Goniec

Register Login

piątek, 22 czerwiec 2018 15:57

Byłem w Polsce (11)

Napisane przez

Braniecki1918 01Czasami zastanawiam się, co w nas takiego jest, że lubimy jeździć! I nie mówię tu tylko o sobie! Przecież całe nasze pokolenie „baby-boomers” podróżuje jak nawiedzone, młodzi ludzie – tacy do czterdziestki – też jeżdżą, jakby nie było jutra! Rozmowy obracają się wokół tego, gdzie kto był, gdzie jedzie i gdzie by chciał pojechać. Podróżować! Podróżować! Oto co się słyszy! Wszędzie! Nieśmiertelne pytanie:

– Co będziesz robił na emeryturze?

I tak samo nieśmiertelna odpowiedź:

– Jak to co?! Będę podróżował!

Niektórzy wpadają w kompletną obsesję i o podróżach nie umieją już ani przestać myśleć, ani mówić! A przecież nie zawsze tak było. W moim rodzinnym miasteczku był stolarz Jakub, który w ciągu całego swojego życia tylko raz wyjechał z naszego miasteczka w podróż. To było jeszcze przed pierwszą wojną światową! Jak się u nas mówiło, „przed Wielką Wojną”. Jakby ta druga nie była jeszcze większa?!?

Jakub pojechał kolejką wąskotorową do Przeworska! Całe 40 kilometrów! Nasza „ciuchcia” pokonywała ten „ogromny” dystans w przeszło 3 godziny! Mój ojciec mówił, że ów stolarz opowiadał o tej podróży całe swoje długie życie! I co najważniejsze – miał co opowiadać! Bo życie w tamtych, zamierzchłych czasach płynęło wolno i leniwie, a atrakcje ograniczały się do kościelnych uroczystości, wesel, chrzcin i pogrzebów oraz – rzadkich pożarów czy wiosennych powodzi. Trzygodzinna podróż kolejką do Przeworska była więc niebywałym wydarzeniem!

Trzeba tu dodać, że na swojej trasie nasza kolejka pokonywała tunel i kilka mostów! To nie było byle co! Przejazd samym, półkilometrowym tunelem to była przygoda sama dla siebie, której doświadczyłem jako dziecko parokrotnie. Muszę też dodać jeszcze jedno – może najważniejsze – a mianowicie, że czasy mojego dzieciństwa nie różniły się zbyt wiele od tych z końca czy nawet połowy XIX wieku! Nie, nie, nic nie przesadzam!

Właśnie dzięki temu odizolowaniu od „głównych traktów cywilizacji” w naszej rzeczywistości zmiany następowały niesłychanie wolno i nigdy nie były mile widziane! Żyło się tak jak za króla Ćwieczka i uważano, że tak jest dobrze! To, co było, było sprawdzone, wiedziano, czego się trzymać, a co za tym idzie, tak wychowywano dzieci, a te z kolei w wychowaniu swoich dzieci też niewiele zmieniały!

„Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna!”

Dość często, przy różnych wspominkach podkreślam izolację i stagnację tego małego, podkarpackiego miasteczka. Tak zresztą było w wielu miejscach. Różni moi koledzy opowiadali mi o swoich rodzinnych miejscowościach i czasem wydawało mi się, że opowiadają o moim miasteczku. Trochę później „dorobiłem sobie” pewną dość dziecinną teorię „Południa”. Nasze miasteczko leżało ostatecznie na „głębokim Południu”, a „południa” zawsze tkwią w swojej przeszłości i odrębności.

Tak jak to się na przykład dzieje w Alabamie, Missisipi czy Luizjanie.

Ale to była tylko moja – można powiedzieć – raczej głupia teoria, którą wysnułem z „Chaty Wuja Toma” i opowiadań Jacka Londona. Mniejsza z tym.

Tak więc stolarz Jakub odbył jedną, jedyną podróż do Przeworska i umarł szczęśliwy. Pamiętam go dobrze, bo naprawiał mi sanki, które dość regularnie łamałem, tłukąc się bez pamięci po wertepach i otaczających nas górkach.

– A tunel – mówił z przejęciem – żeby Marcinko wiedział, jaki to strach i jak wszędzie ciemno, wszystkie okna pozamykane i wydaje się, jakby temu końca nie było – opowiadał mi, siedząc na przyzbie domu i oddając naprawione sanki.

Tak do mnie mówił – „Marcinko”. Miał pewien archaiczny sposób wysławiania się, używał dawno zapomnianych, gwarowych wyrażeń, których nie rozumiałem, ale słuchałem grzecznie.

Kolejka była dumą naszego miasteczka i obok „pak” PKS-u jedynym – w gruncie rzeczy – łącznikiem z wielkim światem! Były także, a może przede wszystkim, konie! Furmankami, bryczkami, a w zimie saniami jeździło się na co dzień. Co jednak faktycznie zrewolucjonizowało po wojnie polską wieś, to motocykl, czy raczej motor, lub jeszcze inaczej „mutor”! Motor bez żadnej przesady stał się dla tych małych miasteczek i wiosek tym, czym dla zdobywców Dzikiego Zachodu był koń! Najpierw jeżdżono pozostałym po wojnie szmelcem. Zdezelowane BMW, zundappy, czasem NSU, a nawet nasze polskie sokoły. Naprawiano je po stodołach i domowych ślusarskich warsztatach. Potem przyszedł czas na nasze WFM-ki, niemieckie MZ-etki, rosyjskie IŻ-e i wreszcie polskie harleye – junaki! Junak był przedmiotem westchnień wszystkich chłopaków! Każdy marzył o dniu, kiedy będzie mógł podjechać na nim do gospody i na oczach kolegów i miejscowych dziewczyn wypić piwo bez zsiadania z siodełka, a potem z hukiem silnika odjechać!

***

Cały czas podczas naszej eskapady na południe korciło mnie, żeby odwiedzić moje rodzinne strony. Z jednej strony, nie chciałem wydłużać nieobecności w Warszawie, ale z drugiej, „ojcowizna” nie była aż tak daleko i prawdę mówiąc, szkoda by było nie zahaczyć o nią. Ostatecznie byliśmy już w Krynicy, czyli jeszcze tylko Beskid Niski, Bieszczady, pętelka, Solina, Sanok i... „już jesteśmy w ogródku i witamy się z gąską!”. Inna rzecz, że tak to się tylko mówi, ale wiadomo, że w Polsce odległości trzeba mierzyć trochę inaczej niż w Kanadzie. Po prostu jeździ się inaczej. Dłużej. Inny teren, wąskie drogi, inny ruch itd. Wszyscy wiemy o co chodzi. Europa to nie Ameryka! Ale korciło mnie, korciło! Ileż to lat tam nie byłem?

Droga przez Beskid minęła jak z bicza strzelił, ale mieliśmy małe potknięcie, bo tuż za Krynicą, przy zjeździe z jakiegoś wzniesienia zatrzymał mnie policyjny patrol. Jechałem za szybko i w ostatniej chwili zobaczyłem zwalistą postać z lizakiem! Znana sprawa, znany widok, historyjka przerabiana miliony razy.

Nagle uświadomiłem sobie, że taką scenę już kiedyś widziałem. Najpierw nie bardzo mogłem sobie przypomnieć, gdzie i kiedy. Chyba każdemu zdarza się, że ma poczucie przeżywania czegoś jeszcze raz. Tak właśnie było ze mną. Nie wiem, czy rzecz jest warta opowiadania, ale nie mogę sobie tej przyjemności odmówić!

Otóż zdarzyło się, że jadąc truckiem, w północnym Quebecu zupełnie nieoczekiwanie zostałem zatrzymany przez policję. Byłem za Matagami Mine na James Bay Road. Kraj pusty, szeroko otwarty, jak okiem sięgnąć żywej duszy. I nagle, jak grom z jasnego nieba usłyszałem jęk syreny i zobaczyłem w lusterku światła radiowozu.

