Goniec

Register Login

czwartek, 08 listopad 2018 17:52

Pierwsza wojna

Napisane przez

Pierwsza wojna

        Gdy to piszę właśnie przeszło chyba niezauważone w Kanadzie i w Polsce stulecie pierwszej polskiej wojny w XX w. Pierwszego listopada w nocy wjechały pociągami do Lwowa ukraińskie pułki w służbie Austriaków tzw. Strzelcy Siczowi. Prawie bez strzału objęli miasto, którego 60% mieszkańców było Polakami, 30% Żydami,  a tylko 10% Ukraińcami, choć w przeciwieństwie do Wilna większość wsi okalających to miasto było zamieszkałe przez Rusinów, jak wówczas nazywano Ukraińców.

        Akcja ukraińska była zorganizowana przez Austriaków bowiem mieli nadzieję, po utracie już Zachodniej Galicji z Krakowem, gdzie kilka tygodni przedtem Polacy przejęli władzę, by jeszcze w ramach państwa austriackiego zachować Wschodnią Galicję z Lwowem.

        Austriacy na kilka tygodnie przed tym najazdem przenosili na wschodnią Ukrainę pułki złożone z Rusinów, a pułki złożone bardziej z Polaków przenosili na Zachód oraz oddali Ukraińcom składy uzbrojenia we Lwowie.

        Kilkudziesięciu Polaków zaczęło przygotowywać się do odebrania Ukraińcom miasta i pierwszą ich bazą była szkoła bodaj im. Sienkiewicza. Potem stopniowo odebrali z rąk Ukraińców ponad połowę miasta tracąc w walkach koło 300 młodych rodaków. Choć było ich znacznie mniej niż ukraińskich bojców byli to miejscowi, znali każdy zakamarek miasta i tym górowali nad najeźdźcami.

        Ostatecznie Ukraińcy bojąc się powstania na terenie okupowanej części Lwowa o godzinie 6 rano 22 listopada wycofali się z miasta. Dwie godziny potem rozpoczął się trwający dwa dni pogrom Żydów, których polska ludność oskarżała o kolaborowanie z najeźdźcami.

        Dodać tu trzeba, że szereg spolszczonych Żydów walczyło w polskich szeregach, jak późniejszy wielki poeta Hemar czy kapitan Mond, który nawet było dowódcą jednej części frontu.

        Odparcie najazdu na Lwów było pierwszą częścią wojny polsko-ukraińskiej, która trwała do maja 1919. r. Tu też trzeba przypomnieć, że decyzją Jałty Lwów miał przypaść Polsce, a granica Polski z Sowiecką Ukrainą miała przebiegać po wschodniej stronie linii kolejowej Lublin - Lwów, a samo miasto miało przypaść Polsce ale Stalin zmienił samowolnie granice i mu to uszło bezkarnie.

        Już w grudniu 1918 zaczęła się wojna z bolszewikami, którzy wyparli Polaków ze Lwowa. Ta, z przerwami, skończyła się  dopiero w listopadzie 1920 r.

        28 grudnia rozpoczęło się powstanie w Wielkopolsce, które doprowadziło do odzyskania dla Polski tej części kraju. W końcu styczni Czesi napadli na Polskę i wojna z nimi z przerwą trwała do 1920 r.

        Przez ponad dwa lata w obronie kraju zginęło co najmniej 300 000 Polaków i wielu było rannych.


Po synodzie

        W niedzielę zakończył się w Watykanie synod biskupów w sprawie młodzieży, w którym uczestniczyło aż czterech biskupów z Polski i arcybiskup metropolita mińsko-mohylewski. We wtorek arcybiskup odprawił po białorusku Mszę św. w katedrze i podzielił się wspomnieniami z synodu.

        Po Mszy św. księża i grupy wiernych składały Mu życzenia z okazji imienin, które spędził w Watykanie. Grupa z litewskiej parafii składała Mu życzenie w swym języku, a potem odśpiewała litewską wersję „sto lat”. Na koniec wystąpiła polska grupa, składała Mu życzenia po polsku, a potem zaśpiewała „Sto Lat”. Na to wszyscy wierni powstali i włączyli się w ten śpiew. Był to namacalny przykład jaki kościół jest … białoruski.

        Po Mszy św. życzyłem Ekscelencji by doczekał się szybko kapelusza kardynalskiego i wręczyłem list, którego treści nie chcę dziś ujawniać, a mam nadzieję, że ten krok doprowadzi jednej bardzo istotnej rzeczy.


Warto było mnie posłuchać ?

        Już od kilku tygodni tłumaczyłem narodowcom, których prezydent Duda olał, nie zapraszając do udziału w komitecie uczczenia 100-cia. Niepodległości by swój marsz przenieśli na sobotę 10 listopada w przeddzień wszystkich uroczystości.

        Teraz Pan Duda miał możność wykręcenie się z udziału w marszu mówiąc, może nawet prawdę, że ma wiele innych zajęć jedenastego.


Wartości artystyczne

        Zapomniałem wspomnieć, że w maju komisja nowych członków Związku Literatów Polskich po raz drugi odrzuciła moje podanie o przyjęcie do związku uzasadniając, że żadna z moich książek nie ma „wartości artystycznych”. 

        Co to są „wartości artystyczne nie mam pojęcia, może ktoś z czytelników mi wyjaśni, a ja podejrzewam, że „wartości artystyczne” to nic innego, jak widzimisię członków tej komisji.


Jak w Edmontonie

        Są tacy co narzekają, że Sejm podjął uchwałę, by 12 listopada był wolnym dniem od pracy. Przypomnę, że w Edmontonie, jeśli 25 i 26 grudnia wypadał w sobotę i niedzielę to pracownicy miasta mieli wolne dwa następne dni, a ci co musieli pracować dostawali podwójne pensje. Podobnie było w przypadku innych dni ustawowo wolnych od pracy.

Więc czemu nie robić podobnie w Polsce?


Na Białorusi lepiej

        Pewien polski chłop najpierw siekierą ogłuszył swą świnie a potem dokończył dzieła nożem a dalej rozebrał mięso. To okazuje się jest w Polsce przestępstwem, bo trzeba było zgłosić to do urzędu i by w gospodarstwie były „warunki” do dokonywania mordu świń. Rolnikowi grozi do 3 lat pudła. Na szczęście pod dyktaturą Miłościwie Panującego Aleksandra Mniejszego dotąd nie wprowadzono na Białorusi takich przepisów ale…


Aberacja

        Wszystkiemu złemu w USA jest winien…Trump,  nawet tego, że tyje powiedziała niedawno lewacha aktorka Jean Fonda. Daj Boże, by potok głupoty spowodował, że Trump i Republikanie w wygrają wybory.

czwartek, 08 listopad 2018 17:47

Merkel w Polsce

Napisane przez

farmusCieszę się, że Polska z Niemcami dąży do tego, żeby UE rozwijała się jak najlepiej

        To słowa naszego premiera na konferencji prasowej po spotkaniu z kanclerzem Niemiec Angelą Merkel. Tak przynajmniej napisano na witrynie wpolityce.pl. Co prawda nie potrafiłam się dokładnie tych słów doszukać, ale tak mniej więcej to było. I akurat ten tytuł nie  znaczy nic. 

        Za to światowe media roztrąbiły się o tej wizycie, dodając, że Polska dochodzi swoich reparacji za miliony pomordowanych Polaków i zniszczenia w czasie II Wojny Światowej. I to jest ważne. Nie tylko dlatego, że te reparacje nam się w końcu należą, ale i dlatego że skoro media międzynarodowe o tym piszą, to stwarzają dysonans w narracji historycznej innych, którzy chcą Polskę obarczyć współodpowiedzialnością za ofiary II wojny. I tak Washington Post (zazwyczaj nieprzychylny dla nas) pisze o milionach zabitych (bez podania jednak liczby), i bilionach należnych reparacji. Te informacje to klin dla tych, którzy uważają się, za jedyne godne tej nazwy ofiary II Wojny.  

        Merkel, przyjechała z silną grupą 11 swoich ministrów, i zapewne z czasem zostanie uchylony rąbek tajemnicy nad czym debatowano. To była grupa robocza, a nie świta. 


Jeszcze jedna strona Nord Stream 2

        O aspekcie ekonimicznym, politycznym i denerwującym gazociągu Nord Stream 2 powiedziano już wiele. Nawet prezydent Trump podkreślał niestosowność tego porozumienia. A o czym marzą Niemcy i Rosja? Ono od wieków o tym aby mieć wspólną granicę. Bez buforów. Na tym polegały rozbiory naszego kraju, łącznie z tym czwartym w 1939 roku, kiedy to rozbioru na Polsce dokonali Niemcy (i co z tego, że hitlerowskie) i Rosja (i co z tego, że sowiecka). Szukamy namiastek, albo substytutów, kiedy nie możemy mieć tego o co naprawdę nam chodzi. Podejrzewam, że większość czytających ten felieton pamięta z PRL-u blok czekoladowy, który czekoladą nie był, a smakował jak słodka słoma zabarwiona na brązowo. Nord Stream 2 to taki blok czekoladowy, namiastka wspólnej granicy Niemiec i Rosji i dlatego jest dla nas tak groźny. 


