Goniec

Register Login

piątek, 20 kwiecień 2018 07:45

Budżet Ontario i osobiste pytanie…

Napisane przez

Są tacy, którzy wierzą ślepo w to, że jak się będzie bardzo lewicowym, że jak się będzie promowało różne fanaberie seksualne, eutanazje i ekstremizmy narkotykowe, to świat będzie zauważał Kanadę, będzie mówił o Ontario i Kanadzie. I będzie mówił, że to taki piękny demokratyczny kraj!

Na oficjalnych spotkaniach z politykami dziennikarskim zwyczajem jest zadanie jednego – dwu pytań. No i dziennikarz stoi przed dylematem, jakie pytania wybrać? 

        W oficjalnej części spotkania z premier Ontario Kathleen Wynne i ministrem finansów Charles’em Sousą oraz innymi posłami do sejmu prowincji Ontario, jakie miało miejsce 4 kwietnia, zadałem dwa pytania dotyczące Ontario i protekcjonistycznej polityki prowadzonej przez kolejne rządy USA oraz skutków tego protekcjonizmu dla prowincji Ontario. Moje pierwsze pytanie dotyczyło tego, czy są przez rząd Partii Liberalnej prowadzone badania dotyczące tego, jakie są wskutek protekcjonizmu straty produktu brutto i dla prowincji Ontario oraz jaki procent z tych 300.000 miejsc pracy, jakie prowincja Ontario straciła w ostatnich latach, można przypisać amerykańskiemu protekcjonizmowi?           

       Minister Charles Sousa powiedział, że takie badania nie są prowadzone i że nie może określić, jakie są straty prowincji Ontario w produkcie brutto i straty  w miejscach pracy w wyniku protekcjonistycznej polityki USA. 

        Moje drugie pytanie dotyczyło tego, czy w związku ze stałym wycofywaniem się USA z kolejnych klauzul umowy o wolnym handlu w Ameryce Północnej (NAFTA) jest możliwość odwołania się do jakiegoś sądu międzynarodowego, jakiegoś trybunału? Minister Sousa odpowiedział, że nie ma wiedzy o możliwości odwołania się do jakiegoś międzynarodowego arbitrażu. 

        Po oficjalnej części spotkania była możliwość zrobienia sobie pamiątkowego zdjęcia z politykami, w tym i z ministrem Sousą. Skorzystałem z tego, żeby zadać ministrowi pytanie, które od dawna chodziło mi po głowie, a które również z powodu wydarzeń w Polsce nabrało szczególnej ważności. 

        Janusz Niemczyk: Przepraszam, że zadam to pytanie, i proszę się nie obrażać, ale czy nie zamierzacie przywrócić emerytur dla posłów sejmu prowincji Ontario, emerytur zlikwidowanych przez premiera Mike’a Harrisa? Zadaję to pytanie w związku z tym, że na przestrzeni lat obserwuję, że do polityki w Ontario wchodzą coraz słabsze osoby.

        Minister Charles Sousa: Nie, nie obrażam się. Ma pan rację – skinął głową. – Nie, nie mamy zamiaru przywrócić Defined Benefit Pension Plan.

        Charles Sousa: Dla kogo mam napisać dedykację?

        Janusz Niemczyk: Dla „Gońca”.  Dziękuję.

        Pytanie o emerytury dla polityków nękały mnie od paru lat, kiedy to emerytowany wieloletni poseł na sejm z ramienia Partii Liberalnej skarżył mi się w rozmowie na swoją małą emeryturę, no i na Mike’a Harrisa, który pozbawił posłów na sejm prowincji Ontario tych emerytur. Zapytałem wówczas tego emerytowanego polityka Partii Liberalnej, czy nie żałuje, że krytyka, jaka wówczas spadła ze strony Partii Liberalnej i ze strony NDP na Partię Konserwatywną i na ówczesnego premiera Ontario Mike’a Harrisa, była za duża, i czy czasem obie te partie nie przesadziły z tą krytyką? Nic nie odpowiedział na mój komentarz do jego pytania. 

        Jaka jest moja opinia w tej sprawie? Na bezpardonowej, często absurdalnej krytyce ówczesnego premiera prowincji Ontario Mike’a Harrisa skorzystali najbardziej członkowie dwu związków zawodowych: związku zawodowego pielęgniarek i związku zawodowego nauczycieli. Politycy, posłowie do sejmu Ontario, tak naprawdę stracili najbardziej. Ale stracili też na tym Ontaryjczycy. W dłuższym okresie okazało się bowiem, że do polityki prowincji Ontario garną się coraz słabsi kandydaci. Na przestrzeni ostatnich 20 lat, od czasu kiedy Harris był premierem Ontario, zmieniły się również wyzwania, przed jakimi stanęli Ontaryjczycy. Od czasu prezydenta Reagana, kolejni prezydenci USA mieli już bardziej protekcjonistyczne podejście do umowy o wolnym handlu między Kanadą a USA. To można było najbardziej zauważyć najpierw po znikających rafineriach ropy naftowej w Kanadzie, aż do chwili obecnej, kiedy to niemalże z zegarkiem w ręku, co kilka miesięcy, prezydent Donald Trump wycofuje się z poszczególnych paragrafów umowy o wolnym handlu. To stawia poważne wyzwania dla Kanady, dla Ontario, dla polityków reprezentujących naszą prowincję. To stawia wymagania wobec Ontaryjczyków, żeby głosowali na najlepszych, najinteligentniejszych, najlepszych patriotów. 

        Ale co mają zrobić Ontaryjczycy, kiedy dobrych kandydatów nie ma? Nie ma dobrego narybku. Są tacy, którzy wierzą ślepo w to, że jak się będzie bardzo lewicowym, że jak się będzie promowało różne fanaberie seksualne, eutanazje i ekstremizmy narkotykowe, to świat będzie zauważał Kanadę, będzie mówił o Ontario i Kanadzie. I będzie mówił, że to taki piękny demokratyczny kraj! Kraj wolności? Świat będzie mówił, bierzmy z niego przykład! Pokazujmy go w mediach! I jako skutek tych informacji obiegających świat o Ontario i Kanadzie, Amerykanom trudniej będzie narzucać Kanadzie swoją wersję sprawiedliwości ekonomicznej. Może taki jest zamysł rządzących Kanadą i Ontario przedstawicieli Partii Liberalnej? Co do jego skuteczności, jestem sceptyczny. 

        Z drugiej strony, jeśli nawet jednak przyjmiemy taką wersję tego, co politycy Ontario i Kanady chcą zrobić, to dlaczego nie ma jakiejś intelektualnej dyskusji na ten temat? Mamy działania polityków, którzy na przykład jadą na drugi koniec świata ubrani w strój ludowy krainy, którą odwiedzają, ale nie ma za tym żadnej dyskusji dziennikarskiej, profesorskiej, żadnego pytania o to, czy jest to dobre i czy służy to dobrze Kanadzie? No cóż, politycy zostali wybrani na kandydatów do okręgów wyborczych w wyborach we własnych partiach. To więc w poszczególnych partiach ma miejsce dobór słabszych kandydatów. 

        Skąd ta inflacja kandydatów się bierze? Kiedyś słyszało się w kręgach partyjnych, że na kampanię wyborczą, obojętnie czy do sejmu prowincji, czy też do sejmu federalnego, trzeba wydać 200.000 dol. Poseł do sejmu Ontario w roku 2017 zarabiał przeciętnie 116.000 dol. rocznie (tyle samo co w roku 2008). A więc po podatkach zostawało mu na rękę 81.000 dol. Żeby więc spłacić swoją kampanię wyborczą, musi być posłem przez przynajmniej dwa i pół roku. Jego emerytura to CPP. Po spłaceniu pożyczki zaciągniętej na kampanię wyborczą zostaje mu na rękę po czterech latach kadencji sejmowej około 120.000 dol. A więc dzieląc tę kwotę przez cztery lata kadencji, poseł zarabia rocznie netto 30.000 dol. Może teoretycznie przy pewnym szczęściu oczywiście odkuć się w jakiejś spółce skarbu państwa (Crown Corporation), no ale do tego trzeba, by jego partia wygrała najpierw wybory. Jeśli jego partia wyborów nie wygra, to posłowi zostają dobre wspomnienia tego, że był posłem, politykiem, no i zapewne zostaje mu i stary samochód na stare lata jako pamiątka. Jeśli natomiast przegra wybory, to zostanie mu do spłacenia dług zaciągnięty na kampanię wyborczą. Ludzie liczą więc zarobki i kalkulują, co wybrać. Politykę, czy nie politykę? 

        Z drugiej strony, partie też kalkulują i zastanawiają się, co zrobić, by obniżyć koszty kampanii wyborczej. Pozostaje nominowanie kandydata na posła z ramienia danej partii po linii pochodzenia, po linii etnicznej. Bo etnicy pójdą zagłosować murem za swoim. Tutaj przypomina mi się rozmowa sprzed ponad dziesięciu lat z moim znajomym z dużego kraju leżącego w Azji. Kiedyś mówiąc mi o swojej ojczyźnie, a sam będąc z najwyższej kasty, mówił mi: tamci, z tamtego innego klanu, to oni korumpują nasz kraj... Tak się złożyło, że parę miesięcy później były wybory prowincyjne i w jego okręgu wyborczym kandydatem był właśnie człowiek z tego klanu, na który mój kolega wcześniej narzekał. Siedzimy sobie przy herbacie i rozmawiamy o polityce. No to mówię do niego: Masz problem. Na kogo będziesz głosował? No, będę głosował na tego gościa z tego klanu, bo on jest z mojego kraju przecież! 

        I tak ze względu na słabą motywację finansową odpadają z polityki potencjalni dobrzy kandydaci. Przy tym nie mówię, że etnicy mogą być czy są słabsi niż inni kandydaci. Mówię, że liczba chętnych do stanięcia do konkurencji wyborczej w sposób nienaturalny się zmniejsza. A przed Ontario i przed Kanadą stanęły zupełnie nowe wyzwania. Świat się zmienił. Paru już kolejnych prezydentów USA prowadzi protekcjonistyczną politykę gospodarczą. Przy tym Donald Trump  w ogóle przestał się z Kanadą bawić w ładne słowa i zdaje się wprost mówić: płaćcie i już! Bo mi się tak podoba! 

        I politycy kanadyjscy zdają się nie wiedzieć, jak intelektualnie sprostać takiemu wyzwaniu. Zachowują się jak struś, który w obliczu niebezpieczeństwa chowa głowę w piasek. Politycy kanadyjscy trochę inaczej, bo chowają się za parawan lewicowej postępowości, czyli legalizacji marihuany, eutanazji, budowy wiatraków, ubierania się w  ludowe „powłóczyste szaty”, rozdawnictwa pieniędzy podatników. Właśnie, ale jeśli już chodzi o pieniądze podatników, to jednak jest chyba najwyższy czas ku temu, by podnieść zarobki posłów i ich emerytury, żeby zatrzymać ten marsz Ontario i Kanady po intelektualnej równi pochyłej? Zresztą jak mówi Nowy Testament, „robotnik powinien być zapłacony”.

Janusz Niemczyk

piątek, 20 kwiecień 2018 07:38

Upiory Andrzeja Dudy

Napisane przez

ligezaPo ostatnich flirtach naszego pana prezydenta, czy tam pana naszego, prezydenta, czy tam po ostatnich jego zalotach, ponoć lawinowo rośnie liczba tych, którzy od Dudy Andrzeja nie kupiliby używanego samochodu.

Inni podobno nie podaliby mu już ręki, a ich koledzy, mianowicie „ludzie z miasta”, nie powierzyliby prezydentowi ani grosza, nawet gdyby zmienił nazwisko na „Adamowicz”. Inni śmieci nie wynieśliby z Andrzejem Dudą. Ho-ho, tak-tak. Jeszcze inni wytykają panu prezydentowi Dudzie błędy wizerunkowe, kompetencję urzędników Kancelarii Prezydenta w tym obszarze opisując słowami nienadającymi się do cytowania w przestrzeni publicznej. Ja powiem tak: prezydent Duda nie chciałby znaleźć się ze mną sam na sam w jednym pokoju. 

 

        ZIEMIA AŻ DRŻY 

        Już wyjaśniam i proszę słuchać mnie bardzo uważnie. Otóż likwidując stare cmentarze (ale takie rzeczywiście stare), znajdowano w starych grobach (ale takich starych naprawdę), zwłoki związane lub ze śladami poprzecinanych ścięgien u nóg. Czyniono tak, bo uważano, że śmierć powinna być ostateczna i dopiero po odejściu człowieka z tego świata, po pogrzebie i przeżyciu żałoby, można w ogóle dalej żyć. Jak w tym kontekście wygląda pogrzeb komuny w Polsce, panie prezydencie? Pogrzebaliśmy truchło? Przerżnęliśmy jej ścięgna, by odeszła na zawsze? Nie? To może choć związaliśmy mocno sznurami jej zwłoki? Też nie? 

        No jasne, że nie. Gdybyśmy je związali, czy upiory postkomuny wałęsałyby się po niepodległych telewizjach od prawa do lewa? To znaczy tu i tam być może związaliśmy, ale na pewno niedokładnie. Więc trzepoczą się nam teraz truchła rozmaite: komuny, żydokomuny, wreszcie postkomuny, a nasza święta ziemia od trzepotów tych aż pęka. Czy tam, w wersji łagodniejszej, drży. 