Nie wiem, jak tam jest teraz, bo dawno w tamtych stronach nie byłem, ale wtedy James Bay Road to była dość wąska, dwupasmowa szosa, z miękkimi poboczami. Truck był ciężki, wyładowany „po brzegi”, żadnej zatoczki. Zeszło mi trochę, nim wyhamowałem. Radiowóz podążał za mną z wytrwałością gończego psa.

Wreszcie stop. Siedziałem za kierownicą i w głowę zachodziłem, dlaczego zostałem zatrzymany. Ta droga to nie jest – i nigdy nie była – jakaś wakacyjna trasa, po której jeżdżą turyści z dziećmi. To są dzikie, skrajnie odludne tereny, gdzie w lecie nie można nawet pomyśleć o otworzeniu okna, bo czarne muszki i komary mogą cię zjeść jak piranie w Amazonce, a zimą mrozy dochodzą do -40 stopni.

W latach, o których piszę, na odcinku bodaj siedmiuset kilometrów była chyba tylko jedna stacja z paliwem. Zresztą nawet w końcowym Radisson nie było żadnych luksusów. Raptem trzystu mieszkańców i dość podstawowa, żeby nie powiedzieć prymitywna stacja obsługi.

Zatrzymywanie mnie w tym pustkowiu było czymś, co mi się w głowie nie mieściło, bo jakież to przepisy mogłem złamać? Szybkość raczej nie wchodziła w rachubę, bo poza wszystkim, o czym my tu mówimy – odludzie, że tylko czarne niedźwiedzie i od czasu do czasu, może raz na pół dnia przejechał truck z drzewem. Mój truck był ciężki, żadnych napiętych terminów nie miałem, jechałem spokojnie. W lusterku widziałem stojący radiowóz z ciągle jeszcze migającymi światłami. I było cicho. Nikt się nie ruszał, nikt nie wychodził, więc czekałem i ja, ale po pewnym czasie poczułem jakby cień niepokoju. Myślałem tak: – Jesteśmy na pustej drodze, bez żadnej łączności ze światem. Policjant i ja. Jeśli powiedzmy doszłoby tu do jakiejś konfrontacji, to kto zaświadczyłby o mojej racji czy stanął w mojej obronie? Przecież różnie bywa! Miałem jakieś tam wspomnienia z dawnych lat, naoglądałem się różnych filmów, które często gęsto nie odbiegały od prawdziwych wydarzeń na drogach i moja wyobraźnia zaczęła grać na wysokich tonach. A poza wszystkim strach ma wielkie oczy. Najgorsze było to, że nikt z radiowozu nie wysiadał.

Wreszcie, po dłuższej chwili ujrzałem w lusterku gramolącego się z radiowozu policjanta, który słynnym „kaczym” krokiem zaczął się zbliżać do mojego trucka.

Ten wolny, kiwający się na obie strony kaczy chód oznacza władzę, siłę i przekonanie, że to idzie władza i prawo. Policjanci wiedzą o tym. Wolny, rozbujany krok ułatwia im wyposażenie, które zwykle dźwigają. Czegóż tam nie ma? Zawsze zastanawiałem się, po co im to wszystko. Pas z bronią, kajdanki, latarka, pałka, nóż, jakieś kółka, pętelki, paralizator, rękawiczki. A do tego kamizelka kuloodporna... Ekwipunek pogrubia ich, spotężnia, czyni masywnymi, wolnymi i bardzo władczymi. Do tego ciemne okulary, jakieś radio, coś tam jeszcze... Jednym słowem, taki widok musi wzbudzać respekt i obawę. No więc zwalisty policjant podszedł do mojego trucka. Otworzyłem okno. W ręku trzymałem potrzebne dokumenty, bo wiadomo, że każda policja jak świat długi i szeroki zaczyna rozmowę od „dokumencików”. Jakoś dziwnie nie umieją bez tego rozmawiać. Ale ten mój o dziwo nie chciał ani prawa jazdy, ani log-booka. Jak się okazało, paręnaście kilometrów przede mną budowano jakieś odgałęzienie, przebijano się przez skały i używano środków wybuchowych. Coś tam poszło nie tak i operację zaczynano wcześniej, jeszcze przed zamknięciem drogi.

Polecenie było takie:

– Nie możesz dalej jechać. Czekaj na otwarcie. Ja tu za tobą będę, żeby ci ktoś he,he,he nie zrobił krzywdy!

– Krzywdy?!

– No, no – tak się tylko mówi, ale myślę, że ze mną będziesz się czuł bezpieczniej.

Akurat co do tego to nie byłem tak zupełnie pewny. Do policji miałem zadawniony uraz i czułbym się lepiej, gdyby go w ogóle nie było. Niemniej moje obawy okazały się niepotrzebne. Wiem, że ta historia nie bardzo przystaje do mojego spotkania z polską policją, ale tak jak powiedziałem – jakoś mi się te dwa zdarzenia w dziwny sposób skojarzyły. I oto miałem powtórkę z Quebecu. Wielkie byczysko w kamizelce, z bronią itd., itp. Ten sam kaczy chód! To zadziwiające, jak policje świata są do siebie podobne.

Tym razem nie zawiodłem się:

– Dokumenty, prawo jazdy, ubezpieczenie...

Podałem.

– A to co?

– To jest kanadyjskie prawo jazdy...

Rozpromieniło się oblicze władzy, a ja od razu poczułem się swobodniej.

– To tak się jeździ w Kanadzie?

Siedziałem cicho, czerwony ze wstydu jak burak.

– No to jak, co my tu z panem zrobimy?

Dalej siedziałem cichutko.

– A wie pan, że parę minut przed panem ktoś tu stracił prawko? Prawie za to samo, tylko, że na dodatek był po kielichu... No dobrze, niech pan jedzie, ale wolno!

Żeby pan zdrowy wrócił do Kanady!

Byłem zachwycony! Całkiem tak jak wtedy w Quebecu! Niepotrzebne strachy! Zupełnie rozanielony popełniłem błąd i powiedziałem:

– Bardzo dziękuję. Gdybym mógł się jakoś zrewanżować...

– Jedź pan jedź. Chyba pana dawno u nas nie było! To już nie to co kiedyś!

A ja znowu się zaczerwieniłem i znowu nic nie powiedziałem.

ostojanPolacy nigdy politycznie strachliwi nie byli. Przeciwnie, często podejmowaliśmy niepotrzebne, wydawałoby się, ryzyko, gdy obiektywnie patrząc, realnych szans na osiągnięcie sukcesu nie było. Dotyczyło to jednak zawsze działań obronnych. Przykładem są nasze powstania z warszawskim włącznie.

Przekonywali się o tym nasi zaborcy, szczególnie Rosjanie. „Poliaki buntowszczyki” mówili. Po wojnie, kiedy nasi pożal się Boże zachodni „sojusznicy” sprzedali nas cynicznie Stalinowi, też nie siedzieliśmy cicho. Wyklęci żołnierze, wypadki poznańskie (byłem tam wtedy) w 1956 roku w czerwcu, a potem przewrót w październiku, dały nam więcej wolności po ponurym dziesięcioleciu tzw. stalino-komuny. Gomułka cieszył się (niezasłużonym, niestety) zaufaniem, jako były więzień stalinowców. Śpiewano mu nawet spontanicznie „Sto lat!”. Cierpliwości dzięki temu starczyło aż do marca 1968. Jak poprzednio odesłano do Związku Sowieckiego tzw. doradców wojskowych, tak w marcu przyszedł czas na pozbycie się Żydów z eksponowanych stanowisk, które wciąż zajmowali. To spowodowało ich dobrowolny exodus z Polski.