Nasza złota pani odchodzi 

        Rozdzwonił się telefon z wiadomością, że Merkel zrezygnowała. To ciekawe, w co przeistacza się szczątkowa informacja. Ale wszyscy się cieszyli, że ta złota pani z portretem carycy Katarzyny 2-giej (też Prusaczki) w swoim gabinecie schodzi z pola walki pokonana, bez osiągnięcia celu połączonych granic Niemiec i Rosji. Nie ma bezpośrednich sukcesorów po Angeli Merkel - nie wychowała swojego następcy przez te wszystkie lata. Muszą to być ludzie, których zaakceptuje aparat partyjny, i zdolni wygrać wybory. Sądząc po wynikach wyborczych w Bawarii i Hesji, z tym jest partii Merkel (CDU) coraz trudniej. Mój ulubiony minister (szkoda, że były) Witold Waszczykowski twierdzi, że sytuacja w Niemczech staje się nieprzewidywalna. Może to doprowadzić do tego, iż Niemcy przestaną być wiodącym państwem w UE. Ale ja raczej bym nie mówiła hop, zanim nie przeskoczymy, bo nie wiadomo, czy ta sytuacja (niejako wymuszona spadkiem notowań jej partii) to jest dobre dla nas, czy też nie.  

        Na pewno niedobre dla totalsów z totalnej opozycji, bo na kurek z kasą płynący do nich zotanie przykręcony, jeśli nie całkiem zakręcony.  


Jak mistrzostwa świata w piłce nożnej

        I tu przypomniały mi się niedawne mistrzostwa świata w piłce nożnej

        To nic, że nasi odpadli – wręcz przykro było patrzeć w jakim kiepskim stylu. Najważniejsze, że Niemcy też odpadły. To sromotne odpadnięcie Niemców było jak maść na nasze rany.  

        Myślałam, a co to ma piernik do wiatraka, gra to gra, kibicujemy naszym. A potem przyszło olśnienie, że my tak naprawdę to mamy kompleks wobec Niemców, i jeśli nie potrafimy ich pokonać (co nam się historycznie dość często zdarza, choć się przyznać do tego nie lubimy), to cieszymy się z ich niepowodzenia bardziej, niż z niepowodzenia naszego. 

        Tak jakby odpadnięcie Niemiec, zmniejszało naszą piłkarską porażkę. Ach, gdzie te czasy, gdy całe osiedle zbierało się przy lampowym odbiorniku radiowym mojego taty, i słuchali meczu. A jak kibicowali!  A jak sobie popili, to się i pohandryczyli. Potem przyszła telewizja, i całe osiedle przeniosło się do Walczaka, bo on miał pierwszy telewizor, i wpuszczał kumpli na mecze. Niektórzy mieli telewizor przed Walczakiem, ale kumpli na mecze nie wpuszczali. Proceder został ten sam: kibicowanie, picie, kłótnia o to kto zawalił. Na osłodę cieszymy się, że innym poszło  gorzej niż nam. Za to na Polach Elizejskich w Paryżu po zdobyciu Pucharu Świata przez Francję, radość była przyrównywana do tej po zakończeniu wojny, i zdobyciu tego pucharu przez Francję 20 lat temu. 

 

       Tylko... 

        Kontrolę przejął dziki, niekontrolowany tłum, demolując co popadło. Czy to Francuzi? Obecnie podobnie – mistrzostwa świata w polityce trwają i nie wiadomo jaki wynik przyniosą. Wierzymy jednak, że nasza drużyna jest lepiej przygotowana do rozgrywek, niż była ta od trenera Nawałki. A zwycięski tłum nie będzie tłumem barbarzyńców próbujących rozwalić to kim jesteśmy.  

Alicja Farmus 

czwartek, 08 listopad 2018 17:44

W przededniu operacji antypolskiej

Napisane przez

michalkiewicz        Powoli zaczynają ujawniać się przyczyny nieoczekiwanej wizyty Naszej Złotej Pani w Warszawie.

        Nie bardzo było wiadomo, co konkretnie ma ona u nas załatwić, natomiast przyjechała w momencie, gdy po wyborach w Hesji zachwiała się również jej osobista pozycja, nie tylko na politycznej scenie niemieckiej, ale nawet we własnej partii. Któż by w tej sytuacji nie chciał sobie tej pozycji podreperować jakimś efektownym sukcesem, zwłaszcza osoba tak ambitna i przyzwyczajona do sprawowania władzy, jak Nasza Złota Pani? 

        Druga sprawa, na którą warto zwrócić uwagę w związku z tą wizytą, jest postanowienie Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu, który nie tylko „zawiesił” uchwaloną przez Sejm i Senat oraz podpisaną przez prezydenta ustawę o Sądzie Najwyższym, ale surowo też przykazał, by sędziów SN przeniesionych już w stan spoczynku przywrócić do pracy i orzekania. 

        I tak się stało, a pikanterii temu wydarzeniu dodaje nie tylko fakt, że buńczuczny rząd PiS wszystkie te rozkazy wykonał z podkulonym ogonem, nie tylko deklaracja Naczelnika Państwa, który fałszywe pogłoski, jakoby miał przygotowywać „polexit”, określił jako „kłamstwo, kłamstwo i  jeszcze raz kłamstwo!”, ale również – że ożywieni ze stanu spoczynku sędziowie SN odmówili zwrotu odpraw, jakie w związku z przejściem w stan spoczynku dostali. Już za to samo należałoby ten cały Sąd Najwyższy rozpędzić na cztery wiatry, ale – jak powiadał Ignacy Rzecki z „Lalki” - co tam marzyć o tem! Znaczy – bez względu na to, co za pośrednictwem niemieckich owczarków w rozmaitych unijnych instytucjach Nasza Złota Pani z Polską wyprawia, niezłomnie przy niej stoimy i stać chcemy. A jakże inaczej, skoro przyzwolenie na Anschlus w roku 2004, jak i ratyfikacja traktatu lizbońskiego w roku 2009 oparte były na iluzji, że Niemcy sypną złotem i znowu będzie, jak za Gierka? 

   Ale Niemcy, jeśli nawet płacą, to przecież wymagają i nie pogodzą się z utratą politycznego wpływu w naszym bantustanie tylko dlatego, że krzykliwy amerykański prezydent Donald Trump chciałby je stąd wyprzeć. Nawiasem mówiąc właśnie w tych  dniach prezydent Trump został zablokowany wskutek uzyskania przez Demokratów większości w Izbie Reprezentantów Kongresu i teraz będzie mógł groźnie kiwać palcem w bucie. 

        Czyż nie jest to odpowiedni moment, by podjąć w Polsce kolejną próbę przesilenia politycznego na korzyść Niemiec? Toteż w związku z setną rocznicą odzyskania przez Polskę niepodległości, którą od 2004 roku postępująco frymarczymy za niemiecki jurgielt, a właściwie – jego obietnicę – rozpoczęło się artyleryjskie przygotowanie do kolejnej, po nieudanym Ciamajdanie z roku 2013, operacji w Polsce. 

        Pojawiły się opinie, że zjadą się tu „neonaziści” nie tylko z całej Europy, ale w ogóle – z całego świata – a rolę głównej tuby tej antypolskiej propagandy powierzono żydowskiej gazecie dla Polaków, kierowanej przez potomka sowieckich kolaborantów Adama Michnika. 

        Był to sygnał dla wszystkich „antyfaszystów”, od których, zwłaszcza  po wyasygnowaniu przez starego żydowskiego grandziarza finansowego 18 miliardów dolarów na destrukcję europejskich państw narodowych, aż się u nas roi – żeby „neonazistom” zrobili w Warszawie „no pasaran”. 

        Toteż po zwycięstwach kandydatów obozu zdrady i zaprzaństwa w niektórych dużych miastach – w Gdańsku i Wrocławiu prezydenci zakazali organizowania 11 listopada Marszu Niepodległości – co ma oczywiste znamiona prowokacji wobec organizujących te marsze środowisk narodowych. W środę 7 listopada taki sam zakaz wydała prezydencica Warszawy, Hanna Gronkiewicz-Waltz. Organizatorzy Marszu odgrażają się, że tak czy owak, będą próbowali przemaszerować przez Warszawę i inne miasta, a z kolei folksdojcze z rozmnożonych ruchów „antyfaszystowskich” odgrażają się, że zgodnie z instrukcją żydowskiej gazety dla Polaków, zrobią im „no pasaran”.

        Jest oczywiste, że w tej sytuacji musi dojść do gwałtownych  zamieszek tym bardziej, że co najmniej jedna czwarta policjantów w kraju nagle wzięła zwolnienia lekarskie. Ta epidemia policyjna pokazuje, że mamy do czynienia ze zorganizowaną akcją, której celem jest doprowadzenie w Polsce do gwałtownych rozruchów oraz, że policjanci, a ściślej co najmniej jedna czwarta funkcjonariuszy, nie słucha ani ministra spraw wewnętrznych, ani Komendanta Głównego, tylko kogoś innego. Kogo? Aaaa, to właśnie tajemnica i jeśli ABW, oraz inne bezpieczniackie watahy nie dostarczą na to pytanie odpowiedzi, to trzeba by tych darmozjadów rozpędzić na cztery wiatry, podobnie jak sędziów SN.  W tej sytuacji podejrzenie, że co najmniej czwarta część funkcjonariuszy policji może być czyimiś – czy przypadkiem nie starych kiejkutów, a za ich pośrednictwem – niemieckiej BND? - agentami, staje się bardziej prawdopodobne. 

