Goniec

Register Login

Na jednym z osiedli spotkałem wymowne graffiti: „Myślenie boli!”. Rosjanie do dzisiaj używają przysłowia: „Kto wie – tego wiodą w łańcuchach, kto nie wie – śpi w poduchach”. Uznałem, że są to całkiem dobre inspiracje, by podzielić się rozważaniami w formie kilku esejów nad zagadnieniami: w jakim żyjemy społeczeństwie i – choć na ogół nad tym się nie zastanawiamy – jak się ono szybko zmienia. Wcześniejsze okresy historyczne charakteryzowały się bardzo wolnym tempem zmian; współcześnie istotne przeobrażenia zachodzą za życia jednego pokolenia. Skupię się przede wszystkim na ostatnich stu latach, gdy pewne charakterystyczne procesy przybrały już formy dojrzałe, choć nie będzie to sztywna cezura. Będę w swoich rozważaniach poszukiwał wiedzy, odsiewając mniemania, posługując się m.in. stałym zestawem pytań: co? (znaczy użyte pojęcie), kto? (odniósł korzyść – był sprawcą), kogo? (dotknęły skutki), jak? (to się stało), gdzie? (to się stało) i kiedy? (to się stało). Stawiając właściwe pytania – uzyskujemy informacje, które połączone z kontekstem wydarzeń, dają wiedzę.
Za swoisty etyczny punkt odniesienia wybrałem książkę, która ukazała się w 1509 roku. Wtedy to Geert Geerts (Gerhard Gerhardson, czyli Erazm z Rotterdamu) wydał rozprawę filozoficzną pod tytułem „Pochwała głupoty”. Była to ostra satyra na istniejące wówczas stosunki społeczne okresu renesansu oraz szereg feudalnych instytucji tego czasu. Wzbudziła bardzo ożywioną dyskusję, książkę publicznie palono, a na jej autora posypały się gromy, anatemy oraz oskarżenia o herezję. Dlaczego? Oburzenie m.in. wzbudziła celna krytyka, jako że Gerhardson wskazywał, że postępowanie wielu osób publicznych, których życie powinno stanowić przykład dla społeczeństwa, jest sprzeczne z deklarowanym systemem wartości („Kiedy słowa przeczą czynom, a czyny przeczą słowom”). Erazm zastosował jako „pedagogiczne” narzędzie – żartobliwe oraz groteskowe ujęcie przedstawianego przezeń ostrego kryzysu moralno-kulturalnego. Śmiechem i satyrą dezawuował ludzkie zdrożności i niedoskonałości istniejącego porządku społecznego. Geerts, zwany księciem humanistów, wybitny filozof, filolog, reformator i pedagog, przewrotnie dowodził, że źródłem wszelkiej ludzkiej szczęśliwości jest… głupota! Za to mądrość, według niego, doprowadzała człowieka do cierpień oraz przedwczesnej śmierci. Notabene to przeciwstawienie może wskazywać, że tzw. głupota przypuszczalnie jest swoistym rodzajem mądrości, pozwalającym na przeżycie pomimo niesprzyjających okoliczności. Wywieść z tego można fundamentalny cel funkcjonowania (często nieuświadamiany) jednostki ludzkiej: istnieć, być. Analogicznie, celem społeczeństwa czy narodu jest być całością zdolną do istnienia, trwania i rozwoju. Cenione społecznie wartości są pochodną tego zasadniczego celu: powinny umożliwić sprawne funkcjonowanie i sprzyjać zapewnieniu ciągłości istnienia. W takim przypadku mówimy o funkcjonalnych systemach aksjologicznych – w przeciwnym razie mamy do czynienia z dysfunkcjonalnymi systemami wartości. Sytuacje takie (w ramach formułowanych ocen jakościowych), jako zagrażające istnieniu danego społeczeństwa, będą diagnozowane, łącznie z ukazaniem ich negatywnych konsekwencji dla funkcjonowania zbiorowości jako całości. Sam zabieg odwrócenia systemu wartości nie przeszkodził Erazmowi w dokonaniu wielu ponadczasowych, głębokich refleksji o ludzkiej naturze, np. uważał, że człowiek jest stworzony do życia w pokoju, a wojna niszczy prawa moralne, zasady religijne oraz wartości kultury; krytykował przekupstwo, hipokryzję, rozwiązłość, porzucenie ewangelicznej prostoty w życiu oraz nauczaniu; uważał, że szkoła i nauka powinna być dla dziecka przyjemnością, sprzeciwiał się surowemu traktowaniu uczniów przez nauczycieli. Warto dodać, że cenił sobie rozsądek, szczerość, uczciwość, wiarę oraz pokój w relacjach międzypaństwowych. Żywił niechęć do gwałtu i przemocy. Pragnął powrotu do ewangelicznych źródeł moralności oraz kultury inspirowanej antycznym piśmiennictwem. Nietuzinkowa intelektualna odwaga Erazma w myśleniu, przełamanie dominującego wówczas paradygmatu rozumowania, spowodowała, że stał się mentalną inspiracją niniejszego eseju.

Minęło ponad pięćset lat od opublikowania „Pochwały głupoty”, której autor zastosował odwrócone pozycjonowanie systemu wartości. Dzisiaj w funkcjonowaniu tzw. społeczeństwa postmodernistycznego, czy też ponowoczesnego – zauważamy, że dochodzi do faktycznej inwersji społecznie cenionych wartości. Proces jest rozciągnięty w czasie, co oznacza, że obok tradycyjnego systemu standardów moralnych – upowszechnia się zmetamorfizowany, np. w miejsce rodziny składającej się z kobiety, mężczyzny oraz dzieci – lansuje się jako małżeństwa związki osób o jednakowej płci. Generuje to szereg sytuacji konfliktowych oraz powstanie anomii, to jest niepewności, jakie normy obowiązują, lub powstanie przestrzeni społecznych, gdzie brak jest wiążących norm etycznych.

Gdy zapytamy: czym jest postmodernizm – odpowiedź jest szokująca! Okazuje się, że jest to stan głębokiego kryzysu cywilizacji, nauki i kultury europejskiej, trwający od co najmniej stu lat. Jego genezy niektórzy doszukują się nawet dwa – trzy wieki wcześniej. Odzwierciedla on upadek dotychczasowego powszechnie podzielanego przekonania w racjonalny, liniowy, kauzalistyczny (przyczynowo-skutkowy) i uniwersalny obraz świata. W formie Nowego Porządku Świata (NWO, New World Order) bywa przypisywany celowej działalności masonerii. Istnienie i funkcjonowanie postmodernistycznego społeczeństwa związane jest z zaawansowanymi próbami kształtowania „nowego” człowieka, który jest intelektualnie infiltrowany i „tresowany” pod względem poprawnego myślenia. Podlega on systematycznemu oddziaływaniu tzw. antykultury. Jest też i kontekst polityczno-społeczny. Współtworzą go rywalizacja i walka mocarstw mających dominującą pozycję na oceanach (m.in. USA, W. Brytania, Japonia, Australia, N. Zelandia) z potęgami lądowymi (np. Chiny, Rosja, Niemcy, Iran, Turcja). Imperializm w późnej fazie globalno-korporacyjnego kapitalizmu operuje najczęściej brutalną, gołą przemocą – już rzadko, a jeśli – to na krótko, maskowaną aksjologicznym uzasadnieniem mogącym mu pozyskać przychylność otoczenia zewnętrznego i/lub wewnętrznego (tj. własnego społeczeństwa). Zacięta walka toczona jest o globalną hegemonię, o zdominowanie kolejnych obszarów złożonej rzeczywistości gospodarczo-społecznej oraz regionów świata m.in. poprzez demograficzny drenaż, migracje, zapewnienie dostępu (oraz jego monopolizację) do strategicznych zasobów (którymi są m.in. woda, żywność, surowce energetyczne, metale rzadkie, bazy danych, nowe technologie itd.), destrukcję tradycyjnych systemów wartości oraz rozbijanie więzi społecznych.

Ponoć Chińczycy (choć niektóry twierdzą, że byli to Grecy, Anglosasi lub starozakonni Żydzi) pod adresem swoich wrogów używali życzenia-klątwy: – Obyś żył w ciekawych czasach! Choć nie jesteśmy ich adwersarzami, niemniej żyjemy właśnie w takim okresie, zaś eseje są próbą uświadomienia negatywnych konsekwencji inwersji społecznych systemów wartości dla funkcjonowania zbiorowości jako całości.
Postmodernizm: nieprzejrzystość oceanu informacyjnego, czyli „post-truth”

„Naszym celem jasne cele!” Tak ponoć mawiał towarzysz Iosif Wissarionowicz Dżugaszwili, ksywka Stalin, gdy po zwycięskiej rewolucji październikowej (która notabene miała miejsce w listopadzie…) „stalową” ręką rządził Sowiecką Rosją. Rzecz jasna chodziło mu o Łubiankę, gdzie mieściły się budzące powszechną grozę katownie KGB/NKWD. Tam, w specjalnych warunkach człowieka można było dogłębnie poznać, dokonać wiwisekcji, rozpracować jego charakter, zrozumieć jego motywy, znaleźć właściwy paragraf, sprawić, by się odpowiednio zachowywał. My, współcześni, nie mamy jasności co do faktycznych celów wielu działających na scenie polityczno-historycznej podmiotów: kto, kiedy, po co i dlaczego podejmuje dane działanie. Zwykli ludzie, gdy podejmują swoje decyzje (np. wyborcze), nie mają dostępu do wielu istotnych informacji; zyskują go najczęściej ze znacznym opóźnieniem. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że grupy dysponujące władzą oraz zajmujące się dystrybucją komunikatów do otoczenia celowo zatajają ważne informacje. Gdy uświadomimy sobie, że cechują się one odmiennymi standardami moralnymi od reszty społeczeństwa, co z etycznego punktu widzenia nieraz bywa określane m.in. jako: nieuczciwość, hipokryzja, makiawelizm itd., to otrzymamy istotny atrybut funkcjonowania tzw. społeczeństwa postmodernistycznego. Zdecydowana większość ludzi nie ma czasu, danych oraz umiejętności, czyli praktycznie możliwości, by na bieżąco weryfikować serwowany im bełkot komunikacyjno-informacyjny (tzw. nieprzejrzyste morze informacyjne), który ich non stop otacza. Do tego dochodzi intelektualna standaryzacja, zaszczepiana w procesie edukacji, oraz, nazwijmy to roboczo, umysłowe lenistwo. Gdy mniej więcej rok przed inwazją „nachodźców” na Unię Europejską na jednym z tematycznych seminariów przedstawiłem scenariusz masowej migracji (jako preludium do konfliktu globalnego), moje wystąpienie zostało przyjęte przez (było nie było) specjalistów z, delikatnie mówiąc, sceptycyzmem oraz jawnie okazywanym niedowierzaniem. Dominowało przeświadczenie, że jest pokój (w relacjach międzypaństwowych), spokój (w relacjach społecznych) i nic nie wskazuje, by miało to ulec zmianie. Półtora roku później gratulowano mi „genialnej” diagnozy! Ta mentalna inercja jest mniej więcej od ćwierć wieku na Zachodzie celowo wykorzystywana przez tzw. zarządzanie percepcją (perception management). Jego istota z grubsza polega na tym, by otoczenie nieświadome rzeczywistych zamiarów działającej organizacji – skłonić do określonych działań i zachowań, których by nie powzięło, gdyby znało rzeczywisty jej cel.

Przypadek pierwszy. Odtajniony niedawno w Wielkiej Brytanii dokument rządowy o sygnaturze FCO 30/1048 z kwietnia 1971 r. wprost stwierdzał, że gabinet Jej Królewskiej Mości powinien utrzymywać przez około 30 lat brytyjską opinię publiczną w niewiedzy co do rzeczywistych konsekwencji członkostwa w Europejskiej Wspólnocie Gospodarczej, a później Unii Europejskiej. Miano przekonywać obywateli, że spotykają ich korzyści w postaci bezpieczeństwa regionu, swobody podróżowania oraz wolnej i otwartej przestrzeni wymiany kapitałów, dóbr oraz usług. O utracie narodowej waluty, suwerenności, czy też wprowadzeniu prawa europejskiego miano nie mówić. Oznacza to, że o faktycznym celu: powstaniu ponadnarodowego państwa oraz, pozostającej poza jakąkolwiek kontrolą, unijnej biurokracji, prowadzącej politykę zagraniczną, obronną, fiskalną, jak też walutowo-gospodarczą – obywatelom brytyjskim nie powiedziano! Albowiem ich sentyment do splendid isolation, tj. niezależnej polityki zagranicznej, cechującej się niechęcią wchodzenia w stałe sojusze i zachowaniem dominującej pozycji Zjednoczonego Królestwa w brytyjskiej sferze wpływów, funta oraz Imperium obejmującego jedną czwartą świata, ciągle jest silny. Oczekiwano, że wyborcom blisko 30 lat zajmie zrozumienie tego, co się dzieje, i wtedy będzie zbyt późno, by móc z Unii Europejskiej wyjść. Dodam jeszcze, że nikt z polityków brytyjskich za udział w zbiorowym oraz celowym wprowadzaniu społeczeństwa w błąd nadal nie poniósł jakichkolwiek konsekwencji prawno-karnych.

