rosją, musiał poczekać, więc zwróćmy uwagę, że 20 stycznia 2017 roku obejmuje władzę i dopiero w lipcu może sobie oficjalnie spotkać się z Putinem i jakby przestać już się przejmować tym, że ktoś może mu zarzucać jakieś konszachty ze złą, podłą, bezwzględną Rosją i z tym bezwzględnym Putinem, aczkolwiek sama konferencja i jakość zadawanych pytań przez media amerykańskie, angielskie, francuskie, pokazują, jak bardzo nisko media upadły i jak bardzo są taką potrawą dla masowego bydła, tych zbydlęconych społeczeństw zachodnioeuropejskich, środkowoeuropejskich i w ogóle światowych.

To jest niesamowite, co zrobili z nas Żydzi za pomocą mass mediów, za pomocą kina, za pomocą Hollywood. I media żydowskie przede wszystkim temu służą, czarując tutaj masowe bydło takimi bzdurami, dzięki którym później na konferencji mogą padać durne i głupawe pytania na temat tego, czy Rosja posiada jakieś materiały kompromitujące Trumpa, czy przez rok jechać w walce wewnątrzamerykańskiej tym, że Rosja mieszała w wyborach amerykańskich.

Totalny, totalny bełkot czy rzeczy trzeciorzędne, które są konstruowane w taki sposób, aby były rzeczami pierwszorzędnymi.

W związku z tym układanka z mocarstwami rewizjonistycznymi wygląda podobnie jak układanki w roku ‘40 czy w ‘39, kiedy mieliśmy także na świecie dwa rewizjonistyczne – trzy, tak naprawdę – mocarstwa. Ale w Europie mieliśmy dwa, były to Niemcy i Rosja.

Dzisiaj miejsce Niemiec zajęły Chiny. I Donald Trump jest de facto w samym miejscu, w którym był Adolf Hitler w roku ‘39 i ‘40. Adolf Hitler chciał wprowadzić nowy ład globalny, w ogóle nowy porządek światowy, Global Loesung, czego w ogóle oczywiście nie rozumiał Beck, tak jak nasi warszawscy rządzący panowie w ogóle wielu rzeczy nie rozumieją, nie mogą zrozumieć, z wielu względów, wiemy mniej więcej z jakich.

Trump przejdzie do historii tak jak Adolf Hitler, jako ten, który albo uda mu się utrzymać Amerykę za pomocą swoich działań na kursie imperialnym i pomóc Stanom Zjednoczonym w tym, żeby były jednak mocarstwem światowym i sprawowały jedynowładztwo światowe, albo Ameryka upadnie, tak jak upadły Niemcy i tak jak upadło mocarstwo Wielkiej Brytanii w wyniku II wojny światowej i w wyniku oczywiście dywersyjnej roboty Churchilla.

Trzecim mocarstwem rewizjonistycznym w ‘39 roku był ukryty lider, ten który wiedział, o co chodzi, i pilnował, żeby wszystko szło w dobrym dla niego kierunku. Tym trzecim mocarstwem rewizjonistycznym były Stany Zjednoczone, czyli Nowy Jork. Żydostwo z Nowego Jorku, którego eksponenci, tacy jak Franklin Delano Roosevelt, William Averell Harriman, Cordell Hull. Cała czereda waszyngtońskich polityków to byli eksponenci tej potężnej, ukrytej siły, tej struktury głębokiej siły, czyli Stany Zjednoczone, które pilnowały, aby wszystko szło po ich myśli, już od ‘33 roku zdecydowanie, odkąd Franklin Delano Roosevelt objął władzę.
Wracamy do układanek teraźniejszych, które chciałbym Państwu pokazać za pomocą wydarzeń z przeszłości – bardzo dobre odnośniki, i do rozmów wybitnych mężów stanu, naprawdę zgrabnych polityków.

W ogóle nie zgadzam się z tym, że Adolf Hitler czy Stalin, czy Rosja bolszewicka, czy Niemcy nazistowskie były pacynkami w rękach gudłajów nowojorskich i wielkiej banksterki nowojorskiej.

To tak nie do końca wygląda. To są zbyt złożone mechanizmy, żeby je opisywać dobrze brzmiącymi frazesami. Hitler wiedział, od kogo bierze kasę, tak samo Stalin wiedział, od kogo bierze kasę.