        A do czego BND są potrzebne gwałtowne rozruchy w Polsce. A do tego, że traktat lizboński zawiera tzw. „klauzulę solidarności”, która stanowi, że jeśli w jakimś kraju członkowski UE pojawiło się zagrożenie dla demokracji, na przykład ze strony „terrorystów”, to Unia, na prośbę tego państwa, może udzielić mu „bratniej pomocy”. Prawdopodobnie rząd premiera Morawieckiego z taką prośbą nie ośmieliłby się zwrócić, przynajmniej na razie – ale jeśli nawet – to pozorów legalności całej operacji mogłaby dostarczyć prośba złożona przez panią Małgorzatę Gersdorf, będącą – bądź co bądź – najwyższym przedstawicielem jednej z władz państwowych, czyli władzy sądowniczej. Skoro nawet Adolf Hitler starał się dostarczyć pozorów legalności dla uderzenia na Polskę w formie prowokacji gliwickiej, to cóż dopiero Nasza Złota Pani, która przecież reprezentuje „dobre Niemcy”? Dopiero na tym tle lepiej rozumiemy zaciekłą obronę pani I Prezes Sądu Najwyższego, od której nawet jej samej zaczęły buzować w głowie gersdorfiny i już sama nie wiedziała, czy jest, czy nie jest I Prezesem. No ale teraz już wie, że jest i że musi być, dopóty, dopóki Nasza Złota Pani nie zwolni jej z obowiązków, więc wszystko – jak powiadają gitowcy - „gra i koliduje”.

   O ile „Ciamajdan” w grudniu 2016 roku trącił amatorszczyzną, to teraz widać, że operacja jest przygotowana z większym rozmachem i kto wie, czy nie zakończy się powodzeniem, zwłaszcza, że Rudolf Giuliani, który 15 grudnia na kilka godzin przyleciał do Warszawy, teraz jakoś się nie pojawił. Kto wie, czy nie dlatego,  że skoro USA przyjęły ustawę 447, w której zobowiązały się do dopilnowania by żydowskie roszczenia wobec Polski zostały zrealizowane, to im szybszy i głębszy będzie proces rozpadania się polskiego państwa, tym lepiej dla sprawy, to znaczy – dla żydowskiej okupacji? 

Stanisław Michalkiewicz

czwartek, 01 listopad 2018 17:55

Sto lat po…

Napisał

        Podobno nigdy nie było w Polsce tak dobrze, jak dzisiaj… Tak mówią w TVP. Nowe drogi przelotowe, coraz lepsze samochody na ulicach, wystawniejsze domy,  lśniące warszawskie drapacze…

        Z drugiej strony, patrząc na polską politykę zagraniczną, stan polskiej gospodarki i polskiej własności, wydaje się, że państwo polskie dalekie jest od prawdziwego odrodzenia. O istocie podmiotowości państwowej, o tym ile Polski w Polsce, stanowią bowiem ogniska siły narodowej. 

 

Pomóż nam!

 

        I tak o sile Niemiec decyduje niemiecka gospodarka, decydują instytucje siłowe pozwalające na kształtowanie europejskiej polityki. O podmiotowości niemieckiej przesądzają niemieckie korporacje oraz silne narodowe elity, będące kontynuacją tych pruskich, międzywojennych, hitlerowskich... 

        W Polsce katastrofa II wojny światowej spowodowała wymordowanie, wypędzenie, a następnie demoralizację polskich elit narodowych; do zburzonej Warszawy pod koniec lat czterdziestych przywieziono nowych zarządców, którzy mieli dać rękojmię polskiego poddaństwa wobec zwycięskiego państwa sowieckiego; w większości był to aparat złożony z żydowskich komunistów starej i nowej daty czasem związany poprzednio z polskim terenem, a czasem nie. Ci ludzie ukorzenili się w PRL-u i ustawili swoje dzieci, a z kolei te dzieci ustawiły ich wnuki, stając się nową “głową z gałganków przyszytą do polskiego zombie” - jak to niedawno określił Grzegorz Braun w naszym wywiadzie.  Choć polskojęzyczne, elity te z  tradycyjną polskością mają mało wspólnego. Stąd wynika cały ambaras. Na domiar złego zniszczone zostały dawne polskie elity ekonomiczne i wyjałowiona gleba, z której wyrastały, i która pozwalałaby na ich odbudowanie; czyli drobna przedsiębiorczość, drobny handel; coś co mogłoby dać materialne podłoże odradzającej się narodowej elicie politycznej. Zniszczone zostało także doszczętnie ziemiaństwo, które przez długie lata zaborów wspierało pieniądzem polskość. 

        Innym ośrodkiem narodowej siły mogą być siłowe instytucje państwa - służby  (Tak jest we Włoszech, tak jest we Francji i w wielu innych krajach); Polacy pracujący dla państwa w resortach siłowych, w  armii, wywiadzie, kontrwywiadzie, siłach bezpieczeństwa. 

W Polsce po tak zwanej transformacji nie doszło jednak do przesilenia, które dałoby decydujący wpływ narodowym służbom. W Polsce po prostu frakcja, ogólnie mówiąc, “puławian”,  wygrała z frakcją “Natolina”, czyli; wywodzące się z PRL, ustosunkowane międzynarodowo służby żydowskiej proweniencji, opanowały proces zmiany ustrojowej wygrywając z “narodowymi komunistami”. 

Tymczasem w  Rosji po doraźnym zwycięstwie “puławian” i rozmontowywaniu państwa sowieckiego za Jelcyna, nastąpiła konsolidacja tamtejszych “natolińczyków”  i powrót do władzy rosyjskich państwowców z KGB. Oni zdołali odbudować rosyjską podmiotowość i wrócić do polityki imperialnej. 

        W Polsce taki proces nie nastąpił. 

        Gospodarka polska nie odrodziła się jako niezależna i podmiotowa, została ukształtowana, jako uzupełniająca wobec niemieckiej; nie ma znaczących polskich marek międzynarodowych i dużych  polskich korporacji; nie ma więc prawdziwych ognisk narodowej polskiej siły, które mogłyby prowadzić do wybicia się Polski na prawdziwą regionalną podmiotowość mocarstwową, zdolną do kształtowania samodzielnej polityki regionalnej. 

        Życie polityczne w Polsce sprowadza się więc dzisiaj do reprezentacji cudzych interesów oraz - podobnie jak w PRL -  zarządzania na poziomie “prowincjonalnym”;  Polacy nadal mogą decydować, którędy puścić obwodnicę, a nawet  - do pewnego stopnia - jak rozpisać budżet. 

        Prawo i Sprawiedliwości, które głosi hasła “dobrej zmiany” również nie jest w stanie realizować podmiotowej polityki polskiej, ponieważ za tą formacją nie stoją ani  polskie służby, ani polska finansjera, ani polskie korporacje; nie stoją za nią ogniska prawdziwej polskiej siły. Stąd pomimo pokazowego patriotyzmu, formacja ta nie realizuje odbudowy gospodarczej „gleby narodu”, co pozwoliłoby Polakom stanąć do konkurencji z dużymi graczami Europy. PiS wciąż oddaje pola zagranicznym korporacjom, choć już nie pozwala na tak bezczelną grabież jak poprzednia ekipa. 

        W przeciwieństwie do poprzedników PiS przerwał też pasmo pedagogiki wstydu i odwołał się do narodowej dumy. To dobrze. Musimy być dumnymi Polakami. Ale to nie wystarcza, aby zbudować narodową siłę - do tego potrzebna jest organizacja i odpowiednia polityka - o co w obecnej sytuacji bardzo trudno. 

        Nawet uświadomienie Polakom obecnego położenia napotyka na trudności, nie mówiąc już o tym, że nawet gdyby to nastąpiło to i tak sama świadomość nie wystarcza, by wejść do gry. Wskazując na Palestynę można stwierdzić, że większość Palestyńczyków zdaje sobie sprawę z własnego położenia, a mimo to nic nie może z tym zrobić. Coraz częściej podobne uczucie bezsilności dotyka resztek polskich elit narodowych; tych odradzających się powoli, budujących swoją wiedzę geopolityczną; potrafiących analizować sytuację, w jakiej znalazł się naród . 

        Od lat, kiedy ktoś przekazuje smutną  analizę obecnego położenia Polaków, słychać głosy domagające się odpowiedzi na pytanie, co robić? Czy  droga do odrodzenia jest możliwa? 

        Oczywiście, pierwszym pytaniem jest to, czy są jeszcze polskie elity, które mają ochotę na niepodległe państwo? Obserwując wypowiedzi, gesty i zachowania głównych aktorów polskiej sceny politycznej, można odnieść wrażenie, że takich chęci już nie ma; że wystarcza stanie przy biurku hegemona i  pochlebstwa na salonach.  Zaś godzące w zdrowy rozsądek pomysły sprowadzania obcych wojsk dla zabezpieczenia  “niepodległości” nikogo już nawet nie śmieszą; lansuje się je w Polsce z pełną powagą urzędów i ludzi. 

        Jedną z możliwych dróg odzyskania niepodległości byłaby praca nad budową polskich służb bezpieczeństwa, wojska, wywiadu, a także odbudową polskiej strategicznej infrastruktury. Oczywiście zdają sobie z tego sprawę także wszystkie siły obce zainteresowane korzystaniem z polskiego terytorium. Sieci podwójnych lojalności jest w tych instytucjach bardzo wiele i wynikają one po części z wspomnianego charakteru tak zwanej transformacji.

        Inną ścieżką byłoby pozwolenie Polakom na bogacenie się czyli rozbudowa drobnej przedsiębiorczości; po prostu puszczenie na żywioł energii gospodarczej narodu. Niestety nie uczyniły tego nawet ekipy szermujące hasłami patriotyzmu gospodarczego. Zamiast gospodarczego uwolnienia mamy podatkowe “domykanie”, a także wprowadzanie obcej taniej siły roboczej, która w oczywisty sposób betonuje naszą “pułapkę średniego wzrostu”, hamując rozwój. 

        Podsumowując, można  stwierdzić że władza Prawa i Sprawiedliwości, która choć w wielu aspektach i zwłaszcza na początku kadencji odbudowywała polską dumę i godność, nie próbuje nawet odbudować polskiej podmiotowości, służąc jako forpoczta interesów amerykańskich i żydowskich nad Wisłą.  

