Goniec

Register Login

piątek, 18 maj 2018 08:07

Niemowlęta po kąpieli

Napisane przez

ligezaZło, nawet jeśli niematerialne, zawsze zostawia materialne ślady. Na papierze, dajmy na to. Dla odmiany, szczęście przemija bezpowrotnie wraz z chwilą, która je przyniosła.

Pewnie niejednego zdziwi, że konkluduję powyższe, a czynię to, bowiem kilka obszarów współczesności drażni mnie ponadprzeciętnie. Przynajmniej ostatnio. W każdym razie najbardziej ostatnio, boć ostatnio to rzeczywiście drażni mnie wszystko. Najbardziej działania pana prezydenta naszego, Dudy. Czy tam pana naszego, prezydenta. 

 

        PEDOLOGIA I PEDOFILIA 

        Ponadprzeciętnie drażni mnie zwłaszcza ta część współczesności – tu dodam nie od rzeczy, że systematyka współczesności to temat iście arcyciekawy, ale to wyjaśnię przy innej okazji, tak? – zwłaszcza ta część współczesności drażni mnie ponadprzeciętnie, która ostatnio puchnie odrażająco, a w której zanurzeni ludzie człowiekowaci nie odróżniają pedologii od pedofilii. 

        Proszę? Że to za trudne? No to potrzeby od konieczności nie odróżniają, dajmy na to. Czy tam tolerancji od akceptacji. Czy tam vice versace. I tak dalej, i tak dalej. Generalizując: jeśli nie wiesz, jak jest naprawdę, albo jeśli coś naprawdę wygląda inaczej niż wydaje ci się, że wygląda, ty zaś, mimo wszystko, próbujesz temu czemuś zaradzić – niech brak efektów cię nie dziwi. Trzeba bowiem wiedzieć jak jest, z tym czymś, żeby spróbować z tym czymś dać sobie radę. Trzeba wiedzieć, jak jest naprawdę – dopiero potem dłoń można przykładać do zmian, aby z tego, co jest, uczynić to, co być powinno. 

 

        PRZEDSIĘWZIĘCIE SZEMRANE 

        Ja wiem oczywiście, że każda noc zaczyna się od wieczora, a każdy dzień kończy się półmrokiem. To prawda. Niemniej człowiek nie może dokonywać wyborów o charakterze życiowym, jeśli pogrążyć go w szarościach, w oparciu o same szarości. Innymi słowami: nie da się funkcjonować właściwie bez apriorycznego oddzielania światła od ciemności. Problem w tym, że najpierw trzeba wiedzieć, co jest czym. Najkrócej: co jest dobrem, a co złem. Co prawdą, a co kłamstwem. Wreszcie, co dobrą wolą, a co szemranym przedsięwzięciem, podejmowanym w zamiarze oszustwa na wielką skalę. 

        Konieczność dokonywania wyborów tego rodzaju nie musi od razu oznaczać popadnięcia w stupor decyzyjny. Mówię przez to, że radzimy sobie, niemniej kto radzić sobie próbuje, ten wie: lekko nie jest. I nie dziwota. Trudno cały dzień brodzić w bagnie, a wieczorem kłaść się do łóżka czystym lilijnie. Jak, dajmy na to, noworodek. Czy tam niemowlę po kąpieli. Zresztą kąpiel nie ma tu nic do rzeczy. Brudnej duszy i pumeksem nie wyczyścisz. 

 

        WITKI BRZOZOWE 

        A propos tego, jak jest: oto unijny komisarz, uwaga, uwaga: „do spraw budżetu i zasobów ludzkich”, niejaki Guenther Oettinger, głosi, że wypłaty z kolejnego budżetu UE zależne będę od „przestrzegania praworządności” przez państwa członkowskie Unii. W kontekście Polski, zdaniem Oettingera: „Istnienie niezależnego od rządu sądownictwa powinno stać się warunkiem koniecznym wypłat z unijnego budżetu w następnym okresie finansowym w latach 2021 – 2027”. To podobno bardzo dobra wiadomość dla Polski, albowiem jeszcze niedawno Komisja Europejska zamierzała warunkować wypłatę środków budżetowych od przestrzegania „wszystkich wartości unijnych”, nie tylko praworządności. Tak więc nie ma to, tamto: dobry, nadzwyczajnie dobry pan, cała ta Komisja. 

        Wniosek z tego fragmentu rzeczywistości: jeśli tylko któreś państwo pozwoli wejść sobie na głowę, nie ma dla niego ratunku. Niemcy i Francja łamały unijne prawo dziesiątki razy, zwłaszcza w obszarze budżetu – choćby przekraczając dopuszczalny deficyt – i co? I nico. Teraz zaś Oettinger chwyta za witki brzozowe, wołając, byśmy majtasy ściągali. Sami sobie ściągajcie, towarzyszu komisarzu. I bacz, co mówicie, grożąc. Skoro bracia Węgrzy poradzili sobie z Sorosem, to Polacy mogą poradzić sobie z Komisją. Co wtedy i dokąd będziecie wiać? 

*** 

        Cezary Kaźmierczak opisuje zaobserwowany na ulicach Warszawy wypadek samochodowy. Czy raczej pospolitą stłuczkę, bo na szczęście obyło się bez ofiar. Kaźmierczak: „No metropolia jednak. Na rogu Świętokrzyskiej i Kubusia Puchatka zderzył się Wietnamczyk z Hindusem”. 

        Boże mój. Rzeczywiście, metropolia. Dajmy na to w takich Maciążkach Górnych to nadal niemożliwe, takie zderzenie. I chwała Bogu.

Krzysztof Ligęza 
Kontakt z autorem: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

piątek, 18 maj 2018 08:06

Lato gorące, czy chłodne?

Napisane przez

michalkiewiczKorzystając z tego, że Polska akurat objęła rotacyjne przewodnictwo w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, pan prezydent Andrzej Duda wyruszył w podróż po Stanach  Zjednoczonych.

Tak się złożyło, że podróż pana prezydenta do USA przypadła zaledwie tydzień po podpisaniu przez prezydenta Donalda Trumpa ustawy nr 447 JUST, przeciwko której próbowały lobbować różne środowiska Polonii amerykańskiej, jak się okazało – bezskutecznie. Niewątpliwym osłabieniem tych usiłowań działaczy Polonii amerykańskiej było uporczywe i zagadkowe milczenie nie tylko aktualnych polskich władz państwowych z panem prezydentem Dudą na czele, ale również – nieprzejednanej opozycji. Najwyraźniej i jedni, i drudzy wiedzą, co im wolno, a co jest surowo zabronione. Na domiar złego, fałszywe i wielokrotnie dementowane pogłoski, jakoby pan prezydent Duda i premier Morawiecki mieli szlaban na wizyty w Białym Domu, okazały się prawdopodobne, a być może nawet prawdziwe, bo pan prezydent Duda Biały Dom omija szerokim łukiem. Nie tylko zresztą Biały Dom. Podczas wizyty w Nowym Jorku nie znalazł czasu na spotkanie z tamtejszą Polonią, natomiast spotkał się z przedstawicielami organizacji żydowskich. O czym rozmawiał – tego oczywiście nie wiemy. Wiemy tylko, o czym nie rozmawiał. Pan Krzysztof Szczerski oświadczył bowiem, że sprawa żydowskich roszczeń majątkowych nie była w tej rozmowie poruszana. I ja nawet w to wierzę, bo po cóż poruszać temat, który już został uzgodniony i przyklepany? Obawiam się, że pan prezydent na dalszy rozwój sytuacji będzie miał wpływ ograniczony i że żydowskie organizacje przemysłu holokaustu, korzystając z uchwalonej przez Kongres ustawy i z siły Stanów Zjednoczonych, poradzą sobie same zarówno przy inwentaryzacji nieruchomości w Polsce, jak i potem – przy wymuszaniu przekształceń własnościowych. Pan prezydent, podobnie zresztą jak pan premier, nie mówiąc już o Naczelniku Państwa, będzie co najwyżej zaangażowany do tłumaczenia mniej wartościowemu narodowi tubylczemu, że tak będzie najlepiej. Jak bowiem nie od dziś wiadomo, pieniądze szczęścia nie dają, a przecież najważniejsze, żebyśmy byli szczęśliwi, jak nie na tym świecie, to przynajmniej na tamtym, więc jeśli nawet „wszystko nam także się odbierze, byśmy własnością gardzili szczerze”, to dla naszego, najlepiej pojętego dobra. Jestem pewien, że pan prezydent jakoś sobie z tym zadaniem poradzi, chociaż na pewno czekają go jeszcze trudne momenty w Chicago, gdzie uczestnicy spotkania mogą w tej sytuacji nie odczuwać wobec pana prezydenta staroświeckiej rewerencji, a nawet dać temu wyraz. No, ale na tym świecie nie ma rzeczy doskonałych i jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził, zwłaszcza gdy w grę wchodzą Żydzi, którzy nawet w samolotach obsługiwani są w pierwszej kolejności.