Sytuacja druga. Stany Zjednoczone. 21 października 1990 roku 15-letnia dziewczyna z Kuwejtu, Nayirah, złożyła przed Senacką Komisją Praw Człowieka zeznania. Rzekomo była wolontariuszką w szpitalu, w którym iraccy żołnierze dokonali mordów na znajdujących się w inkubatorach noworodkach. Krętactwo tego przedstawienia może by się wydało, gdyby ją wzięto w krzyżowy ogień pytań lub gdyby ktoś zwrócił uwagę, że doskonale posługuje się językiem angielskim. Jednak nie po to powołano Komisję, która miała tylko przyjąć i uwiarygodnić zeznanie cudem odnalezionego świadka tych drastycznych scen, by rzecz zdemaskować. Ta sprawa, odpowiednio nagłośniona, tak bowiem poruszyła amerykańską opinię publiczną, że, o ile ta uprzednio była niechętna inwazji na Irak, to teraz gremialnie poparła ten pomysł. Drugim argumentem za wojną w Zatoce Perskiej, lansowanym przez kręgi rządowe oraz część służb specjalnych, miało być posiadanie przez reżim Saddama Husajna broni masowego rażenia. Ci funkcjonariusze amerykańskich służb, którzy prezentowali sceptyczne podejście do tego „faktu”, byli dymisjonowani lub zwalniani. Jakiś czas po podboju Iraku, zrabowaniu jego bogactw i zniszczeniu jego gospodarki, rozlicznych mordach na bezbronnej ludności cywilnej dokonywanych m.in. przez najemników BlackWater (dodajmy: którzy pozostali całkowicie bezkarni), fiasku odnalezienia broni masowego rażenia oraz utworzeniu powolnych okupantom władz – film z przesłuchania przed Komisją obejrzał specjalista od komunikacji niewerbalnej. Szybko zdiagnozował, że dziewczyna kłamie oraz że została specjalnie przeszkolona. Alians dziennikarzy śledczych ostatecznie ustalił, że Nayirah to faktycznie Nijirah Al-Sabah, członkini rodziny królewskiej, córka Saud Al-Saud Nasser Al-Sabah, ambasadora Kuwejtu w USA i Kanadzie. Więcej, opisanej przez nią sytuacji nieludzkich zachowań żołnierzy irackich w określonym czasie i miejscu nie mogła widzieć, gdyż: 1) nigdy się one nie wydarzyły (było to kłamstwo); 2) znajdowała się wtedy zupełnie gdzie indziej. Dowiedziano się też, że została przeszkolona m.in. pod kątem umiejętności aktorskich przez specjalistów działających na zlecenie londyńskiej korporacji PR-owej Hill&Knowlton, która wcześniej przeprowadziła specyficzne badania opinii publicznej w USA. Dzięki nim zidentyfikowano, że największe oburzenie u ludzi wywołuje mordowanie niewinnych, małych dzieci. Stąd ta właśnie konfabulacja stanowiła centralny punkt składanych zeznań.

Dodatkowo, by zatrzeć ślady, za usługi te zapłaciła kuwejcka rodzina królewska. Ją też obwiniano, gdy sprawa się wydała. Jednak, gdy uwzględnimy, że wszystko to działo się pod kontrolą służb specjalnych, a oba preteksty były całkowicie zmyślone, to hipokryzja grup rządzących okazuje się porażająca. Prezydent oraz administracja amerykańska, wyłoniona w wyborach, oszukali z premedytacją swoich obywateli, światową opinię publiczną, międzynarodowe instytucje i organizacje, media oraz rządy innych krajów. Stany Zjednoczone, współuczestnicząc w realizacji militarnych interesów oraz koncepcji „Wielkiego [Imperium] Izraela”, łamiąc prawo międzynarodowe – najechały na kolejny kraj na Bliskim Wschodzie, pogłębiając geostrategiczną destabilizację tego regionu. Nie poczuły się też później zobowiązane do uiszczenia reparacji wojennych za bezpodstawne zniszczenie i rabunek Iraku. Nie stanęły, jak III Rzesza w Norymberdze, za zbrodnie wojenne przed międzynarodowym trybunałem. Co więcej, nie odpowiedziały za ludobójstwo cywilów. Jak również nikogo nie przeprosiły. Skandaliczne oszustwo amerykańskich elit rządzących pozostało bez konsekwencji prawno-karnych, faktycznie bez jakiejkolwiek kary.

Tu dygresja istotna dla polskiego społeczeństwa znajdującego się na tzw. płyciźnie informacyjnej związanej z faktycznie funkcjonującym embargiem komunikacyjnym. Ekipa rządząca Polską na początku lat 90. XX wieku bezkrytycznie przyjęła zapewnienia o posiadaniu broni masowego rażenia przez Irak – głoszone przez amerykańską administrację, ponoć reprezentującą państwo demokratyczne i najwyższe standardy, oraz działającą zgodnie z prawem amerykańskim oraz prawem międzynarodowym. Polska jako koalicjant wysłała kontyngent wojskowy, by wziął udział w bezprawnym napadzie na inny kraj. Gdy zostały ujawnione informacje o więzieniu CIA w Starych Kiejkutach oraz stosowaniu w nim tortur, a także o przekazaniu polskim służbom 15 mln dolarów (w kartonach, gotówką, tak bowiem rozlicza się transakcje w krajach afrykańskich, republikach bananowych, tak uiszczają rachunki mafie np. narkotykowe…) – urzędujący wówczas prezydent A. Kwaśniewski oraz premier L. Miller wyjaśniali, że są zobowiązani do tajemnicy, która ma status Cosmic Top Secret, i nie jesteśmy z tego zwolnieni. Pojawia się aksjologiczno-prawny problem: komu faktycznie podlegali, skoro zgodnie z prawem ich najwyższym zobowiązaniem jest lojalność oraz służenie jedynemu suwerenowi, jakim jest Naród Polski?! A prokuratura, która w niezawisłym i praworządnym kraju jest z urzędu zobowiązana do wszczęcia śledztwa w sprawie gigantycznej amerykańskiej łapówki dla polskich służb – nie zrobiła NIC! Za takie pieniądze można nie tylko uchwalić cały pakiet stosownych ustaw (tu uwaga: jesteśmy tani, gdyż przeprowadzenie takiego aktu w polskim sejmie kosztowało podówczas 1 milion dolarów), zmienić urzędujący gabinet (czyli obalić rząd!), ale i wykreować w wyborach całkowicie nowy układ sił politycznych (co zapewne kilka razy już robiono). Wracając po tym dopowiedzeniu do rzeczy/naszych baranów (ad rem lub revenons à nos moutons) – media wydawane i/lub edytowane na terenie Polski w stosownym czasie praktycznie rzecz biorąc nie pisały o obu przytoczonych przykładach manipulowania anglosaską opinią publiczną. Pewne informacje o tych sytuacjach można znaleźć w polskojęzycznych mediach dostępnych w Internecie oraz komunikatorach środowiskowych. Stan taki wskazuje, że Polacy są systemowo odcięci od istotnych bieżących informacji. Bezsprzecznie media rządowe oraz opozycyjne w szczególności służą układowi rządzącemu do intelektualnego niewolenia społeczeństwa oraz, m.in. poprzez utrzymanie zrębów istniejącego układu politycznego, do zachowania przez konglomerat agentur oraz służb pozycji siły monopolizującej zarządzanie i eksploatację polskiego (tak to należy zakwalifikować) protektoratu. Wskazuje to na: 1) półkolonialny status Polski w globalno-komunikacyjnym obiegu informacji, a co za tym idzie, na umowno-fasadowy charakter tzw. demokracji parlamentarnej; 2) Państwo Polskie, jego struktury oraz liczne podległe mu instytucje i organizacje są opanowane przez rotacyjnie wymieniające się kompradorskie grupy, układy, kliki i koterie, których ośrodki wysługują się interesom obcych mocodawców kosztem polskiego społeczeństwa. Potwierdza to w całej rozciągłości najnowsza afera informacyjna związana z uchwaleniem amerykańskiej ustawy JUST 447. Jedynie nieliczni publicyści byli „głosem wołającego na puszczy” (J 1, 23, przekł. ks. J. Wujka). Za to, generalnie rzecz ujmując, media funkcjonujące na terenie Polski, zarówno rządowe jak i „nierządne”, mainstreamowe (tak zwane głównego koryta/ścieku), jak i alternatywne, nawet (do pewnego momentu) o sprawie się NIE zająknęły, zaś rząd RP nie zrobił NIC, by zapobiec instytucjonalno-prawnej materializacji niebezpieczeństwa zagrabienia całego majątku narodowego przez „przedsiębiorstwo Holokaustu”. Dzielnie i do końca walczyła tylko część amerykańskiej Polonii.

Większość polskich polityków (którzy sprawowali oraz PiaStują ważne urzędy) była i jest absolwentami organizowanych – co ważne: to Amerykanie zawsze sami dobierali uczestników kursów! – przez Departament Stanu USA szkoleń „The International Visitor Leadership”, które są zlecane fundacji amerykańskich Żydów.
Uświadomiwszy to sobie – należy zadać pytanie: 1) czy zaciągnęli oni zobowiązania (jakie?; wobec kogo?; na czym polegające?, itd.), których konsekwencje są istotne dla polskiego społeczeństwa, i wobec kogo są lojalni?; 2) czy na naszych oczach nie następuje instalowanie urzędów i instytucji POLIN w strukturach organizacyjnych Państwa Polskiego? Funkcjonuje już, zakazana w czasach II RP za agenturalną i antypolską spiskową działalność, bardzo wpływowa i piekielnie bogata międzynarodowa masońska B’nai B’rith (Żydowskie Stowarzyszenie B’nai B’rith w Rzeczypospolitej Polskiej, B’nai B’rith – loża Polin). Jej „ramieniem operacyjnym” jest Anti-Defamation League – główna organizacja przemysłu Holokaustu. Istnieje też bardzo silne lobby żydowskie w Polsce, powiązane z agenturą Mosadu. Notabene wkrótce ma powstać w Polsce jego wielka centrala na całą Europę. Instalują się struktury agencji bezpieczeństwa Shin Bet, sił wojskowych oraz policji. Są to wyniki wieloletniej globalnej ofensywy przedsiębiorstwa Holokaustu, które spektakularnie spotwarzyło Naród Polski i Państwo Polskie, oraz ostatniej wizyty szefów Mosadu, agencji bezpieczeństwa Shin Bet, sztabu IDF (Israel Defence Forces) sił zbrojnych Izraela i policji izraelskiej. Pseudobadacze otrzymują bogate granty na eksplorację problematyki „wtórnego polskiego antysemityzmu”. Organizacje kulturalno-muzealne hojnie sponsorowane m.in. przez Państwo Polskie, opluwają Naród Polski za – jak twierdzą – „język nienawiści” oraz antysemityzm. W Warszawie odbyła się dwudniowa konferencja Rady Rabinów z Rabbinical Centre of Europe, którzy otwarcie radzą nad tym, jak społeczność żydowska ma w Polsce rosnąć w siłę, na Wawelu obradował Kneset, a spadochroniarze izraelscy (operacja Swift Response-18) zajmują lotnisko wojskowe w Mirosławcu. Funkcjonariusze Mosadu, afiszując się bronią, bez przeszkód, paradują po Krakowie; widać, że są pewni siebie, że czują się jak u siebie. Żydzi w Izraelu, nie znając języka polskiego, tysiącami otrzymują polskie paszporty. Liczni biznesmeni, którzy są ścigani przez polski wymiar sprawiedliwości m.in. za „nieprawidłowości” przy prywatyzacji wielu polskich przedsiębiorstw, chronią się przed ujęciem i deportacją w Izraelu. Media w Polsce, tak jak na Zachodzie, są zdominowane przez Żydów. Ministerstwo Spraw Zagranicznych oraz szereg centralnych urzędów rządu polskiego w znacznym stopniu są obsadzone i kontrolowane przez Żydów. Polakom od lat „Gazeta Wyborcza” (tu dodam, że akronim G.W. bywa wykorzystywany do oddania zawartości jej szpalt poprzez nawiązanie do tzw. trzeciego stanu prawdy) nachalnie serwuje „pedagogikę wstydu”. Co dalej? Jak jeszcze można Polaków bardziej upodlić i zepchnąć do stanu grabionej ludności służebnej – siły roboczej – niedotykalnych (w hindi dalit, haridźan) pariasów? Polacy, jako jedyny naród w tak wielkiej liczbie uratowali Żydów podczas II wojny światowej! Zapewne w nagrodę przedsiębiorstwo Holokaustu chce zagrabić nasz majątek narodowy wyceniony przez Światową Żydowską Organizację ds. Restytucji Mienia (WJRO, World Jewish Restitution Organization) na 300 miliardów dolarów. A żydowski ruch roszczeniowy otwarcie wzywa do jak najszybszego odebrania mienia żydowskiego z rąk władz administracyjnych w Polsce, nawet za cenę tzw. specjalnego wynagrodzenia, tj. przekupując polskich polityków. Jakby tego było mało, rząd polski wspiera dyplomatycznie Izrael np. na forum ONZ i, wbrew wspólnemu stanowisku Unii Europejskiej, wstrzymuje się w głosowaniach nad środkami ochrony dla masowo mordowanych przez izraelskich snajperów Palestyńczyków. Więcej, w bulwersujący sposób, jako że przebieg procesu legislacyjnego brakiem dyskusji oraz szybkością procedowania przypominał sejm niemy z 1717 roku oraz sejmy rozbiorowe z 1773 i 1793, znowelizował w polskim parlamencie ustawę o IPN. Wygląda to na symboliczne zrzeczenie się suwerenności w 100. rocznicę odzyskania niepodległości… Czy rzeczywiście ma być tak, jak chcą np. Ignacy Karpowicz lub John le Carré, piszący, że: – Każdy dobry uczynek (prędzej czy później) będzie należycie ukarany?! Warto zauważyć, że wskutek nieadekwatnej do potrzeb i nieskutecznej polityki zagranicznej Polska znalazła się w stanie geopolitycznego podporządkowania i krytycznego zagrożenia dla istnienia Państwa poprzez uległość wobec roszczeń oraz wielu innych niebezpieczeństw płynących szczególnie z zależności niemiecko-brukselskich oraz amerykańsko-żydowskich. Ustawa 1066 o „bratniej pomocy” nie tylko nie została anulowana, ale jej nowelizacja stworzyła możliwość pobytu obcych wojsk podczas pokoju np. w celu ochrony istniejącego reżymu oraz ewentualnego militarnego przeciwdziałania próbom odzyskania pełnej niepodległości. W takiej sytuacji specyficzny kontekst tworzy nowy projekt przepisów o posiadaniu broni palnej, która faktycznie prowadzi do niemal całkowitego rozbrojenia polskiego społeczeństwa. Oby dowcip z pierwszych miesięcy urzędowania „dobrej zmiany”: – Gdzie leży Polska? NIGDZIE! Za to stoi dumnie wyprostowana! – nie nabrał złowróżbnego znaczenia!