        Jest to smutne, ale prawdziwe, a  stulecie odzyskania polskiej państwowości powinno być okazją nie tylko do świętowania polskiej dumy, ale też do refleksji nad stanem narodu i państwa.

Niech żyje Wielka Polska!

Andrzej Kumor


Dalsza część artykułu dostępna po wykupieniu subskrypcji. Kup tutaj!

Ostatnio zmieniany sobota, 03 listopad 2018 16:50
czwartek, 01 listopad 2018 17:44

Nie chwalimy się, na kogo głosujemy

Napisane przez

RatajewskaMiasto moje rozplakatowane. Tak wielkiej reklamy do tej pory nie było.  Reklamowano usługi, towary, a tu dochodzą ludzie, którzy chcą być radnymi, burmistrzami  itd. Tamte reklamy już są mało widoczne, za to patrzą na nas twarze ludzi, którzy na pewno będą umieli mówić. Są znani, bo może przedtem byli nauczycielami,  albo lekarzami.  Są reprezentantami jakiejś grupy ludzi,  partii,  chociaż wielu pisze, że są bezpartyjni, niezależni. Ja w to nie wierzę.

        Jedynie PiS nie wstydzi się być PiS-em, ich plakaty są jakby mniejsze, skromniejsze. Ktoś je w nocy oszpecił  czarną farbą.  Platforma Obywatelska weszła pod Koalicję Obywatelską,  czyli dołączyła do sobie podobnych, ale o innej nazwie.

        Zwykli ludzie nie przyznają się do tego,  na kogo głosują, zwłaszcza, jeśli głosują na PiS. To zachód Polski, tu zawsze było dużo wojska i nastroje lewicowe.

        Pamiętam wprowadzenie stanu wojennego rok 1981, nastrój w zakładzie pracy.   Nie było z kim na ten temat porozmawiać, tylko z bliska rodziną. 

        Dzisiaj weszłam do sklepu mięsnego. Słyszę, jak pan wysoki bardzo zaczyna mówić -  Ja nie idę na wybory. Najlepiej zostać w domu. Na co rozdarła się na niego jedna z klientek sklepu – Co? I za wodę jeszcze więcej będziemy płacić? Trzeba tej kliki się pozbyć!

        Pomyślałam …, mąż też,  ale nic nie powiedzieliśmy- ani ja, ani mąż.

        Ten,  który zaczął dyskusje,  to podejrzany człowiek, tacy ludzie są podejrzani, możliwe, że  robią wywiad.  

        Ludzie patrzą tak – PiS. albo nie PiS. Tak, jakby inne partie zlewały się w jedno, a przecież tak nie jest.

        Na stronie comedywildlifefotos oglądam komiczne zdjęcia. Konkurs odbywa się co roku, można wysyłać zdjęcia. Wyślemy naszego łabędzie na rok 2019.

        Już po wyborach. Byliśmy, głosowaliśmy.  W lokalu wyborczym nie było już tak uroczyście,  jak zawsze było. Członkowie nie byli rozlokowani na długość sali. Stoliki, przy których siedzieli były bliżej siebie, panował jakiś bałagan. Nie zauważyłam plakietek z nazwiskami. Jeden pan wyraźnie spojrzał  na moje złożone kartki. Wpadły w róg, od jego strony. Gdyby chciał, to by mógł wiedzieć, na kogo głosowałam. 

        Mówią o tym, że za mało  było osób chętnych do komisji,  ale nie słyszeliśmy o naborze na nie. Może i byśmy się zgłosili.

        Oglądamy stare odcinki  Awanturę o kasę. Wcześniej tego nie widziałam, bo przecież jeździłam do Niemiec, do pracy.  Program prowadził  Krzysztof Ibisz,  a on jest klasa. Jest uprzejmy, ale zdecydowany. Wczoraj oglądaliśmy odcinek 110 i 111. Każdego dnia 2 odcinki. Kiedyś wydawał mi się ten pogram za hałaśliwy i nie wiedziałam, o co w nim chodzi. Ci ubrani na czarno,  to mistrzowie, czyli grupka 4-rech ludzi, którzy wygrali program i będą walczyć z jedną z trzech grup, które w każdym odcinków są nowe. Każda grupa to 4 osoby - sami się dobierają i sami się zgłaszają. Ludzie są w każdym wieku. Byli i biedni studenci, którzy chcieli, jak najwięcej zachować z 5 tysięcy złotych, przyznawanych na początku przez Ibisza,  każdej z tych trzech drużyn. Jedna z tych trzech wygrywa i będzie walczyć z  drużyną mistrzów.  

        Najciekawiej jest, gdy Ibisz wylosuje kategorię – czarną skrzynkę.  W niej może być  m.in. ogórek kiszony, albo  samochód. Niektóre grupy walczą do  upadłego, czyli za wszystkie ich pieniądze.  Wolą odpaść z programu,  niż oddać tę możliwość wygrania samochodu lub samochodów. Bo raz było ich kilka. Drużyna mistrzów wygrywa  około 10 tysięcy złotych  na odcinek. 

        Za pół godziny mam łyżwiarstwo figurowe - na pewno będę oglądać, bo  zawsze chciałam być taką łyżwiarką. Zawsze marzyłam o łyżwach figurowych nasi znajomi, których poznaliśmy na wyjeździe, na naszym wspólnie wyjeździe/ … to nie był wyjazd do Niemiec. W celu zarobienia trochę pieniędzy, które miały  starczyć rodzinie na ten miesiąc  na połowę następnego, Oni mieszkają pod Warszawą. Ona zbiera grzyby. Ona  robi śliwki i gruszki w occie 

        Myśmy wyjechali wcześniej, a podobno następne dni padało i wiało mocno, ale potem były dni bardzo ciepłe. Pusto były wtedy na plaży i oni opalali się nago. Nago?! Mają ponad 70- tkę, ale czemu nie?

        Oglądałam łyżwiarstwo, bardzo podobała mi się Japonka, ale też chłopak z Doliny Krzemowej, który skacze sobie całkiem łatwo i lekko,  a z  trenerem widzą się przez Internet tylko,  bo chłopak studiuje. 

        Jest środa, pojawiają się nasze regionalne wyniki wyborów. Widzimy głosy na ludzi,  których mały procent znamy, inni są nam nieznani. Większa ilość głosów jest na ludzi, którzy już wcześniej działali politycznie. Myślę, że za 4 lata, postaram się  wejść do polityki. 

        Nasz krewny w Kalifornii opowiadał nam dzisiaj,  a właśnie jechał samochodem.  Samochody wolno się posuwały,  czterema pasami, wyprzedzanie nie ma sensu  Tak to wygląda jego jazda do pracy, w USA. 

        Opowiadał nam, że zbliża się halloween, a Meksykanie,  których jest tu dużo. Oni przygotowują dużo jedzenia dobrego i wierzą w to, że jeśli wystawią w ten dzień zdjęcie zmarłego,  to on do nich przyjdzie, odwiedzi ich i trzeba się cieszyć z tego, i w tym dniu trzeba się cieszyć. 

Te dzieci meksykańskie,  gdy się tam spotkają,  to rozmawiają po hiszpańsku,  podczas gdy dzieci polskie rozmawiają po angielsku ze sobą. Może dlatego,  że są mniejsze,  gdy tu przyjeżdżają. Za to  meksykańskie gorzej sobie radzą w szkole, bo tam wszystko po angielsku. 

        My już znicze mamy kupione. Zawsze wybieram te nie za smutne. Jeszcze kwiaty i będzie normalne polskie Święto Zmarłych,  za którym tak bardzo tęskniłam w Niemczech,  gdy musiałam tam być w tym czasie, tam pracować. Jako pomoc - 24 godziny na dzień,  jako opiekunka ludzi starszych,  zamiast w tym czasie zajmować się moimi dziećmi, jako matka wielodzietnej rodziny. Dlatego uważam, że ostatnie kilka lat polepszyło  byt polskich rodzin i kto tego nie docenia,  to znaczy, że  bardziej był skupiony na kupnie nowych szpilek, albo kupnie rasowego pieska.

        Myślę, że za długo polskie dzieci były głodne,  a bezrobocie w tym rejonie na zachodzie Polski było już  w roku 1990 i to było olbrzymie bezrobocie,  bo zlikwidowano PGR-y  i ludzie ci też przyszli do miasteczka, za pracą.   

        Dlaczego  tak musiało być?  Chodziło może o to,  aby polskie opiekuńcze matki i żony  pomogły starszym ludziom niemieckim. Szkoda tylko dzieci polskich, którym brakowało matki. Niezamężne i bezdzietne kobiety trzymały się swoich miejsc pracy i nie musiały jeździć.

        W tv mówią o tym,  że polskie bociany, który lecą na południe,  w Burgas są rażone prądem elektrycznym, gdyż  nie ma tam potrzebnego zabezpieczenia  słupów wysokiego napięcia. Bociany tam odpoczywały przy wysypisku śmieci,  a porażone bociany zauważyła Polka, tam mieszkająca 

        Moja kolacja,  to daktyle,  pogryzane gorzką czekoladą. Po śniadaniu też to jem. 

        Ufarbowałam sobie dzisiaj włosy. Sama,  a właściwie mąż mi nakładał farbę, tylko na moje siwe odrosty, które nie były za długie,  ale dość miałam już mojego za jasnego blond. W sklepie jest z 10 różnych firm, w cenie za jedna farbkę od 10 złotych do 60 złotych. Te droższe, to te bardziej nowoczesne, co nie znaczy, że lepsze. 