 

        WAŻNE SYMBOLE 

        Kiedyś, zawłaszczywszy Rzeczpospolitą, wspomniane truchła i upiory rządziły niepodzielnie nad ziemią, teraz powtarzają manewr od strony korzonków i pytają: a może tak zostawić historię historykom i zabrać się za sprawy ważne dla Polski? Może zbudować mieszkania dla młodych, zreformować system ochrony zdrowia, pomóc frankowiczom, rozpocząć walkę ze smogiem, odnowić oświatę i Polską Akademię Nauk, wesprzeć nowe technologie, unowocześnić system energetyczny? I tak dalej, i tak dalej. 

        Ktoś powiedziałby: taka gadanizna to tylko błoto bez znaczenia. Płuczmy intensywniej, a wreszcie obmyjemy Niepodległą Rzeczpospolitą ze szlamu lewactwa. Ale skąd. Ale jak. Nigdy w życiu. Oto podnosi się z miejsca doradczyni prezydenta Romaszewska Zofia i rzecze, nie owijając w bawełnę: „Symbole są niezwykle ważne i z przyjemnością zdegradowałabym Kiszczaka, Jaruzelskiego i Siwickiego, (...) ale po co ich przywoływać? Będziemy sprawiać taką przyjemność, żeby znowu pojawili się na horyzoncie? Chcemy, żeby znowu byli postaciami historycznymi?”. 

 

        OPERACJA KŁAMSTWO 

        Ja powiem na to złośliwie: obowiązku, by starzeć się pięknie, nie ma, i pewnie przez to nie wszyscy się starają. Może też nie wszyscy chcą się starać, a może nie wszystkim odwagi na to wystarcza. Tak czy owak pora na wniosek: jeśli nie czynisz tego, co powinieneś, walczysz z tym, za co nie musiałbyś ginąć. Taka jest cena zaniechania. Niedopowiedzenia. Milczącej akceptacji dla zła. 

        Mówiąc jeszcze poważniej: jedyną perspektywą, jaka istnieje, jest perspektywa Ofiar. Proszę sobie prawdę tę zapisać (pana również proszę, panie prezydencie), proszę zapamiętać, proszę powtarzać trzy razy dziennie sobie samemu, a innym jak najczęściej, wreszcie proszę nieść te proste słowa w świat, stosownie meblując łepetyny ludziom oszukiwanym, okradanym i tresowanym do posłuszeństwa: dla człowieka przyzwoitego jedynym punktem odniesienia, jaki istnieje zasadnie, jest perspektywa Ofiar. Koniec i kropka. Cała reszta to tylko dym z komina i siano rozwłóczone wzdłuż medialnych didaskalii. I w tym kontekście: niestety „Operacja kłamstwo” nabiera rozpędu. 

*** 

        „Czy rządzą nami ludzie, których skreśliliśmy z listy wyborczej?” – pyta zaskoczona Ewa Stankiewicz-Jorgensen, zaś realia dające się zauważyć dookoła gołym okiem, czynią jej obawy zasadnymi.

Krzysztof Ligęza 

Kontakt z autorem: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.  

piątek, 20 kwiecień 2018 07:37

Toronto - Warszawa (16/2018)

Napisane przez

pruszynskiToronto - Warszawa

Zdumiewające, że podległa Rzymowi Cerkiew greckokatolicka czci ludzi, o których satanizmie mówił i pisał bł. bp Grzegorz Chomyszyn. Dziwny jest jednak brak reakcji na to Watykanu i Konferencji Episkopatu Polski. 

Pod pomnikiem Katyńskim mimo podłej pogody sporo rodaków oraz notabli różnego szczebla. Potem przydługie mowy w sali parafii św. Kazimierza. 

        Niestety, mi nie dano słowa, a chciałem przypomnieć o walce o dobre imię Polski. Na szczęście sporo rodaków podpisało apel dr Kurek o kontynuację ekshumacji w Jedwabnem.

        Pogoda spowodowała, że pracownicy Pearsona masowo zostali w domu i nie wyładowano bagaży pasażerów samolotu LOT-u, którzy nim przylecieli do Kanady. Dlatego nie było miejsca na nasze bagaże i bez nich wylądowaliśmy spóźnieni o pięć godzin w Warszawie, gdzie inny świat, zielono i ciepło, a nie jak w Toronto moc śniegu i plucha.


        Kolejna pomoc

        Śmiem twierdzić, że kolejna nawała ogniowa Żydów przeciw Polakom skończy się jak poprzednie dzięki interwencji Naszej Królowej Matki Pana Naszego. 

        Zaczyna się wielka konfrontacja Żydów z Palestyńczykami, co spowoduje, że tym mimo wszystko zajmie się opinia świata, ale czy naprawdę sami Polacy nie mogą się obronić?


        Właściwa osoba

        Pani Anders została ostatnio skrytykowana przez lewków, że wydano na jej podróże 600.000 zł. Nie ubóstwiam tej Pani, ale dobrze jest, że jeździ tu i tam, a nie odrywa od roboty innych, a dieta zielonych 60 to, mówiąc szczerze, Caritas. 

        Jedyna uwaga, że jak ma już posadę, to po cholerę jeszcze jest senatorem, czy jedna pensja i emerytura USA to za mało? 


        Ciekawe

        Zdumiewające, że podległa Rzymowi Cerkiew greckokatolicka czci ludzi, o których satanizmie mówił i pisał bł. bp Grzegorz Chomyszyn. Dziwny jest jednak brak reakcji na to Watykanu i Konferencji Episkopatu Polski. 

        Moc katolików zastanawia się, czemu Episkopat daje się wciągnąć w fałszywe gesty pojednania, nie reaguje na przypadki gloryfikacji rezunów przez greckokatolickich duchownych i nie upomina się o ekshumację i chrześcijański pochówek ofiar rzezi wołyńskiej. 

        Episkopat też nie protestował przeciwko uznaniu heroiczności cnót abp. Andrzeja Szeptyckiego, autora listów gratulacyjnych dla Adolfa Hitlera i Józefa Stalina, człowieka, który ponosi moralną odpowiedzialność za ludobójstwo na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.


        Co dalej?

        PiS nie chce ostro odpowiedzieć na żydowskie ataki, obawiając się ewentualnych kłopotów w stosunkach z USA. Twardemu elektoratowi PiS-u coraz mniej podoba się jego miękkość w stosunku do żydowskich żądań. Czy to nie cel żydowskich ataków, oddzielić PiS od wyborców, przywrócić do władzy w Polsce partie i siły Żydom bardziej posłuszne?

        Przecież przed dojściem PiS-u do władzy przygotowano już ustawę sprzedającą polskie lasy, aby w ten sposób uzyskać środki na zapłacenie haraczu. Czy PiS zmężnieje, stanie w obronie polskich interesów, czy też padnie ofiarą własnej głupoty?

Aleksander Pruszyński

piątek, 20 kwiecień 2018 07:36

Wokół rocznicowego apartheidu

Napisane przez

michalkiewicz19 kwietnia o godzinie 12.00 zawyły warszawskie syreny, oczywiście nie te, które Warszawa ma w herbie, tylko te na dachach, stanowiące fragment systemu obrony cywilnej – w hołdzie dla bohaterów powstania w Getcie Warszawskim. 

W samo południe bowiem rozpoczęły się urzędowe obchody 75. rocznicy tego powstania, z udziałem prezydenta Andrzeja Dudy oraz przedstawicieli partii i rządu. Jednak godzinę wcześniej rozpoczęły się w Warszawie obchody alternatywne, zorganizowane przez środowiska żydowskie i inne, niezadowolone z aktualnej linii polityki rządu. Jednym z przejawów tego niezadowolenia było manifestacyjne odrzucenie prezydenckiego zaproszenia na oficjalne uroczystości przez Henryka Szlajfera – między innymi z powodu „brutalnej ingerencji w historię Żydów Warszawy i Polski”. Chodzi zapewne o to, o czym z rozbrajającą szczerością powiedział jeszcze pod koniec marca pan red. Seweryn Blumsztajn – że jeśli sprawa nowelizacji ustawy o IPN „zaczęła iść do przodu, to musi zostać przyjęta żydowska opowieść o holokauście”. Dodajmy – przyjęta powszechnie i bez zastrzeżeń – niczym marksizm w Związku Radzieckim. Trudno o jaśniejsze wyrażenie intencji umocnienia żydowskiego monopolu na ustalanie obowiązującej prawdy o holokauście – i to prawdy dostosowanej do mądrości etapu. Mądrość etapu zaś wymaga, by raz odpowiedzialnością za holokaust obarczać „Niemców”, a innym razem – „nazistów” – tych samych, których nowojorski redaktor naliczył w Warszawie aż „60 tysięcy”.

        Dopiero na tym tle lepiej rozumiemy przyczyny, dla których nowelizacja ustawy z 1998 roku o Instytucie Pamięci Narodowej wzbudziła takie poruszenie nie tylko w Izraelu, nie tylko wśród diaspory żydowskiej, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, ale również – w środowiskach szabesgojów w Polsce i za granicą. Wypada tedy przypomnieć, że ta nowelizacja, z polskiego punktu widzenia oczywiście spartaczona, bo stworzyła możliwość bezkarnego szkalowania Polski i narodu polskiego w dziełach naukowych i produkcjach artystycznych, polegała na dodaniu do istniejącego od roku 1998 we wspomnianej ustawie art. 55, przewidującego karalność tzw. kłamstwa oświęcimskiego, a więc każdej próby kwestionowania zatwierdzonej do wierzenia wersji historii II wojny światowej, a masakry europejskich Żydów w szczególności – artykułu 55 a, na podstawie którego Polska mogłaby chronić również swoją reputację. Spotkało się to z zarzutem dławienia swobody badań naukowych, chociaż karalność „kłamstwa oświęcimskiego” sprawia, że w dyskusjach historycznych ostatnie słowo należy do prokuratora. Ponieważ jednak w tym przypadku prokurator stoi na straży żydowskiego monopolu na ustalanie prawdy („musi zostać przyjęta żydowska opowieść o holokauście” – jak wyjaśnia pan red. Blumsztajn), to swoboda badań naukowych na tym ucierpieć nie może, podczas gdy w sytuacji, gdy mniej wartościowy naród polski chciałby skorzystać z tego samego narzędzia – aaa, to  zbrodnia niesłychana, bezprzykładny zamach na swobodę badań naukowych i wolność słowa. I jeśli nawet etapy się zmieniają, a wraz z nimi – również tak zwane mądrości etapu (palę wszystko co kochałem, kocham wszystko, co paliłem”), to jednak w tej zmienności natykamy się na tak zwane „stałe fragmenty gry”, widoczne również w liście, który Henryk Szlajfer skierował był do prezydenta Andrzeja Dudy. Wśród uczestników powstania w Getcie Warszawskim, którzy walczyli o „inne wartości” niż te, ku którym skłania się „obóz polityczny” związany z prezydentem, pan Szlajfer wymienił „syjonistów różnych odłamów, harcerzy z Haszomer Hacair, bundowców, czy socjalistów z Poalej Syjon”, a nawet „komunistów” – ale pominął bojowników z Żydowskiego Związku Wojskowego. Chociaż była to najsilniejsza i najsprawniejsza bojowo organizacja, to Ministerstwo Prawdy nakazało wykreślenie jej z historii już w czasach stalinowskich i nie można wykluczyć, że również pan Henryk Szlajfer o tym słoniu w menażerii zapomniał. A dlaczego? A dlatego, że w odróżnieniu na przykład od „komunistów”, Żydowski Związek Wojskowy, skupiający oficerów i podoficerów Wojska Polskiego, demonstrował przywiązanie do Rzeczypospolitej Polskiej i nawet w rejonie swego działania wywiesił polską flagę obok żydowskiej, no a poza tym skupiał żydowskich działaczy prawicowych, związanych z AK, podczas gdy według ówczesnych, stalinowskich mądrości etapu, z „nazistami” walczyli komuniści, podczas gdy zaplute karły reakcji stały „z bronią u nogi”. Jak widzimy, monopol na prawdę nie oszczędza  przeciwników politycznych żydokomuny nawet za grobem. Ciekawe, że w 65 lat po śmierci Stalina, ten zapis cenzorski nadal obowiązuje, i to nie tylko w Polsce, ale i w USA. Dowiadujemy się właśnie, że kongresmani Ed Royce i Ellion Engel z Komisji Spraw Zagranicznych Izby Reprezentantów Kongresu USA, po wysłuchaniu zachęty ze strony ministra obrony Izraela Awigdora Liebermana, rosyjskiego Żyda, w specjalnym liście ofuknęli premiera Mateusza Morawieckiego, by w podskokach położył kres podważaniu niezależności wymiaru sprawiedliwości, tłamszeniu wolności słowa i zgromadzeń. O rosyjskim, a właściwie sowieckim rodowodzie Awigdora Liebermana wspominam nie bez kozery, bo jemu właśnie skłonny jestem przypisywać autorstwo argumentacji użytej w liście do premiera Morawieckiego przez  Wielce Czcigodnych kongresmanów, że mianowicie „działania polskiego rządu są na rękę tym, którzy dążą do podziałów w NATO”. Jest to logika identyczna z tą, jakiej użył wobec nas, żołnierzy-studentów  Studium Wojskowego UMCS w Lublinie, pułkownik Hipolit Kwaśniewski. W marcu  1968 roku oświadczył nam zupełnie serio, że żołnierz, który nie wykona strzelania, będzie uważany za agenta Bundeswehry. Jestem pewien, że kongresmani mogli przyswoić sobie i tę logikę, i ten sposób argumentowania od Awigdora Liebermana, bo od kogóż innego? Pozostaje tylko mieć w Bogu nadzieję, że inni kongresmani są trochę mądrzejsi, chociaż podpisy 59 senatorów pod listem do premiera Morawieckiego świadczą, że może być odwrotnie.