Jak podobno zwykł mawiać pewien amerykański polityk, działający na początku XX wieku, Hiram Johnson, Prawda jest zwykle pierwszą ofiarą. Postmodernizm, dekadencki stan głębokiego kryzysu moralności, cywilizacji, nauki i kultury europejskiej, trwający od co najmniej stu lat, metamorfizuje społeczne systemy wartości. Skażeni nim ludzie preferują w sferze komunikacji społecznej posługiwanie się przede wszystkim postprawdami (post-truth), czyli fałszem, dezinformacją, zmyśleniami, manipulacją i kłamstwem, i traktuje tę sytuację jako coś oczywistego i normalnego. Prowadzi to w konsekwencji do toksycznego skażenia moralnego i etycznego zanieczyszczenia środowiska komunikacyjnego człowieka nieprawdą, zatarcia aksjologicznych granic wartości i rozmywania wzorców postępowania. Ks. Józef Stanisław Tischner w książce pod tytułem „Historia filozofii po góralsku” zgodność faktów z rzeczywistością w ujęciu komunikacyjnym usystematyzował w trzech formach: stadium podstawowe – prowda, jakościowo wyższe stadium, poparte zapewnieniem, poniekąd certyfikowane – scyro-prowda, oraz stadium zaprzeczenia, falsyfikacji, zanegowania – g...wno-prowda. Niestety, to co w mediach współczesnych dominuje, i jest w sposób ciągły serwowane jednostce oraz społeczeństwu, to informacyjna papka, trzeci stan prawdy, czy, jak ostatnio dowcipkują w europarlamencie w nawiązaniu do niemiecko-francuskiego tandemu i podziału na równych i równiejszych, gdzie ci pierwsi, manipulując drugimi, z faktów robią non stop scheiße and merde. Tym podsumowaniem kończę ten nieco obszerniejszy esej, będący próbą uświadomienia negatywnych konsekwencji podmieniania i inwersji społecznych systemów wartości dla funkcjonowania zbiorowości jako całości, oraz zapraszam do lektury przyszłego tekstu.

Z Obserwatorium Społecznego przy EUR (Erasmus Universiteit Rotterdam):

John van der Zant

piątek, 06 lipiec 2018 13:51

Oświadczenie premierów Polski i Izraela

Napisane przez

pruszynski1. W okresie ostatnich trzydziestu lat relacje między naszymi państwami i społeczeństwami opierają się na głębokim zaufaniu i zrozumieniu. Polska i Izrael to oddani, wieloletni przyjaciele i partnerzy, którzy blisko współpracują na arenie międzynarodowej, jak również w kwestiach związanych z zachowaniem pamięci i nauczaniem o Holokauście.

Współpraca ta prowadzona jest w duchu wzajemnego szacunku dla tożsamości i historycznej wrażliwości, również w odniesieniu do najbardziej tragicznych okresów naszej historii.

2. Po rozmowie Premierów Netanjahu i Morawieckiego, Izrael z zadowoleniem przyjmuje decyzję rządu polskiego o powołaniu oficjalnego polskiego zespołu do spraw dialogu z izraelskimi partnerami na tematy historyczne związane z Holokaustem. Oczywistym jest, że Holokaust był bezprecedensową zbrodnią, popełnioną przez nazistowskie Niemcy przeciwko narodowi żydowskiemu i wszystkim Polakom żydowskiego pochodzenia. Polska zawsze wykazywała pełne zrozumienie dla znaczenia Holokaustu jako najbardziej tragicznej karty w historii narodu żydowskiego.

3. Uważamy, że istnieje wspólna odpowiedzialność za wolność prowadzenia badań, krzewienie zrozumienia i zachowanie pamięci o historii Holokaustu. Zawsze byliśmy zgodni, że sformułowania „polskie obozy koncentracyjne / polskie obozy śmierci” są rażąco błędne i pomniejszają odpowiedzialność Niemców za tworzenie tych obozów.

4. Działający w trakcie wojny Rząd RP na uchodźstwie starał się powstrzymać te nazistowskie działania, podejmując próby upowszechnienia wśród zachodnich sojuszników wiedzy na temat systematycznego mordu dokonywanego na polskich Żydach.

5. Uznajemy i potępiamy każdy indywidualny przypadek okrucieństwa wobec Żydów, jakiego dopuścili się Polacy podczas II wojny światowej.

6. Z dumą wspominamy heroiczne czyny licznych Polaków, w szczególności Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, którzy z narażeniem życia ratowali Żydów.

7. Nie zgadzamy się na działania polegające na przypisywaniu Polsce lub całemu narodowi polskiemu winy za okrucieństwa popełnione przez nazistów i ich kolaborantów z różnych krajów. Smutna prawda jest niestety taka, że w tamtym czasie niektórzy ludzie – niezależnie od pochodzenia, wyznania czy światopoglądu – ujawnili swe najciemniejsze oblicze. Doceniamy fakt, że struktury Polskiego Państwa Podziemnego nadzorowane przez Rząd RP na uchodźstwie stworzyły mechanizm systemowej pomocy i wsparcia dla osób pochodzenia żydowskiego, a podziemne sądy wydawały wyroki skazujące Polaków za współpracę z niemieckimi władzami okupacyjnymi, w tym także za denuncjowanie Żydów.

8. Opowiadamy się za swobodą wypowiedzi na temat historii oraz wolnością badań nad wszystkimi aspektami Holokaustu, tak aby mogły być one prowadzone bez żadnych obaw o przeszkody prawne, między innymi przez studentów, nauczycieli, badaczy, dziennikarzy, jak również z całą pewnością przez Ocalonych i ich rodziny – nie będą oni podlegali odpowiedzialności prawnej z tytułu korzystania z prawa do wolności słowa i wolności akademickiej w odniesieniu do Holokaustu. Żadne prawo nie może tego zmienić i tego nie zmieni.

9. Oba rządy z całą mocą potępiają wszelkie formy antysemityzmu oraz dają wyraz swemu zaangażowaniu w zwalczanie jakichkolwiek jego przejawów. Oba rządy odrzucają również antypolonizm oraz inne negatywne stereotypy narodowe. Rządy Polski i Izraela nawołują do powrotu do spokojnego dialogu opartego na wzajemnym szacunku w dyskursie publicznym.

Bzdury i „dziury”, bo:

Śmiech na sali, bo jak „Polska i Izrael to oddani, wieloletni przyjaciele i partnerzy”, jeśli przy każdej okazji premierzy Izraela szkalują Polaków, mówiąc np., że Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matek.

Premierzy zapominają, że co najmniej tyle samo obywateli polskich – Polaków, zginęło z rąk Niemców co obywateli Polski pochodzenia żydowskiego.
Premierzy zapomnieli napisać, że w okupowanej Polsce co najmniej 1200 Polaków Niemcy rozstrzelali za pomoc Żydom, a we Francji tylko jedną osobę.

Rząd RP na Uchodźstwie aż 44 razy informował rządy koalicji antyhitlerowskiej o morderstwach Żydów dokonywanych w Polsce przez Niemców oraz przekazał na ratowanie Żydów w czasie wojny 5.000.000 angielskich funtów, których wartość nabywcza odpowiadałaby dziś 250.000.000 dolarów.

Premierzy zapominają, że wśród kolaborantów z niemieckim okupantem co najmniej tyle samo było Żydów co Polaków. Tych Polaków karano już w czasie wojny oraz po wojnie, a Żydów, poza jednym wyjątkiem, nie karano.

Pytanie, jak ma wyglądać polski zespół do spraw dialogu z izraelskimi partnerami na tematy historyczne związane z holokaustem? Czy to będzie oznaczać, że polscy Żydzi będą dyskutować z Żydami z Izraela?

Premierzy piszą: uznajemy i potępiamy każdy indywidualny przypadek okrucieństwa wobec Żydów, jakiego dopuścili się Polacy podczas II wojny światowej, a nie potępiają konkretnych przypadków okrucieństwa Żydów w stosunku do Polaków po 1939 r.?

Aleksander Pruszyński

piątek, 06 lipiec 2018 12:19

Zakładnicy losu

Napisane przez

ligezaJakość życia zawsze możemy poprawić. Jednakowoż, i pamiętajmy o tym koniecznie, śmierć jest nieodwracalna.

Między innymi dlatego działalność pani Godek „w obronie życia”, wydaje się akceptowalna z perspektywy troski o imponderabilia, pozostając tak rażąco przeciwskuteczna z perspektywy rozwiązań praktycznych. Tymczasem rozsądek w kwestii przywracania imponderabiliów („Niemcy nas mordowali, Rosjanie zamieniają w gówno. Co robić, Zbyszek, co robić? Herbert: Odbudowywać imponderabilia!”) – tymczasem rozsądek w kwestii przywracania imponderabiliów, powtarzam, nakazuje raczej odbudowywanie tychże imponderabiliów w praktyce, a nie w obszarze nadęcia ideologicznego.

Mówię o tym, że w aktualnym projekcie nowelizacji ustawy sprzed ćwierćwiecza (1993 roku) „o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży”, zabrakło – i nadal brakuje mi bardzo – listy schorzeń, których wystąpienie u dziecka wykluczałoby automatycznie możliwość przeprowadzenia aborcji. Schorzeń takich jak trisomia 21 (zespół Downa) czy polidaktylia (nadliczbowa liczba palców u rąk lub nóg).

 

NIKT CZY KTOŚKOLWIEK

Zresztą jest takich schorzeń wiele, a dokładnie tylu istnieniom, razy liczba przypadków w każdym z wpisanych na listę, ofiarowalibyśmy szansę przetrwania. Czy bój o tego rodzaju specyfikację czyniłby nas zwolennikami mordu w odniesieniu do każdego dziecka spoza uzgodnionej listy chorób? Nonsens. Nonsens i wstyd, a właśnie tak nonsensownie zdaje się stawiać sprawę Kaja Godek, prawdopodobnie kierując się etyczną ze wszech miar regułą: „jeśli nie wszystko, to nic”.

Notabene, współczesna Polska to państwo nonsensów od Bałtyku po Tatry, od Odry do Bugu i od ujścia Świny po szczyt Rozsypańca. Oto wpadła mi w oko książka zatytułowana „Strażnicy Rzeczypospolitej”, autorstwa Nałęcza Tomasza. To jest historyka, doktora habilitowanego nauk humanistycznych, profesora nadzwyczajnego Uniwersytetu Warszawskiego, publicysty i posła na Sejm, wreszcie wicemarszałka Sejmu IV kadencji, a w latach 2010–2015 doradcy prezydenckiego. Podtytuł wspomnianej książki głosił: „Prezydenci Polski w latach 1989–2017”. Twarda oprawa, ponad 400 stron. Jaruzelski, Wałęsa, Kwaśniewski, Komorowski, Kaczyński, Duda. Więc.