Kiedy Harold Macmillan, jeden z doradców Churchilla, przyjechał do Związku Sowieckiego w ‘32 roku i zwiedzał sobie Stalingrad, zwiedzał wielkie fabryki w południowej Rosji, to z każdej fabryki w Stalingradzie wychodzili menedżerowie amerykańscy. To żadne odkrycie, że Stalin wykorzystywał z Hitlerem pieniądze amerykańskie; dobrze wiedzieli, że Ameryka, ładując pieniądze – jak napisał to chyba w ‘33 roku jeden z dziennikarzy amerykańskich, żydowskiego zresztą pochodzenia – w Europę, ładuje pieniądze w przyszłe pole bitwy.

Hitler ze Stalinem o tym wiedzieli, oni tylko wykorzystywali te mechanizmy do tego, żeby później prowadzić swoje państwa w obranym przez nich kierunku geopolitycznym.

Decyzje geopolityczne i kierunki geopolityczne, które były obierane w Moskwie i w Berlinie, były podejmowane całkowicie niezależnie od jakichkolwiek intencji bogatego żydostwa nowojorskiego, które było, jest i będzie macherem z zaplecza w wielu układankach, takim fundatorem wielu backroom deals.

Chciałbym Państwu przeczytać rzeczy bardzo ciekawe. Mam prośbę, żeby rozsiąść się wygodnie w fotelu, napić się kawy i posłuchać rozmowy bardzo ważnej dla światowej polityki i historii, a mianowicie dwóch rozmów – tego jest więcej, ale nie mogę przeczytać wszystkiego – a mianowicie rozmowy kanclerza Niemiec Adolfa Hitlera z ministrem spraw zagranicznych, ludowym komisarzem ds. zagranicznych Wiaczesławem Mołotowem, wybitnym politykiem, bardzo dobrym i sprawnym ministrem spraw zagranicznych; tak jak Siergiej Wiktorowicz Ławrow, który – w moim przekonaniu – powtórzę, jest najlepszym ministrem spraw zagranicznych obecnie na świecie.

Nawiasem mówiąc, bardzo się cieszę, że Państwo wymieniacie się informacjami.

Czasami narzekacie, że nie podaję źródeł, a ja wychodzę z założenia, że trzeba swoją pracę domową odrobić.
Jeżeli ktoś myśli o prawdziwie niepodległym państwie albo chce coś zrobić, to proszę mi wierzyć, że nikt wam nie podeśle tego w komentarzu do YouTuba ani w komentarzu do fejsa, jak do tej wolnej Polski dojść. Trzeba też troszeczkę umieć poszukać, a Internet jest tak bogaty w informacje.

(...) Bardzo dziękuję tej osobie, która umieściła 2. tom dokumentów i materiałów z archiwum niemieckiego, tzw. archiwum Dirksena. (Wśród niemieckich materiałów archiwalnych, zdobytych przez armię sowiecką, znajduje się archiwum byłego ambasadora niemieckiego w Moskwie, Tokio i Londynie – Herberta von Dirksena, przechowywane w majątku ziemskim Dirksena – w Grodźcu (niem. Gröditzberg). Większa część archiwum Dirksena dotyczy rodzinnych i majątkowych spraw obszarnika, mniejsza – to archiwum dyplomaty. Ta druga zawiera: – po pierwsze, kopie służbowych depesz i raportów Dirksena, który zostawiał dla siebie egzemplarz opatrzony zwykle adnotacją „dla pana ambasadora” („für den Herrn Botschaftr”), – po drugie, służbowe i osobiste listy otrzymywane przez Dirksena z Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz od różnych dyplomatów niemieckich. Listy te stanowią oryginały podpisane własnoręcznie przez ich autorów i są przeważnie pisane na drukowanych blankietach urzędowych lub imiennych. Są one upstrzone podkreśleniami dokonywanymi kolorowym ołówkiem, a czasem mają na marginesie uwagi pisane ręką Dirksena. (...) Zbiór ten został przygotowany do druku przez Wydział Archiwalny MSZ ZSRS. - red.)

Akurat było mi to przydatne posiadać to w wersji elektronicznej, bo mam tylko wersję papierową, a nie zawsze mogę ją nosić ze sobą. Proszę także wymieniać się w komentarzach jakimikolwiek informacjami, które widzicie u siebie, lokalnie, w swoim otoczeniu, nawet jeżeli jesteście w Anglii, czy Stanach Zjednoczonych, czy Argentynie, bo piszą także ludzie z innych krajów. Traktujcie te komentarze troszeczkę bardziej poważnie, jako użyteczne narzędzie do zrzeszania się i dzielenia się informacją itd., itd. Bardzo jest to ciekawe i interesujące.