        Koleżanka, która z siostrą zawsze olśniewały swoimi włosami, spotkana niedawno powiedziała,  że maluje swoje włosy Londą. Byłam zdziwiona,  bo Łonda jest najtańsza. Kupiłam więc,  zużyłam tylko połowę. Połowę farbki zostawiłam na potem, za jakieś 6 tygodni.  Po 15 minutach od nałożenia farby. przeczesałam włosy grzebieniem wtedy rozprowadziłam farbę po włosach, ale na końcach są nadal białe.  

        No i fajnie. Fajnie to wygląda. Czasami  sobie myślę, że moja mama sama włosów nie farbowała,  że wracała od fryzjerki -  późno już było,  my w łóżkach, a mama  miała czarne włosy lub  ciemno kasztanowe. Spytałam się jej niedawno,  dlaczego nie farbowała na blond,  bo jej włosy właściwe był ciemno blond. Powiedziała, że tamte kolory fryzjerki polecały,  bo farby lepiej się trzymały, były mocniejsze. Mnie nie stać na fryzjera,  bo kosztuje on około 150 złotych, a za to można kupić  na ryneczku  100 kg jabłek lub 100 kg ziemniaków. W  tym roku warzywa w Polsce są drogie,  a owoce tanie. Warzywa ceną dogoniły owoce,  a nawet je prześcignęły. Lato było bardzo suche i słoneczne i najedliśmy się i truskawek,  potem wiśni i na końcu śliwek. Teraz pozostały nam polskie jabłka,  no i powidła śliwkowe,  których dużo narobiłam i są w szufladach pod łóżkiem.  

        Owoce  marketowe w tym czasie były nieważne - jakieś tam banany, pomarańcze, nawet winogrona, na których był widoczny biały nalot, jakby proszek. Wiadomo było, że polskie owoce na polskiej ziemi są najzdrowsze i właściwe. No i cena była dwukrotnie wyższa. One przyjechały z daleka, więc nie ma co się dziwić. 

        Jednak  nie zawsze polskie lato jest tak ciepłe, jak było w tym roku. To lato było wprost cudowne. Mąż kupił sobie  w szmateksie  całkiem fajną kurtkę za 10 złotych, kurtka używana. Pewnie jakiś Niemiec,  albo Anglik ją nosił.  Nie rozwijamy już wyobraźni, w tym kierunku, coraz więcej ludzi kupuje w szmateksie. Było zimno i wietrznie, a on pod swoją letnia kurtkę nie wziął swetra. Wiec założył tę kurtkę,  jedną na drugą i było mu ciepło.  Kaptur miał z tej kurtki pod spodem 

        Moich dwóch znajomych nie widzę,  na pewno wyjechały do Niemiec. Jedna,  bo musi,  bo mają do spłaty kredyt.  Do tego mąż jej nie pracuje,  ani nie ma emerytury,  ani żadnej renty. 

        Ta druga,  bo wciągnięta jest w to wyjeżdżanie. Zmienia się kilka lat co 6 tygodni  z inną opiekunką i całkiem dużo zarabiają. Z mężem się rozwiodła,  więc nic jej tu nie trzyma. 

        Jeszcze zapomniałam o trzeciej,  którą pchnęłam w ten zawód, nauczyłam podstaw niemieckiego. Jej mąż umarł,  a dwaj synowie pracują i mieszkają za granicą.  

        Już nie pamiętam tego, jak kiedyś zapatrywałam się na noszenie po kimś ubrań, czy butów. Polska jest nimi zarzucona  Przyznaję, że więcej towarów na rynku i to jest luksus. Jednak na porządne ubrania nas nie stać,  przy normalnych emeryturach typu nauczycielskiego, czyli około 1500 złotych.  Zubożeliśmy, jako małomiasteczkowe społeczeństwo i dostosowaliśmy się do tego,  jesteśmy zadowoleni z tego,  co mamy. Aby  na chleb starczyło i na opłaty. Reszta, to pogoda polska,  a więc łagodna -   taka nasza i to powietrze cudowne  i ławeczki nad jeziorem.  Lasy, lasy naokoło. Można być tu szczęśliwym, oby nie trzeba było do Niemiec jeździć,  na zarobek, bo pracy tutaj nie ma dla osoby po 50- tce. 

        Tak,  brak pracy,  to jest duży minus. I tylko brak pieniędzy na podstawowe potrzeby, może wygonić ze swojego ciepłego domu,  w obcy dom niemiecki.

        Długa jazda autobusem, bo 18-godzin w jedną stronę i niewiadoma,  jaką się zastaje. Są to najczęściej trudne przypadki,  bo jak rodzina niemiecka bierze firmę, to już musi być ciężko. Najgorsze są dźwigania lub nieprzespane noce. Dzisiaj dzwoniły dwie firmy,  chciały mnie złowić, jednak zostaję w domu. Oby do maja, bo mąż w maju dostanie emeryturę. Dzięki,  że w wieku 65 lat,  a nie w wieku 67 lat,  jak to było zrobione, zmienione,  dopasowane do Niemiec. Jednak Niemcy mają pracę,  a u nas jest inaczej .

        Tak, nowy rząd  polski zmienił to, wrócił do  lat 60 dla kobiet i 65 dla mężczyzn. Wiec jakoś doczekamy do maja, nie kupując bananów  nowych butów,  czyli  trzeba  wytrwać.

        Dołączę kilka zdjęć,  z naszych lasów. Cudowna górka. Jest naprawdę cudowna i naprawdę jest to górka,  chociaż samochód na luzie wjeżdża pod nią, jakby zjeżdżał  i my też tak się czujemy. Zamykam oczy,  biegnę pod górę, a wydaje mi się, że zbiegam z góry. Próbowałam tego na okolicznych leśnych górkach i nie ma tego uczucia.

wandarat

23.10.2018, Polska

czwartek, 01 listopad 2018 17:41

Kolacja (ostatnia) z grzybem

Napisane przez

        Moja przyjaciółka zwróciła mi uwagę, że to bardzo nieładnie tak się wyrażać i nazywać samotnych starych dziadków ‘grzybami’. Hmm! Chyba faktycznie i niepoprawnie politycznie i zbyt uogólniająco. Zgoda, ale pod warunkiem, że oni przestaną nas nazywać babami, workami kartofli i traktować nas jak bezpłatny service.

        A to było tak. 

        Jeden grzyb (przyrzekam, że już nie będę tego określenia używać w przyszłości), wpraszał się do mnie na kolację, bo zjadłby coś domowego. Ja też. Zaproponowałam, że może pójdziemy gdzieś na lunch, gdzie jest zdrowo, lekko i po polsku. Szczery był. Powiedział, że to kosztuje. Wielkie nieba! A jak ja przyrządzę kolację ze schabowym, to nie kosztuje? Jego nie. I to jest w porządku, bo to powinna być dla mnie przyjemność gotować, wydawać na i służyć panu. Kie licho, od czasu do czasu. I go zaprosiłam. Już w czasie kolacji dowiedziałam się, że on nie może soli. Znak, że żurek śląski niedobry, bo posolony. I zgodnie ze swoim smakiem schabowemu nie żałowałam ani soli, ani pieprzu, i naczosnkowałam jak trzeba, a dla uzyskania wykwintnego smaku dodałam ździebko rozmarynu z ogródka. 

        Ach i pięknie na chrupko wysmażyłam na staro złoty kolor. To mu też nie przypadło do podniebienia, bo nie lubi chrupkiego. Już mnie trochę wzięła złość, bo czy lubi, czy też nie to powinien mi podziękować i powiedzieć, że wszystko przepyszne. 

        Takich przynajmniej manier przy stole w gościach uczyła mnie moja babcia. Widać on babci nie miał (a może i zapomniał) bo przy jednym proszonym schabowym znalazł kilka mankamentów. To że schabowy, był schabowym – to mu też przeszkadzało, bo oczekiwał takiego rozwalonego na milimetr. I tak było z wszystkim innym. Więcej detali nie będę wyliczać bo szkoda papieru na bzdety. Jeden raz i nigdy więcej – postanowiłam. A jak opowiedziałam to mojej przyjaciółce to mi zwróciła uwagę, że po prostu ten pan oczekiwał kolacji dietetycznej, a ja jeszcze nie na tym etapie. Fakt, jeszcze nie, i ustrzeż mnie panie od tego jak najdłużej. 

        I mój schabowy musi być gruby, wypieczony na chrupko i ze smakami dzieciństwa, kiedy nikt się solą nie przejmował (bo była tania). Ach i wszyscy mieli swoje zęby. 

        A na koniec to się okazało, że ten pan przyniósł czerwone wino pod pachą (dosłownie) w gościnę. Nie żebym sprawdzała czy tanie, czy drogie, ale było półsłodkie. A ja takiego nie pijam ani, do kolacji, ani do deserów, ani do niczego innego. Więc wyciągnęłam butelkę dobrego wytrawnego shirazu. To się skrzywił, że cierpkie. 

        Mnie też było cierpko, że się dałam wpuścić w maliny. Mówią, że na bezrybiu i rak ryba. To ja już wolę bez ryby. Jak zaproszę przyjaciółkę na kolację to jej wszystko będzie smakować, i wino przyniesie właściwie – wesołe. A polską sztukę kulinarną zostawiam profesjonalistkom. Mam taką panią co mi robi zrazy i krokiety, piecze schabowe i robi naleśniki. Skorzystam z jej profesjonalnych usług. Jest także sporo polskich restauracji i jadłodajni, gdzie można zjeść dobrego schabowego z buraczkami, i dobrze wysmażone placki. Więc niech każdy robi to co mu sprawia przyjemność i na czym się zna. I wcale mi nie jest przykro, że mam raczej ograniczone  zdolności kulinarne, mam za to wykwintne zdolności smakowe, i umiem docenić posiłek w wyborowym towarzystwie, z dobrym winem. 