        Jak bowiem już dawno zauważył ówczesny sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej Anioł kardynał Sodano, „od jednych narodów wymaga się czegoś, od innych narodów nie wymaga się nic”. Mogliśmy się  o tym przekonać przy okazji przeniesienia ambasady USA z Tel Awiwu do Jerozolimy, co sprowokowało Palestyńczyków, uważających Jerozolimę za stolicę ich przyszłego państwa, coś w rodzaju powstania. Jak mogliśmy się przekonać, palestyńscy demonstranci w strefie Gazy rzucali kamieniami, na co izraelskie wojsko odpowiadało strzałami z ostrej broni i w rezultacie zginęło co najmniej 60 osób, zaś liczba rannych idzie podobno w tysiące. Izraelski premier Beniamin Netanjahu oświadczył poruszonej opinii międzynarodowej, że Izrael ma prawo do obrony. W identyczny sposób 1 września 1939 roku uzasadniał  uderzenie na Polskę wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler – że mianowicie chodzi o obronę uciśnionej przez Polaków mniejszości niemieckiej. Tak samo zresztą Józef Stalin uzasadnił słynne „wkroczenie” Armii Czerwonej do Polski (bo o ile Niemcy na Polskę „napadły”, to Armia Czerwona tylko do Polski „wkroczyła”) – że chodzi o obronę zachodnich Białorusinów i zachodnich Ukraińców. Dodam jeszcze, że Hans Frank swoje rozporządzenie z 1943 roku zatytułował: „o zwalczaniu zamachów na niemieckie dzieło odbudowy w Generalnym Gubernatorstwie”. Od razu widać, że raz rzucona w przestrzeń słuszna, a przynajmniej użyteczna idea, prędzej czy później znajdzie swego amatora i że – jak zauważył bohater książki Roberta Penn Warrena „Gubernator” – „człowiek poczęty jest w grzechu, a zrodzon w nieprawości, zaś życie jego upływa od odoru pieluch do smrodu całunu” i że żaden naród nie jest od tej przypadłości uwolniony, bez względu na to, jakie bajki by o sobie opowiadał. 

        A skoro już doszliśmy do pieluch i całunu, to wypada odnotować eskalację protestu, jaki prowadzą w Sejmie rodziny osób niepełnosprawnych. Dotychczas najważniejszym postulatem protestujących było uzyskanie od rządu po 500 złotych w gotówce, ale to się pewnie zmieni za sprawą wspomagających protest autorytetów moralnych. Oto na przesłuchanie do resortowej „Stokrotki” w TVN został wezwany JE bp Tadeusz Pieronek. Na wszystkie pytania odpowiedział celująco, jak się należy, a już po wszystkim zagrzał wszystkich do kontynuowania protestu, twierdząc, że to (tzn. 500 złotych) im „się należy”, i wezwał do „wytrwania do końca”. No dobrze – ale jaki właściwie ma być ten „koniec”? Z obfitości serca usta mówią, toteż jedna z uczestniczek protestu ujawniła, że tak naprawdę chodzi o to, by żaden kandydat PiS nie został wybrany podczas tegorocznych wyborów samorządowych. Ale nie tylko takiego końca możemy się spodziewać. Oto pani Janina Ochojska, której Straż Marszałkowska, ku powszechnemu zgorszeniu („świat wstrzymał oddech...”), nie chciała wpuścić do Sejmu, powiedziała, że 500 złotych to za mało. Nie da się ukryć, że 1000 złotych wygląda znacznie lepiej niż 500, a jeszcze lepiej – trzy tysiące, które poza tym odzwierciedlają datujące się jeszcze od starożytnych Rzymian przekonanie, że omne trinum perfectum, co się wykłada, że wszystko, co potrójne, jest doskonałe. Skoro tak twierdzą autorytety, to tylko patrzeć, jak i uczestnicy protestu zaczną stawiać coraz wyższe żądania, podobnie jak to czynił trybun Marek Liwiusz Druzus, pragnąc przelicytować Gajusza Grakha w demagogii. W tej sytuacji „danina solidarnościowa” – ten najnowszy wynalazek pana premiera Morawieckiego, może nie wystarczyć, zwłaszcza gdy inne grupy społeczne też zechcą sobie sprywatyzować część budżetowego Sezamu, którym rząd tak się do niedawna przechwalał. 

        A to jest całkiem prawdopodobne również z tego powodu, że przed oblicze sejmowej komisji badającej aferę Amber Gold właśnie zaczęli być wzywani generałowie. Na początek dwóch; generał Dariusz Łuczak, będący szefem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego od kwietnia 2013 do listopada 2015 roku, i generał Krzysztof Bondaryk, będący szefem ABW od 2008 roku do 2013. „Do czego doszło – żeby szlachtę przed sądy pozywały chłopy!” – a w tej sytuacji można spodziewać się wszystkiego, a zwłaszcza – eskalacji protestów. Skoro tak czy owak Żydzi wszystko wezmą, to niech i nasz człowiek pożywi się chociaż okruszkami, no nie?

Stanisław Michalkiewicz

niedziela, 13 maj 2018 23:38

Co Bibi miał do zaoferowania na Kremlu?

Napisał

Cały problem z Rosją wziął się nie z polityki europejskiej Włodzimierza Putina - bo przecież tam układało się nie najgorzej, Hilary Clinton dokonała nawet z Rosją resetu, na zasadzie co było a nie jest nie liczy się w rejestr - lecz z przykontrowania Kremla wobec planowanej przebudowy Bliskiego Wschodu. Rosja pozwoliła na upadek sprzymierzonej Libii, Putin jednak zdecydowanie zapobiegł wymianie władzy w Damaszku; wymianie która miała się zakończyć parcelacją tego kraju i unicestwienie Syrii jako niezależnego podmiotu politycznego na Bliskim Wschodzie . Wieść gminna niesie że ponoć dwa Tomahawki wystrzelone z wschodniej części basenu Morza Śródziemnego zostały strącony przez rosyjską obronę przeciwlotniczych - kreśląc jasno rosyjską linię na piasku.
Plan się tutaj nie powiódł i z Putinem zaczęto grać ostrzej. Skoro "ty nam tak, no to my ci tak"; uruchomiono tzw. majdan (ponoć p. Nulan przyznała, że kosztował 3 mld dolarów) aby wyrwać Ukrainę z rosyjskiej strefy. W tym celu posłużono się oligarchami żydowskimi, po to żeby odstawić prorosyjskich, i oni właśnie finansowo podfutrowali banderyzm - jedynie militarnie zdolne antyrosyjskie pasmo przenoszenia w ukraińskim społeczeństwie.
Była to gra Izraela, bo w końcu demontaż Syrii i krajów północy Afryki był najbardziej na rękę właśnie Izraelowi. Syria sprzymierzona z Iranem była przedostatnim elementem domina które miało upaść.
Putin podjął grę i Rosjanie po pierwsze zajęli Krym a po drugie pomogli swojej ludności rdzennej oderwać Donbas..