Zapraszam więc Państwa do lektury fenomenalnych dokumentów, fenomenalnej rozmowy, która absolutnie nie jest o przeszłości, tylko jest o teraźniejszości. To jest rzecz, która dzieje się dzisiaj. Czytam takie rzeczy, żeby Państwu też uzmysłowić, jak poważni bandyci rozmawiają o rzeczach, i na jakim poziomie są te dyskusje.

Tak samo rozmawia się dzisiaj, tak samo Ławrow rozmawiał wczoraj z Mikiem Pompeo w Helsinkach, bo wszyscy skupiali się na rozmowach Trump – Putin, bardzo dobrze, ale z tyłu Pompeo z Ławrowem w Helsinkach rozmawiali naprawdę też o poważnych tematach.

Niedługo dalsze części tych spotkań i rozmów. Jesteśmy słabym graczem, my jako naród polski, więc jesteśmy skazani na to, że kotara się czasami obsunie albo maska się komuś obsunie z twarzy, z związku z tym wtedy mamy takie momenty prawdy.

Bardzo ciekawe publikacje miały miejsce tuż po wojnie, kiedy a to Stany Zjednoczone, a to Sowieci w ramach retorsji publikowali na siebie donosy, czyli publikowali prawdziwe poufne dokumenty a to niemieckie, a to włoskie, a to rosyjskie, a to amerykańskie.

Amerykanie sypali Rosjan, że podpisywali deale z Niemcami w ‘39 i ‘40 roku, a Rosjanie w ramach retorsji opublikowali sporo ciekawych rzeczy na temat Anglii, w jaki sposób dealowała z kolei ona z Niemcami aż do ‘40 roku, a tak naprawdę negocjacje z Anglią trwały aż do słynnej podróży Rudolfa Hessa w ‘41 roku.
Tak to się wszystko pięknie układa.

Zapraszam Państwa na bardzo ciekawą podróż. Jest jesień ‘40 roku, do Berlina na zaproszenie Niemiec przyjeżdża Wiaczesław Mołotow, komisarz ludowy do spraw zagranicznych, prawa ręka Stalina.

Zmieniło się dużo rzeczy od sierpnia i września ‘39 roku, kiedy to dwa państwa podpisały ze sobą bardzo ważne układy, normalizujące stosunki i opisujące wtedy strefy wpływów w Europie Środkowej. Czasy się zmieniły, nie ma już Francji, nie ma Danii, właściwie Europa, poza Anglią, należy do Niemiec.

Bałkany są, w wyniku dywersji angielskiej, tuż przed uderzeniem niemieckim. I Rosja, i Niemcy chcą obwąchać się i zobaczyć, czy są w stanie dogadać się, porozumieć co do dalszej współpracy, czy nie. Nie dogadały się, powiem też troszeczkę dlaczego, i 12 i 13 listopada miały miejsce dwie ważne rozmowy Hitlera z Mołotowem.

18 grudnia ‘40 roku już Hitler wydał dyrektywę uderzenia na Rosję. Adolf Hitler nie uznawał miękkiej gry, jeśli uważał, że trzeba działać, to trzeba było działać szybko. I był chyba jednym z najwybitniejszych polityków, który prowadził adaptacyjną, zręczną politykę.

Naprawdę, Anglia robiła bardzo dużo przez całą wojnę, a zwłaszcza w latach ‘37, ‘38, ‘39, ‘40, ‘41, żeby kłody rzucać Hitlerowi pod nogi, poczynając od Polski, kończąc na Bałkanach czy na Afryce Północnej, a Hitler wtedy musiał się odpowiednio dostosowywać i całkiem zgrabnie w wielu kwestiach wychodził obronną ręką, dzięki szybkiemu działaniu, szybkiemu podejmowaniu decyzji.

Musimy pamiętać, że obecna sytuacja Polski w 2018 roku jest naprawdę krytyczna.

Nie widzę obecnie jakichkolwiek szans na to, żebyśmy wyszli z dołu upodlenia.

Moglibyśmy łatwo wyjść, gdybyśmy mieli prawdziwe niepodległe władze. Nie z tymi władzami, nie z władzami postokrągłostołowymi, czy to jest SLD, czy to jest PSL, czy to jest Prawo i Sprawiedliwość.