Potem przyszły wypadki na Wybrzeżu, za które „człowiek honoru” Jaruzelski nigdy nie został rozliczony, Radom 1976 i wybuch „Solidarności” w roku 1980. Stan wojenny (Jaruzelski – jak wyżej) i w końcu zwycięstwo, choć połowiczne, w Magdalence. Od września 1939 do roku 2015, przez ponad 70 lat, mimo kolejnego opanowania Polski przez zachodnich i wschodnich najeźdźców, spokoju z nami nie mieli. Straszenie nas i represje ducha narodu nie potrafiły osłabić. Pewna swoboda była.

Czasy się zmieniły na lepsze, ale obce nam i nieprzyjazne siły działają i obecnie, tyle że w białych rękawiczkach. Niemcy, którzy rządzą w Unii Europejskiej, opanowali polskie media (kapitał) i próbują z Polski zrobić swój folwark gospodarczy. Oczywiście tym razem nie przy pomocy czołgów (podobno już się prawie wszystkie Bundeswehrze rozsypały!), ale pod hasłem obrony liberalizmu, wolności obywatelskich (którym przecież nie zagraża) i zapobieganiu „dyktatorsko-faszystowskim” rządom prawicy. To znaczy z użyciem nielegalnych wpływów lewactwa z UE, którym posługuje się nasz zachodni sąsiad. A wschodni, choć aktualnie ma dość ograniczone oficjalne możliwości, też próbuje mieszać, jak może, m.in. strasząc swoim imperializmem, który jest niestety bardzo konkretny.

Żenujące jest też, jak odsunięte przez legalne wybory siły zwane dziś opozycją, próbują raz po raz zawracać Wisłę kijem. Obecne władze są gorsze od komunistycznych, oświadczył „Bolek” na spotkaniu z niepełnosprawnymi. Słusznie zaproponowano mu materac i przyłączenie się do politycznej hucpy, bo świetnie by do tego niepełnosprawnego towarzystwa pasował! Na szczęście, protest, jak się „spontanicznie” zaczął, tak nagle w mgnieniu oka się zakończył. Na czyj rozkaz (bo taki musiał paść) hucpę zakończono? Ot, jeszcze jedna próba zaszkodzenia PiS-owi. Bo przecież nie o los niepełnosprawnych chodziło. Co dla nich zrobiła za swoich ośmioletnich rządów dzisiejsza łamiąca ręce nad ich losem tzw. totalna opozycja? Niewiele. Cynicy.

***

Strachom nie ma końca. Teraz na agendzie jest polski wyssany z mlekiem matki antysemityzm, uporczywie przez Żydów rozdmuchiwany jako przygrywka do wyciągania przez żydowską diasporę w USA ręki po mienie tzw. bezspadkowe. Racje, prawo, prawda nie mają tu żadnego znaczenia. Jak żydowskie lobby nie dostanie iluś tam milionów odszkodowań, to spowoduje wycofanie wojsk amerykańskich z Polski, nie mówiąc już o zastosowaniu, o Boże, wobec nas presji biznesowej, ekonomicznej. Na szczęście wydaje się jednak mało prawdopodobne, aby Izraelici wjechali do nas na czołgach. Szykują się na Iran. Czy zamiast ww. dzieci, przed ich czołgami pójdą Amerykanie?

Ale i tak, oceniając klimat nacisków – aż strach się bać! Z kupieckiej Szwajcarii udało się coś „ofiarom holokaustu”, czyli wszystkim Żydom, coś wyrwać, bo tak się lepiej bankierom kalkulowało – ale my nie Helweci! Jakikolwiek rząd polski, np. PiS, który przestraszony bezczelnymi żądaniami poszedłby w tej sprawie na jakiekolwiek ustępstwa, podpisałby na siebie wyrok śmierci. Wystarczająco denerwujące jest dla ludu pracującego miast i wsi subsydiowanie coraz liczniejszych w Polsce miejsc pamięci, muzeów żydowskich, przez polskiego podatnika. Ich miejsca pamięci – niech oni je subsydiują! Na tym odcinku prawica (?) nie bardzo się sprawdza, niestety, co dziwi, bo przecież Żydzi zagraniczni (a w Polsce ich nie ma) w wyborach udziału nie biorą ani na wyborców wpływu nie mają. Zbytnia ugodowość w stosunkach polsko-żydowskich, zdecydowanie PiS-owi szkodzi. Sytuacja ekonomiczna obywateli od czasu zmiany władzy znacząco się poprawiła, ale są ciągle tu i tam braki (nie od razu Kraków zbudowano), a tymczasem miliony z kieszeni polskich podatników idą na Disneylandy dla Żydów!!! To beczka prochu. Co jest grane, Jarosławie Kaczyński? Where is your famous political instinct? Lech też był żydolubem, niestety.

***

Ale „wracam do domu”. Kanadyjskie wybory. Jem kanadyjski chleb, więc trzeba w nich głosować. Tradycyjnie na konserwatystów, bo krótko po przyjeździe tutaj, aby się jak najszybciej uwolnić od resztek oparów i zapachu socjalizmu, zapisałem się do tej partii. I do dziś trzymają mnie za członka. Ford jest dobry, ale myślę, że jego śp. brat byłby jeszcze lepszym ewentualnym premierem Ontario. Był bardziej wyrazisty. Rozmawiałem z kandydatem konserwatystów. Pokazałem mu legitymację i pytał o radę, jak wygrać (!). Nie mam recepty. Kandydat jest... Wietnamczykiem, i jak to się żartobliwie mówi – nikczemnej postury. Mały i uśmiechnięty. Nazywa się Adam Pham. Powiedziałem mu, co „pcham” znaczy po polsku. Pchaj się, miły bracie, po sukces. Skrytykowałem też jego kraj. W czasie wojny zabili 56 tys. żołnierzy USA, żeby się dobić socjalizmu. Ilu Wietnamczyków zginęło – kto policzy? A teraz uciekają, gdzie się uda. Np. w Polsce jest ich sporo (tanie bary, handel odzieżą). To samo we wschodnich landach niemieckiej, dawnej NRD. Moim zdaniem, ta nierozumna walka z demokracją typu amerykańskiego wynikała z różnic w azjatyckiej mentalności. Oni lubią reżimy. Liczy się zbiorowość, a nie jednostka, czego dobrym przykładem są Chiny. Korea Północna? Tu przymus.

Kanadyjskie – ontaryjskie wybory już za nami. Dodam tylko, że gdyby w moim rejonie startował jakiś rodak czy rodaczka, to mimo politycznej afiliacji na nich bym głosował niezależnie od partii. Ale tak nie było. Poparłem pana Phama.

Szkoda Piotra Milczyna. To nie mój okręg, ale on reprezentował Polonię od lat. Szkoda, że liberał. Taka była „stara” Polonia. Dopiero myśmy antysocjaliści, zmieniliśmy tendencje.

Pożyjemy, zobaczymy, jak będzie.
Ostojan
Toronto, 8 VI 2018

nazarukOMIAle po dwóch latach miałem wypadek samochodowy i uszkodzony kręgosłup, trzy kręgi strzaskane, dwa mocno. To powinien był być wypadek śmiertelny, ale Pan Bóg to zrobił inaczej, że – tak w skrócie powiem – to było moje pierwsze doświadczenie poza ciałem. Jest taki moment, że jestem położony w szpitalu na stole. Tego dnia miałem zrobić 1000 kilometrów i potem jeszcze prawie 600. Po drodze miałem dać ślub rodzinie indiańskiej. Ujechałem 100 kilometrów i zatrzymało się moje życie, straciłem przytomność i zjechałem na drogę, uderzyłem w drzewo, koziołkowałem w nasyp, przełamał się samochód, spadłem do rowu. Gdyby nie to, toby mnie jeszcze wielki tir amerykański przejechał. Jeden ze znaków przepięknej obecności Boga.