        Podczas gdy kongresmani, najwyraźniej tylko w ogólnych zarysach zorientowani, z jakiego klucza mają ćwierkać, operują w swoim liście ogólnikami, niemiecki owczarek Franciszek Timmermans bez ceregieli przechodzi do konkretów i przedstawia naszemu bantustanowi ultimatum treści następującej: zlikwidowanie skargi nadzwyczajnej, którą od prawomocnych już wyroków można by kierować do Sądu Najwyższego, pozostawienie na stanowisku I prezesa Sądu Najwyższego pani Małgorzaty Gersdorf oraz – po trzecie – pozostawienie w Sądzie Najwyższym wszystkich sędziów pod 65 roku życia. Trudno o wyraźniejszy dowód troski o zapewnienie konfidentom – być może nie tylko SB, czy WSI, ale również Stasi – wpływu na orzecznictwo sądowe, zaś specjalny punkt dotyczący pani Gersdorf skłania do podejrzeń, że dla Naszej Złotej Pani może ona być folksdojczem wyjątkowo cennym.

Stanisław Michalkiewicz

niedziela, 15 kwiecień 2018 12:41

Na szybko: Kto wygrał?

Napisał

 No i co kto wygrał po ostrzale Syrii? Jaki cel osiągnęli Amerykanie i ich sojusznicy? I to do tego jacyś tacy bardzo podzieleni sojusznicy, bo bez Berlina, Włoch i innych krajów zachodnich. Co miały osiągnąć bombardowania? Bo chyba nikt normalny nie wierzy że właśnie w kolejnym roku wojny zniszczono oto laboratoria czy też zapasy broni chemicznej Asada. Nawiasem mówiąc czyż bombardowanie składów broni chemicznej nie powoduje zagrożenia katastrofą ekologiczną tysięcy ludzi?
Wyszło na to że Stany Zjednoczone usiłują zachować twarz, strzelając jak zawsze tomahawkami; że nie mają jak zaangażować się w Syrii, bez rozpoczęcia globalnego przetasowania. Z drugiej strony buńczuczne oświadczenia Rosji okazały się dużo na wyrost. Rosja nie zaangażowała nawet swojego systemu obrony przeciwlotniczej, który ma tam służyć obronie baz. A więc Tomahawki zostały "wzięte na klatę" i tak na dobrą sprawę trudno dowiedzieć się jakie szkody poczyniły.
Tymczasem Stany Zjednoczone grożą obłożeniem Kremla kolejnymi sankcjami, oznacza to jedynie przyspieszone wpychanie Moskwy w eurazjatycki układ z Chinami. Nawiasem mówiąc, czy ktoś przedstawił może analizę wpływu dotychczasowych sankcji na gospodarkę rosyjską? Zdaje się że rozwija się ona bardzo dobrze obracając ku chińskim towarzyszom. A Putin dogaduje się z natowską Turcją "w sprawie pokoju w Syrii" bez Amerykanów i Izraela.
Wszystkie te podrygi amerykańskiej polityki zagranicznej, niekonsekwencje Trumpa, który wymienia doradców jak rękawiczki, zapowiada wycofanie sił amerykańskich z Syrii (ku oburzeniu izraelskiego "sojusznika") tylko po to, by następnie odpalić sto tomahawków, świadczą o tym, że żyjemy w naprawdę niebezpiecznych czasach, a nasz amerykański wieloryb pływa w coraz płytszej wodzie, coraz bliżej plaży.


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

Ostatnio zmieniany niedziela, 15 kwiecień 2018 20:09

Cały problem polega na tym, że Amerykanie w momencie tego zenitu swojej potęgi zaczęli prowadzić wojnę z terrorem, który nie jest istotny dla dominacji w systemie międzynarodowym. Kwestie terroryzmu, gdzieś na peryferiach, nie są istotne dla dominacji. Amerykanie poświęcili temu za dużo energii, czasu, i o ile państwo amerykańskie było stać na te wojny, to przede wszystkim atencja strategiczna, która została zabrana, spowodowała przespanie momentu wzrostu Chin. Dżin wyszedł z butelki.

Kto bliżej się przyjrzy tej mapie, to będzie mógł dostrzec pewne prawidłowości.  

        Kiedyś wspominałem o możliwości wojny handlowej chińsko-amerykańskiej. Gdy kiedyś się zaczęło mówić o tym, trzy – cztery lata temu, była to pełna abstrakcja. 

        Przecież przeżywaliśmy erę globalizacji i wymiany towarowej, w nauce znaną jako drugą erę globalizacji, bo pierwsza była od XIX w., gdy Wielka Brytania ustanowiła i była zainteresowana w tym, żeby globalny handel się rozwijał w sposób nieograniczony, było to wówczas z korzyścią dla imperium morskiego brytyjskiego. Mieliśmy później, w XX w., po zimnej wojnie, okres drugiej ery globalizacji, z tym wszystkim, co nam się tak dobrze kojarzy, właśnie z chińskimi podróbkami, z chińską produkcją; z tym że towary kiedyś były produkowane przez rzemieślników w Europie, raptem zakłady rzemieślnicze zniknęły i  z dalekich miejsc produkcji, do świata zachodniego, w tym do nas, były sprowadzane te towary. 

        No i ten świat się właśnie kończy, jako że najwyraźniej – gdy mówię te słowa, to od kilku dni mamy decyzją prezydenta Trumpa wprowadzony reżim taryfowy, który rozpoczyna – zobaczymy, jak to się dalej potoczy – ale rozpoczyna, moim zdaniem, łamanie wolnej wymiany towarowej na świecie. Wyraźnie zapadają decyzje mające na celu rewizję globalnego ładu, globalnego systemu wymiany gospodarczej, bo Amerykanie uznali, że pomimo tego, że są architektem tego ładu, pomimo tego że korzystali znacząco na tym ładzie przez kilkadziesiąt lat, od jakiegoś czasu zaczęli na nim tracić. Przede wszystkim do Chin, też do Niemiec, ale przede wszystkim do Chin, i jest to nie do utrzymania na dłuższą metę. 

        Oczywiście z tą decyzją będą związane tarcia. I ta decyzja bezpośrednio dotyczy Polski, więc nie bez kozery o tym mówię.

        Postaram się to wyjaśnić od samego szczytu, dlatego że to są historyczne chwile, dlatego że wprowadzenie początkowych taryf, później rozszerzenie tego o kwestie własności intelektualnej, jakiś rewanż ze strony Chin, powodują również napięcie w stosunkach z Europą, o czym też słyszymy w środkach masowego przekazu. 

        Za chwilę może się pojawić próba koalicyjna państw europejskich z Chinami, w szczególności Niemiec, mająca na celu obronę globalnej wymiany towarowej, który to ład służy głównym eksporterom, czyli Chinom i Niemcom, a nie służy Stanom Zjednoczonym.

        Wczoraj bodajże rano też mieliśmy przełomowy moment w historii gospodarczej świata, dlatego że po raz pierwszy powstało wyzwanie dla petrodolara. Otóż na giełdzie w Szanghaju zaczęto rozliczać tzw. futures, kontrakty przyszłe od września 2018, w juanach. I spotkało się to z żywą reakcją rynku, to znaczy rynek kupował te kontrakty. 

        Mamy więc do czynienia z kilkoma zjawiskami jednocześnie, coraz większą wielobiegunowością, próbą przeciwdziałania temu przez obecne kierownictwo Trumpa w Stanach Zjednoczonych. 

        Jednocześnie zbiegło się to, w mojej ocenie, z bardzo niepokojącą sytuacją. Otóż dymisję otrzymał Tillerson i McMaster, dwóch dosyć istotnych ludzi w Waszyngtonie, sekretarz stanu i doradca do spraw bezpieczeństwa w Białym Domu. 

        Przychodzi nowa ekipa, o której się mówi – zobaczymy, jak to będzie – że jest bardziej jastrzębia. No i mamy do czynienia z bardzo niepokojącą sytuacją. Mackinder opisywał to w swoich dziełach w sposób niesamowicie proroczy, gdy wspominał, że Wielka Brytania musiała zejść z drogi wolnej wymiany gospodarczej, bo groziło to jej unicestwieniem potęgi gospodarczej. Nie było innej drogi, dlatego że jej towary przestały być konkurencyjne na rynkach globalnych, traciły na rzecz Niemiec w szczególności. 

        I mamy do czynienia z bardzo podobną sytuacją, dlatego że Amerykanie, stworzywszy system – i trzeba im oddać – nie tylko była to genialna strategia, nie tylko kotwicząca interesy amerykańskie w Eurazji, nie tylko potwierdzająca status supermocarstwa jako głównego gwaranta bezpieczeństwa, jako głównego emitenta waluty, jako głównego supermocarstwa handlowego, jako głównego rozgrywającego w strukturze ładu, w instytucjach świata, w WTO, w Banku Światowym, Międzynarodowym Funduszu Walutowym; jednocześnie ta rola Stanów Zjednoczonych była tak istotna, że Amerykanie rzeczywiście jako hegemon stworzyli świat, gdzie nie było koalicji balansującej, zwłaszcza po 1991 roku. Co jest ewenementem w historii świata.  

        Okres rozpoczęty po upadku Związku Sowieckiego do roku 2008–2009 będzie wspominany jako złota era ludzkości, dlatego że naturalnym zjawiskiem jest to, że jeżeli ktoś ma tendencje do dominacji, to przeciwko niemu, po to żeby nie narzucał reguł gry wszystkim, i w życiu, i w biznesie, i w polityce międzynarodowej  – tworzą się koalicje balansujące jego potęgę.

        Po 91 roku, wbrew zapowiedziom wielu, ten świat jednak nie powstał jako koalicja balansująca po upadku Sowietów przeciwko Stanom Zjednoczonym, Amerykanie utwierdzili swoje zwycięstwo, wzmocnili jeszcze swoją obecność, swoje sojusze w Azji i w Europie, czyli w dwóch miejscach głównych w rimlandzie europejskim i azjatyckim, czyli w rimlandach eurazjatyckich, rozszerzyli jeszcze ten perymetr między innymi o Polskę, o państwa byłego Układu Warszawskiego, czyli o państwa zewnętrznego imperium sowieckiego, poszerzając strefę wolnego handlu, wpływu kapitałów, otworzyli sobie rynki na penetrację kapitałową, na wpływy polityczne itd. 

        To jest właśnie Balcerowicz, to jest otwarcie nasze, to są reformy, cała ta transformacja. 

        Za tym poszło NATO, za tym poszły instytucje świata morza. Nawet wówczas, w latach 90., uważano, że również Rosja zostanie absorbowana do tego systemu, stąd napięcie w czasach jelcynowskich – bo Rosja immanentnie nie chce siły geopolitycznej w Rosji samej w sobie. Nie chodzi o ludzi, tylko napięcie wewnętrzne, jakie się tam wytwarza, instynktownie nie chce przystąpić do tego świata. 

        Smuta jelcynowska była wynikiem tarć, oddziaływania tych sił. Ostatecznie wraz z dojście do władzy Putina rozpoczął się nawrót w kierunku geopolitycznego lądu i wypychanie wpływów amerykańskich na całym perymetrze rosyjskim, z punktem kulminacyjnym, czyli wojną gruzińską, wojną ukraińską, nawet teraz na Bliskim Wschodzie, w Syrii itd., i rywalizacji na całym pomoście bałtycko-czarnomorskim. Tej wojnie nowej generacji, tej wojnie o wpływy od Zatoki Ryskiej po Zatokę Odeską, gdzie my jesteśmy położeni, gdzie dawna Rzeczpospolita, nasz konstrukt geopolityczny jest usadowiony. 

        Amerykanie również liczyli, że Rosja zostanie absorbowana, ale za Putina odmówiła tego i korzystając ze zwyżek ropy naftowej, zaczęła się wzmacniać. Teraz oczywiście jest w kryzysie, ale się wzmocniła na tyle, że nie chce przystąpić na zasadzie perymetru świata morza, z dominacją Stanów Zjednoczonych. 

        Jednocześnie okazało się, że Amerykanie jednak obawy o to, które na przykład zgłaszał George Friedman, popularny w Polsce po 91 roku, że naturalna koalicja balansująca Stany Zjednoczone będzie oparta na naturalnych rewizjonistach wobec dominacji amerykańskiej, czyli Japonii i Niemczech, okazała się niesłuszna, chociaż byłoby to naturalne. 

        Otóż Amerykanie stworzyli i Niemcom, i Japończykom takie warunki rozwoju, zapewniając im dostęp do rynków poprzez otwieranie mórz i oceanów przez flotę amerykańską, że Niemcy i Japończycy uznali, że w ramach amerykańskiego prymatu ich gospodarka może się rozwijać w sposób optymalny. 

        Niemcy za to dostali oczywiście zjednoczenie, z czasem dostali za to rozszerzenie Unii Europejskiej, które bardzo wzmocniło państwo niemieckie. W tej chwili, po roku 2008/2009, mamy już trochę taki niepokój, dlatego że rzeczywiście mają nietożsame ze Stanami Zjednoczonymi interesy gospodarcze, bo są zainteresowane utrzymaniem starego systemu, za który – co tu dużo mówić – płacili Amerykanie, twierdząc, że oni opłacają szlak, flotę, marynarze amerykańscy strzegą wolności mórz. Amerykanie stworzyli ten system, w którym wy, chłopcy, zarabialiście. 