        Po co mam sobie psuć tak ciężko wypracowaną pogodę ducha? 

Michalinka

czwartek, 01 listopad 2018 17:32

Dziady (44/2018)

Napisane przez

pruszynskiDziady

Już od trzydzieści lat co roku w białorusko-polskie święto zmarłych - Zaduszki - zwane tu Dziadami odbywają się w Mińsku demonstracje upamiętniające głównie tych co polegli z rąk Sowietów.

        Tego roku przed fabryką zegarków w Mińsku zebrało się raptem 300 osób. Dawniej było z dwa tysiące, by potem z sztandarami biało-czerwono-białymi białoruskimi pójść do Kuropatów jednego bardziej znanego z dziesięciu miejsc pochówków ofiar komunizmu, gdzie składano kwiaty i znicze. 

        Tu musze dodać, że prawosławni obchodzą swe “zaduszki” we wtorek tydzień po ich Wielkanocy.


Moda

        Może ktoś mi wytłumaczy sens rozdzierania na kolanach nowych jeansów albo noszenie czapek bejsbolowych daszkiem do tyłu ?

        To jest moda może głupia, ale niebolesna dla innych, ale jest też i inna moda bardziej szkodliwa. To moda na kolorowych, czarnych czy zboczeńców, których się zachwala, zezwala na dowolne najgrzeczniej mówiąc wybryki i robią to ludzie biali, których czarni i brunatni chcą często wymordować.

        Oznacza to, że sporo ludzi białej rasy postradało zdrowy rozsądek, a ja, który to piszę będę uznany za rasistę itd.


Nic nowego

        Od 25 do 27 X w Warszawie, w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN była międzynarodowa konferencja „Jak rozmawiać o Sprawiedliwych? Reprezentacje w kulturze, znaczenie w edukacji”.

        Zaproszono tam samych „szabesgojów” czyli sługusów Żydów, którzy mówili tylko o tym, jak mało dla Żydów zrobili jedni Polacy, i jak inni wtedy na potęgę mordowali Polaków.

        Oczywiście, nie przeszło temu dostojnemu gronu przez pyski, że sami Żydzi najbardziej pomagali Niemcom mordować Żydów i na tę imprezę nie był zaproszony ani jeden Polak, znający i piszący na ten temat, jak prof. J.R.Nowak, dr Ewa Kurek czy Stanisław Michalkiewicz.

        Gdyby to się odbywało za pieniądze Żydów to można by to ścierpieć, ale to było za pieniądze Polaków i czołowy sługus Żydów wiceminister Kultury Sellin posłał na tę imprezę swój wiernopoddańczy list.


Teraz problem

        Francuzi zrobili „kuku” nie zapraszając prezydenta Putina na uroczystości zakończenie I wojny światowej choć właśnie wtedy Rosjanie uratowali Francje wkraczając do Prus Wschodnich i były wielkie bitwy nad mazurskimi jeziorami. 

        Niemcy się przestraszyli, wycofali dwa korpusy z Francji i nie pobili jej.

        Teraz okazuje się, że Trump chciałby mieć okazje spotkania się z prezydentem Rosji. Może Macron się ugnie i przeprosi Putina, a ten zrobiłby zgrabny krok odmawiając przyjazdu.


Hasło na 100 lat niepodległości

        Wiosną 1968 roku warszawiacy skandowali „Polska czeka na Dubczeka”, czyli na takiego przewódcę, jakiego miała wtedy Czechosłowacja. 

        Czy przypadkiem teraz nie warto skandować „Polska czeka na Orbana”, lub podobne hasło i zaproponować, by on stanął do wyborów na prezydenta Polski w 2020 r.


Śmiech to zdrowie

        Trafiłem w internecie na filmik o bzdurnych zapisach w raportach MO i śmiałem się sporo czasu, ale potem natrafiłem na dwa filmiki, bzdury Unii Europejskiej i było tych bzdur z 10 raz więcej niż naszej śp. MO.

        Była jednak pewna zasadnicza różnica. Bzdurne zapisy w raportach MO dawały okazje do śmiechu, a nic nie kosztowały, a zarządzenia i dyrektywy UE bardzo dużo kosztują.

        Chwile potem trafiłem na film o tym, co Polacy zrobili, a my o tym nie wiemy. Otóż, Polak stworzył  w 1916 lateksowy kondom, a polski inżynier w USA w czasie drugiej wojny światowej w firmie Motorola dla wojska USA przenośny radiotelefon w jednej obudowie zwany popularnie „walkie-talkie”.


Podbój kosmosu

        Nikt nie obliczył, ile w końcu kosztowało wysyłanie kosmonautów i czy dokładnie coś to dało państwom, które tyle na to wydały. Teraz jeszcze są tacy co marzą, za czyjeś pieniądze kolonizować Marsa czy inne planety.

        Obywatele, powiedzcie tym mądralom, że nie macie nic przeciwko temu, ale niech się bawią za swe dolary czy ruble


Świnie

        Polską prasę obiegają różne artykuły potępiające zakaz działania wielkich sklepów w niedzielę. Ich autorzy zapominają o dwóch rzeczach.

        1 - obywatele mają w sumie ograniczoną ilość gotówki, nawet wliczając w to co mogą w danej chwili pożyczyć! Więc sklepy w sumie nie mogą przez działanie w niedziele zarobić więcej, a tylko tracą czas na ich działanie i to też kosztuje 

        2 - pracownicy tego sektora to ludzie, którzy mają rodziny więc im się też należy mieć wolne w co najmniej co drugą niedziele miesiąca.


Sekrety milionerów

1. Tworzenie kilku strumieni dochodów

Milionerzy nie polegają tylko na jednym źródle dochodu. Starają się mieć ich jak najwięcej. Liczba “trzy” wydawała się magiczną w czasie moich badań.

2. Umiejscowienie swojego marzenia

64 proc. milionerów, którzy wzięli udział w moim badaniu, realizowało jedno marzenie.

3. Unikanie marnowania czasu

Kiedy większość ludzi myśli o ryzyku, myśli o nim w kategoriach inwestycji finansowych. Okazuje się jednak, że ryzyko finansowe nie jest największym ryzykiem, którym przejmują się bogaci. Uważają, że pieniądze zawsze można zarobić i odzyskać.

4. Mieli co najmniej jednego mentora w życiu

Średnia zamożność 233 bogatych osób, które udało mi się przebadać, wyniosła 4,3 mln dolarów. Oznacza to prostą matematykę - odpowiedni mentor w życiu jest jak przelew na 4,3 mln dolarów. 93 proc. milionerów w moim badaniu wskazało, że bogactwo, które osiągnęli, mają dzięki mentorom. 68 proc. stwierdziło, że mentoring, który otrzymali od innych, jest kluczowym czynnikiem w osiągnięciu sukcesu.

5. Nigdy nie rezygnują z marzeń

Milionerzy są bardzo wytrwali. Nigdy nie rezygnują ze swoich marzeń. Wolą “utonąć ze swoim statkiem”, niż go pozostawić. 27 proc. spośród badanych poniosło przynajmniej RAZ porażkę w biznesie. Podnieśli się i poszli dalej, by próbować ponownie.

Aleksander Pruszyński

czwartek, 01 listopad 2018 17:31

Dlaczego traktuje się nas z góry – o wyborach inaczej

Napisane przez

farmusIdea nie zanikają, tylko oblekają się w inne szaty. Od kiedy i dlaczego inni patrzą na nas z góry? Dlaczego inni wiedzą lepiej, jak mamy pisać i egzekwować swoje prawo, jak mamy się zachowywać, pięknie się kłaniać (w pas, jak np. Ewa Kopacz przed Tuskiem) i ulegać? Wygląda na to, że dajemy na to przyzwolenie. Od dawna. I na wielu poziomach. Respektujemy to na to pozwalamy. I nawet fakt, że pniemy się   – vide zakwalifikowanie Polski do grupy krajów rozwiniętych, waży jakby w naszym wydaniu mniej, niż gdyby to byli ci inni złotouści. 

Co to ma do rzeczy z wyborami samorządowymi w Polsce? 

        Ano ma. Nie, nie będę robić analiz tego czemu ten i tamten, bo to już bardzo dobrze zrobili inni. Chciałam tylko zwrócić uwagę na niebiesko-żółtą mapę wyników głosowania. Jako socjolog (z Polski) ze specjalizacją miasto i wieś, zajmowałam się przyczynami wolnej integracji porozbiorowej infrastruktury Polski. Wtedy mapa gęstości kolei i dróg, pokrywała się mniej więcej z wynikami niedawnych wyborów samorządowych w Polsce. A więc gęstość sieci kolei i dróg była znacznie większa na obszarze zaboru pruskiego, niż zaboru rosyjskiego, czy austriackiego. 

 

Prosimy o wsparcie !!!

        Obecna mapa rezultatów wyborów do samorządów jest podobna. Nie świadczy to bynajmniej, o wpływie gęstości kolei i dróg na wyniku głosowania, ale o wpływach pruskich na nie. Wpływach sterowanych nadzieją na odzyskanie tych terenów, najlepiej naszymi rękami. Te wpływy są bardzo wymierne, bo nie czarujmy się, działalność społeczna za gratis jedynie przetrwała w Polonii, choć i tu jest cechą zanikającą. Ta mapa wyników wyborów świadczy nie tyle o sile wpływu polskich ugrupowań politycznych, ile o szmalu, który za tym stoi. A wyniki wyborów w dużych miastach?  Nie powinniśmy być zdziwieni, choć całym sercem kibicowałam Patrykowi Jaki. Jeszcze w sierpniu redaktor naczelny jednego z magazynów, które czytam, Paweł Lisiecki z ‘Do Rzeczy’, przewidział, że tak będzie we wielkich miastach. 