Więc zwłaszcza pierwsi czterej nastrażniczyli się tak, że długo jeszcze Rzeczpospolita zbierać się po nich będzie do pionu. Wstyd, panie autorze.

 

RZECZY RZADKIE

Wstyd tytułu, bo przy tytułomanii, w jaką poszedł autor, między okładki dalibóg nie warto było zaglądać. Ale tak to już jest: zabierz ludziom sumienia, na lat kilkadziesiąt przykuwając do Agory i ITI, a Tomaszów Nałęczów naprodukujesz, ile zechcesz.

Pisarz Józef Konrad Korzeniowski w powieści „W oczach Zachodu”, w której rozprawił się z terroryzmem radykalnych lewicowych ideologii, poświęcając sporo miejsca krytycznym uwagom na temat rosyjskiej cywilizacji i mentalności Rosjan (o duchu Rosji: „Duch Rosji jest duchem cynizmu. Duch cynizmu wypełnia do tego stopnia oświadczenia rosyjskich mężów stanu, teorie rewolucjonistów i mistyczne przepowiednie proroków, że wolność wygląda tam na pewną formę rozpusty”), więc Korzeniowski zauważył, iż: „Zdolność rozumienia jest rzadką rzeczą na tym świecie”. Ba! Co dopiero, gdy wspólnotę przesunąć siłą o sześćset kilometrów, odebrać jej tysiąc lat dziedzictwa kulturowego, wspólnotowym elitom urżnąć głowy, a na koniec pozostały kadłubek poddać wieloletniej tresurze medialnej, ukradłszy sumienia? Wtedy zdolność taka ujawni się incydentalnie, u jednostek. Czy to aby nie za mało – jednostki – by we współczesności postępowo rozszalałej i nowoczesnej do upojenia, ocalić polskość w Polakach?

 

NA DWIE RĘCE

Na koniec spójrzmy przez chwilę na Turcję po wyborach, gdzie ocalanie tureckości idzie paniom i panom Turkom znacznie produktywniej niż ludziom nadwiślańskim.

Oto wspomnianej nacji rośnie w siłę kolejny Atatürk – Atatürkiem, to znaczy „ojcem Turków”, nazwał samego siebie Mustafa Kemal, pierwszy prezydent Republiki Turcji, powstałej 29 października 1923 roku, tuż po zwycięstwie w wojnie o niepodległość – kolejny Atatürk, powtarzam, czyli Recep Tayyip Erdogan, który już posiadł władzę wykonawczą porównywalną ze swoim wielkim poprzednikiem, a wkrótce będzie miał jeszcze większą. Dziś jego przedstawiciele rozmawiają z Rosją o zakupie systemu antyrakietowego S-400, a warto wiedzieć, że jest to broń skuteczniejsza niż aktualnie obowiązująca wersja patriotów, które trafić mają do wyposażenia polskiej armii.

Innymi słowami, Turcja rozmawia z Rosją o zakupie najlepszego obecnie na świecie systemu antyrakietowego, że tak to ujmę: jedną ręką, a drugą zasysa do portfela grube miliardy od wrogów Rosji, to znaczy od USA, tytułem „wsparcia wysiłków obronnych”. Pierwszy wniosek: za broń produkowaną przez wroga NATO, a sprzedawaną państwu NATO, płacą Stany Zjednoczone, więc najważniejszy członek NATO. Czyż nie jest to piękny „myk”? Pewnie, że piękny. I wniosek drugi, powiązany z pierwszym kontekstowo: prezydent Erdogan jest geniuszem.

***

Niestety, akurat te przełożenia, do tego w tamtych okolicach ziemskiego globu, tak proste wcale nie są. Dałoby się rzec, że w sprawie Erdogana na dwoje babka wróżyła, ale w tej sprawie żadna babka kart do rąk nie weźmie, na fusy zaś, jak podejrzewam, żadna nawet spojrzeć nie zechce. Czyli: musimy poczekać na tak zwany rozwój wydarzeń i czekajmy nań spokojnie. Albowiem czegokolwiek świadkami nie bylibyśmy, a także czegokolwiek świadkami nie będziemy, czas i tak upłynie.

Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

piątek, 06 lipiec 2018 12:14

Polskie reparacje wojenne, sojusze, pakty i inne

Napisane przez

NiemczykJanusz27 czerwca 2018 roku w trybie ekspresowym polski parlament znowelizował ustawę o IPN. Za głosowało 388 posłów, przeciw było 25, a pięciu wstrzymało się od głosu. Wcześniej Sejm odrzucił wszystkie poprawki zgłoszone przez opozycję. Tą opozycją była głównie partia Kukiz’15.

Rządowa nowelizacja ustawy o IPN – Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu oraz ustawy o odpowiedzialności podmiotów zbiorowych za czyny zabronione pod groźbą kary była rozpatrywana w trybie pilnym.

Zakładała uchylenie w całości m.in. art. 55a uchwalonej w styczniu przez Sejm noweli o IPN; przepis ten stanowił, że każdy, kto publicznie i wbrew faktom przypisuje polskiemu narodowi lub państwu polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za zbrodnie popełnione przez III Rzeszę Niemiecką lub inne zbrodnie przeciwko ludzkości, pokojowi i zbrodnie wojenne – będzie podlegał karze grzywny lub pozbawienia wolności do lat trzech.

Zgodnie z art. 55a, taka sama kara grzywny lub więzienia groziła za „rażące pomniejszanie odpowiedzialności rzeczywistych sprawców tych zbrodni”.

Projekt noweli w środę wpłynął do Sejmu. Zmiany uchylają także art. 55b ustawy o IPN, który głosił, że przepisy karne mają się stosować do obywatela polskiego oraz cudzoziemca – „niezależnie od przepisów obowiązujących w miejscu popełnienia czynu”.

Trzeba tu przypomnieć, że pierwotna nowelizacji ustawy o IPN została uchwalona 18 stycznia 2018 roku i zakładała karanie tych, którzy oskarżają Polaków o zbrodnie holokaustu.

Po nowelizacji ustawy kar za obrzucanie błotem Polski już nie ma.

Po uchwaleniu ustawy, po jej podpisaniu przez prezydenta Andrzeja Dudę, wspólną deklarację ogłosili premier Mateusz Morawiecki i premier Izraela Benjamin Netanjahu (deklarację publikujemy na str. 12 – red.).

Po jej przeczytaniu można zadać pytanie obu premierom, czy aby o czymś nie zapomnieli? A gdzie się podziało 300 miliardów dolarów, o których cały czas mówiono i dla wyegzekwowania których Kongres USA uchwalił ustawę numer 447, która to zobowiązuje rząd USA do wymuszenia na Polsce wypłaty reparacji dla Żydów? Już ponad tydzień minął od czasu nowelizacji ustawy o IPN i o tych olbrzymich pieniądzach żaden z przedstawicieli rządu polskiego się nie wypowiada.

Ksiądz Bronisław Bozowski jest autorem takiego powiedzenia, które stało się bardzo popularne, że „Nie ma przypadków, są tylko znaki”. A jakie są to znaki? Ja bym powiedział, że niecałe dwa miesiące temu rząd polski z radością przyznał największemu na świecie bankowi inwestycyjnemu JPMorgan na szybkie zainstalowanie się w Polsce 20 mln zł. Bank JPMorgan zajmuje się zarządzaniem pieniędzmi. Również od marca bieżącego roku spada wartość złotówki wobec głównych walut światowych, takich jak euro, dolar amerykański, frank szwajcarski. Jeśli miałoby być tak, że usytuowanie się banku JPMorgan w Polsce spowodowałoby zwiększony napływ inwestycji do Polski, czyli walut innych krajów, to w efekcie napływu tego zagranicznego kapitału złotówka winna drożeć, a nie tanieć. Wobec tego można przypuszczać, że ulokowanie się banku JPMorgan w Polsce jest w innym celu. Ulokował się on w Polsce, żeby zarządzać pieniędzmi wypłaconymi przez rząd Polski w ramach reparacji wojennych dla Żydów, które z kolei oficjalnie nazywane są odszkodowaniami w ramach mienia bezspadkowego.

My nie wiemy, na jaką kwotę reparacji zgodziła się Polska teraz w ramach tej aktualnej tury wypłat, bo przecież już raz zapłaciła Żydom odszkodowanie w latach sześćdziesiątych. Dziesięć lat temu rząd PO i premier Donald Tusk zgodzili się, by nadawać Żydom w trybie przyspieszonym polskie obywatelstwa, by ci z kolei mogli w Polsce na drodze sądowej dochodzić swoich własności. Wcześniej Polska zwróciła Żydom mienie, które było własnością organizacji religijnych.
Mamy więc kolejną już, trzecią turę wypłat reparacji. Niewątpliwie są to reparacje bardzo duże.

Gdyby były małe, to nie pojawiłby się w Polsce bank inwestycyjny JPMorgan, nie spadłaby wartość złotówki, wreszcie zapewne polski rząd nie bałby się ujawnić uzgodnionej kwoty odszkodowań. Mamy więc do czynienia z kwotą znaczną, ukrytą za jakimś tajnym protokołem.

Czekam więc na interpelację poselską Partii Kukiz’15 lub ze strony grupy posłów niezależnych. Polacy mają prawo wiedzieć, ile tym razem zapłacą. Dlaczego? Dlatego że biorąc pod uwagę powtarzalność roszczeń żydowskich, można założyć, że następne na pewno powtórzą się w perspektywie 10, 20 lat, i tak dalej. Te byłe i te kolejne wypłaty powinny być potraktowane przez przeciętnego Polaka jako forma zastrzyku uodparniającego przed następnymi tego typu roszczeniami, aż do momentu kiedy następne roszczenia, kiedyś w przyszłości, ze strony Żydów nie będą robić żadnego już wrażenia.

Ale to nie wszystko. Ukrycie kwoty wypłat reparacji dla Żydów i wagi nacisków ze strony USA przed Polakami powoduje, że ci ostatni nie mają prawidłowej oceny co do skutków uczestniczenia Polski w II wojnie światowej po stronie koalicji antyhitlerowskiej.

Okazuje się bowiem, że fakt uczestnictwa Polski po stronie Aliantów, łączący się z poniesieniem olbrzymich strat w ludziach i w kapitale materialnym, nie ma znaczenia. To z kolei powinno wzbudzić pytanie o to, czy Polska powinna uczestniczyć w przyszłości w jakichkolwiek koalicjach i wojnach? Polska, wychodząc z założenia, że uczestnictwo w koalicji z USA da jej jakąś wzajemność i ochronę ze strony Stanów, nic nie otrzymała. Polska zapłaci za uczestnictwo w koalicji, w czasie konfliktu stając po stronie USA, i zapłaci również już po konflikcie, tak jakby była po przeciwnej stronie USA. Ustawienie się przez Stany wyraźnie po stronie mniejszości etnicznej dawnych obywateli Polski, stawia pod znakiem zapytania sens zawierania umów partnerskich z USA, ale nie tylko USA, bo i układów z każdym innym dużym krajem, który może się odwrócić i przyjąć stanowisko korzystne dla mniejszości etnicznej.

Innym aspektem reparacji wojennych dla Żydów jest kwestia mniejszości etnicznych. Otóż wymówką dla Niemiec hitlerowskich, w celu zajęcia Czech i później wojny z Polską, było uciskanie mniejszości niemieckiej mieszkającej w Polsce. Kiedy Roosevelt, Churchill i Stalin rozmawiali na kolejnych konferencjach pokojowych o granicach państw europejskich już po zakończeniu II wojny światowej, mieli na uwadze to, że przyczyną rozpoczęcia wojny światowej była wymówka dotycząca obrony mniejszości etnicznych, wobec tego zadecydowano o utworzeniu państw narodowych, w efekcie czego nastąpiło olbrzymie przemieszczenie ludności. Dzisiaj Niemcy, którzy najlepiej powinni wiedzieć, co było przyczyną drugiej wojny światowej, są największymi specjalistami od przyjmowania i rozmieszczania imigrantów w Europie. I znowu Niemcy najbardziej krzyczą w obronie mniejszości. Są ich obrońcami. Paradoks.