Mówię to wszystko dlatego, że właśnie w ostatnich miesiącach można obserwować ponownie dużą izraelsko rosyjską aktywność dyplomatyczną. Wielość wizyt wysokiego szczebla ukoronowała obecność premiera Izraela Bibi Netanjahu podczas rosyjskiego Dnia Zwycięstwa 9 maja. Na Zachodzie zwycięstwo Aliantów w Europie świętują  8 maja, ale od kilku lat rosyjska data jest świętem państwowym w Izraelu. Izrael  zaoferował Rosjanom od ręki przejęcie sowieckiej narracji, w której Armia Czerwona jest głównym pogromcą faszyzmu i wyzwolicielem europejskich Żydów.
Czego więc mogły dotyczyć przyjacielskie rozmowy Netanjahu na Kremlu AD 2018? Oczywiście, Iranu; oczywiście Syrii. Istotą polityki jest targ. Odwracając bieg zdarzeń; jeśli Żydzi zdołają na Rosjanach wymóc ustępstwa; na bliskowschodnim teatrze, to być może zaoferują coś w Europie Środkowo-Wschodniej, zwłaszcza na Ukrainie. Jak to by mogło wyglądać? Przede wszystkim jako detante rosyjsko-europejskie z zadowolonymi Niemcami; z zadowolonymi Ukraińcami (którzy mogliby robić interesy na dwie strony umacniając tradycyjną przyjaźń z Niemcami i naturalną z Rosją) i zdezorientowanymi Polakami podpiętych pod jedną opcję. Oczywiście do czasu aż ktoś sobie przypomni  w ambasadzie i zadzwonią na Al. Ujazdowskie...


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

Ostatnio zmieniany poniedziałek, 14 maj 2018 00:02
sobota, 12 maj 2018 11:18

Na szybko: Pokerowe azjatyckie zagranie

Napisał

Hahaha - roześmiała mi się japa czytając informację, że Stany Zjednoczone zawieszają przed koreańskim Kimem marchewkę w postaci propozycji "odbudowy jego kraju" za cenę denuklearyzacji. No pewnie! Jest to dla Stanów Zjednoczonych wielka szansa - bo gdyby rejon Korei Południowej powiększyć o Koreę Północną obejmując wpływami gospodarczymi amerykańskich korporacji oraz dolaryzacją wymiany handlowej... Oczy się śmieją do takiego projektu.
Tylko jest jeden mankament - bo nie po to towarzysze chińscy trudzili się, grając nuklearną Koreą na amerykańskim nosie, żeby teraz oddawać teren. To raczej Korea Południowa może się dostać w obręb wpływów - nie tyle Korei Północnej ponieważ to państwo istnieje tylko na chińskim papierze - lecz w obręb wpływów chińskich w regionie. Korea Południowa może zacząć grać na dwie strony i tę amerykańską i tę chińską, żeby w rezultacie przejść na chińską no bo dlaczego nie? Tyle rzeczy wspólnych mają ze sobą...
Chińczycy nie są w ciemię bici i zdają sobie sprawy z amerykańskich zabiegów. Gotowi są wycyckać Amerykanów w ramach północnokoreańskiej modernizacji Amerykanie będą mogli odbudowywać Koreę Północną, ale na chińskich zasadach. Zresztą jak to kiedyś ładnie ujął pewien kongresmen mówiąc o ewentualnej amerykańskiej pomocy dla wojny Tajwanu z ChRL, "po to byśmy mogli sobie na to pozwolić musielibyśmy sprzedać Pekinowi kolejną transzę naszych obligacji". Z pomocą dla Korei Północnej jest tak samo...
Dlatego sarkastyczny uśmiech błądzi mi po twarzy i czapkuję przed chińskimi towarzyszami. Super zagranie - dać Kimowi bombę i pociski, a następnie pchnąć do negocjacji z USA i w rezultacie wciągnąć południe w swoją orbitę. Pokerowe zagranie.


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

Ostatnio zmieniany sobota, 12 maj 2018 11:42
piątek, 11 maj 2018 08:11

W lasach politycznej poprawności

Napisał

    Żyjemy w czasach upadku dziennikarstwa. Niektórzy powiedzą, że wręcz przeciwnie, bo przecież mamy blogosferę; mamy wielu ludzi piszących i komentujących. Niby tak, ale w Internecie. A to, co się komu pokazuje w sieci na Facebooku czy Twitterze, jest kontrolowane; o tym decydują wielkie korporacje, o tym decydują ludzie piszący algorytmy i kontrolujący przekaz głównego nurtu i marginaliów. Tradycyjne dziennikarstwo upadło z płatnymi gazetami, bo redakcje nie mają pieniędzy na to, żeby płacić za dziennikarzy śledczych czy korespondentów wojennych. Po co dzisiaj wysyłać straceńców do stref wojny, kiedy strony konfliktu tweetują ciekawe zdjęcia i swoją własną narrację. Problem tylko w tym, że jest to ich narracja i nikt nie jest w stanie zweryfikować tego na miejscu. 

        Przekaz w gazetach coraz bardziej jest opanowany przez tych, którzy płacą: korporacje, lobby, organizacje non profit, reklamodawców. Dawniej płacił za przekaz czytelnik, kupując egzemplarz gazety, dzisiaj jest to już coraz rzadszy przypadek. I nie jest tutaj rozwiązaniem pomoc państwa, bo znów wiąże się to z pewnymi – jeśli nie wyraźnie określonymi – to jednak zobowiązaniami. Tak więc, dobrze jest sobie to uświadomić. Wolna prasa była ważnym filarem życia publicznego, demokracji, kontrolowania władzy. Dzisiaj władza ma własną prasę i własnych dziennikarzy, świetnie ilustruje to kampania Douga Forda. Propaganda prowadzona przez jego ugrupowanie odwołuje się do zabiegu użytego przez Donalda Trumpa, a mianowicie jedna z pań asystentek przedzierzgnęła się w dziennikarkę i dziarsko z mikrofonem z napisem Ford Nation dopytuje Forda o różne rzeczy, oczywiście żadnego niewygodnego pytania mu nie zada; niewygodne pytania zadają mu inni „pracownicy mediów” nasyłani przez konkurencyjne środowisko polityczne. W świecie pozorów, fałszywek fake news trudno się rozeznać… Wszyscy pieją z jednego klucza. Niedawno zresztą krążył w Internecie filmik – zestawienie wypowiedzi zebranych z kilkudziesięciu amerykańskich lokalnych kanałów telewizyjnych, gdzie prowadzący mówili dokładnie ten sam tekst unisono wpompowany przez wielkie korporacyjne tuby. Wracając do przykładu z Fordem, to nie jest wina Douga Forda, że usiłuje w ten sposób walczyć ze zmontowanym i manipulowanym przekazem mediów, lecz efekt tego, co stało się z tymi mediami. Niezależni dziennikarze to dzisiaj ostatni Mohikanie i na dodatek zwierzyna łowna w lasach politycznej poprawności.