        Amerykanie w pewnym momencie zaczęli relatywnie tracić, nie tyle wobec Niemiec, tylko wobec Chin. Dlatego że najważniejszym game changerem, czyli zmienną, która zmieniła tę rachubę, było otwarcie Chin za Denga Xiaopinga, wielka podróż na południe, kolejne etapy, otwieranie wielkiej potęgi gospodarczej Chin, wzrost Chin, wreszcie przystąpienie na początku XXI wieku Chin do WTO, czyli całkowite otwarcie rynku amerykańskiego i generalnie włączenie w system globalizacji gospodarki chińskiej. 

        Jednocześnie Amerykanie zostali uśpieni swoją wszechogarniającą potęgą – przypomnijmy sobie, na początku XXI wieku Amerykanie nie mieli żadnego konkurenta, nie było żadnej koalicji balansującej, nie było żadnego jednego konkurenta, jak za czasów sowieckich, który by stawiał wyzwania czymkolwiek. W tamtym czasie Amerykanie mogli sobie robić z Kosowem, co chcieli, mogli sobie zrobić z Jugosławią, była wojna o sukcesję po Jugosławii, był pokój w Dayton, były wojska amerykańskie na Bałkanach, był Irak, były różne interwencje. Generalnie wydawało się, że  Amerykanie zdominowali ten świat i narzucają reguły.

        Dla państwa polskiego pokojowo, bo świat został poszerzony, my nie byliśmy na kursie kolizyjnym z amerykańskim imperium morskim, lubimy Amerykanów. Na dodatek lubimy wolny rynek, lubimy te wszystkie instytucje i nie musieliśmy niczemu  stawiać czoła, w związku z tym ten okres był bardzo korzystny dla rozwoju państwa polskiego i jego gospodarki, przy wszystkich minusach, o których mówię: przewagi kapitałowej zachodniej, otwarcia bezwarunkowego na kapitał, w związku z tym zmiany struktury społecznej. 

        Oczywiście minusem wszystkich narodów na wschód od Łaby, ale to wynika jeszcze z zapóźnień kilkusetletnich, była demograficzna zapaść, w tym sensie, że ludzie wyjeżdżali na lepiej skapitalizowane rynki zachodnie, i to jest problem, z którym trzeba się będzie zmierzyć, ale to jest temat na oddzielny wykład.

        Cały problem polega na tym, że Amerykanie w momencie tego zenitu swojej potęgi zaczęli prowadzić wojnę z terrorem, który nie jest istotny dla dominacji w systemie międzynarodowym. Kwestie terroryzmu, gdzieś na peryferiach, nie są istotne dla dominacji. Amerykanie poświęcili temu za dużo energii, czasu, i o ile państwo amerykańskie było stać na te wojny, to przede wszystkim atencja strategiczna, która została zabrana, spowodowała przespanie momentu wzrostu Chin. Dżin wyszedł z butelki.

        Gdy w 2008–2009 roku Amerykanie sobie zaczęli zdawać sprawę z tego, że Chińczycy są bardzo mocni, to, po pierwsze, dalej jeszcze nie wierzyli, bo dalej wszędzie, we wszystkich instytucjach rządzili, nadal mają najsilniejsze wojsko, nadal gospodarka amerykańska była najsilniejsza i dolar oraz system sojuszy. Właściwie wydawało się, że wszystkie pozycje są dalej dobrze zajmowane. 

        Ale Chińczycy dalej rośli. Już słyszymy od wielu lat o tym, jak to chińska gospodarka ma upaść lada moment. Ja słyszę to już od dziesięciu lat, inni, starsi ode mnie, słyszą to jeszcze dłużej. Na razie nie upada i rozwija się bardzo dobrze. 

        Stąd był pivot na Pacyfik, to znaczy Obama ogłosił, że będzie zmiana kierunku myślenia, czyli tak jak za czasów II wojny światowej Roosevelt powiedział, że Europe first czy Germany first, najpierw Amerykanie mówią, mają Pacyfik i Europę, najpierw załatwimy Niemców, później Japończyków. To teraz, w związku z tym że Pacyfik jest ważniejszy od Europy, to Amerykanie chcą najpierw załatwić Pacyfik, dlatego że czują, że w Europie i tak jest nieźle, a Rosja jest słaba. To też ważna kwestia dla naszej perspektywy geostrategicznej, odrębny temat.

        Chińczycy nie odpuścili po pivocie, dalej byli centrum globalnej wymiany gospodarczej, dalej gospodarka rosła w sposób przygniatający. Amerykanie dalej mieli zły bilans handlowy, no i zaczęli czuć, że niestety – to jest bardzo ważne, co zaraz powiem – w ramach tego systemu, który istnieje – myślę, że każdy z nas w życiu też przeżywał taki moment refleksji, że ten układ, który zawarł z kimś, służy komuś, a nie tobie; wydawało się, jak go zawieraliśmy, że był dobry, ale okoliczności się zmieniły po prostu, odpadły pewne bieguny, podstawy, tak to jest, bo się różnimy, ktoś jest wyższy, ktoś jest niższy, tak się w życiu układa – no i Amerykanie najpierw trochę nie wierzyli, później żądali, bo jesteśmy architektem, wy, Chińczycy, my wam stworzyliśmy takie warunki rozwoju, to słuchajcie nas.

        Ale, niestety, w życiu nigdy tak nie jest, że są wdzięczności za coś. Już nie mówiąc, że jest coś takiego, co Mackinder nazywał going concern, czyli jak się jest szefem firmy, państwa, imperium, nie można sobie zmieniać tego kierunku ot tak, bo się ma miliony ludzi, którzy w pewnym modelu comiesięcznym żyją, funkcjonują, chodzą do fabryki, muszą coś produkować, żeby dalej mieć pieniądze w następnym miesiącu, są zamówienia itd. 

        Ta presja na przywódców jest tak ogromna, że nie jest łatwo zmienić kierunek rozwoju danej gałęzi przemysłu czy czegoś. To jest dramat, taki przywódca jest obalany często. Ten mechanizm jest bezwzględnie okrutny i silniejszy od decyzji ludzkich, zwłaszcza w krajach bardzo dużych ten mechanizm jest tak okrutny. Ten mechanizm, going concern – ja go przetłumaczyłem w swojej książce na rosnący niepokój – prowadzi do konfliktów. I ten mechanizm właśnie nastąpił teraz. W Trumpie, jakkolwiek nazwiemy, czy ten człowiek samodzielnie podejmuje decyzje, czy kierownictwo jakieś podejmuje, nastąpił niepokój, że ten system jest nie do utrzymania i trzeba go zerwać. 

        Chodzi o to, że zerwanie takie jest bardzo bolesne, dlatego że mamy przecież WTO, które sami stworzyliśmy, i teraz sami chcemy je zrywać. Mamy zasady wolnego handlu, które stworzyliśmy, bo nam służyły wtedy, a teraz nam nie służą, więc chcemy je zerwać. Tu chcemy narzucić rozwiązania Europie, tu chcemy odejść od zielonej energii, stąd mamy tę kwestię paryską, mamy kwestię węgla, mamy kwestie różnych rzeczy, które powodują łamanie tych uzgodnień, tego ładu. Mamy zmuszanie Niemców, mamy grożenie taryfami, wreszcie mamy taryfy. 

        Muszę powiedzieć, że jestem trochę przejęty tym, że to się rzeczywiście zaczyna dziać, i niepokoi mnie, co będzie dalej.  

        Co więcej, nie bardzo widzę, jak można wyjść z tej sytuacji. Gdy obserwowałem kampanię prezydencką w Stanach Zjednoczonych i pisząc książkę, byłem przekonany, że Amerykanie odpuszczą, że się jakoś dogadają z tym ładem światowym i z Chińczykami, bo nie da się już tego powstrzymać bez jakiejś ostrej kolizji. Nie wyobrażałem sobie mimo wszystko, że może dojść do takiej kolizji.

        Jak Trump zostawał prezydentem i mówił, że trzeba te taryfy wprowadzić, myślałem sobie, że Amerykanie wybrali jednak ostrą konfrontację. Później oczywiście Trump się borykał z establishmentem, co nie jest proste, bo to nie jest tak, że prezydent o wszystkim decyduje, ale przepycha tę agendę, później Chińczycy mu zrobili tzw. sideshow, dystrakcję z Koreą Północną, podczas gdy od razu powinni się zająć kwestią bilansu handlowego z Chinami. 

        Teraz wygląda na to, że to się zaczynać dziać, czyli Amerykanie nie odpuszczają, do czego namawiają ich na pewno Niemcy, kto wie, kto jeszcze, ale nie odpuszczają. 

        Teraz kluczowe pytanie jest, czy naprawdę mają siłę, żeby to wygrać? Moim zdaniem, nikt na świecie nie jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie, chociaż roi się wszędzie od tych, którzy są w stanie przewidzieć, kto bardziej lub mniej ucierpi.

        Moim zdaniem, gdyby wybuchła prawdziwa wojna handlowa między Stanami Zjednoczonymi a Chinami, to nigdy jeszcze w historii świata nie mieliśmy do czynienia z takim wydarzeniem. 

        To są gigantyczne gospodarki. Jeden przykład. Amerykanie są wciąż bardzo wielką potęgą przemysłową, produkują więcej stali rocznie niż w 1945 roku, gdy kończyli produkcję na potrzeby wojenne i jeszcze produkowali na potrzeby sojuszników, w tym Sowietów nawet, nie mówiąc o tym, że produkowali wielokrotnie więcej niż Niemcy, Japończycy razem wzięci. Byli maszyną produkcyjną świata wolnego, świata Zachodu, a teraz produkują jeszcze więcej stali rocznie. 

        Ale Chińczycy mają taką skalę, że produkują w tej chwili kilkanaście razy więcej stali niż Amerykanie. To pokazuje skalę Państwa Środka. A aluminium, też objętego taryfami, produkują, z tego co pamiętam, 22, 23, a może 24 razy więcej niż Amerykanie. Mało tego, jeżeli wspomina się, że na Japończykach też zastosowano pewne rozwiązania celne w latach 80., Japończycy byli uzależnieni od Stanów Zjednoczonych w zakresie bezpieczeństwa, wojska amerykańskie stacjonowały w Japonii, Japonia była u bram Związku Sowieckiego i Chin, całkowicie zależna od USA. 

        Chiny nie są zależne od USA i nie są sojusznikiem USA, a amerykańskie wojska nie stacjonują w Chinach. Mało tego, Chiny są centrum wymiany gospodarczej światowej i wszyscy handlują z Chinami. Nie wiem, jak to mogłoby się potoczyć...

        Co więcej, co sojusznicy europejscy na to powiedzą? 

        Na dodatek Chińczycy, jak wiemy, budują Nowy Jedwabny Szlak, który ma minąć wszystkie morskie punkty miękkie, jak Malakka i cieśniny Riukiu i inne, żeby Amerykanie nie mogli mieć lewara na interesach chińskich. 

        Innymi słowy, są same znaki zapytania. Wydaje mi się, że porównywanie tego do ceł, które Amerykanie nakładali na Rosję czy sankcje ekonomiczne na Rosję czy Iran, czy na Japonię nawet, to tamto to było przedstawienie, z całym szacunkiem, w Rawie Mazowieckiej, ale wojna handlowa z Chinami to będzie Teatr Wielki w Warszawie. 

        Jestem też bardzo ciekawy, jak w takiej sytuacji zareaguje Rosja. Nie wiem, szczerze mówiąc, co oznacza teraz ta solidarna akcja znaczącej części państw Zachodu wobec Rosji, wobec tej kwestii chemicznej, jakie to spowoduje napięcia w głowach przywódców na Kremlu i w szczególności Chin, ale na pewno jest to na rękę Chinom.

        W tym kontekście pamiętałbym również o słowach Angeli Merkel, która już kilkakrotnie w kontekście Trumpa, jego wizyt w Europie, jego napominania o potrzebie większych wydatków, o składaniu się na obronę, jednocześnie jego wycofywaniu się z traktatu paryskiego, mówiła, cytat ogólny, niedosłowny z Merkel, że Europa powinna wziąć sprawy we własne ręce, że Amerykanie nie są już architektem bezpieczeństwa, że teraz nie chcą dalej wspierać wolnej wymiany gospodarczej światowej i Niemcy muszą coś z tym zrobić. Wystarczy przesłuchać polityków niemieckich w ostatnich dwóch latach, co mówią na temat Amerykanów i właśnie wymiany gospodarczej. 

        Jest to na pewno, z jednej strony, bardzo ciekawe, jak się Polska do tego ustawi. Dlaczego? 

        Są dwie podstawy polskiej geopolityki. U podstaw polskiego myślenia geopolitycznego jest, jak zachować życie na przestrzeni między Bałtykiem a Karpatami, jakąś niezależność oraz żeby ta przestrzeń należała i była obsługiwana przez polityków w Warszawie, a nie przez innych polityków, w Moskwie zwłaszcza czy w Berlinie.

        Do tego, żeby to osiągnąć, cała polska myśl geopolityczna XIX wieku szuka siły. Gdybyśmy oczywiście byli imperium, jak w czasach I Rzeczpospolitej, to tej siły szukalibyśmy u siebie, w naszym obszarze rdzeniowym Wisły i Warty, jego produktywności, fiskalności, sił zbrojnych, które jest w stanie demografia wyprodukować, kierownictwo polityczne wykształcić, na tym opieralibyśmy swoje siły. 

        W sytuacji, gdy państwa polskiego nie było albo później było słabe, siłą rzeczy poszukujemy sił zewnętrznych. Szukaliśmy za czasów napoleońskich, ze skutkiem takim, jaki był, szukaliśmy później, w czasach I wojny światowej, szukaliśmy trochę w czasie międzywojnia, no i później nie szukaliśmy, bo byliśmy państwem satelickim, zewnętrznym imperium sowieckiego, no i oczywiście po 89, a w szczególności po 91 szukaliśmy w instytucjach Zachodu, w Unii, a zwłaszcza w NATO. I teraz mamy taki moment, że NATO jest, jakie jest, politycy polscy wyczuwają, że jest duża różnica zdań między politykami europejskimi, kontynentalnymi a Stanami Zjednoczonymi, trochę się łamie ten system globalny, no i znowu zaczynamy odwieczną grę.