Ludzie Wojciecha Jaruzelskiego nie są w stanie utrzymać Polski na kursie niepodległym.

A wszystko byłoby do ułożenia, zwłaszcza teraz, kiedy trwamy w okresie rekonstrukcji ładu globalnego. Ja o konstrukcji ładu globalnego za chwilę będę Państwu czytał.

Polskie elity, prawdziwie niepodległe polskie elity mogłyby zrobić bardzo dużo dobrego i uczynić z Polski naprawdę silnego gracza, i w regionie, i ponadregionalne mocarstwo. Polska byłaby w stanie stać się prawdziwie ponadregionalnym mocarstwem.

Nie jest w stanie, dlatego że po prostu mamy tutaj V kolumnę w Alejach Ujazdowskich u władzy, i na Wiejskiej, i na Nowogrodzkiej.

Ta cała Platforma Obywatelska i ci wszyscy bandyci, zaprzańcy, zdrajcy, złodzieje, łotry.

Pan poeta Jarosław Marek Rymkiewicz nawet nie przypuszczał, że słynną swoją książkę pt. „Wieszanie”, którą napisał w intencji, ukierunkowywał do Platformy Obywatelskiej, ludzi z Unii Wolności, z SLD, do tej całej czeredy postpeerelowskiej III RP-PRL, napisał tę książkę, de facto ukierunkowując ją do polityków Prawa i Sprawiedliwości. Wszystko to jest całkiem przerażające.

Nie dajmy się nabrać na wiele wrzutek.

Po pierwsze, Polska i Polacy byliby w stanie całkowicie dać sobie radę z Żydami. Oni są do zrobienia, oni są do ogrania.

Naprawdę, mielibyśmy narzędzia, dzięki którym Żydów moglibyśmy i załatwić, i ograć tutaj z ich wymuszeniami rozbójniczymi, jeśli chodzi o roszczenia żydowskie wobec Polski, z ich próbą wypatroszenia Polski.

Bo jedna rzecz to są roszczenia żydowskie, a druga rzecz to oczywiście to, co oni robią tu, w obszarze Wisły, jeżeli chodzi o wypatroszenie tożsamościowe, kulturowe i religijne Polaków. Są to nasi chyba główni wrogowie. Ale są całkowicie do ogrania. Tak samo do ogrania, proszę mi wierzyć, byłby...

Proszę zwrócić uwagę, Donaldowi Trumpowi nie przyszło do głowy, żeby zadzwonić do pana Kaczyńskiego czy pana Dudy przed spotkaniem z Putinem i powiedzieć im, wiecie, będę rozmawiał na temat waszej strefy interesów, czyli na przykład a propos Krainy U, tak jak Trump zrobił to z Erdoganem.

Zadzwonił do Erdogana przed spotkaniem z Putinem i powiedział mu, że będzie rozmawiał o Syrii, czyli o obszarze, którym Turcja jest żywotnie zainteresowana. A zrobił to dlatego, że Turcja i Erdogan się szanują i potrafią prowadzić podmiotową, realistyczną politykę.

Nasi wszyscy serdeczni przyjaciele strategiczni inaczej by zaczęli szczekać, inaczej by zaczęli reagować, gdyby polski prezydent, polski premier prawdziwie wolnej Polski swoje pierwsze wizyty zagraniczne przede wszystkim odbyli do Moskwy, później do Pekinu, później do Ankary, później do Mińska białoruskiego i do Sztokholmu. Ale także gdyby zaczęli budować prawdziwy most, imperialny most w naszej strefie wpływów, czyli most, który bazowałby na trzech państwach, Szwecji, Polsce, Turcji, to proszę mi wierzyć, inni gracze, nasi „serdeczni przyjaciele” w Berlinie, w Moskwie i Stanach Zjednoczonych, i w Londynie, i w Tel Awiwie, zaczęliby inaczej szczekać, z innego klucza. Pomyśleliby, o, ktoś w Warszawie zaczął myśleć.

To wszystko byłoby do zrobienia.

A zbrodnią na nas wszystkich jest to, winą wszystkich nas samych, za to wszyscy ponosimy odpowiedzialność – to nie jakiś Kaczyński z Targalskim czy jakiś Rysiu Czarnecki z Macierewiczem, z Morawieckim, to są osoby naprawdę bez znaczenia w historii Polski, następny garnitur zaprzańców i zdrajców; ale zbrodnią nie tyle jest to, że ci ludzi doprowadzili Polskę do takiego stanu, w którym jesteśmy, tylko że my sami, my sami na to pozwoliliśmy.