        A Warszawa? 

        Odpowiedzcie sobie na pytanie kim są mieszkańcy Warszawy. Rodowitych Warszawiaków jak na lekarstwo. Ci, co cudem przeżyli Powstanie Warszawskie, albo rodowici Warszawiacy którzy chcieli na powrót osiedlić się w Warszawie często byli objęci komunistycznym zakazem meldunku i dostania pracy w stolicy. Więc dzisiaj ‘warszawiakami’ są w dużej mierze post komunistyczne kastowo-resortowe klasy, dziedzice POP-ów (Pełniących Obowiązki Polaka Ruskich), różni aparatczycy i biurokraci pracujący w tak zwanej budżetówce, wykształcone ‘lemingi’ ze wsi i małych miasteczek, no i oświecone elity kuglarskie, z aktorami, artystami, pisarzami, ludźmi nauki, których motto bardzo jasno wyraziła Agnieszka Holland na jakiejś lichej manifestacji KOD-u, ‘Żeby było tak jak było’. A będzie tak jak było, jeśli prezydentem Warszawy zostanie jakiś biały nosek (czytaj wąchacz narkotyków) – ale swój, a nie jakiś z niższego stanu, z Opola od mieszkania w bloku. I jeszcze tego nie ukrywa. Ach, i na dodatek nie wstydzi się swojej rodziny (za co ode mnie dostał duże brawa). I tu zataczamy koło, inni traktują nas z góry, bo sami siebie tak traktujemy. Ileż w wojnie polsko-polskiej jest cech Polski stanowej? Historycznie jedyny najdłużej nie chroniony stan, a przez to pogardzany przez wszystkich to byli chłopi. Nawet Żydzi (często nazywani stanem piątym) mieli różne przywileje. Chłopi byli takim m... do bicia. Czasy się zmieniły, a ta kastowość nam została. Te inne narody (mieniące się wyższymi) próbujące nami dyrygować  o tym wiedzą, bo nas dawno rozpracowały i w zaplanowany strategicznie sposób z pożytkiem dla siebie wykorzystują. Dodatkowo tym wywodzącym się ze stanu czwartego (czyli stanu chłopów), skutecznie zaaplikowano szczepionką wstydu za to kim są. 

        Więc oni za wszelką cenę chcą zatrzeć ślady. Byle nie z wiochy, byle nie z bloku, byle nie było widać i nie dało się rozpoznać. 

        Zupełnie tego nie rozumiem. Także na płaszczyźnie osobistej. Z dziada pradziada, i z babki prababki (może z jednym wyjątkiem linii zupełnie zdeklasowanej szlachty wielkopolskiej) sami dobrze gospodarujący chłopi. Nie biedni. 

        Niesprzedajni. 

        Oni na pewno nie wybraliby ani białego noska, ani osądzonej kryminalistki, ani birbanta na swojego przedstawiciela. To ich wytrwałość i uparta niesprzedajność, i trwania przy swoim języku i religii jest historycznie pomijana i pokazywana w krzywym zwierciadle. A ponieważ większość z nas (mówią, że 80%) z chłopów jest, to dlatego pozwalamy innym aby traktowano nas z góry, bo sami siebie tak traktujemy podświadomie respektując nieaktualne już prawo przywilejów stanowych. Tylko... Przywileje stanowe niosły ze sobą także etos odpowiedniego zachowania – gdzie wartości Bóg, Honor i Ojczyzna wiodły prym. No cóż zaprzańcy znajdą się w każdym stanie i narodzie. 

        A ten stan piąty to nie tylko nas tak z góry, jako na niższych, ale także z racji swojego wielkiego mniemania o sobie. Na to ostatnie nie mamy wpływu, ale u siebie przydałoby się trochę przetrzebić i starego drzwostanu wyciąć. Świeże powietrze dobrze robi także grupom. No cóż, przykład idzie z góry. Tylko, z której góry i gdzie ta góra jest? 

Alicja Farmus

 

czwartek, 01 listopad 2018 17:28

MÓZGOWYTRZEPYWANIE

Napisane przez

ligezaCzy nowoczesność stanie się bardziej postępowa, czy tam postępowość bardziej nowoczesna, kiedy odpowiednio przyrządzone zwłoki ludzkie nauczymy pana ludożercę konsumować za pomocą noża i widelca? 

        Dajmy na to: przy stole nakrytym śnieżnobiałym obrusem? Dajmy na to: na wykwintnej zastawie z miśnieńskiej porcelany? Dajmy na to: pod czerwone papryczki i kieliszek Sauvingnon Blanc? Czy tam pod butelkę musującego Prosecco? 

        Pytam o powyższe retorycznie i sarkastycznie zarazem, wskazując, że gdy kiedy przestajemy wyprzedzać myślą wydarzeń, które dopiero nastąpią, zaczynamy wiele mieć do stracenia, a sporo do nadrobienia. I że znowu ciężka przed nami rysuje się wspinaczka ku szczytom rozumności – a tylko stamtąd w sposób należyty daje się ogarnąć panoramę świata utopionego w anomii niczym stado karpi w stawie. 

        Jak to, ktoś zaprotestuje, przecież staw to naturalne środowisko karpia? Temu odpowiem krótko: nieprawda, nawet jeśli ten czy ów, czy tam nawet jeśli wszystkie stawowe karpie pyski nad wodę wystawią, by wrzasnąć unisono, że: “A właśnie że bo tak! Nam tu dobrze!”. Nie, proszę szanownych pań i panów karpi, staw to nie jest środowisko naturalne dla żadnego gatunku ryby. Staw to naturalne środowisko wyłącznie dla gatunków hodowlanych, podobnie jak nie dla ludzi myślących naturalnym środowiskiem jest rzeczywistość wykreowana przez telewizory, a tylko dla człowiekowatych z telewizorów zbudowanych. 

        Ciężka przed nami wspinaczka, napisałem parę zdań wyżej? To prawda. Do tego my wspinamy się, dysząc, tymczasem ludożerka marksistowska, kulturowo marksistowska do ostatniego zawijasa bolszewickiej onucy można powiedzieć, rośnie w siłę z dnia na dzień. By ludzie żyli dostatniej, rzecz jasna. To znaczy by żyli tak, jak ludożerka powie im, via telewizor, że żyć trzeba. Więc. 

Prosimy Państwa o wsparcie!

 

        Więc mówi do nas ludożerka, i mówi, i mówi ustawicznie – a słowa ludzi złej woli po niebie włóczą się i łajdaczą, i udają, że znaczą coś więcej, niż znaczą. Zaś zainteresowana życiem publicznym część tak zwanego elektoratu nie przestaje ekscytować się wyborami. Druga tura tuż, tuż. Nie dociera doń, że w tych czy w innych – w każdych – wyborach, chodzi wyłącznie o to, by zamieść pod dywan, co tam pod dywan zamieść należy, udeptać co tam pod dywanem udeptać trzeba, a następnie zaproponować przyszłym ofiarom, nieświadomym zagrożeń, taneczne party. Czy tam inne show. A choćby i dyskotekę. Na tym dywanie, a jakże. Wszak podział łupów odbywa się kiedy indziej i gdzie indziej, gdy ofiary zmęczone imprezą (za którą notabene sami płacą) usną na kolejne cztery lata. Czy tam na ile trzeba, by doprowadzić do następnego rozdania kart. To samo inaczej: wybory to współczesna metoda, za pomocą której wolne, nowoczesne oraz postępowe “społeczeństwa demokratyczne”, wytresowane medialnie, wybierają swoich treserów na kolejną kadencję tresury podtrzymującej. 

        Warto to wiedzieć, by móc właściwie ocenić inne terminy funkcjonujące dookoła nas. Czy tam dookoła mas. Dla przykładu, funkcjonuje dookoła mas termin “wolny rynek”. No to proszę posłuchać tego: Jan Krzysztof Ardanowski, w “Dobrej zamianie” minister od rolnictwa i rozwoju wsi, w programie pierwszym Polskiego Radia rzecze: wolny rynek, rynek wolny, wolny rynek. I rynek wolny. Ponieważ wolny rynek dla wolnego rynku wolnym rynkiem. I tak dalej, i tym podobne. Czyli: limitacja, certyfikacja, koncesje, ingerencja państwa, wpływ na najważniejsze segmenty..., bo nie może być tak, żeby... – i jeszcze więcej, i jeszcze prędzej, i jeszcze bardziej i tak dalej. Oto prawdziwe oblicze wolności rynku wolnego. Czy raczej owego rynku wonności. Czyli mózgotrzepania dalszy ciąg i co ponad to? Niewiele, a najczęściej nic. 

        A propos mózgoroztrzepywania w nieco innym wymiarze. “Handelsblatt” to nie tylko niemiecki tygodnik gospodarczy. To tygodnik prestiżowy – i nie tylko w tym znaczeniu, że na jego łamach zabierają głos tytułowani ekonomiści. Niekiedy tytuł przemawia głosem osobistości niemieckiego rządu. Wieszczy. Przepowiada i ocenia. Oznajmia oraz ogłasza. Niedawno tygodnik przemówił głosem federalnego ministra spraw zagranicznych, Heiko Maasa. 