Jest taki moment – leżę w szpitalu, lekarze ratują moje życie. Widzę, co robią, co mówią, a ja jestem pod sufitem i patrzę, i widzę wszystko. W pewnym momencie lekarz ogłasza moją śmierć, „We lost him”. Koniec życia. Przykrywają mnie szmatą, a ja wiem, że nie jest to koniec. Ja jestem taki radosny, tam z góry patrzę i idzie niesamowite wrażenie, ja wiem, że to nie jest koniec. Nie wiem dlaczego. Oni wychodzą z sali – taką mam wizję – a ja przepięknie zjeżdżam z góry, jak na saneczkach, do mojego ciała powracam.

Może to dziwnie brzmi, mówię symbolami, ale tak to było mniej więcej. I chociaż jestem przykryty szmatą, to widzę, co się dzieje, i słyszę, co się dzieje. Po chwili, jak już jestem w ciele z powrotem, mój duch wrócił do ciała, to słyszę kroki. Drzwi się otwierają, bo wiem, że mnie łapiduchy do kostnicy wywieźć mają i będzie koniec. Ja już mam pomysł w ciele, taki mam pomysł, że jak oni mnie będą wieźli, ja się poruszę i dam znać, że ja przecież żyję, no przecież mnie zakopią, a ja jestem w ciele, ja żyję. Takie jest myślenie mojej duszy.

I teraz otwierają się drzwi, moja głowa jest tu, nogi są tutaj, tam są drzwi. Wszystko to w tej chwili widzę. Jak to opowiadam, to wędruję niejako na nowo. Napełnia się sala światłem, tylko że to nie jest elektryczne światło. To jest światło Boże, światło obecności Jezusa Chrystusa, Pan Jezus w tej sali. Ja Go widzę, chociaż jestem przykryty, widzę Go przez tę szmatę. Wchodzi, obchodzi i staje przy mnie. Patrzę na Niego, widzę Go całego, wiem, że to jest Pan Jezus, ale nie mogę nawiązać kontaktu z Nim, nie można mu patrzeć w twarz, w oczy. Tu się rozpływa, ja tylko widzę do brodu, reszta jest dla mnie niewidoczna czy... Trudno powiedzieć, to jest coś takiego, że nie widzę Jego twarzy i wiem, że to nie jest czas, żeby patrzeć na Niego twarzą w twarz. Ale On wyciąga rękę i mówi „Nie bój się. Będziesz żył”. I kończy się ta wizja.

Co to było? W tym momencie, kiedy ten wypadek był, kiedy z połamanym kręgosłupem odzyskuję przytomność, wracam, Pan Bóg mi tutaj pokazał... Budzę się w samochodzie, patrzę, jestem w rowie, przełamany samochód, silnik chodzi, więc szybko wyłączam, żeby nie wybuchnął; silnik chodzi, ale pourywało wszystko. Nie czuję żadnego bólu, próbuję wyjść, przez drzwi jakoś wyciskam się. Na skarpie stoi z wielkiego tira Amerykanin jakiś i mówi, o, to żyjesz, myślałem, że zginąłeś, bo to źle wyglądało. W tym momencie, gdy ten odzywa się, a ja próbuję wyjść z samochodu, nie czuję, że mam połamany kręgosłup.

Z tej drogi, przez którą przeleciałem z samochodem, wyjeżdża policjant. To nie jest czas komórek, to jest 93 rok. Policjant akurat, dwie minuty po moim obudzeniu się. Więc ja wyszedłem z samochodu, a ten jeszcze na highwayu stoi i mówi, nie ruszaj się, może coś ci się stało. Nie, nic mi się nie stało. Ale jakiś głos mi mówi, nie ruszaj się, oprzyj się o drzewo. Oparłem się o drzewo, sprawdziłem dokumenty, wszystko jest. Poruszałem się – nic, patrzę, ręce całe. Już kiedyś miałem w życiu połamane obie ręce, obie nogi, wiem, różne historie, tak że wiem, jak wygląda połamanie, ale wiem też, że jest szok i można nie czuć bólu. Ale wziąłem moją saszetkę z dokumentami, wylazłem, wchodzę, policjant pyta się, co się stało, kierowca mówi ja widziałem, ja wszystko powiem. Policjant pyta, nic ci nie jest? Mówi, wiesz co, masz szczęście. Ja – wiem, że mam szczęście, że przeżyłem. Ten mówi, że za chwilę będzie ambulans albo nawet dwa przejeżdżały przez to miejsce. Do jednej miejscowości 100 kilometrów, do drugiej miejscowości 120 kilometrów. W momencie, kiedy ja mam wypadek, dwa ambulansy przejeżdżają. Kto tym reżyseruje? Policjant mówi, jeden może już przejechał, ale drugi na pewno nie. Pyta się, kogo mam zawiadomić, dałem telefon do oblatów zawiadomić, że tu jest samochód do odebrania i biorą mnie. W tym momencie, kiedy on wykręcił numer do oblatów, zatrzymuje się, bo już dostał wiadomość, jeden ambulans. Jeden wiózł kobietę rodzącą, a drugi kogoś miał przewieźć, to tamten załatwi. Oni wpadają, pytają się policjanta, bo już jeden pielęgniarz poszedł do samochodu i nie widzą kierowcy, drugi pyta się, gdzie jest kierowca? Mówię, to ja jestem kierowca. Ty jesteś kierowca? I ty żyjesz? Jak tu się znalazłeś? Mówię, żyję. Jakim cudem? Nie wolno ci się ruszać! Mówię, nic mi nie jest. To ty tak myślisz. Nie ruszać się. Od razu usztywnienie. Wszystko było zrobione, 3 – 4 minuty od wypadku jestem już w ambulansie, lekarze mnie unieruchamiają, cały czas sprawdzanie, czy mam czucie w nogach, jak się nazywam. Wiozą do szpitala ponad 100 kilometrów, zawożą mnie do szpitala, kładą na stole, żeby prześwietlać, przychodzą pielęgniarki, przychodzi lekarz – ja patrzę, to jest ten szpital, te pielęgniarki i ten lekarz, który miałem, tę wizję, gdzie powiedzieli, że umarłem, a ja jestem podczepiony, a Jezus przychodzi i mówi, nie bój się, będziesz żyć. To mi w tym momencie wszystko przypomniało mi się, bo miałem wizję taką w czasie tej mojej nieprzytomności, gdy straciłem przytomność za kierownicą.

No więc zobaczymy, co będzie. Robią prześwietlenie, szybko, żeby zobaczyć, co się stało. Kiedy mi zaczęli zakładać po wypadku te wszystkie gorsety, to w tym momencie dopiero poczułem drętwienie w plecach, nie ból jeszcze, ale jakby plecy robiły mi się drewnem. Zrobili mi zdjęcia, lekarz przychodzi i jest niesamowite wrażenie, bo lekarz wchodzi przez drzwi, tak jak światło Pana Jezusa, na biało ubrany z kliszami w ręku, podchodzi, powiesił, popatrzył na te zdjęcia jeszcze raz, zostawił na okienku i podchodzi w to miejsce, gdzie był Pan Jezus. Mówi, nie przejmuj się, będzie dobrze, będziesz żył. Bóg prowadzi wszystko, będziesz żył. Trzy kręgi były uszkodzone, dwa strzaskane mocno, każdy ruch groził mi uszkodzeniem, mógł być paraliż, ale ja tego nie wiedziałem. Później od Pana Jezusa usłyszałem, że to był śmiertelny wypadek, że z tego wypadku nie miałem wyjść.