To pokazuje, jak bardzo jesteśmy zbydlęconym i ograbionym z samych siebie narodem. Sprzedaliśmy swoje eldorado za bezcen, nawet nie próbując ujrzeć, czym ono w istocie jest.

Posłuchajmy, jak mówią prawdziwi bandyci, jak brzmi mowa konkret, a nie mowa siana. Tak jak Niemcy opublikowali aż sześć białych ksiąg, w których zawarte były tajne dokumenty dyplomatyczne, między innymi polskie, 3. księga, która jest dostępna pod niektórymi moimi wystąpieniami. Proszę sobie uważnie przeczytać te raporty dyplomatyczne, są bardzo ważne.

To Jerzy Potocki dlatego stracił pracę jako ambasador Polski w Stanach Zjednoczonych, ponieważ Niemcy ujawnili jego raporty do Warszawy, które mówią o prawdziwej roli Żydów amerykańskich w wywołaniu II wojny światowej. Proszę sobie bardzo uważnie przeczytać raporty Jerzego Potockiego, polskiego ambasadora w Stanach Zjednoczonych. Niemcy opublikowali aż sześć takich tomów dokumentów.

Nawet utopili w nich Persję swego czasu. Więc Amerykanie w ramach takiej dobrej tradycji, że kapujemy samych siebie, w ‘48 roku Departament Stanu opublikował tom dokumentów pt. „Niemcy narodowosocjalistyczne a Związek Radziecki 1939–1941”. Zostało to przedrukowane przez Litwinów cwaniaczków w ‘90 roku i także wydrukowane zostało w języku polskim pt. „Białe plamy. Związek Radziecki–Niemcy 1939–1941”. To jest książka dostępna na rynku polskim, polecam, niesamowite tematy.

Litwini to są cwane dranie, opublikowali to, żeby pokazać, że ten pakt Ribbentrop-Mołotow to jednak straszna rzecz, a zapominamy o tym, że owocem paktu Ribbentrop-Mołotow jest między innymi to, że Polska straciła Wilno i to Wilno zostało przy Litwie.
Wilno kiedyś wróci do Polski, tak jak Lwów wróci kiedyś do Polski. Rosja o tym wie, wiedzą o tym wszyscy nasi zewnętrzni gracze i będą bali się tego, że Polska kiedyś upomni się o swoje i Polska kiedyś na te tereny wróci.

Tomasz Gryguć (Pan Nikt)

Analityk, pisarz, publicysta, poeta. Pracuje w biedrze na paletach, sprząta na budowach. Ojciec trójki cudownych dzieci. Od niedawna właściciel Horusi, ślicznej suczki ze schroniska, po wypadku. Wędruje przez rzeczywistość jak duch-kometa. Wpatrzony w niebo, ale stąpający trzeźwo po ziemi. Morderca mitów.

Koniec części I
Spisane z YouTube

piątek, 27 lipiec 2018 11:08

Moje powstanie

Napisane przez

Co tam dziecko pamięta? Dużo, nadspodziewanie dużo. A głównie dlatego, że to, co się dzieje, jest nietypowe, wychodzi poza granice normalności. Oczywiście, pamięć jest wybiórcza i zapamiętuje się tylko niektóre momenty. Dlatego każdy pamięta co innego.

Z czasów okupacji pamiętam conocne spuszczanie rolet na oknach, syreny alarmowe i bieg do piwnicy. Pamiętam mapy Europy i szpilki oznaczające przesuwanie się frontów. Pantelleria i Lampedusa, dwie mniej znane wyspy, weszły do mojego dziecięcego słownika wraz z „grubą Bertą” i „Krową” – działami niemieckimi.
Któregoś dnia ze spaceru w parku Mama zaciągnęła mnie i koleżankę Krysię do kościoła, żeby się modlić za Ojca, którego wezwano na Gestapo, oskarżonego o przechowywanie Żydów. Nie bardzo wiedziałam też, o co chodzi, kiedy nagle wyskoczyłyśmy z tramwaju, w którym siedzieli Niemcy, a ja użyłam najgorszego słowa w moim pojęciu i powiedziałam głośno: „Niemcy cinie” (świnie). O piętro niżej mieszkał lokator, który się ukrywał – przychodził do nas czasem skorzystać z telefonu i nazywał mnie „Shirley Temple”, bo miałam loki.