        I cóż interesującego powiedział Niemcom Mass? Czy tam co obwieścił? Mass przedstawił rodakom manifest, opisując w nim przyszłość europejskiego ładu ekonomicznego opartego o nową formułę bezpieczeństwa. Generalnie rzecz ujmując, powiedział Niemcom pan Mass – ale uwaga, to nie jest dosłowny cytat – powiedział Niemcom Mass: cierpliwości. Zachowajcie spokój. Scentralizujemy Unię pod sztandarem IV Rzeszy, a państwa narodowe przestaną Niemcom bruździć. USA odeślemy za ocean, tworząc miejsce dla wewnętrznego, europejskiego funduszu walutowego oraz wewnętrznego, europejskiego systemu rozliczeń wzajemnych. Doprowadzimy do strategicznego partnerstwa z Rosją, nad wszystkim zaś zapanuje niezwyciężona europejska armia. 

        Podsumowując: Niemcy grają odkrytymi kartami. Że są to przy okazji dobrze znaczone karty, wie każdy z zasiadających przy stoliku, tym samym godząc się na przekręt tysiąclecia, już dawno, dawno temu zatytułowany “Projekt Mitteleuropa”. Reszta o przekręcie wiedzieć nie musi, a jeszcze lepiej, gdyby zaczęła z niego kpić. W tym celu roztrzepane mózgi należy skłonić do wzięcia projektu za “spiskową teorię dziejów”. W to im graj, ludziom zepsutym, w Mitteleuropę zapatrzonym. Czy tam w IV Rzeszę. Boć to przecież jedno i to samo, choć nazwane inaczej.                 

Krzysztof Ligęza 

Kontakt z autorem: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

czwartek, 01 listopad 2018 17:26

Liturgie separatystyczne

Napisane przez

michalkiewicz1 listopada, dzień Wszystkich Świętych, zwany też przez pogaństwo Świętem Zmarłych. Dzień Wszystkich Świętych bierze się z przekonania, że zmarli przodkowie ludzi aktualnie żyjących są zbawieni, a więc – święci. Liczba świętych jest zatem wielokrotnie większa, niż liczba oficjalnie kanonizowanych, więc chociaż nie wypada modlić się do własnych rodziców, czy dziadków nie wyniesionych na ołtarze, to nic nie zabrania uważać ich za świętych, bo to nie tylko może być prawda, ale w dodatku – prawda niezwykle nobilitująca aktualnie żyjącego, skoro może poszczycić się świętymi przodkami. 

        W tej sytuacji nazywanie 1 listopada Świętem Zmarłych tych wszystkich przodków degraduje, bo umierają wszystkie istoty żyjące, więc fakt śmierci nikogo nie nobilituje tak, jak zbawienie. Zrozumienie tej różnicy nie jest, niestety, powszechne, ale nie to jest najgorsze. 

        Najgorsza jest nowa świecka tradycja, która dotarła do nas z Ameryki, no i jest intensywnie forsowana przez tubylczych snobów. Wyraz „snob” jest zbitką z dwóch słów łacińskich: „sine nobilitate”, co się wykłada, że „bez szlachetności”. Człowiek bez szlachetności stara się ten brak za wszelką cenę ukryć, a wydaje mu się, że najlepiej w tej sytuacji małpować stojących w hierarchii wyżej. 

        Skoro tedy w Ameryce obchodzą „halloween”, co od biedy można przetłumaczyć, jako „święto duchów”, chociaż ze względu na „liturgię” tego obyczaju,  bardziej pasowałaby nazwa: „święto upiorów”, no to środowiska praktykujące snobizm bardzo obchodzą halloween. Z tej okazji hołdujący temu obyczajowi przebierają się właśnie za upiory. 

        Zważywszy na środowiska społeczne, które w Polsce ten obyczaj forsują, można temu snobizmowi przypisać motywację głębszą. Z obfitości serca usta mówią, więc nie jest wykluczone, że entuzjaści halloween mogą w głębi duszy żywić przeświadczenie, że ich nieżyjący przodkowie, o ile jakoś istnieją, to tylko w postaci upiorów. To by się nawet zgadzało z moją ulubioną teorią, że historyczny naród polski, który 1 listopada tradycyjnie obchodzi dzień Wszystkich  Świętych, od 1944 roku musi dzielić terytorium państwowe z polskojęzyczną wspólnotą rozbójniczą, która reprodukuje się w postaci kolejnych pokoleń ubeckich i innych dynastii. W tej sytuacji przekonanie, że poprzednie pokolenia polskojęzycznej wspólnoty rozbójniczej, o ile w ogóle istnieją, to najwyżej w jakiejś upiornej postaci. 

        O ile w ogóle istnieją – bo taki np. Aleksander Kwaśniewski uważa, że nie ma duszy, w co chętnie wierzę, bo któż może takie rzeczy wiedzieć lepiej od niego? 

         Z okazji Wszystkich Świętych Polska pogrąża się w kilkudniowej nirwanie, bo większość pracowników bierze sobie wolny piątek, dzięki czemu już od środy aż do poniedziałku ma wolne. W tym roku stan nirwany jest jednak zakłócony intensywnymi przygotowaniami do drugiej tury wyborów samorządowych, która przeprowadzona będzie 4 listopada. 

        W tej drugiej turze wybierani są wójtowie, burmistrzowie i prezydenci miast, którzy w pierwszej turze nie uzyskali  bezwzględnej większości, to jest – 50 procent plus chociaż jeden głos ponadto. Jak wiadomo, wszystko to odbywa się w interesie „mieszkańców”, bo w interesie „obywateli”, to ambicjonerzy będą poświęcali się dopiero w przyszłym roku, kiedy maja odbyć się wybory do Sejmu. W tej sytuacji wybory do samorządu spełniają co najmniej dwie funkcje: z jednej strony są konkursem na obsadzenie co najmniej 50 tysięcy synekur, a z drugiej – przygotowaniem aparatu wyborczego na wybory parlamentarne i prezydenckie, które odbędą się w roku 2020. Jak zauważył Tadeusz Boy-Żeleński, charakteryzując pewnego polityka - „żadnych politycznych nie ma on przesądów; każda partia dobra, byle dojść do rządów”. 

        Dlatego Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński oświadczył, że PiS „pragnie łączyć”, co oznacza tylko tyle, że chciałby próbować dojść do rządów z każdym („Z każdom pciom mogę spać, z każdom pciom. Zmysły drzemiom, zmysły drzemiom – ale som” - śpiewała pewna artystka jeszcze w koszmarnych czasach pierwszej komuny) – nawet z Polskim Stronnictwem Ludowym, słynącym w świecie ze stuprocentowej, a w porywach nawet większej „zdolności koalicyjnej”.

        Wprawdzie zaraz po pierwszej turze minister-ministrowicz, czyli przewodniczący Polskiemu Stronnictwu Ludowemu pan Władysław Kosiniak-Kamysz oświadczył, że działacze PSL nie powinni zlewać się po koalicjach z „ugrupowaniem antysamorządowym” - ale jeśli dla dobra Polski można nawet mordować ludzi, to – zgodnie z argumentum a maiori ad minus (komu wolno więcej, temu też wolno mniej) tym bardziej można zrobić ofiarę ze swoich niezachwianych przekonań. 

        Toteż w przeddzień drugiej tury pan Kosiniak-Kamysz już nie jest taki stanowczy tym bardziej, że na prowincji członkowie PSL w ogóle go nie słuchają i śmiało wchodzą w koalicje z PiS-em. W tej sytuacji nie ma on innego wyjścia, jak słuchać się działaczy, którzy przecież wiedzą swoje, to znaczy – że jak PSL nie pozwoli im objąć synekur, to za obietnicę ich uzyskania zapiszą się do PiS – i w ten sposób partia może upaść razem ze swoim przewodniczącym. Dlatego minister-ministrowicz Władysław Kosiniak-Kamysz zachowuje się dokładnie jak Król z powiastki „Mały Książę” autorstwa Antoniego de Saint-Exupery. Kiedy Mały Książę poprosił Króla, który przedstawił mu się jako władca absolutny i nie znoszący sprzeciwu, by zarządził zachód słońca. Król zajrzał do kalendarza i oświadczył: „zarządzam zachód słońca na godzinę 19,15 – i zobaczysz, jaki mam posłuch!”

   Ale kiedy tylko zakończy się  okres nirwany, do białości rozpalą się emocje związane z obchodami setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. Pan prezydent Duda początkowo łudził się, że jest „prezydentem wszystkich Polaków” i w tym charakterze poprowadzi cały naród w Marszu Niepodległości  - ale rychło przekonał się, że jest to niemożliwość pierwotna i obiektywna w sytuacji, kiedy historyczny naród Polski od 1944 roku musi dzielić terytorium państwowe z polskojęzyczną wspólnotą rozbójniczą. Toteż folksdojcze będą obchodzić rocznicę odzyskania niepodległości osobno, konfidenci WSI – osobno, mikrocefale – osobno i szabesgoje – też osobno, a jeśli zbliżą się do kogoś innego, to tylko jako zakłócający obchodzenie rocznicy odzyskania niepodległości komu innemu – specjalnie ruchowi narodowemu, który na tę okoliczność został awansowany do rangi „faszystów”, a nawet „nazistów”. 

        W tej sytuacji pan prezydent Duda porzucił mrzonki o przewodzeniu jakiemukolwiek Marszowi Niepodległości, być może również z obawy, że zostanie postawiony w niezręcznej sytuacji z jakimiś energicznymi feministkami, z którymi przecież nie wypada mu się tarmosić. Przewidziała to jeszcze dano temu Maria Konopnicka w nieśmiertelnym poemacie o Pimpusiu Sadełko pisząc, że „psu nie honor bić się z kotem. Co mu po tem?” - więc pewnie i pan prezydent zapamiętał tę przestrogę i ogłosił, że obejdzie rocznicę w jakimś niewielkim zakątku naszego nieszczęśliwego kraju.

 Stanisław Michalkiewicz