        Przechodzimy do drugiego pytania. Pierwszym było to, jak spowodować, żeby ta przestrzeń była rządzona z Warszawy w oparciu o jakąś siłę zewnętrzną, i poszukiwaliśmy Napoleona, zewnętrznego balansera, mocarstw zachodnich, które wygrały w I wojnie, Wielkiej Brytanii, później Stanów Zjednoczonych. A drugim pytaniem było to, jak spowodować, żeby Rosjanie tu nigdy nie wrócili, jak ich pokonać itd.? Dlatego musieliśmy mieć politykę wschodnią, czy to imperialną, za starych, dobrych czasów I Rzeczpospolitej, gdy mówiąc wprost i bez ogródek,  mieliśmy swoje obszary buforowe między obszarem rdzeniowym imperialnym wokół Moskwy a obszarem wokół Warszawy i Krakowa, nad naszą słodką Wisłą, która jest kręgosłupem państwa polskiego i zawsze będzie. Chodziło o to, żeby mieć te obszary buforowe. W szczytowym okresie imperium lądowego I Rzeczpospolitej było osiem obszarów buforowych, które kolejno oddawaliśmy w kolejnych wojnach czy w wyniku innych wojen, począwszy od Inflant, Kurlandii, przez obszar Niemna i Litwy właściwej, bramę smoleńską, Zadnieprze, Przeddnieprze, czyli Wołyń, Podole i Kijowszczyznę, aż skończyło się, że Rosjanie byli na Bugu, a raczej bliżej, między Bugiem a Wisłą, czyli już w obszarze rdzeniowym Wisły i Warty.

        Jak poszukiwać tej przestrzeni? Jak powiedziałem, w I Rzeczpospolitej polegało to na tym, że po prostu mieliśmy podporządkowane te przestrzenie aż do ziemi czernihowskiej, aż do bramy smoleńskiej, aż do rzeki Ogry, aż do Starodubow pod samą Moskwą, pod obszar rdzeniowy rosyjski, i to wtedy Rosjanie się bali naszej dominacji, bo mogliśmy ich szybko zakończyć. 

        Z czasem, w XVII w., w wyniku różnych rzeczy kolejno traciliśmy te obszary buforowe, ostatecznie w czasie rozbiorów. I od tej pory jest problem. W roku 1919 instynktownie nasi przywódcy, ale też byli wychowani jeszcze na myśleniu o przestrzeni międzymorza, o konstrukcji Rzeczpospolitej; dla wszystkich nich, również Dmowskiego, również Stronnictwa Narodowego, które pomimo tego, że miało tę swoją wizję korporacyjną, też w sposób naturalny czuło, że właściwymi granicami obronnymi przestrzeni jest obszar między Dźwiną, Dnieprem a obszarem rdzeniowym państwa polskiego, Karpatami i Bałtykiem. 

        W związku z tym w sposób naturalny, gdy się pojawiło coś takiego, co się nazywa w strategii pułapką Kindlebergera, czyli próżnia. Po pokoju brzeskim 18 roku, Niemcy przegrywając później na jesieni na zachodzie, zaczęli odpuszczać, powstała próżnia bezpieczeństwa, Rosja przegrała w 17 roku wojnę, bolszewicy jeszcze nie zajęli, był pokój w Brześciu i generalnie pojawiła się na całym pomoście bałtycko-czarnomorskim próżnia bezpieczeństwa. Nie możemy sobie tutaj czekać w Warszawie czy w Krakowie na to, co się tam będzie działo, dlatego że jest to pole bezpieczeństwa państwa polskiego. Jak przeciwnik jest już na Bugu, to już jest game over. I był, i dlatego PRL był game overem, bo generalnie Rosjanie już później byli na obszarze rdzeniowym. 

        W związku z tym instynktownie nasze wojska organizujące się szły na wschód, zajmując kolejne linie rzek, aż sięgnąwszy Dźwiny, Dyneburga bodajże w styczniu 1920 roku. A później wręcz zachęceni słabością Rosji oraz tym, że Niemcy się wycofywali i byli słabi, czyli nasi dwaj wrogowie zostali kompletnie pokonani, mogliśmy na nowo stworzyć przestrzeń dla państwowości i mieć przestrzeń buforową dla konsolidacji państwa polskiego. Piłsudski czy inni wymyślili koncepcję, generalnie kierownictwo wymyśliło to, żeby powstała Ukraina jako obszar buforowy, z odebraniem Sowietom żelaza Krzywego Rogu, Donbasu i być może nawet z przecięciem Powołża, aż po Kaukaz, w myśl takiego prometeizmu, narody Kaukazu też jak gdyby zdobyły niepodległość. Stąd była wyprawa kijowska. To się nie udało.

        Obszar rdzeniowy ukraiński nie okazał się wystarczająco silny, żeby stać się obszarem rdzeniowym, więc mógł być tylko buforem, no i ostatecznie, po ciężkiej wojnie w 20 roku odepchnęliśmy na stare granice II rozbioru z lekką korektą na rzecz Polski takim półkrokiem, takim rozejmem, bo nie były to dobre granice obronne jak w I Rzeczpospolitej na Dnieprze, ani na bramie smoleńskiej. Ale generalnie mieliśmy jakąś politykę wobec Wschodu, koncepcja federacyjna upadła, ale mieliśmy trochę bufor, część z tych buforów została. Pakt niemiecko-sowiecki i tak to zlikwidował i generalnie wtedy państwo polskie nie jest w stanie istnieć.

        Dlaczego o tym mówię? 

        Dlatego że jeżeli amerykański system prymatu światowego upada, a tak jak powiedziałem na początku, w systemie prymatu amerykańskiego nie ma koalicji balansujących, dlatego że Amerykanie mają taką przewagę wojskową, gospodarczą, walutową, że nie pozwalali nawet na to i nikomu się nie śniło, każdy funkcjonował w ramach tego prymatu z wyjątkiem Rosji, nawet Chiny funkcjonowały, udając trochę, że funkcjonują. Gdy teraz się zaczną wojny handlowe, to się zaczną pojawiać koalicje balansujące. W sposób oczywisty muszą się pojawić, bo będą realizowane sprzeczne interesy. 

        Pytanie, co będzie z nami? Co zrobią Niemcy? I dlatego to ma znaczenie, że Niemcy po zjednoczeniu, będąc w Unii Europejskiej, wzmocniły swoją pozycję w ramach Unii poprzez instytucje unijne i w momencie, gdy Brexit naprawdę zafunkcjonuje, będzie dosyć naturalne, i to będzie tzw. Mackinderowski going concern, że na kierownictwo w Berlinie będzie wywierana presja na ekspansję gospodarczą w kierunku łatwych rynków Mitteleuropy. W związku z tym Niemcy będą umacniały swoją dominację gospodarczą kontynentalną, bo ich gospodarka jest po prostu bezlitośnie skuteczna, a jednocześnie musi mieć rynki eksportowe. Tak było przed II wojną światową, również w relacjach z Rzeczpospolitą, i tak było przed I wojną światową. 

        Niemcy po prostu uzależniają swoje otoczenie od swojej niesamowicie wydajnej gospodarki. Zresztą robią to tak jak Chińczycy w Azji i na Pacyfiku. 

        Już w tej chwili, moim zdaniem, istnieje napięcie pomiędzy kierunkiem wyboru geostrategicznego dla państwa polskiego. 

        Czy opieramy się na systemie kontynentalnym, nazwijmy to unią na kontynencie, z gospodarką niemiecką w centrum, z jakąś rolą Francji i my w tym systemie, czy jednakowoż odnajdujemy w sobie siłę taką czy inną i nie  budujemy tej koncepcji, lecz  koncepcję Trójmorza, w oparciu o sojusz ze Stanami Zjednoczonymi, ze wszystkimi tego konsekwencjami. 

        Moim zdaniem to jest główna oś sporu, polityczna. Dlatego że z kierunkiem geostrategicznym wiążą się linie zasobowe. To nie jest takie czcze, teoretyczne gadanie. Decyzja geostrategiczna dotyczy tego, gdzie identyfikujemy centrum zasobowe, które da nam siłę własnego państwa, pieniądze w związku z tym, rynki, rozwój gospodarczy i siłę wojskową, która umożliwi nam lepszy rozwój, czyli dobrego sojusznika itd. 

        Trzeba podjąć decyzję właściwą, optymalną dla własnego rozwoju. Czy w oparciu o Niemcy, imperium karolińskie, jakkolwiek to nazwiemy, ten konstrukt, który się powoli wyłania z kolejnych reform systemu unijnego, czy w oparciu o Stany Zjednoczone, o gaz skroplony, o port w Świnoujściu, o połączenie z morskim imperium USA, biznes z Ameryką, wojska amerykańskie, wspieranie przez Stany Zjednoczone naszego konstruktu, najlepiej jeszcze z Ukrainą, z Rumunią, z innymi państwami, które są zainteresowane sojuszem ze Stanami Zjednoczonymi. 

        Oczywiście, sojusz ze Stanami Zjednoczonymi ma dwa odcienie. Jeden to jest kwestia wojskowa. I on jest, wojska amerykańskie są, Amerykanie mają bezwzględnie najsilniejsze wojska w Eurazji. 

        Przy czym trzeba sobie powiedzieć, że siły wojska się nie liczy na zasadzie ogólnej i statystyk, tylko efektywnej siły zlokalizowanej na danym teatrze. I tu na pomoście bałtycko-czarnomorskim jest to dyskusyjne ze względu na modernizację sił Federacji Rosyjskiej; za Serdiukowa i Szojgu, wielką reformę armii rosyjskiej, która trwa od 7. – 8. roku, ze względu też na poważne problemy w Waszyngtonie z finansowaniem sił zbrojnych w Eurazji, na wyzwania Pacyfiku. 

        Jednocześnie jest kwestia roli Ukrainy, roli Rumunii, już nie mówiąc o Trójmorzu. Ja to nazywam wspólnotą państw wykluczonych w wyniku wielkich odkryć geograficznych. 

        Generalnie, Trójmorze to wspólnota państw na wschód od Łaby, które nie uczestniczyły w wielkich odkryciach, nie było w nich właściwych reform społecznych, kapitalizacji obrotu gospodarczego, w związku z tym sfeudalizowały się jeszcze bardziej, spetryfikowały stosunki społeczne oparte na pracy przymusowej i pańszczyźnie; dostawie smoły, ludzi i drewna na rynki zachodnie. I tak jest do dnia dzisiejszego.

        Więc sojusz z Amerykanami jest w tym sensie bezalternatywny w zakresie wojskowym, że to jest jedyna siła, która jest w stanie odstraszać Rosjan, których się boimy, tylko dobrze by było, żeby za tym naprawdę szła współpraca gospodarcza realna i żeby to jakoś nie antagonizowało Niemiec, i żebyśmy jeszcze na dodatek przeszli suchą nogą przez to, co się zaczyna dziać na świecie. Nie mam zielonego pojęcia, jak można przez to przejść suchą nogą i jak można do tego podejść. Zacząć chyba należy od tego, żeby sobie zdawać sprawę z tego, co się dzieje.

        To, o czym opowiadam, to jest hardware. Opowiedziałem o hardwarze, że to jest przestrzeń, w takiej przestrzeni się poruszamy. Monopolizujemy kierunki komunikacyjne, wraz z Ukrainą monopolizujemy ruch północ – południe i wschód – zachód w Europie, mamy przestrzeń, mamy konstrukty geopolityczne... 

        Terytorium Rzeczpospolitej jest ważne, to jest hardware. On jest odziedziczony po Zamoyskim, po Batorym, w tym żyjemy, do tego aspirujemy, to kształtuje naszą wyobraźnię. W naszej literaturze, w podświadomej naszej historii instynktownie jeździmy nawet na wschód, o tym myślimy w ten sposób. 

        Hardware, czyli przestrzeń, ta szachownica, na której się poruszają siły. Dlatego że polityka to nie są słowa, tylko użycie siły. W polityce ma znaczenie tylko siła, każdego rodzaju, i tylko siły hasają po tej szachownicy. Różnego rodzaju, wojskowe, ekonomiczne, lewary tak zwane, żeby realizować czyjeś interesy. 

        Dobrze, gdyby państwo polskie, jego obszar rdzeniowy, realizowało interesy pod obszar rdzeniowy państwa polskiego. To jest trudne w przypadku państw, które nie mają wystarczającej siły. Dlaczego o tym mówię? Dlatego, że w Polsce hardware jest naprawdę niezgorszy, nie jest zły, przestrzeń do polityki jest niesamowita. Już kiedyś o tym mówiłem, w czasach, kiedy byłem bardziej naiwny, że u nas wszystko samo rośnie, trawniki trzeba przycinać, a nie podlewać, to jest przestrzeń mlekiem i miodem płynąca. Woda, morze, lasy, wszystko jest, samo rośnie. Właściwe pory roku, sezonowość jak trzeba. Skomunikowanie rzekami, wszystko jak trzeba, na właściwym miejscu, północ – południe, wschód – zachód. Porównajmy chociażby do Izraela, który ma fatalne położenie w porównaniu do nas. 