A potem wybuchło powstanie. Mamę z barykady, którą budowała z innymi, zabrali na Szucha, gdzie była siedziba Gestapo. Po nocy spędzonej na podwórzu kobiety poustawiano w rzędy, żeby osłaniały niemieckie czołgi. Pierwszy rząd padł. Mamie, która szła trzy metry za czołgiem, udało się zbiec do przejścia pod ulicą, zasypanego trupami. Po wielu godzinach dotarła do nas w samo święto Przemienienia Pańskiego. Uważała swoje ocalenie za cud. Pamiętam, jak siedzieliśmy w ciemnej kuchni, czekając na jej powrót, i że jadłam wtedy kawałek razowego chleba. Martwiłam się, że Mamy nie ma. Później, przez całe

Powstanie wyczekiwałam na jej powrót, kiedy chodziła po wodę, bo wtedy Niemcy często ostrzeliwali stojących w kolejce ludzi.

Pierwsze dwa tygodnie powstania spędziliśmy w piwnicy naszego domu przy ulicy Szóstego Sierpnia (nr 9). Dołączyli się tam do nas nieznani ludzie, uciekinierzy z innych ulic. Pamiętam, jak z jakąś nieznaną mi dziewczynką jadłam gotowany pęcak, siedząc na górze tobołków. Pamiętam też ognisko rozpalone na podwórku naszej kamienicy – był to znak rozpoznawczy dla lotników, którzy zrzucali żywność. Rano jeden z powstańców przyniósł mi tabliczkę czekolady. A w kilka dni później odłamek zabił małego chłopca z naszego domu, który wyszedł na podwórze. A w drugą kamienicę od naszej uderzyła bomba i cały dom się zawalił, grzebiąc znajomą rodzinę. Ocalał tylko ojciec.

Kiedy zaczęło się robić „gorąco”, przenieśliśmy się (tj. przekucaliśmy pod barykadą) do domu znajomych po drugiej stronie ulicy, gdzie mieścił się sztab AK i kuchnia polowa, która swoim rozmiarem zrobiła na mnie duże wrażenie. Na balkonie stał karabin maszynowy, który nie przestawał terkotać. Niebo nad Warszawą było czerwone jak krew od pożarów i przecinały je reflektory szukające samolotów alianckich.

W tym drugim z kolei domu dostaliśmy trochę jedzenia i butelkę starego wina, którym ojciec leczył mnie, kiedy zachorowałam na dyzenterię.

Ale to nie było najgorsze. Najbardziej cierpiałam z powodu swędzenia skóry (skaza wysiękowa, czyli uczulenie) i bólu zęba. A poza tym – dziecko niejadek, byłam ciągle głodna i prosiłam Mamę choćby o skwarkę. Oczywiście skwarek nie było, dostałam odrobinę zjełczałego masła.

Kiedy leżałam z bólem zęba na kozetce pod oknem, Niemcy rzucili granat na posterunek stojący przed domem i zabili dwóch powstańców. Jeden z nich bawił się ze mną godzinę wcześniej. Okno wyleciało z framugi i szkło zasypało mnie dokładnie. O dziwo, nawet mnie nie zadrasnęło. To z kolei Ojciec uznał za cud.

A później powędrowaliśmy na Wilczą, do kolejnego domu, gdzie mieszkali znajomi, bezdzietne małżeństwo z pieskiem, którego karmili herbatniczkami. U nich w piwnicy spałam w koszu do bielizny, co też było przeżyciem. Kiedy obok walnęła bomba, wynieśliśmy się z Wilczej i wkrótce po tym zbombardowano dom, w którym się schroniliśmy. Nie wiem, co się stało ze starszym państwem i z pieskiem. Czy przeżyli? Wątpię.

Wróciliśmy znowu do naszej piwnicy na 6 Sierpnia, stwierdziwszy, że nie ma gdzie uciekać. I tam zastała nas kapitulacja Warszawy. W październiku powędrowaliśmy do Pruszkowa. Jechałam „wózkiem” i płakałam, że pozwolili mi zabrać tylko jedną lalkę, i to nie tę najbardziej ukochaną. Misio też został na drugim piętrze w naszym mieszkaniu.

Pamiętam trupy przykryte gazetami, które leżały przy chodniku, i to, że nie robiły one na mnie najmniejszego wrażenia. Uważałam je za zjawisko naturalne.