Andrzej Kumor


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

Ostatnio zmieniany piątek, 11 maj 2018 18:10
piątek, 11 maj 2018 08:01

Byłem w Polsce (5)

Napisane przez

Dla mojej Żony Starówka miała bardzo osobistą wagę, bo właśnie tu Jej ojciec brał udział w Powstaniu Warszawskim. Właśnie tu – niedaleko Mennicy, gdzie parkowaliśmy teraz nasz samochód – został ranny, a potem kanałami przechodził do Śródmieścia.

        I właśnie z tym wiąże się sprawa znalezionych przeze mnie papierów, o których wspomniałem trochę wcześniej przy opisie porządkowania domu.

        Stara teczka związana sznurkami leżała na strychu w kufrze przywalona starymi rzeczami. Wziąłem ją na dół i zostawiając wszystko inne, zabrałem się do czytania, ale po małej chwili odłożyłem, tak jak odkłada się coś dobrego na właściwą chwilę.

        Następnego dnia wstałem przed czwartą. Jakoś nie mogłem spać. W głowie kłębiły mi się jakieś wojenne obrazy, walące się domy, a nawet wydawało mi się, że czuję kurz, zapach spalenizny i słyszę bombardowanie.

        Do świtu była jeszcze cała wieczność. Za oknem bezgwiezdna, czarna grudniowa noc. Zrobiłem sobie kawę i bez pośpiechu wziąłem te stare papiery do ręki.

        Poskładane były w teczce – niby porządnie – ale wyglądało na to, że ktoś się z tym śpieszył, czytał naprędce, zaginał kartki i, czytając, wracał do wcześniejszych. To było widać z pomieszanych dat. Zacząłem je układać chronologicznie.

        Lubię stare papiery, które odkrywają jakieś dawno zapomniane historie. Z całą pewnością wzięło się to z moich genealogicznych zainteresowań. Lubię stare dokumenty, ale to, co trzymałem w ręku, nie miało tej szacownej patyny starości, laku pieczęci i miłej faktury dawnych aktów. To były szare, bibułkowate przebitki, na których urzędowe teksty pisane były na jakichś wysłużonych maszynach, czasem ledwo czytelne, opatrzone rozmazanymi, rozlanymi pieczątkami urzędów. Nieczytelne podpisy były oszczędne, czasem z poprzedzającym je stopniem wojskowym. Czasem zamiast podpisu była imienna pieczątka jakiegoś majora K. czy porucznika L.

        Dwa dokumenty pisane były po angielsku i opatrzone dość wyraźnym stemplem Żandarmerii Polowej Brytyjskiej Strefy Okupacyjnej z siedzibą w Bad Oeynhausen. Te pisma były wyraźne, na lepszym papierze i z wyraźnymi podpisami.

        Zupełnie osobno, owinięty dodatkowym sznurkiem leżał szkolny zeszyt w kratkę zapisany dość wyraźnym, ale bardzo drobnym pismem. Wyglądało na to, że piszący chciał maksymalnie wykorzystać miejsce. Ten zeszyt był czymś w rodzaju pamiętnika, ale pisanego dość oficjalnym tonem – takim mniej więcej jak się pisało życiorysy dla urzędów czy miejsc pracy.

        Czytałem z narastającym zainteresowaniem.

        „Powstanie”, „walczył”, „meldunki”, „Armia Krajowa”, wezwania, opinie, „niepewny”, „postanowił w trybie doraźnym” itd., itp.

        Takie i inne sformułowania patrzyły na mnie z tych papierzysków surowym okiem młodej władzy ludowej i jej organów bezpieczeństwa.

        Ich szarość i zwyczajność, kiepski papier, na którym je napisano miało w sobie coś groźnego. Groźnego i tchnącego beznamiętnym okrucieństwem urzędów bezpieczeństwa publicznego i krwawą nagonką na żołnierzy Armii Krajowej.

        Potem czytałem o ucieczce – gdzieś w ładowni handlowego statku – zatrzymaniu w Lubece, uwięzieniu w brytyjskiej strefie okupacyjnej... powrocie do Kraju i wreszcie walce o normalne życie.

        Były tam też dwa małe pudełeczka z odznaczeniami. Medalem za Warszawę i Warszawskim Krzyżem Powstańczym.

        Nie miałem wątpliwości, że mam przed sobą wspaniały materiał do opracowania i może nawet publikacji, ale było coś jeszcze...

        Otóż siedząc w tę bezgwiezdną, grudniową noc i czytając dawne dokumenty, jakoś bardzo wyraźnie poczułem, że jestem w Polsce! Poczułem, że ta dawna wojenno-warszawska historia dotknęła zapomnianego nerwu. Polskiego nerwu! Czułem ją i rozumiałem. A przecież nigdy na żadnej wojnie nie byłem! Urodziłem się przecież parę lat po niej, a jednak wszystko to było ogromnie bliskie mojemu sercu i rozumieniu historii Kraju.

        W tę bezgwiezdną, grudniową noc bardziej niż kiedykolwiek poczułem się Polakiem.

        Poczułem, że jestem w Polsce!

        Z Rynku Starego Miasta poszliśmy na Wały, na których ustawiły się szeregi straganów z najróżniejszymi wiktuałami, pamiątkami, słodyczami, ubraniami i nieprzeliczonymi towarami świątecznymi. Wszędzie królowało grzane wino i piwo, bo ziąb był nieopisany. Prawie wszystkie dziewczyny miały szyje i głowy okutane ogromnymi szalami. To było ładne, ale bywało, że wielkość szala nie pasowała do postury dziewczyny i całość wyglądała trochę nieproporcjonalnie.

        Aha, i jeszcze jedno! Nagle zobaczyliśmy grubego jak beczka amerykańskiego Santa Klausa w czerwonym kubraku, z czapką ze zwisającym pomponem! Santa Klaus? Tutaj? A gdzie nasz kochany święty Mikołaj z infułą i pastorałem? Gdzież on się podział?

        Już chciałem coś głośno powiedzieć, ale Krysia uspokoiła moje protesty, mówiąc:

        – Siedź cicho, nie wygłupiaj się, gościem jesteś...

        Szliśmy więc wzdłuż straganów. Krysia kupiła dla naszej wnuczki wielki lizak w kształcie jej ukochanej Peppa Pig, a mnie znowu coś dźgnęło pod sercem, że co tu ta sympatyczna, angielska świnka robi? A gdzie się podział chociażby nasz kochany Koszałek Opałek?

        Po drugiej stronie Podwala, tuż koło słynnych ruchomych schodów trasy W-Z, zobaczyłem piękny, szklany budynek. Czytałem kiedyś o nim. Mnie się podobał, ale słowem się nawet nie odezwałem, bo nauczyłem się trzymać język za zębami i nie uczyć gospodarzy, co ma się im podobać, a co nie.

        Ważniejsze dla mnie były schody ruchome, albo powinienem raczej napisać Schody Ruchome, bo przez długie lata to były te pierwsze i te najważniejsze.

        Nie mogłem odmówić sobie przyjemności przejechania się nimi w dół i w górę i zatrzymania nad zabytkowym radzieckim pulpitem sterowniczym wystawionym tam na publiczny widok.

        Wielka, prymitywna maszyneria wyglądała jak przedpotopowy gad wyłaniający się z wykopaliska.

        „Wwod. Eskałator N1. Eskałator N2. Eskałator N3”.

        Ludzie wchodzili i wychodzili, ale tylko nieliczni zatrzymywali się przy tym dinozaurze.

        Podobnie jak przy czytaniu starych papierów opatrzonych rozmazanymi, czerwonymi pieczątkami, tak i teraz poczułem jakiś zimny dreszcz.

        I nie dlatego, żeby mi było zimno, bo akurat na to byłem dość odporny. Ostatecznie miałem w kościach trzydzieści parę zim spędzonych na kanadyjskich highwayach.