        Natomiast software jest u nas strasznie cienki, oprogramowanie tego. Software to jest to wszystko, począwszy od myślenia, żeby był kapitał, stosunki gospodarcze, pamięć instytucjonalna w państwie – to nie jest nasza wina, zaborcy nas rozbierali – nie ma właściwej infrastruktury, która łączy i wykorzystuje potencjał tego hardware’u,  oczywiście też właściwego politycznego kierownictwa, obsługi kulturowo-intelektualnej, tego iunctim między starymi a nowymi czasy;  połączenia myślenia o naszej przestrzeni, konceptualizowania jej, z wykonywaniem jej potem pod interes obszaru rdzeniowego państwa polskiego, na tysiącach poziomów, w szkołach, we wszystkich miejscach. Też właściwego instrumentarium do realizacji tych obszarów obszaru rdzeniowego na zewnątrz, dlatego że jeżeli się spojrzy na świat i relacje w świecie – zwizualizujmy sobie to, że świat to są takie realizacje jak system nerwowy połączeń, one przebiegają drogami, wirtualnym światem, mailami, relacjami, kolacjami dyplomatycznymi, to jest taki świat układu nerwowego połączeń. Hardware mamy naprawdę niezły, ważne, żeby software dogonił swoim poziomem hardware, żeby temu odpowiadał, bo inaczej łatwo przez ten software przegrywać ten hardware; inni korzystają z zasobów tego hardware’u czy wykorzystują go. 

        Przestrzeń daje nam niesamowite możliwości. Nie idealne, sąsiedzi mogą na przykład tego nie chcieć, jak Rosjanie, nikt nam tutaj nie będzie ułatwiał. Natomiast jest to obowiązkiem – bo jest to przestrzeń nasza i trzeba się z tym zmierzyć. Gdybyśmy mieszkali na wyspie na Pacyfiku, też musielibyśmy się mierzyć z wulkanem, z przypływami, z tsunami i tyle, i odpowiednio do tego zaadresować. Też byłby hardware jakiś i do tego trzeba by było stworzyć software.

        Problem polega na tym, że widać, jaki software jest cienki. Jak się jedzie PKP w Polsce – już chyba nie ma tych map, które wisiały kiedyś w pociągach, jak wyglądała sieć kolejowa. Ja jeszcze pamiętam jak ona odzwierciedlała granice zaborów. Kilka lat temu dopiero połączono Warszawę z Wrocławiem drogą ekspresową. To jest wszystko ten software, który obsługuje przestrzeń, który integruje, komunikuje w odpowiedni sposób centra populacyjne, żeby interakcja była większa, żeby pieniądze rosły, żeby ludzie się zmieniali, dilowali, spotykali w kawiarniach, łączyli, tak żeby to stwarzało jak najwięcej pulsujących miejsc, które robią pieniądze. Wtedy ludzie się rozmnażają, ludzie imigrują, chcą tu żyć, itd., itd. Na tym to polega i tak jak mówię, wydaje mi się, że hardware jest bardzo ważny.

        W ciągu ostatnich 25 lat, pomimo obiektywnych sukcesów – przystąpienie do NATO było sukcesem, przystąpienie do Unii moim zdaniem też było sukcesem, generalnie nasz rozwój gospodarczy był nie najgorszy, wykształcenie polskiej młodzieży chyba też na przyzwoitym poziomie, bardzo wiele sukcesów tego okresu – chciałoby się jeszcze więcej z tego wycisnąć. 

        Dla mnie, jako osoby zajmującej się geostrategią, najbardziej smutny  był brak zrozumienia; może nie do końca w stu procentach prawdziwa interpretacja doktryny ULB Mieroszewskiego i Giedroycia, Ukraina, Litwa, Białoruś, czyli owszem, pogodzenie się z niepodległością państw posowieckich na Wschodzie. W naszym interesie było, żeby były one niepodległe, żeby powstały państwa odgradzające nas od Rosji, że zostaliśmy tylko na tym poziomie, dlatego że uważaliśmy, że siłą, która będzie realizowała politykę względem państw buforowych między Polską a Rosją, będzie siła Zachodu, ideologiczna, finansowa. Że my tak naprawdę z Zachodem będziemy robili tę politykę. I to, moim zdaniem, wydawało się fajne, bo ten Zachód miał niesamowitą siłę przyciągającą, ale w tej chwili już widać, że nie w pełni wykorzystano potencjał naszej polityki na Wschodzie. 

        Oczywiście, moglibyśmy dyskutować, ile mogliśmy sami, ale wydaje mi się, że mogliśmy więcej. Że w momencie, gdy tak się uzależniliśmy od tej polityki Zachodu, to po pierwsze, nie wytworzyliśmy żadnych swoich stref wpływów, własnych, pod nasz interes, ani na Białorusi, ani na Ukrainie. 

        Nie mamy żadnego wpływu na to, co się dzieje na tej przestrzeni, a na obszarach buforowych trzeba mieć wpływ. Niemcy mają na naszym, Izrael ma w Libanie i w Syrii, Amerykanie mają w swoim otoczeniu, po prostu silne państwa mają projekcję siły gospodarczej, bo są interesy, bo są inwestycje, bo są wpływy polityczne. Jak się ma silną armię, to się wszyscy trochę liczą z tą armią. Są inne różne rzeczy tajemne. 

        Druga rzecz, że staliśmy się zakładnikiem zmienności polityki Zachodu wobec tego obszaru, np. dilowania z Rosją potencjalnego, i nic nie możemy w tym zmienić.

        Po trzecie, staliśmy się niepotrzebni tym państwom, bo jeżeli one mogą z Berlinem albo z bardzo ogólnie pojętym Zachodem rozmawiać, jak Kijów czy Mińsk, to nas nie potrzebują. W związku z tym nie jesteśmy w formacie mińskim, innym normandzkim. 

        Przyznajmy, w 19, 20, 21 roku byliśmy w tych wszystkich formatach, bo musieli się wszyscy z nami liczyć na Wschodzie. I oby się to nam nie odbiło czkawką w tym sensie, że potrzebna nam jest ta przestrzeń, dlatego że na wielkiej przestrzeni, gdzie się kończy Europa Zachodnia, a zaczyna Europa Wschodnia, czyli wielki, wchodzący w Eurazję obszar Rosji, to my komunikujemy Europę Zachodnią z tym i nie da się, zawsze jest rywalizacja na obszarach lądowych, wielowymiarowa z Rosją. I nie daj Boże, gdy się będzie łamał ten konstrukt Zachodu, powstanie podział Zachodu, powstanie łamanie tego systemu, to będziemy sami z tymi problemami całego Wschodu, w zakresie bezpieczeństwa, już niezależnie do gospodarczych rzeczy. Też należałoby się na to jakoś przygotować, bo, niestety, nie będzie to proste. 

        Gdy pisałem książkę o Pacyfiku, najbardziej bałem się pułapki Tukidydesa, czyli właśnie wojny chińsko-amerykańskiej, wojny handlowej, gorącej. I co tu dużo mówić, to jest cały czas możliwe, wręcz coraz bardziej prawdopodobne. 

        Natomiast w przypadku naszego obszaru, najbardziej boję się o pułapkę próżni bezpieczeństwa, czyli Kindlebergera, czyli to co się wydarzyło po 18 roku na Wschodzie. Z jakiegoś powodu Amerykanie będą zainteresowani innymi kierunkami, będzie testowana ich obecność, ich zaangażowanie będzie testowane na tej przestrzeni przez Rosjan na przykład. A my, wcześniej nie wyprodukowawszy swojej podmiotowości gospodarczej, wojskowej itd., możemy nie być jak gdyby udziałowcem w tej rozgrywce. I to jest coś, co mnie niepokoi, i wydaje mi się, że powinniśmy się na to przygotowywać. I tak jak mówię, przydałoby się przez ostatnich 25 lat zbudowanie jednak tych wpływów, czyli mniej trochę chyba o demokracji na Białorusi, a więcej konkretnych wpływów na Łukaszenkę i jego otoczenie. Trochę mniej o demokracji na Ukrainie, ale konkretne rzeczy, połączenie obszaru gospodarczego Polski na przykład z Morzem Czarnym i obrót handlowy. 

        Powiem jeszcze jedną rzecz, otóż strasznie trudno przewidzieć, co się wydarzy dalej. Jeśli będzie wojna handlowa między Chinami a Stanami Zjednoczonymi, to świat automatycznie się podzieli na strefy, kto z kim. My oczywiście wiemy, w jakiej będziemy strefie, ale nie jestem pewien, co Niemcy zrobią ostatecznie, nie jestem pewien, co Unia Europejska zrobi ostatecznie, jakie zajmie stanowisko. Tak samo nie jestem pewien, jakie Rosja, więc na tym chciałbym zakończyć.

dr Jacek Bartosiak

wykład w Krakowskim Klubie Wtorkowym 

z 27 marca 2018

piątek, 13 kwiecień 2018 07:48

Czas, co mija

Napisane przez

ligeza        Dziesiąty kwietnia 2010 roku – plus 96 miesięcy, po dziesiąty kwietnia roku 2018. Osiem lat na drodze zbudowanej ze wspomnień kruczoczarnych i nadziei gorzkich.

A wszystko to zaglądając w okna otwarte na wieczność, wzdłuż drogi wiodącej w przyszłość nieznaną, u celu której odbudowa ukradzionej wielkości. Tak właśnie. Bo o tym, co w patosie zanurzone, bez patosu mówić się nie da. I czemuż miałoby się dawać? 

 

        JAK DŁUGO JESZCZE 

        Zatem wieczny odpoczynek racz Im dać, Panie, a światłość wiekuista niechaj Im świeci. Niech w pokoju odpoczywają, a odpoczywając, niech żywym odpoczywać nie dają. Pamiętamy i będziemy o Nich pamiętać – bo pamięć jest ważna. Celebra też jest ważna. Słowa są ważne, te wypowiedziane i te, których wypowiadać publicznie nie wypada, do których nawet nie wypada się przyznawać. I niepomyślane myśli też są ważne, skoro powinniśmy je pomyśleć, a powinności nasze zaniedbaliśmy. Zaś wszystko powyższe z tym koniecznym dopowiedzeniem, że sprawiedliwość wydaje się równie istotna. Cóż tedy ze sprawiedliwością? 

I zaraz to samo pytanie, by tak rzec w innym trybie, innymi słowami, pod innym adresem: panie prezydencie, panie premierze, panie prezesie. Proszę powiedzieć, a przez nas wybrani, macie obowiązek mówić do nas szczerze, proszę powiedzieć, jak długo jeszcze mielibyśmy czekać, by ludziom uwikłanym w tradycję zdrady narodowej, tym owiniętym w hańbę i nikczemność, nasz prezydent i nasz premier, i rząd także – czyli ekipa Dobrej Zmiany, dobrze zapamiętałem? – by wszystkim tym ludziom, powtarzam, odebrano wreszcie prawo do współtworzenia odrodzonej i niepodległej Rzeczypospolitej? 

 

        ZE WSPÓLNEGO ŹRÓDŁA 

        Do tego bowiem sprowadza się dylemat nie tylko tej nieszczęsnej ustawy degradacyjnej, ale każdej innej ustawy, a rozstrzygnięcie owego dylematu obrazuje nam, kim czyni rozstrzygający sam siebie, czyniąc to okazanie doskonalszym niż jakiekolwiek inne. Jak długo jeszcze mamy czekać, powtórzmy więc pytanie, bo czekamy cierpliwie, a w tych okolicznościach pokłady polskiej cierpliwości wcale nie wyglądają już na bezgraniczne. 

        Coraz więcej rozumiemy. Odnoszę wrażenie, że zaczynamy – mówię o wymiarze wspólnoty – że zaczynamy rozumieć coś, co inni rozumieli od zawsze. Dla przykładu: Alexis wicehrabia de Tocqueville, żyjący w pierwszej połowie XIX wieku francuski filozof polityki i polityk, w dziele zatytułowanym „O demokracji w Ameryce” wspomniał los Rzeczypospolitej A.D. 2018, wcale o Rzeczypospolitej nie wspominając. Poważnie. Proszę posłuchać tego: “Łatwo zauważyć, że nie ma społeczeństw, które mogłyby dobrze funkcjonować bez wspólnych przeświadczeń, lub raczej, że nie ma społeczeństw, które mogą bez nich istnieć. Dzieje się tak dlatego, że bez wspólnych idei nie ma wspólnego działania, a z kolei bez wspólnego działania istnieć mogą jednostki, ale nie społeczeństwa. Istnienie, a zwłaszcza dobrobyt społeczeństwa wymaga, by umysły wszystkich obywateli łączyło i trwale spajało ze sobą kilka zasadniczych idei. Ten stan rzeczy może zaś powstać jedynie w przypadku, kiedy wszyscy ludzie czerpią niektóre opinie ze wspólnego źródła”. 

 

        PO KROPELCE 

        Wystarczy. Na koniec pozwolę sobie tylko przypomnieć, co stało się przed tygodniem na Węgrzech. Otóż w niedzielnych wyborach parlamentarnych rządząca na Węgrzech koalicja Fideszu i Chrześcijańsko-Demokratycznej Partii Ludowej utrzymała większość konstytucyjną. Węgrzy odrzucili przyszłość oferowaną im przez kandydatów George’a Sorosa, pragnących zabrać im ich kraj. Tym samym wybrali tę jej – przyszłości – wersję, w której posiadają jedną tylko ojczyznę i przy tej jednej ojczyźnie trwają. W kontekście „trwania przy”, nasz prezydent okazał się kartą zbitą. Żeby nie powiedzieć fałszywą. „Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy” – powiedział, kończąc wystąpienie podczas uroczystości odsłonięcia pomnika na placu Piłsudskiego. Podobno w tym samym momencie, i bardzo łatwo mi w ten wypadek uwierzyć, państwo generałowie, a powiedzmy szerzej: ludzie dukaczewskopodobni, ze śmiechu aż uronili sobie po kropelce. Czy tam po parę. I wcale się tym nie przejęli. W przeciwieństwie do mnie. 