Żydzi, dzięki decyzji premiera Tuska, otrzymali prawo nabywania obywatelstwa polskiego tak zwaną przyspieszoną ścieżką. Historia się może powtórzyć i mniejszości mogą stać się wymówką do nowych konfliktów. Są tworzone nowe precedensy prawne i nowe fakty co do wypłat odszkodowań dla mniejszości etnicznych, pomimo tego że Żydzi byli obywatelami polskimi i powinni być traktowani na równi z pozostałymi etnicznymi Polakami, tubylcami. Aktualna wypłata odszkodowań dla Żydów ustanawia paradoks, że mniejszości etniczne zamieszkałe na terenie Polski czy jakiegokolwiek innego kraju europejskiego mają większe prawa niż etniczni mieszkańcy danego kraju, w tym wypadku Polacy. Wobec tego ważne jest, by Polacy byli poinformowani o wszelkiego rodzaju umowach ze stroną żydowską, ponieważ tego typu umowy mogą być wykorzystywane i przez inne mniejszości, i grupy imigrantów.

I znowu tutaj pojawia się pytanie o to, jakie prawa, jaką politykę należy ustanowić i prowadzić w świetle napływających nowych grup imigrantów? Czy wobec tego nie należałoby znaleźć odpowiedzi na pytanie, czy nie lepiej byłoby kosztem mniejszego wzrostu gospodarczego ograniczyć przyjmowanie imigrantów, żeby zabezpieczyć się przed ewentualnymi negatywnymi skutkami dla danego kraju, które mogą pojawić się w perspektywie kilkudziesięciu lat?

Skutki przyjmowania dużych grup imigrantów mogą zagrozić egzystencji danego kraju. Jeśli tajne porozumienia i ustalenia między rządem polskim a rządem izraelskim nie będą ujawnione, to indywidualni wyborcy nie będą mogli podejmować prawidłowych, świadomych decyzji w czasie wyborów, będą zgadywać, polityka krajowa będzie zgaduj-zgadulą.

My wiemy, że decyzja o reparacjach została podjęta w warunkach przymusu, ponieważ z drugiej strony Niemcy wymuszają na Polsce przyjęcie waluty euro. Polski wyborca nie wie więc, co może być dla Polski gorsze, czy przyjęcie waluty euro z konsekwencją kontroli Niemiec nad polskim systemem finansowym, czy też opłacanie się USA i Izraelowi za ochronę przed Niemcami i Rosją ze wszystkimi tego konsekwencjami, których część dyskutowana była powyżej. Przy tym nie wiemy, czy i tak Niemcom nie uda się wymusić na Polsce przyjęcia euro.

Uczciwa informacja o skali reparacji dla Żydów jest wyborcy polskiemu niezwykle potrzebna.

Janusz Niemczyk

piątek, 06 lipiec 2018 12:14

BND stawia na legalność

Napisane przez

michalkiewiczPo czym poznać dobrą konstytucję? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, najpierw trzeba odpowiedzieć na inne – po co właściwie jest konstytucja? Na trop odpowiedzi naprowadza nas spostrzeżenie, że konstytucje powstawały w momencie, gdy słabła władza monarsza i poddani zaczynali stawiać warunki: możemy nadal ciebie słuchać, możemy szanować twoją rodzinę, czyli dynastię, ale odtąd nie będzie tak, jak było dotąd, że robiłeś, co chciałeś. Teraz musimy ustalić – odkąd dokąd ty, odkąd dokąd my. I jeśli dochodziło do utarcia takiego kompromisu, to właśnie była konstytucja. Wynika stąd, że jednym celem konstytucji jest dostarczenie poddanym czy obywatelom gwarancji ochrony przed samowolą władzy. Za Monteskiuszem przyjęto, że taką gwarancją, chociaż oczywiście, jak zresztą wszystko na tym świecie, wysoce niedoskonałą, jest trójpodział władz, na władzę ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. One wzajemnie się blokują i kontrolują, a dzięki zaabsorbowaniu władz walką o wpływy, obywatele zyskują przestrzeń wolności. Nie jest to oczywiście ideał, ale jak się nie ma co się lubi, to dobra psu i mucha. A skoro już mamy trzy władze, to drugim celem konstytucji jest takie ułożenie stosunków między nimi, by w żadnym momencie nie pojawiły się paraliże decyzyjne, to znaczy – sytuacje, w której albo nikomu nie wolno podjąć jakiejś decyzji, albo odwrotnie – że w tej samej sprawie mogą decydować wszyscy. Decyzji wtedy jest aż za wiele, ale nie wiadomo, która jest ta właściwa.

I z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia w Polsce, kiedy nie można odpowiedzieć na proste pytanie: kto jest Pierwszym Prezesem Sądu Najwyższego? Pani Małgorzata Gersdorf powiada, że „czuje się” Pierwszym Prezesem tego Sądu. Na pewno tak jest, to znaczy – na pewno tak się „czuje”, ale niepodobna nie zauważyć, że to jednak za mało. W rozmaitych klinikach aż się roi od osobników, którzy „czują się” Napoleonami albo Aleksandrami Wielkimi, ale to nie powód, żeby tak od razu im wierzyć. Również w tym przypadku pan prezydent Duda daje do zrozumienia, że nie podziela poglądu pani Gersdorf, jakoby była ona Pierwszym Prezesem, zatem – jak jest naprawdę? Tego właśnie nie wiemy, ponieważ jedni utytułowani krętacze stoją murem za panią Gersdorf, ale inni utytułowani krętacze twierdzą, że od 4 lipca przeszła ona w stan spoczynku. Nie wiecznego, co to, to nie, niemniej jednak żadnym prezesem już nie jest. Co więcej – samej pani Gersdorf też nie możemy wierzyć nawet w kwestiach uzależnionych od niej samej. Jednego dnia bowiem ogłasza, że jako Pierwszy Prezes właśnie udaje się na urlop i wyznacza swego zastępcę, ale co z tego, skoro następnego dnia rezygnuje z urlopu i jak gdyby nigdy nic przychodzi do pracy, chociaż prezydent – co prawda na podstawie innej ustawy, niż pani Gersdorf się urlopowała – tego zastępcę zatwierdził.

Do przyczyn tej chwiejności jeszcze wrócę, natomiast nie ulega wątpliwości, że konstytucja, która dopuszcza takie sytuacje, nie jest warta funta kłaków. Ani nie dostarcza obywatelom gwarancji ochrony przed samowolą władzy, bo nie przeprowadza rozdziału między władzą ustawodawczą i wykonawczą. W rezultacie posłowie i senatorowie mogą być ministrami, a więc – gdyby rząd liczył 460 ministrów i każdy poseł byłby szefem jakiegoś resortu, to ci sami ludzie, jako ministrowie, najpierw projektowaliby ustawy, potem – już jako posłowie – by je uchwalali, by później – znowu jako ministrowie – je wykonywali, a na końcu – znowu jako posłowie – kontrolowali wykonanie tych ustaw i udzielali sobie rozgrzeszenia w postaci absolutorium. Paraliż decyzyjny właśnie widzimy w całej swojej groteskowości. Ale jakże ma być inaczej, kiedy konstytucję tę sporządziła „banda czworga” w osobach słynącego z „postawy służebnej” Tadeusza Mazowieckiego, Aleksandra Kwaśniewskiego, który – jaki jest – każdy widzi, ekonomisty światowej, a w każdym razie powiatowej sławy Ryszarda Bugaja i Waldemara Pawlaka, który wprawdzie sprawiał wrażenie cyborga, ale cóż z tego, kiedy został bezczelnie oszukany przez ruski „Gazprom”, a najgorzej, że jest to przypuszczenie najbardziej uprzejme? Z taką konstytucją nie ma co sypiać – jak to czynią niektórzy generałowie, co rodzi zaniepokojenie, jakie potomstwo może wylęgnąć się z takiej sodomii, tylko zastąpić ją jakąś lepszą – ale jak już widzimy – nic z tego nie będzie. Toteż i pani Małgorzata Gersdorf miota się między pragnieniem urlopowego wypoczynku a koniecznością pójścia do pracy. Dlaczego tak się miota? Tego nie wiemy, jesteśmy skazani na domysły, ale skoro już jesteśmy skazani, to nie żałujmy sobie i domyślajmy się. Ja na przykład się domyślam, że do pani profesor mógł zadzwonić jakiś jegomość i powiedzieć: „No, co jest ropucho? Ja ci tu dam urlop! Nie po to wystrugaliśmy cię z banana, żebyś szlajała się po urlopach. Do roboty mi natychmiast!”. Czyż nie jest to możliwe wyjaśnienie? Jak najbardziej!

No dobrze, ale właściwie dlaczego temu jegomościowi mogło tak zależeć na obecności pani Małgorzaty w swoim gabinecie w Sądzie Najwyższym? Wojna o praworządność w Polsce jest spowodowana próbą odwojowania przez Niemcy wpływów politycznych w Europie Środkowej – w tym również w Polsce. Najpierw Niemcy kombinowali z demokracją, ale stare kiejkuty jak zwykle spartoliły robotę, wysuwając na jasnego idola jakiegoś alfonsa i pana Mateusza Kijowskiego, który właśnie tłumaczy się przed sądem z zarzutu przywłaszczenia sobie pieniędzy z publicznych zbiórek prowadzonych przez ultrasów demokracji. Toteż BND odstąpiła od obrony demokracji na rzecz obrony praworządności. Z niemieckiego punktu widzenia jest to bardzo obiecujący ruch z tej przyczyny, że w traktacie lizbońskim, jaki Polska ręką prezydenta Lecha Kaczyńskiego ratyfikowała 10 października 2009 roku, jest zapisana tzw. klauzula solidarności. Stanowi ona, że jeśli w jakimś państwie członkowskim UE zagrożona jest demokracja albo, dajmy na to, praworządność, to Unia Europejska, oczywiście na prośbę tego państwa, może udzielić mu „bratniej pomocy”. Z taką prośbą powinien wystąpić rząd – ale co zrobić w sytuacji, gdy zagrożenie dla demokracji i praworządności wypływa właśnie z rządu – co aktualnie ustala Komisja Europejska? W takiej sytuacji jest oczywiste, że rząd z taką prośbą nie wystąpi, ale przecież zagrożenie demokracji i praworządności jest jeszcze większe. Skoro tedy wystąpił stan wyższej konieczności, to z prośbą może zwrócić się przedstawiciel jednej z trzech władz państwowych – na przykład Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego. To nie jest już żaden pan Mateusz Kijowski, więc wywołana taką prośbą „bratnia pomoc” miałaby wszelkie pozory legalności, tym bardziej że ustawa numer 1066, przewidująca możliwość udziału formacji zbrojnych obcych państw w tłumieniu rozruchów na obszarze Rzeczypospolitej, cały czas obowiązuje, mimo trzeciego już roku „dobrej zmiany”. Dopiero na tym tle możemy lepiej zrozumieć deklaracje Kukuńka, który odgraża się, że praworządności będzie bronił z bronią w ręku i „fizycznie odsuwał” sprawców tych wszystkich wypaczeń, jak i konieczność rezygnacji pani Małgorzaty Gersdorf z urlopu wypoczynkowego. W dodatku na 16 lipca wyznaczone zostało w Helsinkach spotkanie prezydenta USA Donalda Trumpa z rosyjskim prezydentem Włodzimierzem Putinem, na którym – jak sądzę – postanowią oni o naszej przyszłości.

Stanisław Michalkiewicz

Generowaniem poparcia społecznego rządzą emocje, dlatego znaczenie merytorycznej publicystyki i tłumaczenie jak jest przypomina stand up comedy; jest to po prostu swego rodzaju rozrywka intelektualna. Większość ludzi nie lubi niewygodnej prawdy i chce, aby mówić im rzeczy przyjemne.

Specjaliści od inżynierii społecznej przy użyciu prostych chwytów są w stanie w ciągu 2 - 3 tygodni wystrugać z patyka polityka, a w ciągu 2 dni odesłać go do wszystkich diabłów.

Demokracja, czyli pozornie władza większości sprowadza się do teatru. I w dzisiejszych czasach nie trzeba nawet często fałszować wyborów, wystarczy je dobrze przygotować. Jeśli zaś się je fałszuje, to i tak zaraz można to wymazać ze zbiorowej pamięci - co na przykład ma miejsce w przypadku polskich wyborów samorządowych, "wygranych" przez PSL.

Większość ludzi jest podatna na banalne zagrania, a nawet ci wykształceni, którzy pełnią rolę elity bardzo łatwo wchodzą w podłożone schematy myślenia - po części z powodów koniunkturalnych, ale często też z intelektualnego lenistwa i głupoty.

Wiedza o tym jak jest naprawdę powoduje jedynie frustrację ponieważ i tak nie może z nią nic zrobić.

W dawnych czasach opinia publiczna miała znaczenie dla - na przykład - mobilizacji społecznej na wypadek wojny. Dzisiaj wojny prowadzi się ograniczoną liczbą zawodowych żołnierzy i przy pomocy cudzych "ochotników" umotywowanych ideowo lub finansowo, a niedługo będzie się je prowadzić przy pomocy automatów co wyeliminuje potrzebę wsparcia społecznego; jak to ładnie określają eksperci, nastąpi "dehumanizacja pola walki", po niej zaś dehumanizacja gospodarki, a następnie dehumanizacja...