***

        W czasie naszego jesiennego pobytu w Polsce (w październiku 2017) moja kuzynka zaprosiła nas na wykład profesora Timothy’ego Snydera na temat „Historia zagłady i przyszłość Europy”. 

        Wykład miał się odbyć w Muzeum Historii Żydów Polskich na Anielewicza. Nigdy tam wcześniej nie byłem. To znaczy nie na Anielewicza, tylko w Muzeum. Muszę się też przyznać, że nic nie wiedziałem ani o profesorze, ani o tym co napisał. Tuż przed wykładem przejrzałem parę informacji, ale i tak byłem jak tabaka w rogu. W przeciwieństwie do innych, którzy powoli zbierali się w hallu przed aulą. Miałem się o tym niebawem przekonać.

        Muzeum, które używa krótszej nazwy Polin, zajmuje duży teren pomiędzy ulicami Anielewicza, Zamenhofa, Karmelicką i Edelmana. Piękny, przestronny teren, ale i tak zeszło mi trochę czasu na znalezienie miejsca, gdzie mógłbym zaparkować. 

        Na Edelmana prowadzono roboty drogowe, stała wielka wywrotka i jej kierowca, widząc, że jadę powoli i szukam miejsca, zaczął kiwać ręką. Podjechałem. 

        – Tu pan sobie zaparkuj – za moim wozem. Możesz pan stać do jutra, bo ja już dzisiaj nigdzie nie jadę!

        To mi się podobało. Jednak co trucker, to trucker!

        – Też byłem kierowcą – powiedziałem po zaparkowaniu – bardzo dziękuję! To parkuje pan do jutra? – zapytałem.

        – Tak, dość już tego – trzeba trochę do domu, do kobity...

        – Wiem coś o tym...

        – To gdzie jeździsz? – przeszedł bez większych wstępów na „ty”.

        – Już nie jeżdżę – emerytura – ale jeździłem w Kanadzie.

        – O, w Kanadzie! To nie to co tu... A ile tam można zarobić?

        Odwieczne pytanie, na które nie ma właściwej odpowiedzi, bo to tak jakby ktoś pytał, ile kosztuje dom. 

        – Nie jest źle – odpowiedziałem dyplomatycznie – idzie wyżyć, ale wiesz – łatwo nie jest. 

        – A pewnie, nigdzie nie jest łatwo, ale mówię ci, że tak źle jak teraz to chyba jeszcze nie było!

        Ileż razy to słyszałem??? I to od najmłodszych lat. W różnych kontekstach. Na przykład pamiętam, jak pewien zaprzyjaźniony z moim ojcem ksiądz prałat mówił do niego:

        – Panie Kazimierzu kochany – gorzej już być nie może! Rozpusta, że koniec świata! Mówię panu, że najpierw padnie Francja, a zaraz potem Polska!

        Mówił to a propos wyświetlanego wtedy filmu pod tytułem „Paryżanka” z Brigitte Bardot, w którym BB niewinnie pokazywała kawałek – nawiasem mówiąc – bardzo ładnej pupy.

        Ale co tam ksiądz prałat i jego „Paryżanka”! O tym, że gorzej już być nie może, słyszymy od zawsze z wielu, wielu ust! 

        Żeby nie przeciągać rozmowy, a jednocześnie okazać wdzięczność za parkingowe miejsce, zrobiłem współczującą minę, a potem – solidarni w naszym truckerskim losie – podaliśmy sobie ręce, on poszedł do swojej kobiety, a ja na wykład. 

        Czekając na rozpoczęcie, szybko się zorientowałem, że przybyli – choć bardzo różni wiekiem – dobrze wiedzieli, dlaczego tu są. Znali książki profesora, mieli na jego temat wyrobione zdania – jednym słowem, poczułem się jak analfabeta wśród piśmiennych. 

        Rozmawiałem z młodym studentem Politechniki Warszawskiej, który, jak się okazało, przyszedł dlatego, że pasjonował się historią polskich Żydów. Znał profesora Snydera, jego publikacje i rozmawiał o nich ze mną swobodnie i ze swadą. Byłem pod wrażeniem. W myślach porównywałem tego oczytanego i tryskającego zainteresowaniami chłopca do siebie w tym samym wieku i to porównanie wypadało – ku mojemu głębokiemu smutkowi – na moją niekorzyść!

        Mam wrażenie, że to nie był wyjątek i wielu jego kolegów i koleżanek biło na głowę moje pokolenie w ich wieku. Inny świat i inna młodzież. 

        Sam wykład był dość ciekawy, ale poruszana tematyka nigdy nie leżała w kręgu jakichś moich szczególnych zainteresowań. Profesor mówił całkiem dobrze po polsku i poruszał bardzo polskie tematy. To było naprawdę imponujące. Prawie tak jak monumentalne prace Anglika Normana Davisa, który napisał historię Polski chyba lepiej niż ktokolwiek inny. 

        Ale byli też i inni słuchacze. 

        Po wykładzie rozmawiałem w małej grupce i nawiązując do Snydera, rzuciłem nazwisko Davisa z pytaniem, jak to możliwe, że cudzoziemiec tak dobrze rozumiał nasze, polskie sprawy. I wtedy jedna z pań rzuciła stanowczo:

        – Żona mu napisała! Nie wie pan? Ożenił się z Polką!

        – Żona??? 

        – A pewnie, że tak! A jakby mogło być inaczej? Gdyby nie żony, proszę pana, to wszyscy ci profesorowie rowy by kopali!

        Aż mnie zatkało! Muszę powiedzieć, że z tak skrajnym feminizmem jeszcze się nie spotkałem! 

        Wyszliśmy, a że wieczór był dość ładny, poszliśmy na mały spacer. O samochód byłem spokojny, bo stał sobie grzecznie „pod opieką” wielkiej wywrotki.

        Ruszyliśmy Anielewicza w kierunku alei Jana Pawła II, którą pamiętałem jako Marchlewskiego, a potem przez Nowolipki, Smoczą i z powrotem. 

        I właśnie na Nowolipkach przypomniał mi się słynny „cud”, o którym kilkadziesiąt lat wcześniej było głośno nie tylko w Warszawie, ale w całej Polsce. Na kościelnej wieży miała się ukazywać postać Matki Boskiej. Władze kościelne od razu ogłosiły, że wrażenie powodowane jest odbiciem promieni słonecznych i nie ma w tym nic, ale to nic nadzwyczajnego, ale ludzie puszczali to mimo uszu, napięcie narastało, śpiewano pieśni i podsycano atmosferę.

        To była duża sprawa i pamiętam ją świetnie. Zresztą byłem już dorosłym człowiekiem. Były aresztowania, malowanie blach na kościelnej wieży matowymi farbami, żeby zlikwidować odbicie promieni słonecznych, i w ogóle zamieszanie na całe miasto. 

        Rzecz była znana, ale dla mnie miała jeszcze jeden, trochę bardziej osobisty posmaczek, bo byłem jednym z tych, którzy wybrali się na Nowolipki popatrzeć. Jechałem z Mokotowa. Długa droga, w przepełnionych tramwajach, ale co to znaczyło – ciekawość była silniejsza. 

        Nic nie zobaczyłem, bo akurat jak na złość padało, ale atmosfera panująca wśród oczekujących na cud ludzi była przeżyciem, do którego w późniejszych latach wracałem wiele razy i pamiętam ją do dziś.

Marcin Baraniecki

Ciąg dalszy w kolejnym numerze

piątek, 11 maj 2018 07:46

Trzeci Maja (19/2018)

Napisane przez

pruszynski„W 1931 roku 48,86 procent Żydów posiadało dochód nieprzekraczający 50 zł na tydzień, 29,06 procent posiadało dochody pomiędzy 50 a 100 zł na tydzień. W 1929 roku 15-30 procent Żydów żyło poniżej poziomu nędzy.”