Aha, jest taki moment teraz. Mogę być w gipsie albo bez gipsu. Podpisuję, że bez gipsu. To jest bardziej bolesne, ale szybciej to ustawia się. To jest niesamowite, w nocy nie można spać, bóle, każdy ruch powoduje ból. Nie minął tydzień, kilka dni w nocy próbowałem nie brać żadnej morfiny ani środków przeciwbólowych, spać, ale nie zawsze dawałem radę. Pewnej nocy, jak wcześniej się wyspałem, godzina pierwsza w nocy, jakoś tak się dziwnie czuję, i przyszedł mi pomysł. Ciekawe, jaka moja jest odporność na ból. Jestem podłączony w razie czego, jest cisza, jestem w pokoju z pacjentem, okazało się, że też Polak, spod Monte Cassino, przepiękna historia tego człowieka, i jakby ktoś mi kazał wyjść z tego łóżka. To trwało, nie wiem, z godzinę, ale po milimetrze zacząłem przesuwać nogę. Ból, to ból, ale taki, że mogłem go znosić. W każdej chwili mogłem nacisnąć na klawisz pielęgniarki i jest. Cisza, słyszę, tam gdzieś daleko pielęgniarki sobie szepczą na korytarzu, a ja tak po milimetrze, po centymetrze przesunąłem się. Lekarz mi powiedział na początku, 4 miesiące do 6 miesięcy będę w szpitalu, i potem będziemy się uczyć chodzić. Zobaczymy, powinieneś chodzić, ale jak będzie, zobaczymy. Taka perspektywa.

To jest niecały tydzień, wyszedłem z łóżka, stanąłem na nogi, powoli, po centymetrze doszedłem do drzwi, potem po poręczy poszedłem w stronę pielęgniarek. Bezszelestnie, stoję i tak patrzę. One zobaczyły mnie, myślały, że duch. Aż krzyknęły, jakim cudem, ja nie mam prawa, powinienem w łóżku być i spać. To niemożliwe, żeby wyjść z takim czymś z łóżka. Od razu wózek, dały mi coś nasennego. Na drugi dzień lekarz przychodzi, obchód, w ogóle ze mną nie rozmawia, rozmawia tylko z pielęgniarkami. Mówi, proszę go wziąć na prześwietlenie, rentgen mu zrobić. Przedtem, jak tylko wszedł, powiedział, słyszałem, że tu jakieś spacery nocne były. Wiedziałem od pielęgniarek, że lekarz nie będzie zadowolony, więc tak cicho, grzeczniutko siedzę.

Zawieźli mnie, zrobili prześwietlenie, to miało być błyskawicznie, więc było szybko. Czekam, czekam. Ten lekarz to srogi taki, wcześniej już widziałem go. Wchodzi do sali z tymi kliszami i tak od drzwi – słuchaj, ja już ciebie nie leczę. Ja już nie jestem twoim lekarzem, słyszysz? – Słyszę. – Masz innego lekarza – pokazał do góry, tamten cię leczy wiesz? Znasz Go? – Znam. – Ja nie wiem – mówi – co się dzieje w twoim ciele, jak tamten lekarz cię leczy, ale ja cię nie leczę, to On ciebie leczy. Ja mam tylko pilnować, żebyś sobie krzywdy nie zrobił. Ja nie wiem, co się dzieje z tobą, ale możesz od dzisiaj chodzić, kiedy chcesz, ale nie sam jeszcze.

Zawołaj pielęgniarkę. O to nam chodzi. To miało być za 4 miesiące. Masz lekarza – pokazał do góry.

Potem, już po powrocie do Polski, Pan Jezus przez osobę, którą sobie wybrał, przekazał mi, że wypadek, który miał się zakończyć moją śmiercią, nie skończył się śmiercią, ponieważ Matka Boża Kodeńska wyprosiła dar życia, abyś żył, i szybki powrót do zdrowia Jej zawdzięczasz.

Wiem, że tak jest. Było więcej, ale bym do północy opowiadać nie skończył. Opowiem w skrócie historię drugiego mojego spotkania z Panem Jezusem. To było pierwsze większe, gdzie Go widziałem, ale nie z twarzy, bo to była wizja. Dostałem potem potwierdzenie, że to nie były halucynacje, ale tego już nie opowiadam.

Skrót teraz. Musiałem się z Dalekiej Północy wycofać ze względu na stan zdrowia. Mimo że wyzdrowiałem, ale nie byłem w stanie pracować, bo były problemy, drętwiały mi nogi, różne historie, do dzisiaj to mam. Wiem, że długie kazanie mówię, bo po 15 – 20 minutach zaczyna mi drętwieć noga, to mam już sygnał od Pana Jezusa, że kazanie trzeba kończyć. Proste, nie? Jak siedzę, jak widzicie, to nie dostaję takich sygnałów (śmiech). Widocznie jeszcze mogę mówić.

To, co wam opowiadam, ma być spisane. Tamta historia, w większym poszerzeniu, to co więcej się działo i co usłyszałem. Teraz jest taka historia. Wycofałem się z Dalekiej Północy, potem pracowałem jeszcze w dużej parafii francusko-angielskojęczynej, gdzie było sporo Indian, Indianami się zajmowałem, to było w St. Albert, gdzie przy kościele jest ten cmentarz około 300 oblatów, w tym brat Kowalczyk, mój wspaniały przyjaciel. Po trzech latach zostałem wysłany do pracy wśród Indian Kri nad małym Jeziorem Niewolników, tam półtora roku byłem. Mieli mi odciąć drugą nogę, nieuszkodzoną, ale znowu zadziałały układy z wyższą sferą. Chociaż lekarz powiedział, że maksymalnie 5 lat po artroskopijnych oczyszczeniach, bo miałem zerwane więzadła, one dzisiaj nie funkcjonują, nie powinienem chodzić, a chodzę. Jest taka zasada trzmiela. Znacie zasadę trzmiela? To nie jest ewangeliczne. Jest trzmiel, fajne stworzenie, i naukowcy obliczyli, że on nie ma prawa latać, bo za gruby, za ciężki proporcjonalnie do malutkich skrzydełek, cieniutkich. Te skrzydełka, naukowo obliczając, nie mają prawa go podnieść, żeby fruwał, ale trzmiel nie wie o tym i lata.

Ja na zasadzie trzmiela dużo kilometrów w życiu przeleciałem i tak latam jeszcze, na zasadzie tego, że lekarze mówili, my się dogadujemy z Panem Jezusem na swój sposób, na różne sposoby. Stąd nogą też tak było. Lekarz powiedział maksymalnie 5 lat, utną mi i musi być proteza itd. Już jest 20 lat i chodzę, na zasadzie trzmiela. To się nie trzyma kupy, na nartach w Calgary na stokach olimpijskich zjeżdżałem z takim kolanem, tylko taką objemkę sobie zakładałem i zjeżdżałem.

Raz mało się śmiercią nie skończyło, ale to jeszcze nie był czas. Czas naszej śmierci jest wyznaczony – tak mi to przekazane było w mojej wędrówce po tamtej stronie. Czas naszej śmierci jest wyznaczony w momencie narodzin. Bóg już wyznaczył czas, ile będziemy żyć, i misję, jaką mamy spełnić. Czy ją spełnimy, to od nas zależy, bo jesteśmy wolni. Okoliczności śmierci się zmieniają, do ostatniej chwili, ale data śmierci jest wyznaczona. Może być zmieniona, z różnych powodów.

Jak ktoś popełnia samobójstwo, to jest przekroczenie, ale człowiek jest wolny. Taką wstawkę dołożę, bo w pewnym momencie będzie o tym mowa.