Natomiast kiedy przenosiliśmy się na Wilczą, wówczas jeszcze nieobjętą powstaniem, byłam zdumiona, że ludzie chodzą po ulicy, nie kuląc się i nie przebiegając pod barykadą, co zawsze robiłam wraz z dorosłymi. Zdumiewa mnie do dziś, jak szybko dzieci przyzwyczajają się do niezwykłych sytuacji.

W Pruszkowie spaliśmy na cemencie w hali fabrycznej. Rano nastąpił mój „Sąd Ostateczny”. Gestapowcy z psami sortowali ludzi na młodych i starych. Pamiętam płacz mojej niani, którą wywieziono do obozu pracy pod granicę holenderską. Miała 29 lat. A nas zagoniono do wagonów bydlęcych, które na szczęście nie miały dachów, więc leżąc pod „skórą” Taty, mogłam patrzeć na gwiaździste niebo i po dwóch miesiącach piwnicy było to cudowne.

A kiedy pociąg gdzieś się zatrzymał, stał się kolejny cud, z góry zaczęły spadać na nas bochenki chleba, jabłka, pomidory. Czysty „róg Almatei”. Niestety, kilka osób rzuciło się na te przysmaki i później zmarło – wygłodzony organizm nie tolerował surowych owoców i warzyw.

Pociąg jechał i jechał, jak w bajce o trzech świnkach, którą mi opowiadał Tata, a Ojciec nie wiedząc, gdzie nas wiozą, modlił się, żeby nas zawieźli w Krakowskie, gdzie jako dziecko spędzał wakacje. I to był kolejny cud. Charsznica – otwierają wagony i wyrzucają nas na peron. A okoliczni chłopi zabierają nas do siebie.

I tu zaczyna się następny, szczęśliwy okres mojego dzieciństwa. We wsi Falniów kończę 5 lat życia i jestem tak z tego dumna, że chodzę po wsi i wszystkim o tym mówię. Gospodarze obdarzają mnie, czym kto ma: bułką, kawałkiem kiełbasy, nawet króliczą czapeczką, w której z dumą wracam do domu.

Japończycy za najważniejsze urodziny dziecka uważają piąte, bo to oznacza, że dziecko przeżyło najniebezpieczniejszy okres życia. Śmiertelność dzieci była niegdyś w Japonii bardzo wysoka. A ja, nic o tym nie wiedząc, zorganizowałam sobie sama takie cudowne urodziny.

Barbara Sharratt

piątek, 27 lipiec 2018 11:06

Z drugiej strony inaczej

Napisane przez

ligezaWszystko, cokolwiek u człowieka ludzkie, nie wyłączając samopoczucia w danej chwili, zależy od naszego systemu wartości – oraz od perspektyw, z jakich obserwujemy świat i bliźnich.

Gdy spoglądamy na wielkość cywilizacji białego człowieka, wówczas sami rośniemy, konstatując jej wielkość i dokonania. Z drugiej strony mamy inaczej – mianowicie obserwując tempo, w jakim cywilizacja nasza upada, samych siebie umniejszamy w stopniu zastraszającym.

W wywołanym kontekście powiem, że gdy tak sobie czasami usiądę, tak sobie wtedy czasem pomyślę, że poskramiać zuchwałość jest rzeczą prawą. Co więcej: jeśli mieczem trzeba, to mieczem. Panie Wergiliuszu, czy pan poeta mnie słyszy? Czy też nie słucha mnie pan, korząc przed wielkością naśladowcy? Żeby nie powiedzieć inaczej, to jest następcy? Ironizuję oczywiście – co muszę zaznaczyć, boć ironia wpisana między słowa nie zawsze przypomina światłość morskiej latarni, wskazując Czytelnikowi drogę przez skomplikowany labirynt asocjacji odautorskich. Zaznaczam więc, co należy.

Myślę też (więc), że poskramiać zuchwałość jest rzeczą prawą, a jeśli miecz do tego potrzebny, wtedy w celu poskromienia użyć należy i miecza. Pani mnie słyszy, pani Gersdorf? Przydałoby się, pani i nam. Naprawdę. Pani – plus pani totumfackim – przydałoby się, albowiem nie ma ludzi złych z natury, są tylko odpowiednio wytresowani, są ich treserzy i są treserów nadzorcy. Nie sądzę zatem, by kilka zadanych płazem uderzeń nie mogło was ocalić, a co najmniej pozwolić wam oprzytomnieć. Nam zaś to samo by się przydało, bo wspólnota z zaburzonym systemem wartości nadzwyczaj skromne nadzieje na barkach dźwiga, krocząc w przyszłość. Czy inaczej: aspiracje.