O 15.00 na placu Zamkowym Janek Pietrzak zorganizował udane tańce poloneza, a kilku narodowców wystąpiło z transparentami. Amerykanie uczcili 100. rocznicę polskiej niepodległości, przyjmując uchwałę 447, która promuje ograbienie Polski.


        Niemcy też

        Nie tylko Anglicy z Polakami i Francuzami złamali szyfr Niemiec, ale ci ostatni złamali system szyfrowania rozmów Churchilla z Rooseveltem. To były rozmowy na najwyższym szczeblu, ale taktycznych wiadomości nie odbierali. Był też problem, o kim mówili ci dwaj przywódcy – Uncle Joe – wreszcie zrozumieli, że to Stalin.

        Okazuje się jeszcze, że Niemcy w 1943 r. złamali szyfr polski, jakim posługiwała się Armia Krajowa w komunikacji z Londynem. O tym pisze superszpieg Zacharski.

 

        As wywiadu

        W kwietniu 1971 r. powrócił z Monachium Andrzej Czechowicz, który w 1964 roku uzyskał azyl polityczny w NRF, a w latach 1965–1971 pracował w Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa i w tym czasie był agentem wywiadu PRL-u.

        Zorganizowano mu wielką konferencje prasową transmitowaną przez TV. Potem były następne i nie pamiętam szczegółów, ale z jakichś powodów stał się pośmiewiskiem większości Polaków.

        Był nawet kawał: Jakie są stopnie durnoty? Ostatni to „As wywiadu”.

        Potem wydał książkę o pracy w RWF, pracował w Ośrodku Studiów Wschód-Zachód, był konsulem w Ułan Bator i Rostoku, ale z horyzontu zainteresowań przeciętnego Polaka zniknął.

        Wiedziałem już rok temu, że przygotowuje książkę, i wreszcie się ukazał jej pierwszy tom mający prawie 500 stron, a za kilka tygodni drugi. Oba są wydane przez niego samego i nie wiem, czy w ogóle będą w księgarniach sprzedawane, a ja dostałem ją „spod lady” za 55 zł.

        Właśnie kończę wyrywkowo czytać to liczące 500 stron dzieło, które napisane jest doskonałą i barwną polszczyzną.

        Pierwsza uwaga – 112 stron poświęcone jest jego życiu w PRL-u, które mógł był sobie w większości darować.

        Dalej pisze, jak się znalazł na Zachodzie, jak przebiegały jego przesłuchania i jak biwakował w ośrodku dla azylantów, jak został członkiem Kompanii Wartowniczych przy Armii Brytyjskiej i wreszcie jak już miał dość tego „raju” i złożył podanie w Berlinie do przedstawicielstwa polskiego o powrót do kraju.

        Nim mu odpowiedziano, zaświeciło mu słońce. Dostał dobrze płatną posadę w RWE, ale wtedy dotarli doń ludzie wywiadu PRL- u i zaczął z nimi współpracować.

        W weekendy jeździł na spotkania z oficerem prowadzącym najpierw do Wiednia, który szkolił go w pracy agenta. To szkolenie jest dużo lepiej opisane niż szkolenie prowadzone w Starych Kiejkutach, gdzie była szkoła wywiadu opisana w książce pt. „Szkoła szpiegów”, o której niedawno pisałem.

 

        Bogactwo polskich Żydów?

        Antony Polansky podaje, że w II RP „1 milion z 3 milionów” Żydów polskich prawie w całości uzależnionych było od pomocy dobroczynnych organizacji. „W 1938 roku 50 proc. Żydów w Polsce nie było w stanie zapłacić 5 zł komunalnego podatku, 50 proc. reszty nie było stać na zapłacenie 10 zł”. 

        Jako źródło tych informacji Polansky wskazuje opracowanie prof. Oskara Janowskiego, który o przedwojennych polskich Żydach pisze tak: „75 proc. Żydów można sklasyfikować jako biedotę”. 

        Jeszcze jedna informacja podana przez prof. Yehudę Bauera: „W 1931 roku 48,86 proc. Żydów posiadało dochód nieprzekraczający 50 zł na tydzień, 29,06 proc. posiadało dochody pomiędzy 50 a 100 zł na tydzień. W 1929 roku 15-30 proc. Żydów żyło poniżej poziomu nędzy”.

        Te fakty też podważają tezę, że Żydzi płacili 40 proc. podatków w II RP.

        Jak więc ci biedni Żydzi mieli zostawić po sobie nieruchomości, których co najmniej 40 procent znajduje się dziś na Litwie, Białorusi i Ukrainie, warte 65, czy nawet 300 mld dolarów, nie mówiąc już, że przed wojną na gwałt brali pożyczki „pod hipotekę”, licząc, że po wojnie będzie dewaluacja złotego i spłacą swe zobowiązania znacznie taniej?


        Gdzie logika

        Niedawno podano w Onecie, że nasze polskie śmigłowce z Mielca latają w 40 krajach, a tu był skandal, że miano kupić śmigłowce dla wojska we Francji.

 

        Wiadomość

        Dziwi mnie często, co trafia na łamy prasy, a ostatnio na portale internetowe. Okazuje się, że para Polaków na Kubie znalazła zagłodzone psy, zaopiekowała się nimi i przywiozła je do Polski.

        Czy nie ma lepszych celów dla akcji dobroczynnych w Polsce?

Aleksander Pruszyński

piątek, 11 maj 2018 07:45

Świat znikający

Napisane przez

ligezaMądry i zapobiegliwy wódz zawsze preferuje współplemieńców, pokornie przeżuwających karmę ofiarowywaną im przez starszyznę i dla tej wyżerki porzucających marzenia o samodzielnym polowaniu na prerii.

Dlaczego tak? Ponieważ samodzielne polowanie nie zawsze się udaje, a do tego członkowie plemienia marzący o polowaniu na prerii niezależnie od starszyzny, muszą zacząć myśleć. Ci zaś, którzy myśleć zaczynają, w końcu rozstrzygają, jak to z tym polowaniem jest naprawdę, po czym dochodzą do wniosku, że wcześniej bardzo ich krzywdzono. 

 

        JAK KIEDYŚ BYWAŁO 

        Wódz nie wódz, starszyzna nie starszyzna, osiągnięcia czy nie, taka świadomość wpierw oszałamia, a w dalszej kolejności prowadzi do gniewu. Często do nienawiści. W sumie nie ma wodza, którego władztwo mogłoby przeżyć tego rodzaju samouświadomienie członków plemienia bez uszczerbku równoznacznego z utratą przywództwa. Jak by to ująć: howgh. I wszyscy wiemy, do kogo piję. Nie wiemy? W takim razie prosimy się dowiedzieć. 

        Jak kiedyś z tym bywało? To znaczy z licencją na samodzielne polowanie? Tak samo jak dzisiaj, chociaż trochę inaczej. Dla przykładu bywało tak, jak wspomina przytaczany przez niejakiego W.H. Audena (pierwsza połowa XX wieku po Chrystusie), święty Cyprian (po Chrystusie pierwsza połowa wieku II): „Dzisiejszy świat mówi sam za siebie; dowody ogólnego rozprzężenia świadczą o jego rozpadzie. Ze wsi znikają rolnicy, z mórz znika handel, z obozów znikają żołnierze; wszelka uczciwość w biznesie, sprawiedliwość w sądach, solidarność w przyjaźni, wszelkie umiejętności w sztukach, czy wreszcie standardy moralne – wszystko to znika”. 