Po roku – półtora u Kri, gdzie też były niesamowite historie też, na jedną książkę można materiału znaleźć – przyjeżdżam nad Jezioro Świętej Anny i przez trzy lata jestem proboszczem Misji św. Anny, to jest najstarsza misja Kościoła katolickiego w zachodniej Kanadzie, 1842 rok. W 41 wylądowali oblaci, a tam pierwszy misjonarz katolicki, nie oblat, przychodzi nad Jezioro Świętej Anny, Kri nazywają go Jeziorem Dobrego Ducha. To jest główne miejsce pielgrzymkowe Indian Kanady i Stanów Zjednoczonych. Ma swoją historię około 120 lat pielgrzymek. Na św. Annę w lipcu przyjeżdża tam 50 do 80 tysięcy Indian. To są cztery rezerwaty, kiedyś miało być tam centrum.

Może kiedyś opowiem o Jeziorze Świętej Anny i nawróceniu szamana czarownika i wizji Pana Jezusa, którą on miał przy mojej obecności; i wizji tańca słońca, w czasie pogrzebu tego nawróconego czarownika, jakie miało miejsce w Fatimie, którego ja byłem świadkiem. 8 osób innych na pogrzebie, na którym było około tysiąca ludzi, na które mam potwierdzenie od Pana Boga i wytłumaczenie wielu rzeczy. Ale to jest inna historia.

piątek, 22 czerwiec 2018 15:32

Śmierć Taty

Napisane przez

Wieczorem 13 czerwca 1950 r. czułem się źle i powiedziałem kolegom, że musiało się coś złego stać. Następnego dnia w przerwie w szkole polskiej w Paryżu kierowniczka internatu polskiej szkoły w Paryżu wezwała mnie do siebie. Była niezwykle miła i powiedziała mi, że Ojciec miał wypadek samochodowy i jest ciężko ranny.

Nie łudź się – pomyślałem – ta pani jest za miła, Ojciec zginął. Ale nie dopuszczałem tej złowrogiej myśli do siebie.

W ambasadzie wyrobiono mi paszport konsularny i następnego dnia poleciałem nie, jak się spodziewałem, do Hagi, gdzie Ojciec był posłem, a do Warszawy. Po przylocie na lotnisku brat Matki powiedział mi smutną wiadomość, że Ojciec nie żyje. Władza komunistyczna zaproponowała Stryjowi zajmującym się pogrzebem, że mogą zwłoki Ojca być złożone w alei Zasłużonych w Warszawie, ale Stryj zdecydował, że mamy grobowiec w Krakowie i tam będzie pogrzeb. Potem powiedział w rodzinie, że brat w czasie życia lubił dobre towarzystwo, więc nie ma powodów by po śmierci zmienił gust.

Następnego dnia przyleciał mój brat z siostrą z Hagi i nocnym pociągiem rządowym wagonem, tzw. salonką, pojechaliśmy do Krakowa na pogrzeb. W kościele św. Floriana mszę pogrzebową celebrowało trzech księży, w tym późniejszy Ojciec Święty Jan Paweł II.

Na cmentarzu Rakowickim nad otwartym grobowcem przemawiał minister spraw zagranicznych Modzelewski i złożył na trumnę komandorię Orderu Polonii Restituta z gwiazdą, czyli jeden stopień niższy od wielkiej wstęgi tego orderu. Potem przemawiał przyjaciel Ojca, śp. Aleksander Bocheński, i jakiś działacz krakowski.

Cała prasa była pełna artykułów o Ojcu, a rząd podjął uchwałę, iż Jego dzieci zostaną wychowane na koszt państwa.

Lata różni ludzi pytali nas, czy to przypadkiem nie była zorganizowana kraksa. W 1957 roku siostra Maria była w Bułgarii, gdzie jakiś wróżbita powiedział jej: – Miałaś wielkiego Ojca, ale nie zginął on w wypadku, a w zorganizowanej katastrofie.

Lata potem dowiedzieliśmy się, że kolega Ojca z pułku pan Rożek tłumaczył Amerykanom zeznania wielkiej fiszy UB, pułkownika Światły, który w 1954 r. wybrał wolność w Berlinie. Podczas przerwy sesji na obiedzie pan Rożek zapytał Światłę, jak zginął Ksawery Pruszyński.

– Zrobili to za nas – odpowiedział Światło – nasi wschodnioniemieccy koledzy.

Ojciec z profesorem z Krakowa jechał 13 czerwca z Hagi do Warszawy. Kilkadziesiąt km od Norymbergi remontowano uszkodzoną w czasie wojny autostradę. Tu zamiast dwu pasów jezdni był jeden, Jakiś samochód jechał wolno i Ojciec chciał go wyminąć, w tym miejscu wjechała nań 8-tonowa ciężarówka, uderzając „fachowo” w środek auta, i po 20 minutach Ojciec zmarł.

olo2518-2

Potem dowiedzieliśmy się, że komuna chciała bardziej elegancko pozbyć się Ojca z Polski. Kiedy w lutym był w Warszawie, jego przyjaciel Borejsza, brat Światły i szef wydawnictwa Czytelnik, powiedział Mu, że przygotowują Mu proces za współpracę z wywiadem RP podczas jego pobytu w Hiszpanii w latach 1937–1938.
Ojciec wiadomość tę przyjął dość spokojnie, bo z polskim wywiadem nie współpracował, a jak wrócił do Hagi, to pojechał do Brukseli i powiedział przez telefon o tym swym przyjaciołom, państwu Gilimom w Paryżu, i poprosił by ewentualnie przyjechali na jego proces.

Na pytanie przyjaciół, czemu nie zostanie na Zachodzie, Ojciec miał powiedzieć, że nie jest chorągiewką.

Ojciec zginął, mając 43 lata i 12 książek na koncie. Ile by jeszcze napisał, gdyby żył. Ilu jeszcze komuna wybitnych ludzi w podobny sposób zniszczyła, a ilu jeszcze lata gniło w więzieniach, zamiast służyć Ojczyźnie?

 

Nie wierz jankesom

Donald Trump, odnosząc się do spotkania z Kim Dzong Unem, napisał na Twitterze: „Świat zrobił duży krok wstecz przed potencjalną katastrofą nuklearną. Koniec z wystrzeliwaniem rakiet, z próbami jądrowymi i badaniami!”.

Kim osiągnął jedno, prezydent USA oznajmił, że Stany Zjednoczone nie będą prowadzić wspólnych ćwiczeń wojskowych USA i Korei Południowej, dopóki Korea Północna negocjuje w dobrej wierze denuklearyzację.

Moc rodaków komentowało to spotkanie w Internecie i, co najciekawsze, wszyscy z zasady uprzedzali władcę Kima, by nie wierzył Amerykanom.

 

Brak reakcji

Kilkudziesięciu ambasadorów akredytowanych w Warszawie wysłało list z poparciem dla ostatniej demonstracji zboczonych. Tym połamali konwencję o działaniu dyplomacji, która zakazuje dyplomatom mieszania się w sprawy kraju, gdzie są akredytowani. Powinni być za to wykopani, ale niech nikt tego nie spodziewa się, bo przecież rząd RP jest przede wszystkimi na kolanach.

 

Ambasador USA czy Izraela?

Nasz „sojusznik” przysyła nam ambasador, która bez mrugnięcia okiem klepie antypolskie bzdury. Jeszcze nie stanęła na polskiej ziemi, a już udało jej się napluć na Polskę.

Wygląda na to, że głównym zadaniem pani Mosbacher będzie „walka z antysemityzmem”.

Z pewnością nowa ambasador USA znajdzie wspólny język z ambasador Izraela Anną Azari. A polska dyplomacja będzie klaskać i śpiewać: „Nic się nie stało! Polacy, nic się nie stało!”.

 

Kto to?

Zieloni i ekolodzy to tacy brunatni czerwoni i zakamuflowani… Żydzi.

 

Łamanie konstytucji

Przypadkiem pewna pani spotkała parę prezydencką w Krakowie i zapytała JW Pana Dudę, dlaczego łamie konstytucję. Ten temu zaprzeczył.