        Zastanawiam się, jak by tu temat podkreślić na czerwono, nie dystansując przy tym od kolokwializmów. Może tak: Andrzej Duda skumał się z tymi i tamtymi, i teraz ci i tamci Andrzeja Dudę dosiedli. I go wiodą. Czy tam wiozą. I powiozą go, żeby już zostać przy lejcach, i nawet go – jestem tego pewny – dowiozą. I wcale nie będzie to druga kadencja. Trudno uwierzyć, ale ledwie po dwóch latach czas Andrzeja Dudy przeszedł – i jemu też minie. 

Krzysztof Ligęza 

Kontakt z autorem: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

piątek, 13 kwiecień 2018 07:46

W Fundacji Kościuszkowskiej

Napisane przez

pruszynskiW Fundacji Kościuszkowskiej

        Część Żydów, jak moja koleżanka z piaskownicy Małgosia Rubel, pojechała nie do Wiednia, a do Danii. Tam też pojechało 58 byłych wysoko postawionych Żydów i Gomułka kazał im z funduszy wywiadu kupić sklepy i mieszkania.

Po rozpoczęciu się antypolskiej kampanii w mediach napisałem list do Fundacji, oferując odczyt pt. „Ile Żydzi Polakom zawdzięczają”.

        Od tego czasu zacząłem dostawać ich komunikaty, a nagle zawiadomienie, że będzie tam panel na temat Marca 1968 r. z podaniem osób do tego zaproszonych.

        Ponieważ byli to tylko ludzie związani z instytucjami żydowskimi, jak imć Żbikowski, który niedawno oświadczył, że łatwiej było Żydom przeżyć w koncentraku niż wśród Polaków, i żona głównego polakożercy imć Grossa, postanowiłem wybrać się tam, by prezentować polski punkt widzenia.

        W pięknej sali zebrało się do 90 osób, głównie powyżej 70. roku życia, i impreza rozpoczęła się prelekcją wspomnianego „prawdomównego” Żbikowskiego.

        Potem niczego nowego nie usłyszałem, ale zapomniano dodać, jakim cudem zaczął się Marzec.

        Po kilku wystąpieniach uczestników spotkania dorwałem się do głosu i mniej więcej powiedziałem:

        Nie powiedziano dotąd nic o genezie Marca, który był próbą obalenia Gomułki przez koterię żydowską wewnątrz PZPR oraz że Marzec dzieli się na cztery części:

        Marzec głównie polskiej młodzieży. Protestowała  przeciwko zaprzestaniu pokazywaniu sztuki „Dziady”, cenzurze i dyktaturze Gomułki. Moc z niej aresztowano, sporo wyrzucono ze studiów i ponoć 500 karnie powołano do wojska.

        Dalej był Marzec przeciętnych Żydów, którzy nie zajmowali wysokich stanowisk, a część ich dzieci nie zdawała sobie sprawy, że są pochodzenia żydowskiego.

        Był też Marzec „bananowych Żydów”, wysokich aparatczyków PZPR i państwa. To określenie pochodziło od tego, że uważano, iż ich dzieci jedzą drogie wówczas banany. Tych Gomułka kazał przenieść na niższe stanowiska z zatrzymaniem dotychczasowych wysokich zarobków, a dalej wszystkim Żydom dał prawo opuszczenia Polski.

        W wyniku tego wyjechało: 12 generałów, 200 pułkowników LWP. Podobna liczba wysokich dygnitarzy z MSW, których część zaczęła karierę w UB, 900 kadrowych pracowników KC i KM, dwóch wiceministrów, 50 dyrektorów departamentów w różnych ministerstwach, moc wicedyrektorów. Dalej, sporo prokuratorów, sędziów, dziennikarzy, profesorów.

        Był też Marzec Polaków. Ci nie mieli prawa wyjazdu i tego zazdrościli Żydom. Patrzyli z uśmiechem, jak jedne kanalie kopią drugie kanalie, choć moc Polaków stało się zwolennikami antyżydowskiej sitwy „Partyzantów”, czyli ludzi Mieczysława Moczara. Sporo też Polaków poszukiwało krewnych żydowskich, by móc opuścić „raj Gomułki”.

        W Wielki Czwartek spotkałem w kościele na Rakowieckiej 15 członków rodziny książąt Radziwiłłów i hrabiów Platerów, a po mszy zapytałem, dlaczego wszyscy na raz tu przybyli.

        Moja matka – powiedziała hr. Plater z domu Radziwiłł – zamówiła mszę za szczęśliwy wyjazd nas do Izraela, bo mąż miał babkę Żydówkę.

        Część Żydów, jak moja koleżanka z piaskownicy Małgosia Rubel, pojechała nie do Wiednia, a do Danii. Tam też pojechało 58 byłych wysoko postawionych Żydów i Gomułka kazał im z funduszy wywiadu kupić sklepy i mieszkania.

        Potem przeczytałem skrót listu Żydówki, pani Miler, która napisała do marszałka Sejmu Płażyńskiego, że Żydzi wyjechali dobrowolnie, zrzekli się obywatelstwa dobrowolnie i dostali odprawę. 

        Więc jaka to „krzywda”  im się stała i pomawianie narodu polskiego za exodus Żydów jest bzdurą.

        Próbowano mnie uciszyć, ale w końcu powiedziałem to, co chciałem, a pierwsza część imprezy zakończyła się recitalem pana Markowicza.

        Później rozmawiałem z prezesem Fundacji, któremu powiedziałem, że w okresie takiej nagonki na Polaków byłoby dobrze, bym mógł wygłosić mój referat.

        Prezes negował istnienie żydowskiej nawały ogniowej na Polaków i twierdził, że Fundacja robi bardzo wiele dla obrony dobrego imienia Polski. Gdy mu chciałem dać mą książkę pt. „Ile Żydzi Polakom zawdzięczają”, to powiedział, że ma wiele książek, które najpierw musi przeczytać, i nie reflektują na mój odczyt, bo nie będzie... słuchaczy.

        Ale dopiero jakby taki odczyt się zorganizowało, to okazałoby się, czy dostojny Prezes ma rację.

Aleksander Pruszyński

piątek, 13 kwiecień 2018 07:45

Do własnego organizmu

Napisane przez

michalkiewicz        Po zawetowaniu przez prezydenta Dudę ustawy „degradacyjnej” widać wyraźnie, że on sam jest trzymany na coraz krótszej smyczy przez starych kiejkutów, a wcześniejsze wycofywanie się rządu z uchwalonych niedawno ustaw pokazuje, że PiS został już spacyfikowany.

„Nie bądź mi nigdy wrogiem, kapryśnym tyranem, co się duszy radosnej przeciwstawiać sili. Noś mnie na rękach, ciało jasne i kochane i szanuj mnie nawzajem. A w ostatniej chwili, gdy nas ludzie odstąpią i zgaśnie nadzieja, wspomnij na tę umowę, przyjacielu drogi. Odejdźmy tak łagodnie, jak więdnie spirea, jak cichnie piosenka i jak kochanka serce oddaje – bez trwogi” – napisała Maria Pawlikowska-Jasnorzewska pod tytułem „Do własnego organizmu”. W jej przypadku organizm umowy nie dotrzymał  i podczas wojny umierała na raka w smutnym angielskim mieście Manchesterze. W moim przypadku było trochę inaczej; kiedy „w stanie ogólnym ciężkim” zostałem przyjęty na Oddział Ratunkowy warszawskiego szpitala na Solcu, najpierw zostałem obsztorcowany przez panią doktor za doprowadzenie organizmu do takiego stanu, ale potem zaczęły się rozmaite zabiegi, które organizm najwyraźniej przyjął z wdzięcznością, bo natychmiast zaczął zachowywać się lojalnie.

        Nawiasem mówiąc, pojęcie „stanu ciężkiego” bywa względne. Kiedy po ciężkim sztormie na Atlantyku m.s. „Piłsudski” zawinął wreszcie do Gdyni, ze statku zniesiono na noszach kapitana Mamerta Stankiewicza do czekającej już na nabrzeżu karetki. Przed umieszczeniem w karetce kapitan Mamert Stankiewicz  dał ręką znak, że chce coś powiedzieć odprowadzającemu go Karolowi Borhardtowi, który na „Piłsudskim” był pierwszym oficerem. „Znaczy – powiedział – mam niewyjaśnione dolegliwości żołądka – po czym nastąpiła długa lista innych przypadłości – ale znaczy poza tym jestem zupełnie zdrów!”

        Wylądowałem zatem w szpitalu, a ponieważ już wcześniej z powodu pogarszającego się samopoczucia musiałem odwołać swój udział w konferencjach i spotkaniach, wiadomość o tym rozeszła się „z szybkością płomienia”. „W każdym położeniu dziękujcie” – napominał św. Paweł. Wydawać by się mogło, że choroba nie jest akurat specjalnym powodem do wdzięczności, ale jakże tu nie dziękować za dar choroby, kiedy to właśnie ona wywołała eksplozję życzliwości, której echa docierają do mnie z prawie wszystkich kontynentów. Bardzo za to wszystkim dziękuję. „Duszy radosnej” więcej nie trzeba, a i organizm najwyraźniej się dostraja, co dobrze wróży dalszej harmonijnej współpracy.

        Tymczasem świat idzie naprzód, czego dowodem była warszawska wizyta niemieckiego owczarka Franciszka Timmermansa, który najwyraźniej – podobnie jak wcześniej uczyniła to Nasza Złota Pani – przyjechał zorientować się, w jaki sposób najlepiej Polskę zoperować. Odbył zatem szereg rozmów, od których właściwie powinien zacząć jeszcze w styczniu 2016 roku, kiedy to Komisja Europejska z jego wybitnym udziałem, wszczęła wobec Polski bezprecedensową procedurę badania stanu demokracji i praworządności. Od razu tedy widać, że o żadną demokrację ani o żadną praworządność tu nie chodzi, tylko o spacyfikowanie Polski. Wizyta Franciszka Timmermansa miała zatem na celu rozpoznanie, na których folksdojczów może liczyć i do jakich podłości który z nich jest zdolny. Tego zaś u nas nie brakuje, bo polskojęzyczna wspólnota rozbójnicza, chociaż oficjalnie propaguje skrobanki, to jednak dostarcza coraz to nowych pokoleń renegatów. Niedawno z cuchnących betów żydokomuny wyszedł śmierdzący dmuch w postaci protestu przeciwko pielgrzymce, jaką  na Jasną Górę mają odbyć środowiska narodowe. Najwyraźniej żydokomuna, wśród której znalazł się pan profesor Jan Hertrich-Woleński (kiedyś, za komuny, gdy działał w Stowarzyszeniu Ateistów i Wolnomyślicieli, żydowskiego nazwiska nie używał, widać zapomniał, ale teraz, skoro dla „ocalałych” szykuje się okres dobrego fartu, najwyraźniej musiał sobie przypomnieć), który wraz z panią prof. Magdaleną Środą wzywa przeora Jasnej Góry, żeby narodowców tam nie wpuścił. Najwyraźniej żydokomuna musiała uznać, że już może sięgnąć nawet na Jasną Górę. Ciekawe, że Żydzi, którzy sami organizują się na zasadzie nacjonalistycznej (Loża Zakonu Synów Przymierza przyjmuje tylko osobników z „żydowską  tożsamością”), podczas gdy w  krajach swego osiedlenia bez litości tępią nacjonalizmy narodów mniej wartościowych. Toteż nawet gdybym nic nie wiedział o polskich narodowcach, na widok listy sygnatariuszy pod wspomnianych protestem, poczułbym do nich odruch sympatii. Wprawdzie od każdej zasady bywają wyjątki, ale pomysł, by na wszystko to, co Żydzi energicznie zwalczają, spojrzeć z odrobiną życzliwego zainteresowania, wcale nie musi być taki głupi. 

        Po zawetowaniu przez prezydenta Dudę ustawy „degradacyjnej” widać wyraźnie, że on sam jest trzymany na coraz krótszej smyczy przez starych kiejkutów, a wcześniejsze wycofywanie się rządu z uchwalonych niedawno ustaw pokazuje, że PiS został już spacyfikowany. Jeszcze prezes Kaczyński może łudzić swoich wyznawców nadziejami na reparacje wojenne już nie tylko od Niemiec, ale i od Rosji, jeszcze może „dążyć” do wyjaśnienia tajemnicy smoleńskiej, jeszcze może nastawiać pomników prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu w każdej miejscowości – ale wygląda na to, że Naszej Złotej Pani, żydowskim organizacjom przemysłu holokaustu i – niestety – również części administracji amerykańskiej, udało się powyrywać PiS-owi kły i pazury, których, mówiąc nawiasem, wcale nie miał tak dużo. W tej sytuacji jedyna nadzieja, że nie dojdzie do najgorszego, to znaczy – do uchwalenia przez amerykański Kongres ustawy, która w Izbie Reprezentantów nosi numer 1226. Ponieważ Naczelnik Państwa, prezydent Duda i rząd zachowują w tej sprawie zagadkowe i niepokojące milczenie, jedyna nadzieja w Polonii Amerykańskiej, że jej desperacki lobbing w tej sprawie okaże się skuteczny. W przeciwnym razie „trup baronowo, grób baronowo, plajta, klapa, kryzys, krach!”. 