 

        FRĘDZLE U MARYNARY 

        „Starożytni i my. Eseje o przemijaniu i wieczności” – do tej książki nawiązuję, mówiąc, „jak to kiedyś bywało”. Auden zręcznie przemyka w niej między epokami, łopocząc marynarą z czerwonymi frędzlami. To znaczy nie dosłownie łopocząc, gdzieżby u Audena czerwone frędzle u marynary, prędzej inny jakowyś gadżet rodem z hiszpańskiej wojny domowej. No ale jak rodzice przypięli człowiekowi imiona Wystan i Hugh, to nawet frędzle mogą być. Nie ma co wydziwiać, mówię przez to tylko, że trudno było zbliżyć się mentalnie do człowieka komuś, kto czerwonych frędzli nie znosi. 

        O świętym Cyprianie opowiemy sobie przy innej okazji, zaś pana Audena scharakteryzujemy krótko jako rewolucjonistę nawróconego – bo wpierw uważanego za pozapartyjnego zwolennika i propagatora idei lewicowo-liberalnych, a po powrocie z hiszpańskiej wojny domowej konsekwentnie odcinającego się od komunistów i odmawiającego czy to udziału w wiecach, na które ustawicznie go zapraszano, czy to wygłaszania prelekcji, do czego go zachęcano. Naprawdę wiele ofiarować musiała Audenowi hiszpańska rewolucja, którą raczył się był z perspektywy czerwonych bandytów. No ale to już zupełnie inna historia. 

 

        PROJEKT AMAD 

        Zachowanie Polski w roli państwa przewodniczącego Radzie Bezpieczeństwa ONZ to również inna historia. Co prawda niestałym członkiem Rady pozostaniemy do końca roku 2019, ale naprawdę gorąco robi się już teraz, w połowie miesiąca, czyli za naszego przewodniczenia Radzie. Bo właśnie okazało się, że prezydent Trump unieważnił porozumienie między USA a Iranem z 2015 roku, w sprawie irańskiego programu nuklearnego. Pewnie po tym, jak służby izraelskie dowiodły, że Iran realizował „Projekt Amad”, utrzymując na arenie międzynarodowej, że programu pozyskania broni jądrowej nie prowadzi. Myślałby kto, że z Izraela w sprawie programu jądrowego kraj, rzeklibyśmy: pierwszy wiarygodny. No ale nie rzekniemy, tak? 

        Premier Netanjahu: przywódcy Iranu bezczelnie okłamywali świat, a porozumienie z 2015 roku opiera się na irańskim oszustwie. Prezydent Trump: porozumienie z Iranem było katastrofalne dla Stanów Zjednoczonych. Szef irańskiej agencji atomowej: mam nadzieję, że Trump odzyska przytomność i nie zaprzestanie współpracy. Cóż, wygląda na to, że nie odzyskał. 

 

        GĘBY DŻENTELMENÓW 

        I tak dalej w podobnym tonie, z tym że coraz ostrzej, im bliżej do połowy miesiąca. Można powiedzieć: dżentelmeni wymieniają myśli pełną gębą. Czy tam pełną gębą dżentelmeni. Czy jakoś podobnie. 

        W tych okolicznościach przyrody zapodam panom dżentelmenom metodę na uzasadnienie. Czegokolwiek. Bo właśnie tak uzasadnia się światu i ludziom to, co uzasadnić światu i ludziom należy: „W związku z nadzwyczajną sytuacją, powstałą na Ukrainie, zagrożeniem życia obywateli Federacji Rosyjskiej, naszych rodaków, składu osobowego kontyngentu Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej, stacjonującego zgodnie z międzynarodowym układem na terytorium Ukrainy (Republika Autonomiczna Krymu), na podstawie punktu g) części 1. artykułu 102. Konstytucji Federacji Rosyjskiej, przedkładam Radzie Federacji Zgromadzenia Federalnego Federacji Rosyjskiej wniosek o użycie Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej na terytorium Ukrainy do czasu normalizacji sytuacji społeczno-politycznej w tym kraju”. 

*** 

        Oto prawo i legalizacja postępowania zgodnego z prawem. Kto powyższego nie ogarnia, i nauczyć się ogarniać nie zechce, z tym zawsze będzie można postąpić zgodnie z prawem. 

Krzysztof Ligęza 

Kontakt z autorem: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

piątek, 11 maj 2018 07:42

Polska przegrała II wojnę światową

Napisane przez

michalkiewiczGdyby nie to, że dość dobrze znamy rodowody naszych Umiłowanych Przywódców, to na podstawie ich deklaracji moglibyśmy sobie pomyśleć, że porodzili się na kamieniu – jako że według ludowych wyobrażeń tam właśnie rodzą się durnie.

Ale incipiam. Zaledwie następnego dnia po kolejnej rocznicy zakończenia II wojny  światowej w Europie, prezydent Donald Trump podpisał ustawę nr 447 JUST. Odwołuje się ona do „deklaracji terezińskiej” z czerwca 2009 roku, w której sygnatariusze uznawali zasadność żydowskich roszczeń majątkowych odnoszących się do tak zwanego mienia bezdziedzicznego, a więc takiego, do którego nie roszczą sobie pretensji żadni legalni sukcesorzy. Sama deklaracja, którą w imieniu Polski podpisał Władysław Bartoszewski, wysłany tam przez ówczesnego ministra spraw zagranicznych, czyli Księcia-Małżonka Radosława Sikorskiego, nie stwarzała żadnych konkretnych zobowiązań dla jej sygnatariuszy, ale zawierała uznanie zasadności tych żydowskich roszczeń.  Dlatego też izraelski dziennik „Haaretz” w czerwcu 2009 roku pisał, że mienie to powinno trafić do organizacji żydowskich, a Dawid Peleng, były ambasador Izraela w Warszawie, oszacował wartość tych roszczeń na „miliardy dolarów”. Konkretnie – na 65 miliardów – którą to kwotę wymienił na łamach dziennika „Rzeczpospolita” dr Szewach Weiss, również były ambasador Izraela w Warszawie.  Przypominam o tym dlatego, że podpisana właśnie przez prezydenta Trumpa ustawa expressis verbis odwołuje się do deklaracji terezińskiej. Zobowiązuje ona sekretarza stanu USA, by w ścisłej kolaboracji z żydowskimi organizacjami przemysłu holokaustu monitorował tempo i zakres realizacji żydowskich roszczeń majątkowych przez sygnatariuszy deklaracji terezińskiej i składał w tym przedmiocie okresowe sprawozdania Kongresowi. Zgodnie z punktem 3. ustawy, przychody z mienia bezdziedzicznego mają zostać przeznaczone na wspieranie ocalałych z holokaustu, na finansowanie edukacji o holokauście i na „inne cele”. Wynika z tego, że „własność bezdziedziczna” w poszczególnych krajach, a tak naprawdę – przede wszystkim w Polsce – będzie musiała zostać wyodrębniona choćby po to, by było wiadomo, jakie przynosi przychody, a skoro już zostanie wyodrębniona, to musi być przekazana komuś w zarząd – choćby po to, by te przychody były rozdzielane zgodnie z dyspozycją punktu 3. ustawy. Jak wyjaśnił już w roku 2009 izraelski dziennik „Haaretz” – zostanie ona przekazana w zarząd, to znaczy – na własność żydowskim organizacjom przemysłu holokaustu.  