Z powodu coraz niższego ogólnego poziomu wiedzy, propaganda nie potrzebuje żadnej finezji, wystarczą proste wygibasy racjonalego dżu-dżitsu obrażające inteligencję dorosłego człowieka. Wracamy pełną gębą do czasów "Podręcznika młodego agitatora", a przecież wtedy wielu Polaków było analfabetami... 

Na koniec prezent: zamiast krzyżówki, w ramach ćwiczenia umysłowego, proszę sobie przeczytać poniższy tekst i wyliczyć pod spodem ile podręcznikowych chwytów propagandowych zostało w nim użytych. Tekst pochodzi ze strony fejsbukowej p Grovera:

POSŁUCHAJ CZŁOWIECZE, który zapewne czujesz się "OSTATNIM PATRIOTĄ RP" i który środową zmianę ustawy o IPN uważasz niemal za narodową zdradę, a przynajmniej za przejaw tchórzostwa i wasalstwa.
Zapytam Cię zatem:
1) Czy sądzisz, że kochasz Polskę bardziej niż Jarosław? Bardziej dbasz o jej interesy i zrobiłeś dla Ojczyzny więcej aniżeli on i ludzie z jego zaplecza?
2) Czy sądzisz, że Morawiecki (którego patriotyczny rodowód jest Ci znany) zrezygnował z mega kasy w bankach i został Premierem za marne wynagrodzenie, bo jest kryptoagentem Mosadu i postanowił za te skromne srebrniki szkodzić Polsce?
3)Czy masz świadomość, że rządy PISu zrobiły dla odbudowy i wzmocnienia polskiej tożsamości, prawdy historycznej o Polsce, oraz upowszechniania wartości patriotycznych - więcej w ciągu 2 lat - niż wszystkie pozostałe przez całe ćwierćwiecze?
4) Czy dotarło do Ciebie, że kryminalizacja historycznych fałszerstw(art.55a) nie była głównym celem ustawy o IPN lecz tylko jednym z instrumentów mających służyć osiągnięciu nadrzędnego? Że w sensie stricte prawnym sposób ten okazał się ułomny, ponieważ jest nieegzekwowalny? I że dlatego jego usuniecie nie oznacza porażki lecz tylko przyznanie do błędu?
5)Czy pamiętasz, że kluczowym impulsem stanowiącym inspirację dla zmiany ustawy było zjawisko antypolonizmu, którego kwintesencję stanowi wszechobecne i stale powielane kłamstwo pt. "Polish Death Camps "? Kłamstwo do niedawna widniejące nawet na stronie internetowej Yad Vashem? Oraz, że we wspólnej Deklaracji obu premierów zdecydowanie zanegowano to określenie? Że jednocześnie potępiono zarówno antysemityzm jak i antypolonizm?
6)Czy uświadamiasz sobie, że dzięki nowelizacji ustawy i burzy jaką ona wywołała, udało się przekazać światu, jak głęboko nieprawdziwe i krzywdzące było i jest powielanie kłamstwa o współodpowiedzialności Polski i narodu polskiego za Holokaust ? Że nawet izraelska prasa krytykuje Netanjahu i mówi o zwycięstwie polskiej racji stanu?
7) Czy nie wyciągasz wniosku z faktu, że dziennikarze GW krytykują porozumienie polsko-izraelskie podobnie jak Narodowcy? Tyle, że Narodowcy robią to z głupoty, a lewactwo – z politycznej perwersji?
Podsumowanie: PiS konsekwentnie wykonuje b.dobrą i odpowiedzialną pracę dla Polski. Wymaga ona czasem niezbędnych kompromisów w szczegółach, aby generalnie iść do przodu. Ta odpowiedzialna polityka uchroniła Polskę przed totalną konfrontacją z kosmopolitycznymi siłami trzymającymi w swoich rękach kasę i media, z którymi nie może sobie poradzić nawet Trump i jego ekipa. Administracja Trumpa, również stara się postawić narodowy interes Ameryki na pierwszym miejscu. I podobnie jak PIS robi to stopniowo, także kosztem przejściowych ustępstw. Bowiem problemów narosłych przez półwiecze nie rozwiązuje się w dwa lata.
No i dodajmy na zakończenie, że poprzednicy PIS(licząc od 89) nie ruszyli w tej kluczowej sprawie – jaką jest walka o prawdę i godność Polski i Polaków – NAWET JEDNYM PALCEM!!!

Proszę Państwa to jest cymes, to jest palce lizać, to można przerabiać na kursach :))


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

Ostatnio zmieniany sobota, 30 czerwiec 2018 23:14
piątek, 29 czerwiec 2018 16:35

Byłem w Polsce (12)

Napisane przez

Pomimo tego małego potknięcia nasz rajd przez Beskid Sądecki i Niski przebiegł jak po maśle i dość szybko znaleźliśmy się u wrót Bieszczad – w Komańczy!

Muszę jednak na małą chwilkę wrócić do Krynicy, bo ostatecznie pojechaliśmy tam, żeby pooddychać prawdziwie galicyjskim powietrzem. Tym dawnym, kiedy to jeździło się „do wód”. Zresztą miałem tu do wypełnienia kolejny punkt z mojej „bucket list” – wizytę w „Patrii” – willi Kiepury!

Rzecz w tym, że „Patria” jest miejscem, gdzie powinno się czuć „przedwojenny luksus”. Jasne, że na dzisiejsze wymagania budynek daleki jest od luksusu, ale marmury, mosiądze, posadzki i boazerie dają ten przedwojenny posmaczek. Wszystko to trąci myszką, bo to co kiedyś było komfortem, dzisiaj jest podstawowym wyposażeniem, no ale chodzi raczej o ducha Kiepury, „Brunetki blondynki” itd., itp.

Dla Galicji Krynica była taką samą wakacyjną świętością jak osławiony Truskawiec, albo w trochę dalszym rzucie – Karlsbad – i chociaż to już było daleko poza Galicją, to jednak cały czas nasze i swojskie, bo ciągle jeszcze cesarsko-królewskie – owiane duchem Najjaśniejszego Pana (oczywiście Franciszka Józefa).
W Karlsbadzie czy raczej Karlowych Warach byliśmy przy okazji naszych wcześniejszych wizyt w Polsce. Piękne, stare uzdrowisko –dziś pełniuteńkie Rosjan, z paroma rosyjskimi kanałami telewizyjnymi, rosyjskojęzycznymi gazetami, sklepami, cerkwiami i wszechobecnym językiem rosyjskim. Za młodych lat nasłuchałem się o wspaniałości i wytworności tego kurortu wielu historyjek i opowiadań.

Coś mi z tego w głowie zostało, więc właśnie dlatego pozwoliłem sobie stamtąd na niewinny żart w przedwojennym stylu. Wyglądał tak:

Zadzwoniłem do mojej dziewięćdziesięcioletniej cioci i gdy podniosła słuchawkę, powiedziałem grzecznie:

– Moje uszanowanie drogiej cioteczce...

Ale ona wpadła mi w słowo:

– Marcin! A skąd ty dzwonisz?

A mnie o to właśne chodziło, więc odpowiedziałem „z przedwojennym akcentem”:

– Ależ ciotuniu, ja bawię w Karlsbadzie!

Ciocia miała fantastyczne poczucie humoru, więc z udanym zdumieniem krzyknęła:

– W Karlsbadzie?! A cóż ty tam chłopcze robisz? Czyżbyś się zgrywał w kasynie?

Byłem naprawdę zaskoczony, że tak dobrze wczuła się w żart.

Krynica nie miała tak „wielkopańskiej” opinii jak Karlsbad, ale była blisko, była nasza, a przede wszystkim miała wspaniałe wody!

Zaraz też po obejrzeniu „Patrii” poszliśmy na krynicki deptak do wielkiej pijalni wód na zubera, jana i józefa! Wszystkie te wody to było świństwo do obrzydliwości, ale miały być jakoby zdrowe i pomocne na jakieś tam dolegliwości, więc zabraliśmy się do roboty! Kubek, szklana rurka i wolny, dostojny spacerek w górę i w dół deptaku. Wieczorem obowiązkowy koncert w pijalni.

Trzy kryniczne filary: deptak, pijalnia i koncert Orkiestry Zdrojowej, zostały zaliczone, a więc nie pozostawało nic innego, tylko ruszyć w drogę.

Za Łabową miałem to szczęśliwie zakończone spotkanie z patrolem milicyjnym, a jeszcze dalej nocleg w Dukli.

Ile razy piszę albo opowiadam o Beskidzie Niskim, zawsze mówię, że przez bardzo długi czas to były najdziksze górskie tereny w Polsce. Nie Bieszczady, ale właśnie Beskid Niski, który wyludnił się po niesławnej akcji „Wisła” w latach od 1947 do prawie 1950 i jakoś nie mógł po tym exodusie przyjść do siebie.

Jeszcze pod koniec lat sześćdziesiątych, gdy chodziłem tam z plecakiem, spotykałem zupełnie puste wioski, jakieś przysiółki i osady, tonące w zdziczałych sadach.

Tam też, w 1972 roku, czasie mojego samotnego rajdu po górach zatrułem się w straszny sposób jadem kiełbasianym i z pomocą zupełnie obcych, ale absolutnie świętych ludzi, wyszedłem z tego obronną ręką.

Te i wiele innych myśli przychodziło mi do głowy, gdy zatrzymaliśmy się na nocleg w Dukli, a potem – już na drugi dzień – wjeżdżaliśmy do Komańczy.

Komańcza kojarzy mi się z dwiema rzeczami. Jedna to uwięzienie tu prymasa Wyszyńskiego, a druga koedukacyjne baraki robotnicze zbudowane kiedyś dla młodzieżowych brygad zatrudnionych przy budowie drogi.

Co do prymasa to zawsze się dziwiłem, dlaczego zrobiono z niego prawie męczennika. Klasztor cichy i spokojny, chodził na spacery, okolica piękna... Być może jednak dla tego niezwykle czynnego człowieka ten rok odosobnienia był jakąś męką. Kto wie?

Natomiast tego co w robotniczych barakach wyprawiało się w dniach i nocach po wypłacie, tego nie jest w stanie opisać najzdolniejsze pióro. Mniejsza z tym! Co było, to było!

W każdym razie to były dawne dzieje i o barakach nie ma dziś ani słychu, ani widu. Co innego z klasztorem Sióstr Nazaretanek, gdzie przebywał Stefan Wyszyński, bo ten ma się dobrze a może nawet lepiej niż kiedyś. Jest tam też podobno izba pamięci, ale nie poszliśmy.

O moich Bieszczadach opowiem nieco później, bo prawdę mówiąc, gdy zobaczyłem budki, w których żądano opłat za wejście na połoniny, doznałem takiego szoku, że chciałem natychmiast zbierać się, jechać do Warszawy i nie zwracając uwagi na konsekwencje, wracać do Kanady.

Na szczęście wyciszyłem się trochę, coś mi wytłumaczono i zostałem, ale nie miałem już do tego serca... Zatrzymaliśmy się jedynie w Ustrzykach Górnych, żeby skosztować pstrąga i fuczek. O tych fuczkach – jakoby bieszczadzkiej specjalności – nigdy w życiu nie słyszałem. Placki kartoflane z kapustą czy coś w tym rodzaju... jadłem „przez grzeczność”, bo cały czas siedziały mi w głowie bilety na połoniny i na turystyczne szlaki w ogóle! Ile trzeba mieć pieniędzy, żeby teraz chodzić po górach??? Przecież to powinna być rozrywka dla biedaków! Dla biednych studentów! Parę konserw do plecaka i hajda w góry!

Gdzie się podziało słynne „rzucę wszystko i pojadę w Bieszczady”??? Hola, hola – nie tak prędko! A pieniądze masz?

Jasne, rozumiałem, że trzeba utrzymywać szlaki, poprawiać ścieżki, malować je na drzewach i skałach i ktoś to musi robić, ale w mojej PRL-owskiej głowie cały czas tkwiło przekonanie, że to jest sprawa „państwa”!

„Państwo” zrobi to i tamto i w ogóle prawie wszystko, a do tego powinno wyleczyć mi zęby, dać lekarstwa, zapłacić za szkołę, wakacje, przejazdy kolejowe itd., itp.

Taki sposób myślenia jest niesłychanie trudny do wykorzenienia! I tak właśnie było ze mną!

Ale pomimo tego, że wszystko to sobie jasno tłumaczyłem, było mi jakoś żal! Po raz nie wiadomo który dochodził do mnie oczywisty fakt, że to są nowe czasy! Inne czasy!