        Wracając do własnego organizmu, w którego głos muszę teraz bardziej wsłuchiwać się, niż dawniej, to muszę jeszcze zrobić porządek z sercem. To nie jest łatwe, bo wiadomo, że serce nie sługa, ale konieczne. Wprawdzie Prymas Wyszyński mawiał, że głowa jest wyżej niż serce, ale samą głową Polski kochać się nie da. Serce jest do tego konieczne, chociaż rzeczywiście, jest niżej niż głowa, zwłaszcza gdy stoi się na własnych nogach.

Stanisław Michalkiewicz    

piątek, 13 kwiecień 2018 07:34

Byłem w Polsce

Napisane przez

Rondo! Wizytówka polskich dróg i ulic. Wygląda na to, że bez rond nie ma kołowego życia. Wygląda na to, że bez rond nie ma życia w ogóle! Są rozumiane i lubiane. W Kanadzie rzecz mało znana. My mamy nasze skrzyżowania z czterema stopami. Taka nasza narodowa specjalność.

W Polsce rond jest bez liku. Małe, z wysepkami, po których można przejechać, z pasmem ruchu idącym przez wysepkę na wprost, wielkie ze światłami, podwójne, potrójne itd., itd. Co najważniejsze – zdają egzamin na piątkę!

        Na skrzyżowaniach kierowcy ruszają z kopyta! Zmiana świateł i jednoczesny pisk opon. Ma się wrażenie, że to start do jakiegoś niezapowiadanego wyścigu. Dym z palących się opon, ryk silników na wysokich obrotach – wszystko po to, żeby 500 metrów dalej hamować przed następnymi światłami. Tak jak przy wielu okazjach czuje się w tym jakieś napięcie, może chęć przekonania kogoś o lepszym, szybszym aucie, może o odwadze, przebojowości... kto to wie?

        Napięcie czuje się prawie wszędzie. Pieszy ma zawsze pierwszeństwo. Kierowcy zatrzymują się przed pasami nawet wówczas, gdy stojący na chodniku pieszy nie objawił żadnej chęci przechodzenia. I są z tego dumni. To jest grzeczność, którą jakimś sposobem wypracowali, a teraz egzekwują z całą „surowością prawa”. Piesi też o tym wiedzą i za niezatrzymującymi się kierowcami lecą kalumnie z ust szkolnych dzieci, kobiet i naturalnie mężczyzn. Krótko mówiąc – bez wyjątku.

        Motocykliści wykazują stalowe nerwy w czasie manewrowania pomiędzy dwoma pasmami ruchu. Trzeba przyznać, że są w tym dobrzy.

        Na autostradach jest groźnie. Same drogi są świetne, ale jadący nimi kierowcy – szczególnie ci na lewym pasie – są krwiożerczo niebezpieczni. Zbyt wolny, czyli jadący poniżej 140 km na godzinę kierowca – jest bez żadnego miłosierdzia zmuszany do ustąpienia. Auto jadące z szybkością kuli karabinowej zbliża się do niego z taką agresją, jakby w grę wchodziła personalna wendeta. Mrugające nerwowo światła, wrzask klaksonu, a przede wszystkim gniewne najeżdżanie szarpie nerwy i wprowadza niesłychanie niebezpieczne sytuacje. Prędkości dochodzące do 200 km na godzinę nie są rzadkością. Tak jest na drogach szybkiego ruchu, ale nie tylko.

        No więc napięcie. Nie umiem powiedzieć, jak to się dzieje, że czuje się je prawie na każdym kroku.

        Któregoś ranka poszedłem do małego sklepiku kupić nową kartę do mojego telefonu. Ku mojemu zdziwieniu ta, którą kupiłem dzień wcześniej, wyczerpała się.

        – Ciekawe – mówię do sprzedawczyni – wczoraj kupiłem kartę za 50 złotych, a dziś nie mam z niej nawet pięciu złotych...

        – Musiał pan dużo gadać...

        – Nie tak dużo, ale dzwoniłem za granicę – więc może dlatego?

        – Nieee, jak pan dzwonił do Unii, to w żadnym razie...

        – Dzwoniłem do Francji.

        – Aaa – do Francji – to co innego! Wie pan – to brudasy! Tam nauczycielki pieprzą się z uczniami... Z nimi to nigdy nie wiadomo! Dobrze, że pan tylko pięć dych stracił!

        – Co też pani mówi – co mają francuskie nauczycielki do mojego telefonu?!

        – Eee tam panie, czasu nie mam, to jak – chce pan tę kartę czy nie?

        Akurat w tym momencie wszedł starszy mężczyzna i dość bezceremonialnie wtrącił:

        – Francuzi to palcami żarli, zanim nauczyliśmy ich jeść widelcem! Zdrajcy i pedały!

        Sprzedawczyni poparła go z entuzjazmem.

        Jakoś zupełnie niechcący znalazłem się nagle po przeciwnej stronie barykady. Sprzedawczyni i starszy mężczyzna przestali się mną zajmować.

        Zaczynanie jakichkolwiek rozmów na tematy tzw. polityczne jest tak ryzykowne jak wejście do klatki z głodnymi tygrysami. Najlepiej unikać, ale czasem się nie da.

        Nigdy nie wiadomo, na kogo się trafi, i parę razy zostałem boleśnie przekonany, że trzeba bardzo uważać.

        Ciekawe, że wszyscy używają „brzydkich” słów i wcale się tym nie krępują. Za „moich czasów” wykropkowywano nawet niewinne dziś słowo d... ale to już bardzo odległa przeszłość.

        Jedzenie jest świetne. Wszędzie, gdzie byłem, było smacznie. Nie ma jak polskie żarcie! Schabowy z zasmażaną kapustą i kartoflami, tatarek z żółtkiem, a do tego pięćdziesiąteczka (a może nawet seteczka) wyborowej, gołąbki, pierogi w pierogarniach...   Byliśmy na warszawskiej Starówce w „Pysznych Pierogach” na Freta. Kelnerki jak malowanie. Wszystkie znały angielski, umiały zachwalić, doradzić, delikatnie skusić, podpowiedzieć... Jednym słowem, sama radość. Do pierożków można zamówić cztery kieliszki wódki podawane w rzędzie na małej deseczce. Nie mogłem od nich oderwać oczu, ale „byłem wozem”, więc nie dla psa kiełbasa. Swego czasu tak się mówiło: Nie piję, bo „jestem wozem” albo „furą”. Powiedzenie prawie zapomniane i chyba raczej – jak się teraz mówi – obciachowe! Słowo „obciachowe” można czasami (chyba) wymienić na „wiocha”, ale co do tego to nie jestem pewien. Trzeba uważać. Rozmawiałem z młodym człowiekiem, który w moim rozumieniu powiedział mniej więcej tak:

        – Trzeba uważać, bo potem będzie dziwka!

        Zupełnie nie wiedziałem, o co mu chodzi, ale dość szybko wytłumaczono mi, że nie chodzi o prostytutkę, a ja jestem głuchy i nie wiem, co się do mnie mówi.

        Zdanie brzmiało tak:

        – Trzeba uważać, bo potem będzie zdziwko!

        „Zdziwko”, czyli zdziwienie, a nie dziwka!

***

        W ciągu minionego roku byłem w Polsce pięć razy. Za każdym razem parę tygodni. Dziwna rzecz – bardzo słabo rozumiałem szybko mówiących młodych ludzi. I to – broń Boże – nie dlatego, że „w ziemi dalekiej stężał język mój i związały się wargi moje”! Nic z tych rzeczy! Po prostu nie mogłem ich zrozumieć. Mówili, nie otwierając prawie ust, niezmiernie szybko i niezrozumiale. Moja Żona skwitowała to tym, że jestem stary i głuchy. Na szczęście rozumiała ich lepiej, więc „zatrudniłem” ją na stanowisku tłumacza. Odtąd, gdy ktoś coś do mnie mówił, zwracałem ku Żonie pytający wzrok, a Ona z podziwu godną cierpliwością (oraz z pobłażliwym uśmiechem) tłumaczyła mi, o co chodzi.

        Na stacjach benzynowych spotykałem się z sympatycznym pytaniem:

        – Paragonik czy fakturka?

        Zaraz potem – gdy podawałem kartę – kolejne:

        – Zbliżeniowa?

        Najpierw wpadałem w małą paniczkę, ale tylko na chwilkę, bo Żona wyjaśniała co i jak.

        Po tych „paragonikach” pytano tak:

        – Batonik, kanapka, czekoladowy lizak, płyn do mycia szyb...???

        Fantastyczne! Byłem zachwycony! To jest właściwe podejście do klienta – entuzjazmowałem się, wracając do samochodu.

        No i alkohole na stacjach! To było dla mnie po prostu fenomenalne! Scotch (i to dobry!), koniaki, wódki, likiery, milion gatunków piwa, a do tego papierosy odkryte (nie tak jak w Ontario... ostatecznie czego tu się wstydzić?) – jednym słowem, żyć nie umierać!

        Nie widziałem pijaków. Nie tak jak kiedyś. Myślę, że pije się inaczej, no ale może się mylę – ostatecznie akurat na ten temat każdy ma swoją opinię. W sytuacji, gdy alkohol dostępny jest wszędzie i można go kupić 24/7, brak zataczających się i wymiotujących na ulicy pijaków jest miłym zaskoczeniem. Może pije się „po cichutku” w zaciszach domowych, a nie tak jak kiedyś, kiedy to wychodzący z knajpy pijak musiał ryczeć jak zraniony tur, wyć „Góralu, czy ci nie żal”, a potem uwalić się gdzieś pod murem i przechrapać do rana!

        Jeśli chodzi o knajpy czy raczej restauracje, to byliśmy tu i ówdzie, bo cały czas miałem jakieś zachciewajki. We wrześniu trafiliśmy na otwarcie Hali Gwardii! Targ z żywnością, restauracje, bary, wino, grzyby, sery i wędliny... Coś jak Mercado San Miguel w Madrycie, gdzie byliśmy parę tygodni wcześniej.

        Hala Gwardii i wiszące na ścianach zdjęcia dawnych sław bokserskich przywołały tyle wspomnień, że omal się nie popłakałem. Bywałem tu przecież tyle razy! W 1965 byłem tu na pokazowym meczu, który rozegrali polscy koszykarze z amerykańskim zespołem „All Stars”. Amerykanie przyjechali z takimi sławami, jak Bill Russell, Oscar Robertson, Bob Pettit, Bob Cousy i wielu innych. Spotkanie było szeroko zapowiadane i nastroje wśród warszawskich kibiców wrzały. Żeby dostać na nie bilet, stałem przez parę godzin w kolejce, która była „matką wszystkich kolejek” tak ze względu na długość, jak i gęstość! Staliśmy ściśnięci, prawie bez tchu, ale pilnujący swoich miejsc, jak lwice małych. Mimo tego krwawego poświęcenia może bym i nawet nie dostał się do kasy, gdyby nie mój przyjaciel Antek Sobótka, który zorganizował całą sieć ochrony kolejki i na spółkę z miejscowym „królewiątkiem” warszawskiej żulii trzymał porządek. Milicji jakoś nie było widać. Namiętnie zbierałem wtedy autografy. Jakimś cudem udało mi się dostać do szatni i wziąć autograf od paru zawodników – w tym od Russella. Byłem z tego dumny jak paw, a autograf stał się przedmiotem zazdrości wielu moich kolegów.

        Potem, gdy boksowałem trochę w KKS Polonia, zdarzyło mi się też być w Hali Gwardii. Także na „Szabli Wołodyjowskiego”, różnych zawodach, meczach i turniejach. Trudno zliczyć. Krótko mówiąc, po wejściu do tego starego, a dziś tak odnowionego miejsca poczułem lekkie ściśnięcie krtani... Boże – ile to już lat?!

        A market był imponujący!

        Zaraz potem zachciało mi się smażonych rydzów, więc po zasięgnięciu języka (w Google) i paru telefonach pojechaliśmy na Mokotów do małej, ale przytulnej restauracyjki „Zielnik” na Odyńca tuż koło osławionego parku Dreszera.

        Chodziłem do szkoły na Mokotowie – konkretnie na Naruszewicza – i wiele razy słyszałem o ponurej sławie tego parku. Chodzić tam wtedy po zmroku było proszeniem się jeśli nie o śmierć, to w każdym razie o zmasakrowanie buzi kastetami. Park Dreszera to były słowa, które w swoim czasie – na przełomie lat 50. i 60., wywoływały gęsią skórkę.

        W „Zielniku” jadłem moje wymarzone rydze. Były dobre, ale nie takie jak te, które robiono w moim rodzinnym domu na Podkarpaciu. Tam moja babcia smażyła je wprost na kuchennej blasze. Ogień buzował, „z popielnika mrugała na mnie iskiereczka”, a babcia odwracała rydze, sypała sól, ale nie za dużo, bo gdyby więcej, to „chybaby musiała pójść z torbami!”. Babcia miała bardzo surowy stosunek do pieniądza. Pamiętam, jak pytałem ją kiedyś, dlaczego nie robi jakiegoś tam ciasta, odpowiedziała ze zgrozą w oczach: „Chybabym Boga w sercu nie miała! Wszystko to na strasznych jajach, strasznej śmietanie!...”.

        Tak jakby te „straszne” jaja miały nas zrujnować!

        W „Zielniku” moja Żona jadła znakomitą zupę dyniową. Była zachwycona!

        Nie mogłem sobie przypomnieć tej restauracji z moich młodych lat, więc zapytałem kelnera, jak długo tu są. Odpowiedział, że baaardzo długo.

        – Baaardzo?

        – No bardzo – chyba od 2001 roku...

        Przypomniałem sobie, że w gastronomii czas liczy się trochę inaczej.

 

Marcin Baraniecki