        Powtarzam te wszystkie informacje, ponieważ przemówiła oślica Balaama, czyli pan minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz. Pytany przez dziennikarzy, co uważa na temat tej ustawy, powiedział, że „uważa”, iż „nie ma w niej prawie nic na temat mienia bezspadkowego”. Skoro pan minister tak „uważa”, no to niewątpliwie tak jest, to znaczy – że tak uważa, ale skoro tylko „uważa”, to znaczy, ze tej ustawy najzwyczajniej w świecie nie przeczytał, albo, że nikt mu jej nie przeczytał. Zresztą nie tylko tego nie przeczytał, bo – jak wynika z dalszej części jego wypowiedzi – nie przeczytał również tzw. umowy indemnizacyjnej, zawartej między Polską i USA w roku 1960. Pan minister powiedział bowiem, że ta umowa zamyka sprawę. „Ta sprawa jest rozwiązana i prawnie zamknięta” – „uważa” pan minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz. I słuszna jego racja – z tym jednak, że wspomniana umowa indemnizacyjna dotyczy mienia OBYWATELI AMERYKAŃSKICH, które zostało w Polsce znacjonalizowane. Rzecz w tym – o czym być może pan minister Czaputowicz nie wie – że Żydzi zamordowani w czasie wojny na ogół nie byli obywatelami amerykańskimi, tylko w większości – polskimi, więc wspomniana przez niego umowa ich nie dotyczy. Ta sprawa znakomicie potwierdza spostrzeżenie, że żeby durnia zdemaskować, to wystarczy pozwolić mu mówić. Jestem przekonany, że pan minister Czaputowicz ma wiele zalet, bo w przeciwnym razie „drogi Bronisław”, czyli prof. Bronisław Geremek, nie wziąłby go do swojego kibucu przy alei Szucha, gdzie – jak wiadomo – mieści się Ministerstwo Spraw Zagranicznych – ale znajomość spraw, którymi się zajmuje, najwyraźniej do nich nie należy. To wyjaśnia przyczynę, dla której nasz nieszczęśliwy kraj jest bez trudu ogrywany przez każdego, kto tylko zechce nas ograć. Oczywiście jest to wina Polaków, że na takie ważne stanowiska państwowe wysuwają akurat takich ludzi – ale już Winston Churchill w latach 40. zauważył, że jesteśmy narodem wyjątkowo lekkomyślnym. Wiedział, co mówi, bo najlepszym dowodem naszej lekkomyślności było to, że zaufaliśmy akurat jemu, a on – do spółki z amerykańskim prezydentem Franklinem Delano Rooseveltem – w Teheranie w roku 1943 i w Jałcie w roku 1945 sprzedał nas Józefowi Stalinowi tak, jak rzeźnikowi sprzedaje się krowę.  

        Nie ma przypadków, są tylko znaki – mawiał ksiądz Bronisław Bozowski z kościoła Panien Wizytek przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Czyż bowiem nie można dopatrzyć się znaku w tym, że prezydent Donald Trump podpisał wspomnianą ustawę akurat 9 maja, zaledwie w dzień po rocznicy zakończenia II wojny światowej w Europie? Nieomylny to znak, że Polska ostatecznie tę wojnę przegrała, bo jakże inaczej, skoro zostanie zmuszona do zapłacenia Żydom za niemieckie zbrodnie? Zmusi nas do tego Nasz Najważniejszy Sojusznik, któremu w ramach NATO Polska zaoferowała własne terytorium na użytek rozmaitych rozgrywek z Rosją, ryzykując w razie czego zniszczenie tego terytorium ze wszystkim, co na nim jest. Okazuje się, ileż racji miał pozbawiony złudzeń ksiądz biskup Ignacy Krasicki, umieszczając na zakończenie bajki „Przyjaciele” konkluzję, że „wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły”. 

        Cóż teraz będzie? Ano, w pierwszej fazie żydowskie organizacje przemysłu holokaustu przeprowadzą inwentaryzację nieruchomości w Polsce, a kiedy już ją zakończą, zaczną molestować polskie władze, żeby przekazały je im na własność. Z listu, jaki nowojorska Światowa Organizacja Restytucji Mienia Żydowskiego przekazała Ministerstwu Sprawiedliwości w Warszawie w początkach tego roku, wynika, że szacuje ona wartość tych roszczeń już nie na głupie 65 miliardów dolarów, tylko na bilion, czyli tysiąc miliardów złotych, co stanowi równowartość ponad 300 miliardów dolarów. Obawiam się, że zasoby Własności Rolnej  Skarbu Państwa mogą okazać się niewystarczające, nawet gdyby poświęcono w tym celu również Lasy Państwowe. W tej sytuacji trzeba będzie sięgnąć po nieruchomości w miasteczkach i  miastach, a kiedy już żydowskie organizacje przejmą je na własność, wtedy oczynszują zajmujących je polskich posiadaczy – bo mam nadzieję, że nie będą ich rugowali, jak to władze Izraela robią z Palestyńczykami. Od znajomego dziennikarza, który w sprawie ustawy nr 447 JUST indagował pana wicemarszałka Terleckiego, wiem, że pan marszałek odparł, że nie ma czym się zamartwiać, bo „i tak” nic Żydom nie zapłacimy. „I tak” – czyli „i jak”? Z drugiej strony – cóż innego mógł powiedzieć pan marszałek Terlecki, skoro ani Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński, ani pan prezydent Andrzej Duda, ani pan premier Mateusz Morawiecki nie ośmielił się dotychczas pisnąć w tej sprawie nawet słówkiem? Cóż można na to powiedzieć? Kiedy słyszę z ust tak wysokiego dygnitarza takie brednie, to przypomina mi się rozmowa z pewnym inżynierem górnictwa w Ameryce. Opowiadał mi on, jak funkcjonuje ta branża nie tylko w USA, ale i w innych krajach, gdzie kapitał amerykański zainwestował w górnictwo i w pewnym momencie powiedział, jak o rzeczy zwyczajnej: wie pan, jak jakiś rząd nam szura, to my go wtedy zmieniamy. Niech się tedy pan marszałek Terlecki nie zdziwi, kiedy „o poranku za oknem dojrzy kontury tanku, potem na schodach usłyszy kroki” – bo przecież pamiętamy, jak znacznie więksi od niego potentaci musieli wtedy uciekać przez okno, nawet bez szlafroka.

Stanisław Michalkiewicz

Na czym polega socjalistyczny idiotyzm, który szerzy się nam w Kanadzie jak pożar buszu łatwo prześledzić na tak zwanym corporate welfare, czyli zapomodze dla korporacji.
Właśnie kilka dni temu, tuż przed wyborami w prowincji, partia rządząca oznajmiła nam radośnie wraz z premierem federalnym, że oto dofinansuje z naszych pieniędzy inwestycje koncernu Toyota w dwóch montowniach.
Prześledźmy bieg zdarzeń.
Najpierw socjalistyczni liberałowie pogarszają warunki konkurencji gospodarczej m.in. podnosząc cenę energii elektrycznej, zwiększając koszty zatrudnienia, podnosząc płace minimalną. Gorsze są więc warunki działalności ekonomicznej dla wszystkich, zwłaszcza dla drobnej przedsiębiorczości i małych firm.
Następnie rząd refunduje wielkim wybranym korporacjom pogorszenie warunków działania płacąc naszymi wspólnymi pieniędzmi, zabranymi podatkami między innymi tejże drobnej przedsiębiorczości.
Dlaczego tak robią?
Po pierwsze dlatego że "duzi" grożą i mają czym grozić; mogą przecież przenieść produkcję gdzie indziej likwidując dziesiątki tysięcy miejsc pracy .
Po drugie "duzi" sowicie dotują działalność polityczną głównych partii na wielu poziomach przez co pieniądze im przekazane w drobnym acz znaczącym wymiarze wrócą do politycznego kuferka danej partii...
Do czego to wszystko prowadzi? Odpowiedź jest prosta: do biedy.
Andrzej Kumor


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

Ostatnio zmieniany sobota, 05 maj 2018 23:57