Jednym ze znaków, które świadczyły o tym aż nadto dobrze, był obrazek, który widzieliśmy po drodze. Otóż jakiś czas później jechaliśmy małą, wiejską drogą z Sanoka do Ulucza. Piękna trasa wijąca się wzdłuż Sanu, wśród pachnących pól, wolno człapiących furmanek i rzadko rozrzuconych gospodarstw. I tam wzdłuż drogi szła dziewczyna z ogromną, piękną torbą Michael Kors! Była boso, bo szła poboczem, wśród traw, po miękkiej, miłej, ciepłej ziemi. Była boso, ale na ramieniu wisiała jej wielka, modna torba! Gdyby nie moja Żona – nigdy bym na to nie zwrócił uwagi – ale faktycznie - wyglądało na to, że ta torba Korsa była symbolem zmian!

Trochę później miałem się o tym przekonać jeszcze wyraźniej.

W Uluczu jest przepiękna cerkiew, ale wieś ma krwawą przeszłość, o której za moich młodych lat nikt nie mówił. Wszystko było wtedy zbyt świeże i nowe i niezabliźnione rany ciągle jeszcze krwawiły. Wydarzenia 1946 roku wbiły się w pamięć ludzką i bez żadnej przesady „nienawiść zatruła krew pobratymczą”.

Ale tak jak powiedziałem – nikt wtedy nic nie mówił ani nie wspominał. Jeszcze w pięćdziesiątych latach, a pewnie i później wszędzie było pełno broni. Po sąsiekach, studniach, stajniach i drewutniach trzymano zachowaną wojenną broń, bo „może się przyda”. Nigdy nic nie wiadomo!

Mężczyźni w długich butach, bryczesach i skórzanych kurtkach stali pod kościołem, gospodą czy na rynku i palili. Wszyscy się znali.

Jeśli ktoś coś wiedział, to trzymał dla siebie.

Tak było wszędzie na Podkarpaciu.

Właśnie jechaliśmy przez ten Kraj. Mój Kraj. Tu wszędzie czułem się dobrze, bo wszyscy mówili tym samym, śpiewnym językiem i oddychali tym samym powietrzem.

nazarukOMII teraz jestem nad Jeziorem Świętej Anny. Tam są długie zimy i w styczniu jest wręcz nakazane, aby przerwać pracę, i my co roku po Bożym Narodzeniu, kiedy najtańsze są wczasy w wakacje, 10 dni, wyjeżdżamy przeważnie do Meksyku, bo tam mamy oblatów, ale wtedy bilety są najtańsze i te ośrodki, żeby funkcjonować, dają zniżki maksymalne.

I jest taki moment, że z kolegą, drugim kapłanem, który pracuje z oblatami, z Polonią, jedziemy do Meksyku. W tym kurorcie, gdzie jesteśmy, jest dużo, 1800 ludzi w hotelu. Taka rzecz, jest przypływ morza, trudno się kąpać, bo fala wyrzuca. I tak dwa dni jesteśmy, a nie mogę się pokąpać, bo woda wyrzuca. Jest zabawa niezła, ale są silne fale. Trzeci dzień. Lubię wstawać rano, wstałem pół do szóstej. To jest mój normalny czas wstawania codziennie, teraz około szóstej wstaję, bo nie ma potrzeby wstawania tak wcześnie. I mówię do kolegi, obudził się, jest za dziesięć szósta: Wiesz, idę się przejść. – Pójdziesz może nad wodę? Takie zwyczaje tam też są, że tylu ludzi, to zająć sobie jakieś miejsce, ręczniczek położyć, wezmą, to wezmą, ale zająć sobie miejsce. – Będziesz się kąpał? – pyta. – Nie, brewiarz odmówię, pomodlę się, różaniec odmówię i wrócę, o 7 mamy śniadanie.

Zamknąłem drzwi. Nie wiem dlaczego, jakby nie ja, otwieram drzwi jeszcze raz i mówię – No to cześć Sławek, może się już nie zobaczymy więcej. – Nie wygłupiaj się, co to?! Tak powiedziałem, zamknąłem drzwi i poszedłem. Chodzę, dwóch Ukraińców poznałem już, żeśmy się zaprzyjaźnili, pogadaliśmy parę chwil. Pytają się, gdzie idziesz? – A, pochodzę sobie trochę. Oni nie wiedzieli, że jestem księdzem. Pogadaliśmy chwilę, oni wracali do hotelu, do żon, a ja idę. Kawałek uszedłem, odwracam się i mówię – No to cześć, bo się może więcej nie zobaczymy.

Nie wiem do dzisiaj, dlaczego tak, jakby ktoś przeze mnie mówił. Nie zamierzałem wchodzić do wody, absolutnie. Miałem różaniec odmówić. Przeszedłem się kawałek, myślę, wracam do hotelu. Ale jak już miałem wracać, to spojrzałem na wodę, taka fajna, nie ma fali, gładziusieńko przy brzegu, to zobaczę. Bez zamiaru pływania wszedłem kawałeczek, dalej, dalej, fajnie, woda unosi, no to sobie popływam. To wzdłuż troszeczkę popływałem, i sobie myślę, to się położę na plecach, tak poleżę. I tak z parę minut sobie leżę na plecach. Super, woda unosi, unosi... Podniosłem głowę, patrzę, kawałek odpłynąłem od brzegu. Ale to płytko, to zawrócę. To się odwróciłem już z pleców, jeszcze troszeczkę kraulem, wzdłuż. Nic nie czuję, nic nie wiem. Rozejrzałem się, zanurkowałem, no to do brzegu. Ale jakoś tak dziwnie widziałem, że się od tego brzegu oddalam, ale jeszcze mi to nic nie mówiło. Odwróciłem się i płynę teraz do brzegu. Płynę, ale brzeg mi się oddala. O, to trzeba szybciej, bo coś jest! Kurczę, odpływam od brzegu jak na motorówce, to tak szybko idzie. I wtedy dociera do mnie myśl, że jest odpływ. Był odpływ, tylko nie widziałem czerwonych flag, żeby nie wchodzić, bo jest odpływ. Przy brzegu było ładnie, bo jak woda odchodzi, to jest wygładzone.

I odpływam dalej, i dalej, i dalej. Próbuję na różne sposoby – nic. Nie chcę przesadzać, ile to metrów było, ale bardzo już było daleko. I taka myśl mi przyszła. Ciekawa rzecz, że nie żebym był jakimś herosem czy dobrym pływakiem, ale ani przez chwilę nie było we mnie strachu, że się utopię, że się coś złego stanie. Jakiś był taki wewnętrzny pokój, ja po prostu mam zachować siły, oddychać. I takie przekonanie, że jakoś to będzie. Nie takie polskie przekonanie, że jakoś to będzie, tylko że przecież to nie jest, nie będzie moja śmierć. Ktoś mnie zobaczy czy coś... Jestem wewnętrznie, jakby ktoś mi mówił, nie bój się. To jest niewytłumaczalne, bo powinienem się przestraszyć. Nic. To coś w rodzaju takiego wewnętrznego nie bój się. Ale kiedy mnie woda wyniosła już tak daleko, że przychodzą fale, które zawijają się w coraz większe, a potem takie duże, i płynę i coraz większa, otwarta przestrzeń oceanu, to już nie są żarty. To jest kilkaset metrów od brzegu, brzeg daleko. I teraz jest uderzenie fali, fala cię obraca, nie masz powietrza, i wciąga cię pod wodę, bo jest nurt i odpływ ciągnie cię w dół. Jak wychodzę, otwieram oczy. Tak cię zakręci, że nie wiesz, gdzie jest co, i patrzysz, gdzie jest światło. Tam jest powietrze. Więc szybko się wydrapuję, złapać powietrze, uratować się, bo powietrze to jest życie. Raz, drugi, trzeci. Za każdym razem głębiej, trzy razy głębiej, żeby dostać się do powietrza.

I wtedy dochodzi do mnie świadomość, jak mnie wciągnie i nie wrócę, bo na razie jest walka o przetrwanie, do światła. Nie ma myślenia o śmierci. Ale jest jedno z kolejnych uderzeń fali, złapałem powietrza i trzymam jak najdłużej, bo tyle masz życia, ile powietrza. Takie prawo, koniec, skończy się tlen i jest koniec. Już raz się w rzece Bug topiłem, to wiem, jak to wygląda. I jest uderzenie, wciąga mnie i jest ciemność, totalna ciemność, gdzie nie wiesz, gdzie jest która przestrzeń, bo to jest nurt, i nie wiesz, w którym kierunku woda cię wciąga w dół, nie wiesz, jak się ratować, a nie ma powietrza, kończy się.

To jest kilka – kilkanaście sekund. I wtedy się zorientowałem, że za chwilę nastąpi moja śmierć. Skończy się tlen, bo ile wytrzymasz pod wodą, jak nie wiesz, w którym kierunku jest słońce, światło i ratunek? Walczę, ale nie wiem, czy w dobrym kierunku, bo żadne światło słońca już nie przenika tej głębiny, więc to musi być głęboko. Czy to jest taka wizja dla mojego ciała? Bóg tak przygotuje oczywiście.

I jest moment, że już mi się zaciskają płuca, i wiem, że to jest śmierć za chwilę. Nie ma ratunku, nikt mnie nie uratuje, prawo natury, koniec. Amen. Finito. I nie ma w tym momencie myślenia o czymkolwiek, czy mnie znajdą, czy rekiny mnie zjedzą, czy będę miał pogrzeb, co zostawiłem, nic. Jest tylko jedna myśl, jest śmierć, więc zaraz stanę przed Bogiem. Już doświadczenie Boga miałem jakieś, Jezusa miałem jakieś, w tamtej wizji. Więc koniec. Tylko powiedziałem w myśli, Boże, idę do Ciebie. Tak to dokładnie brzmiało, Boże, idę do Ciebie, bądź miłosierny, przyjmij moją duszę. I w tym momencie, kiedy kończy się tlen, ale jeszcze jakiś tlen jest, jeszcze jest ten ostatni oddech, i bez żadnego bólu w tym momencie – oczywiście jest to ucisk kończącego się tlenu, żeby złapać, jak otworzę usta, wciągnę wodę i jest śmierć, nawet nie wyjdę do góry, nurt, który wciąga mnie do dna, wciągnie i gdzieś może kiedyś jakieś kosteczki będą...

W tym momencie, kiedy powiedziałem, Boże, Ojcze, idę do Ciebie, bądź miłosierny, przyjmij moją duszę, w tym momencie światło, takie samo światło jak to Pana Jezusa w sali, to światło Bożej obecności – nie ma żadnych tunelów – tylko widzę, jak ode mnie moje ciało się oddala. Jestem zupełnie świadomy, ostrość widzenia, świadomość zmysłów, nigdy lepiej się nie czułem. Jest takie zdziwienie, ojejku, ale śmierć fajnie wygląda. Taka myśl mojej duszy była, mojego ja, bo cały czas byłem świadomy, że to się kończy życie i za chwilę stanę przed Bogiem, moja dusza odłączy się. A więc to tak jest! Takie myślenie moje było. Patrzę, a moje ciało odpływa ode mnie. Patrzę, słyszę głos – mówię, jak to przeżywałem – nie przejmuj się ciałem, ono jest ci niepotrzebne.

Wiecie, jaką widziałem wizję tego ciała? To żeby zrozumieć potem powrót do mojego życia. Moje ciało zobaczyłem zwinięte jak dziecko w łonie matki. To był płód zwinięty. Moje ciało było zwinięte, Pan Bóg utworzył dla mnie bańkę powietrza, butlę gazową mi dał, tak jak bombka szklana przezroczysta – tak to widziałem. Jak płód, dziecko u matki, taki zwinięty jestem, i widzę to ciało w takiej bombce. I dwa snopy światła, i wiem, że to są aniołowie. Zupełnie inne światło niż to, w którym jestem skąpany. Widzę to ciało, tę bombkę powietrzną i te dwa anioły – tylko nie w kształcie ludzi żadnych, tylko dwa snopy światła niosące to ciało gdzieś. Słyszę, nie zajmuj się tym, to nie jest ci potrzebne teraz. W tych odmętach ciemności to przepiękny widok jest.

W tym momencie odwracam uwagę od ciała, bo widzę światło. Moja dusza mówi, jakie to jest piękne po śmierci! Mam świadomość, śmierć, idę, patrzę, znajduję się najpierw w pomieszczeniu, najpierw prostokątnym, ale potem ono się powiększa. Nie ma sufitu, tylko jakaś przestrzeń, jakbym na niebo przepiękne patrzył. A tutaj ściany, ale ściany ze światła, i jestem skąpany w tym świetle. Ale to światło ma pewne granice, to umownie nazywamy pokój, w którym jestem. To jest coś w rodzaju przedsionka i do tego przedsionka, do tego pokoju, do tego pomieszczenia światła, w którym jestem, mam zupełnie świadomość siebie jako żywej osoby, z rękami, z nogami. W tym momencie nie sprawdzam, nie szczypię się, czy to jest ciało, nie, tylko tak przyjmuję, tak to jest. Tak to jest po śmierci, coś wspaniałego. Uczucie to jest nie do opisania. Nie ma słów na większość rzeczy, które tu opowiadam bardzo skrótowo, nie ma słów, bo nie mamy odniesień. Nie opiszę światła, którego nie ma tu, na ziemi. Można powiedzieć białe światło, ciepło. To światło się zapamiętuje nie tylko dlatego, że kolor czy jak to wyglądało, tylko to światło jest miłością. Z tego światła jestem skąpany w miłości, skąpany w świetle, które jest miłością. Mam świadomość i jestem ciekawy. Ciekawość mojej duszy, zaraz zobaczę Matkę Bożą, Pana Jezusa, świętych, zmarłych różnych. Jak to będzie! Kurczę, sąd. Sąd był...