Czy jeszcze inaczej powiedzmy, odkładając na bok panią byłą pierwszą prezes Sądu Najwyższego, a tuląc w dłoniach postać tak zwanego Międzymorza. Czy tam chuchając nań. Czy inaczej: w ramionach kołysząc. Oto wariacki zaiste sen środowisk z aspiracjami do eliciarstwa (inaczej: do efekciarstwa). Wariacki powiadam, bo nawet śnić warto byłoby z krztyną sensu na poziomie podstawowym.

Z drugiej strony poprzesadzajmy sobie nieco: gdyby tak Litwinów, Białorusinów, Ukraińców, Polaków, Węgrów – i tak dalej, i tak dalej – rzeczywiście przekonać do idei Rzeczypospolitej Wspólnej? Wtedy dla wielu sąsiadujących narodów, i to niezależnie od wzajemnych animozji, zarówno pomost bałtycko-czarnomorski, czyli idea zrodzona w latach trzydziestych XX wieku w publicystyce Józefa Łobodowskiego, jak i Międzymorze we współczesnym rozumieniu tego terminu, mogłyby ziścić się same z siebie. Jedno i drugie stanowiłoby bowiem naturalną konsekwencję aspiracji każdej z wymienionych i niewymienionych wyżej wspólnot narodowych. Aspiracji do wielkości. Następnie parę dekad wzrostu gospodarczego, wzmocnionego jednolitą wizją rozwoju regionu, a kształt Starego Kontynentu zmieniłby się trwale w każdym z możliwych wymiarów i aspektów. Oto sen wart wyśnienia.

Niedawno, omawiając perspektywy Unii Europejskiej, Rafał Ziemkiewicz przywołał Rzeczpospolitą Obojga Narodów, przypominając, że: „tolerancja i różnorodność były spoiwem wystarczającym, by jednoczyć w czerpaniu korzyści, ale za słabym, by skłaniać do wspólnego inwestowania i ponoszenia kosztów”. Po mojemu: pierwszorzędna refleksja, wyznaczająca właściwy kierunek. Na dobry początek. Bo jeśli przeszłość nie mogłaby nauczyć nas podobnych przełożeń, lepiej od razu zrezygnujmy z czegokolwiek.

Powiem inaczej i powiem więcej: podsycane przez Moskwę i Berlin antagonizmy między Warszawą, Wilnem, Kijowem, Mińskiem i Budapesztem, nie byłyby problemem. Rzeczywisty problem rozpoznawać należałoby właściwie, a ten leży wszak po zachodniej stronie Odry. To Niemcy są problemem. Czy raczej polityka niemiecka, ta sama od czasów pana Bismarcka. Może nie ta sama w odniesieniu do metod bezpośrednich, ale co do celów? Ta sama bez żadnych wątpliwości. To rozpad Unii jest problemem i zakusy Berlina, by ocalić miliardy miliardów, wydane na kolejną wersję „niemieckiego dzieła odbudowy”. Czy jak to się tam teraz nazywa. Ocalić – choćby siłą.

Nie dziwię się Niemcom, ale z drugiej strony, pamiętam: gdy Rzym walił się w gruzy, większość mieszkańców Imperium modliła się, by przy Rzymie pozostać. Czemu? Bo w tamtym świecie żyć bezpiecznie bez Rzymu i poza Imperium nie dawało się. Inaczej było, gdy rozsypywał się Mur Berliński. Wówczas nawet reprezentanci nomenklatury partyjnej nie chcieli dłużej trwać w komunizmie. Teraz z kolei rozpada się Unia Europejska, lepiona gnijącymi rojeniami pociotków po Gramscim, i chociaż w związku z powyższym niemal wszyscy zbudowani jesteśmy z wątpliwości (w istocie mało co przed Europą pewne), to jedno wiemy – kto pierwszy przedłoży atrakcyjniejszy projekt ludom zamieszkującym kontynent na wschód od linii Szczecin – Praga – Salzburg – Triest, aż po Albanię, Macedonię i granicę bułgarsko-turecką na południu, ten również całej Europie wydzierga realny kształt przyszłości. Rzecz w tym, by tego kształtu nie dziergano bez reszty w Moskwie czy Berlinie, a tylko niezbędną odrobinę w Waszyngtonie.

Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.