Jak to mówię, to muszę na nowo przez to przechodzić. Nie wszystko mogę mówić, bo są rzeczy, których nie mogę mówić, a są rzeczy, dla których muszę znaleźć słowa. Chociaż któryś już raz to opowiadam, to jest wysiłek dla mnie, żeby to pozbierać, i co powiedzieć do was w tym momencie.

piątek, 29 czerwiec 2018 16:19

Jak to robią Włosi…

Napisane przez

NiemczykJanuszNiemalże każda społeczność etniczna mieszkająca w Ontario organizuje z okazji swojego święta wciągnięcie na maszt swojej narodowej flagi przy parlamencie prowincji Ontario. W tym roku pierwszego czerwca odbyło się przy budynku parlamentu Ontario wciągnięcie flagi włoskiej.

Ta uroczystość jest tego samego dnia co roku organizowana w celu upamiętnienia zjednoczenia Włoch i utworzenia republiki. Te dwie daty nakładają się na siebie. Zjednoczenie Włoch nastąpiło w 1861 roku, a więc 157 lat temu, a utworzenie republiki w maju 1946 roku, 72 lata temu. Od 1961 roku do 1946 roku Włochy były monarchią, w której formalnie władzę sprawował król.

Poszedłem na tę uroczystość powodowany tym, że chciałem zobaczyć, jak organizują to Włosi, żeby móc porównać naszą uroczystość wciągnięcia flagi przy budynku parlamentu Ontario, organizowaną przez Polonię, z tą organizowaną przez Włochów. Drugi powód, dla którego tam poszedłem, był związany z ostatnimi wyborami do sejmu Włoch, które miały miejsce w kwietniu br., a w których najwięcej głosów zdobyły dwie partie, które są przeciwko przyjmowaniu imigrantów, oraz partia sceptycznie nastawiona do utrzymania Włoch w systemie walutowym euro. We Włoszech jest wiele partii i każde wybory kończą się powołaniem rządu koalicyjnego. Z kolei ten rząd koalicyjny jest akceptowany i powoływany przez prezydenta kraju. Takie rozmowy koalicyjne i akceptacja nowego rządu przez prezydenta trwały nieraz w przeszłości powojennych Włoch po kilka miesięcy. W tym roku, po tych wyborach, większościowy udział miały właśnie te dwie względnie nowe partie, z których jedna jest bardziej eurosceptyczna, a druga bardziej antyimigracyjna.

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/teksty/Page-6.html#sigProIdddbde6a217

Kluczem do powołania rządu jest prezydent Włoch. Na prezydenta Włoch, żeby tego eurosceptycznego i antyimigracyjnego rządu nie powołać, naciskali komisarze Unii Europejskiej, czyli faktycznie Niemcy, dlatego powołanie rządu Włoch przez prezydenta się przeciągało. Do soboty rano, czyli do dnia uroczystości wciągnięcia flagi przed parlamentem Ontario, rząd Włoch nie został powołany. Wychodząc z domu, nie wiedziałem jeszcze o tym, bo nie sprawdziłem tych informacji w Internecie, więc poszedłem z oczekiwaniem, że w czasie przemówień może usłyszę coś ciekawego na temat powołania nowego rządu. Okazało się, że z wyjątkiem jednej z kilku przemawiających osób nikt nie wypowiedział się na temat nacisków zagranicznych i problemów związanych z powołaniem nowego rządu. Zresztą ta osoba, która się wypowiedziała na ten temat, powiedziała tylko jedno zdanie: „Jaką wielką przeprawę miały Włochy w ciągu ostatnich paru tygodni z powołaniem nowego rządu”. Próbowałem później, po przemówieniach, zagadnąć Włochów na temat powołania nowego rządu, mówiąc im, że w Polsce dużo się na ten temat mówi i pisze i że wiele osób w Polsce jest zaskoczonych tym, że Niemcy pozwolili sobie na ingerowanie w sprawy trzeciej co do wielkości gospodarki w Unii Europejskiej, ale Włosi nie reagowali na moje wypowiedzi. Nie ciągnęli dyskusji. Wyrażali jedynie zaskoczenie, że w Polsce się o tych sprawach pisze i mówi.

Jeśli chodzi o samą organizację imprezy, to było około 200 osób. Biorąc pod uwagę, że społeczność włoska w Ontario jest kilkakrotnie większa od społeczności polskiej, to nie można powiedzieć, że przyjechała proporcjonalna liczba osób, bo na polskiej uroczystości było w tym roku ponad sto osób. Na uroczystości wciągnięcia flagi Włoch było kilkunastu mężczyzn przebranych w mundury Republiki Włoskiej, włoskich policjantów, włoskich żołnierzy. Pełnili oni straż honorową przy maszcie. Na uroczystości polskiej byli harcerze i panie z Koła „Nadzieja”.

Włosi, przewidując chyba, że większość osób na tej uroczystości to będą ludzie starsi, wypożyczyli krzesła, które zostały przywiezione ciężarówką. Większość osób mogła sobie więc usiąść i wysłuchać przemówień oraz hymnu włoskiego. Wszystko to trwało nie dłużej niż uroczystość wciągnięcia polskiej flagi, jakieś 45 minut.

To, co było miłe u Włochów, to że zamówili oni catering i każdy z obecnych mógł się pożywić. Catering miał rozbity namiot, z którego serwowano fasolkę z grochem, tort, lody, no i wodę butelkową. Włosi, jak usłyszałem z prowadzonych rozmów, mieli tego samego dnia kilka podobnych imprez w kilku innych miejscach w celu uświetnienia rocznicy ustanowienia republiki. Część osób spod parlamentu wsiadła w samochody i udała się na te inne uroczystości.
W trakcie spożywania posiłku podszedłem do obecnego konsula generalnego Włoch w Toronto i pokazałem mu „Gońca” ze zdjęciem pani minister Anders. Zapytałem konsula, czy nazwisko Anders coś mu mówi. Odpowiedział, że nie. Powiedziałem mu, że ojciec pani Anders był dowódcą polskiego korpusu, który zdobył Monte Cassino i który wyzwalał Włochy. Pan konsul od razu skojarzył nazwisko, osobę i wydarzenie. Zapytał ze zdziwieniem: „Więc pani Anders jest córką generała Andersa?”. Powiedziałem, że tak, i że jest odpowiedzialna za stosunki międzynarodowe w rządzie polskim. Pan konsul chętnie zrobił sobie ze mną zdjęcie, co było bardzo miłym elementem dla mnie kończącym tę uroczystość.

Janusz Niemczyk

piątek, 29 czerwiec 2018 16:08

Najmłodszy kawaler Orderu Virtuti Militari!

Napisane przez

Antoni Petrykiewicz jest najmłodszym kawalerem Orderu Virtuti Militari. Był uczestnikiem walk w obronie Lwowa z roku 1918. Umarł, mając zaledwie 13 lat z powodu ran odniesionych w walce. Jest przykładem wielkiego męstwa i patriotyzmu. W pamięci następnych pokoleń pozostanie prawdziwym, choć do niedawna mało znanym narodowym bohaterem.

Na jego nagrobku widnieje napis: „szer. Petrykiewicz Antoni, lat 13, uczeń II klasy gimnazjum V, z odcinka III Góra Stracenia, ranny 23 XII na Persekówce.+16 I 1919 r. 1., kawaler Virtuti, 3 krzyż walecz. odznaką rycerzy śmierci, odz. III odc. Orlęta”.

Urodził się w 1905 roku. Pochodził z wielodzietniej rodziny. Miał trzy siostry i czterech braci. Jego ojcem był wójt jednej z dzielnic Lwowa. Antoś był uczniem II klasy V Gimnazjum Lwowskiego, kiedy to Polska poderwała się w listopadzie 1918 roku do walki o niepodległość. Austriacy pozostawili miasto w rękach Ukraińców. Gdy polska ludność zobaczyła na Ratuszu i innych budynkach flagi ukraińskie, ruszyła do odbicia władzy. Rozpoczęły się walki o Lwów. Ponieważ w mieście nie było polskiego wojska, ludność cywilna chwyciła za broń. Dla Antosia i wielu rówieśników był to moment wielkiej próby. Miasta zaczęła bronić młodzież i dzieci, by zachować je dla odradzającej się Polski. „Lwowskie Orlęta” poświęcały swoje młode życie dla Ojczyzny.

Mając 13 lat, Antoś wstąpił do oddziału „Straceńców” porucznika Romana Abrahama, późniejszego generała Wojska Polskiego. Od początku listopada 1918 roku brał udział w walkach o Lwów. Przeciwnikiem Polaków były elitarne oddziały Strzelców Siczowych, które poprzez pozycje polskich żołnierzy chciały się wedrzeć do Lwowa. Najbardziej zacięte walki trwały w nocy z 28 na 29 grudnia. Noc tę nazwano szatańską. Polacy obronili swoje pozycje kosztem wielkich strat. Po bitwie po stronie polskiej doliczono się tylko 3 oficerów i 25 szeregowców z przeszło 100-150 żołnierzy broniących dworku, będącego bastionem walczących, a zwanego redutą śmierci. Na zbiórce nie stawił się również Antoś, który został ranny pod Persenkówką 23 grudnia 1918 roku. Jak mówił major Czesław Mączyński – dowódca obrony Lwowa – obrońcy Persenkówki spełnili rozkaz walki do ostatniej kropli krwi. A generał Abraham tak pisał o najmłodszym obrońcy Lwowa:
„…ś.p. Antoni Petrykiewicz, w wieku lat trzynastu w walce był nieustępliwy. Ciężko ranny, zmarł w wyniku odniesionych podczas boju ran 16 stycznia 1919 roku w szpitalu na Politechnice”. Bohaterski chłopiec pochowany został na cmentarzu Orląt Lwowskich w katakumbach. Za osobistą odwagę został odznaczony Srebrnym Krzyżem Virtuti Militari. Był to (i jest do dziś) najmłodszy w całej armii kawaler tego najwyższego odznaczenia wojennego, uroczyście nadanego poległemu 22 stycznia 1920 roku w rocznicę Powstania Styczniowego. Uhonorowano go również pośmiertnie Krzyżem Walecznych.

virtuti2

Zwłoki młodocianego bohatera złożono na cmentarzu Obrońców Lwowa w katakumbach. Były otoczone należną czcią i opieką polskiej ludności aż do końca drugiej wojny światowej. Sprofanowali je dopiero Sowieci. Za ich sprawą katakumby wymieciono z prochów pocho-wanych tutaj bohaterów, a pomieszczenia zaaranżowano na zakład kamieniarski. Dopiero po 1989 r. rozpoczęto odbudowę katakumb i samego cmentarza, który uroczyście otwarto
w 2005 roku.

Postać 13-letniego chłopca ze Lwowa może być wzorem dla kolejnych pokoleń. Skąd w tak młodym Polaku wzięła się taka ofiarna potrzeba służenia Ojczyźnie? Na to pytanie odpowiedź jest jedna. Rodzina Petrykiewiczów odznaczała się gorącym patriotyzmem. Wszyscy bliscy Antosia (ojciec, trzy siostry, czterech braci oraz stryj) brali udział w obronie Lwowa. Czterech z tej rodziny poświęciło na ołtarzu Ojczyzny życie. Spoczęli na cmentarzu Orląt (prócz Antoniego, jego ojciec Kasper, stryj Michał i brat Zygmunt). Przy życiu pozostali Maria, Janina, Julia, Józef i Roman oraz Tadeusz. Julia działała w Straży Mogił Polskich Bohaterów aż do wybuchu II wojny światowej.

W obronie Lwowa walczyło pięciu ochotników niesłyszących, m.in. Roman Petrykiewicz (niesłyszący ur. 1901 – zm. 1986) – starszy brat Antosia, późniejszy prezes Zarządu Głównego Polskiego Związku Głuchych, aktywny działacz społeczny z dużą charyzmą.

Jestem zafascynowana szlachetnością i ofiarnością rodziny Antosia Petrykiewicza i postawą 13-letniego bojownika o wolność ukochanego miasta. Chociaż daleko mieszkam od Polski, ale czuję wielką dumę, że należę do narodu, który wychował takich wspaniałych Synów, jak generał Haller, a także jak Antoś. Będę starała się tutaj, w Kanadzie, propagować wiedzę na ich temat i uświadamiać młodą Polonię, do jakiego niezwykłego narodu należy.

Ewa Elżbieta Deoniziak
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.