Smutno mi, ale złamano ją już za jego poprzedników co najmniej dwa razy i nadal się za Jego kadencji łamie.

Pierwsze, przyznając paszporty polskie w Izraelu krewnym polskich obywateli, podczas gdy krewnym polskich obywateli za Bugiem dają, po egzaminie z polskiego, tylko Kartę Polaka. Dalej, żyjącym w Izraelu byłym obywatelom polskim dają ekstra 100 euro emerytury.

 

Po siódemce

Z niewielkim skutkiem, ale sporymi kosztami skończyło się posiedzenie siedmiu największych krajów, a Trump powiedział tam, że czy się chce, czy nie chce, to trzeba, by w tym gronie uczestniczyła Rosja. Ale czy tylko Rosja? Czemu nie uczestniczą w tym spotkaniu Indie, które mają ponad 1.000.000.000 mieszkańców, czyli są drugim największym krajem świata, i coraz większy potencjał ekonomiczny?

 

Białoruś

Ma 9.500.000 ludności i jest pod względem ludności 93. państwem świata. Ma 401.250 ludzi, czyli prawie 4 proc. obywateli w siłach zbrojnych, i pod względem wydatków na zbrojenia jest na 49. miejscu w świecie.

Aleksander Pruszyński

piątek, 22 czerwiec 2018 15:29

Zbrojne ramię partii rządzącej

Napisane przez

ligezaCoraz więcej pustosłowia i coraz liczniejsze nonsensy w działaniu i decyzjach odnoszących się do dnia dzisiejszego i przyszłości – oto, na co „Dobra zmiana” naraża swoich fanów.

W sumie idzie wytrzymać, mimo iż serce krwawi mocniej niż przed rokiem, a poziom fascynacji „dobrą zmianą” obniżył się do pułapów irytująco, powiedziałbym, niskich. Niemniej, nawet gdy zadufanie do rządzących dobrozmienników nie maleje jeszcze w sposób widoczny sondażowo, bez cienia wątpliwości kurczy się dobra wola rządzonych. Są powody, boć wszystko na tym załganym świecie powinno mieć – i ma, zapewniam – jakieś granice. Tym bardziej załganie. Wystarczy poczekać, a każdy dzban swoje ucho straci.

Diabła tam dzban, bo rzecz jest arcypoważna: otóż wyciągać Polakom pieniądze i finansować za nie działalność ludzi, którzy Polskę opluwają, to są Himalaje nieodpowiedzialności. Himalaje nieodpowiedzialności, powtarzam, w biegu na Księżyc. Wspólnota odporna na tresurę medialną i nieskażona anomią, takich rządzących, w imieniu wspólnoty dopuszczających się podobnych nieprawości, zmiotłaby ze sceny w tydzień. Najdalej w dwa. Ale po kolei.

Fakt, że Cimoszewicz Włodzimierz, czy tam Tomasz, wypowiadają się publicznie na jakikolwiek temat, zaś media udostępniają im czas antenowy, to jedno. To, że tak wielu Polaków nadal słucha ich i innych cimoszewiczopodobnych, to drugie. To pierwsze dowodzi, że prawo do wolnego słowa często bywa nadużywane i że brak Polakom refleksji, komu i z jakich przyczyn nie powinniśmy udzielać prawa kształtowania przestrzeni wspólnej. To drugie świadczy, że dekady tresury medialnej wypadają efektywnie ponad wytrzymałość ludzi przyzwoitych, zaś era tresury podtrzymującej wciąż trwa, mając się znakomicie.

Przykłady działań z zakresu tresury podtrzymującej możemy zaobserwować przy okazji ataku medialnego na prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, dra Jarosława Szarka, zdaniem którego Instytut stał się „pierwszą ofiarą” nowelizacji ustawy o IPN, nie mając przy tym „wpływu na ostateczny kształt przyjętych rozwiązań prawnych”. Po takim dictum „głowy” prezesa mają jakoby domagać się i premier Mateusz Morawiecki, i minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Tymczasem mnie wydaje się, a żadnej weryfikacji do tego nie trzeba, że w istocie chodzi o stanowisko wiceprezesa IPN, szefa Biura Poszukiwań i Identyfikacji, prof. Krzysztofa Szwagrzyka, który w kwietniu tego roku, występując w czasie konferencji Instytutu zatytułowanej: „Kto już ma swój grób, a kto jeszcze czeka…”, zaznaczył, że przerwanie ekshumacji w Jedwabnem spowodowało, że zbrodnia z 1941 roku nie została wyjaśniona, i że w tych okolicznościach „zawsze będzie wracała”, w związku z czym prace powinny być jak najszybciej wznowione i zgodnie z prawem doprowadzone do końca. Ponoć gdy prof. Szwagrzyk skończył wypowiadać tę kwestię, uda Atlantów podtrzymujących sklepienie niebieskie nad Tel Awiwem aż zadrżały.

Ale to był dopiero początek. Gdy bowiem przed tygodniem mniej więcej, przełożony wiceprezesa Szwagrzyka publicznie podzielił tamtą opinię, dodając, że Biuro Poszukiwań i Identyfikacji IPN jest „organizacyjnie i logistycznie gotowe” na wznowienie prac, wspomnianym Atlantom znad Tel Awiwu uda zadrżały ponownie i dużo mocniej, a mówią, że z tego wysiłku parę tamtejszych Kariatyd aż poprzysiadało sobie na piętach.

Nie dziwota, że w takich okolicznościach przyrody nadwiślańskiej, Grabowski Jan, profesor znany z należytego badania historii, siodła konia, którego Polacy wciąż nader grzecznie karmią mu i poją, a następnie dosiada zwierzę, i na nakarmionym i napojonym przez nas koniu, czy tam w siodle, czuje się najpewniej w świecie, oznajmiając, że: „IPN to zbrojne ramię partii rządzącej na terenie historii”. Czyim ramieniem zbrojnym byłby zatem sam Grabowski Jan, czy Michael Schudrich, naczelny rabin Polski, czy w ogóle środowisko skupione wokół Muzeum Historii Żydów Polskich, czy wreszcie gagatki z nadwiślańskiej wersji „Zakonu Synów Przymierza” – tego pozwolę sobie nie artykułować. Bo przecież nie ramieniem zbrojnym Mosadu? Dla Schudricha choćby: „Szacunek dla kości naszych ofiar jest dla nas ważniejszy niż wiedza, kto zginął i jak, kto zabił i jak”. Wątpię, by Mosad był choćby podobnego zdania. Rozstrzygnięcie albowiem, kto zabił, kiedy zabił, gdzie zabito oraz ilu zginęło, a także jakie narzędzia zadawania śmierci przy tej okazji wykorzystano, to dla służb izraelskich były i są kwestie priorytetowe. By tak rzec: najpriorytetowsze.

Powtarzam: wysuszać Polakom portfele, dobra zmiano, finansując za pieniądze polskich podatników działalność person, które Polskę opluwają, to są Himalaje nieodpowiedzialności w biegu na Księżyc po pierwsze, zaś powód do niechęci, zniechęcenia, a wreszcie i ostracyzmu wyborczego, to po drugie. Źle skończycie, panie i panowie, ponieważ źle postępujecie.

Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

piątek, 22 czerwiec 2018 15:18

Kozy mnożą się jak króliki

Napisane przez

michalkiewiczCo tu ukrywać; po meczu, jaki w Moskwie rozegrała polska reprezentacja futbolowa z futbolową reprezentacją Senegalu, zapanował w naszym i tak już przecież wystarczająco nieszczęśliwym kraju nastrój przygnębienia. „Maleńcy uczeni” nie tylko ze środowiska „Gazety Wyborczej”, ale i utytułowani najemnicy z Centrum Badań nad Uprzedzeniami badają, czy przypadkiem jednym z powodów, czy przynajmniej – ze składników tego przygnębienia nie jest okoliczność, że polska drużyna nie wygrała z drużyną Senegalu. Jeśli okaże się, że tak – a niechby tylko spróbowało się nie okazać, skoro padnie taki rozkaz – to tylko patrzeć, jak w kolejnym raporcie-donosie, utytułowani kujones do dotychczasowych oskarżeń mniej wartościowego narodu tubylczego o rasizmus i ksenofobię, dodadzą nowe skalpy, za co otrzymają od Niemców nowe granty – bo dzisiaj pruski jurgielt ma taką elegancką nazwę – no i oczywiście – tytuły profesorów i docentów. Tymczasem wcale nie jest takie pewne, czy polska reprezentacja przypadkiem tego meczu nie wygrała. Jeśli bowiem wygraną czy przegraną mierzyć liczbą strzelonych bramek, to nie ulega wątpliwości („nie ulega wątpliwości, jak mawiała stara niania...”), że w tym meczu dwie bramki strzelili Polacy, a Senegalczycy – tylko jedną. Jeśli zatem mimo takich oczywistych faktów uznano, że Polska ten mecz przegrała, to niepodobna takiego fenomenu wyjaśnić inaczej, jak tajną ingerencją złowrogiego ruskiego czekisty Putina, którego macki – jak się okazuje – sięgają nawet sfer futbolowych. Dodatkowej pikanterii, a zarazem wyjaśnienia dodaje okoliczność, że rozgrywki odbywały się akurat w Moskwie, gdzie FSB i GRU czują się jak ryby w mętnej wodzie. W takiej sytuacji – oczywiście już po zakończeniu tych całych mistrzostw – trzeba będzie powołać sejmową komisję śledczą, a przynajmniej jakąś podkomisję z udziałem odpowiednich uczestników i jeśli nawet nie doczekamy się prawdy o naszym zwycięstwie, to w każdym razie będziemy do niej „dążyć”. W blasku prawdy bowiem wszyscy zajurgieltowani profesorowie i docenci powinni zamilknąć – ale co tam marzyć o tym w sytuacji, gdy swoją wizytę w Warszawie właśnie zakończył Rewizor – tym razem nie z Petersburga, tylko z Brukseli? Mówię o niemieckim owczarku Franciszku Timmermansie. Wprawdzie pan premier Mateusz Morawiecki nie oddał mu ani guzika, ale to dopiero początek naszych zgryzot, bo na 26 czerwca został wyznaczony termin tak zwanego „wysłuchania” Polski przed Sanhedrynem zwanym „Radą Europejską”, gdzie niemiecki owczarek będzie występował w charakterze instygatora. Jeszcze nie wiadomo, czy polska reprezentacja zostanie wytarzana w smole i pierzu jednorazowo, czy też zostanie poddana temu eksperymentowi kilkakrotnie. Obawiam się, że na jednym razie się nie skończy, bo właśnie Nasza Złota Pani, po długim molestowaniu ze strony francuskiego prezydenta Macrona, zgodziła się na podwójny budżet Unii Europejskiej. Jeden – dla Europy jednej prędkości, a drugi – dla Europy drugiej prędkości. Nic dobrego z tego wyniknąć oczywiście nie może i dopiero teraz widać jak na dłoni, że z tym całym Anschlussem do Unii Europejskiej postąpiliśmy tak, jak ów Żyd z anegdoty. Jak wiadomo, poskarżył się on rabinowi na dotkliwą ciasnotę w domu, na co rabin poradził mu, by sprowadził tam jeszcze kozę. Po kilku dniach zrozpaczony Żyd przyszedł do rabina, lamentując, że w domu zrobiło się teraz prawdziwe piekło. Rabin pozwolił mu więc wyrzucić kozę. Po kilku dniach na pytanie rabina, jak mu się teraz żyje, uradowany Żyd odparł, że teraz, to on ma prawdziwy pałac! My niestety jesteśmy w sytuacji znacznie gorszej, bo nie tylko nie możemy wyrzucić kozy, ale w dodatku zaczyna ona sztorcować wszystkich domowników, a na domiar złego, tylko patrzeć, jak po amerykańskiej ustawie nr 447 JUST, zwali nam się na głowę całe stado kóz. I obawiam się, że nie będzie nawet gdzie uciec, bo właśnie Nasza Złota Pani otrzymała od bawarskiej CSU ultimatum, że jeśli nie opamięta się w sprawie „uchodźców”, to diabli wezmą skleconą z takim trudem koalicję rządową. Dlatego niektórzy wieszczą już początek końca Unii Europejskiej, co może nie byłoby takie złe, ale jednocześnie po mieście zaczęły krążyć fałszywe pogłoski, jakoby Naczelnik Państwa, czyli Jarosław Kaczyński, rozmyśla nad wycofaniem się z polityki do życia prywatnego – oczywiście dopiero po wyborach w 2019 roku – co oczywiście wprawia w rezonans zarówno koła rządowe, jak i nierządne, czyli opozycyjne. Czy to kolano, czy też rozkazy od Naszego Najważniejszego Sojusznika, któremu już żadne listki figowe nie będą potrzebne do zasłaniania figi – to się zapewne okaże – bo na razie Nasz Najważniejszy Sojusznik rozkazał uchylić nowelizację ustawy o IPN. Widać, że administracja prezydenta Donalda Trumpa zrobi wszystko, czego zażądają od niej Żydzi, skoro USA właśnie opuściły Komitet Praw Człowieka ONZ, nie mogąc już wytrzymać krytykowania na tym forum bezcennego Izraela. W tej sytuacji Naczelnik będzie już chyba niepotrzebny, bo pan premier Mateusz Morawiecki zrobi to, co będzie trzeba, a nawet jeszcze lepiej. Toteż nic dziwnego, że rządowa telewizja, z której Naczelnik Państwa niepostrzeżenie zniknął, bez opamiętania lansuje właśnie pana premiera Morawieckiego, jako Ojca Narodu.

Wracając do Naszej Złotej Pani, to możliwe, że na takie dictum szybko się opamięta, bo i my wiemy, i ona wie, że w razie przyspieszonych wyborów Alternatywa dla Niemiec z trzeciego miejsca w Bundestagu może wysunąć się co najmniej na drugie, a wtedy – jak utrzymują koła postępackie – pojawi się zagrożenie dla demokracji, które może okazać się jeszcze gorsze, niż niedostateczne umiłowanie praworządności, o które oskarżany jest nasz i tak już przecież wystarczająco nieszczęśliwy kraj. Dodajmy – że niesprawiedliwie, bo właśnie niezawisły sąd uniewinnił połowę oskarżonych w sprawie tzw. mafii paliwowej, a pozostałych, których uniewinnić dlaczegoś nie mógł, poskazywał na jakieś operetkowe kary, jakieś grzywny w wysokości 60 tysięcy złotych. Złe języki, których oczywiście na tym świecie pełnym złości nie brakuje, rozpuszczają fałszywe pogłoski, że taki rozkaz padł od starych kiejkutów, co to paliwa płynne piją na śniadanie i kolację – ale ładnie byśmy wyszli na tym, gdybyśmy tak słuchali, co ludzie mówią. Czyż nie lepiej przyjąć, że to wszystko z umiłowania praworządności? Jeśli tedy iustitia nie upadnie podczas „wysłuchania” Polski przed brukselskim Sanhedrynem, to polska reprezentacja może tym wyrokiem potrząsać przed nosami zawstydzonych sędziów, a cała czereda skupiona w Komitetach Obrony Sprawiedliwości, utworzonych z okazji wizyty w Warszawie niemieckiego prezydenta Waltera Steinmeiera, będzie musiała się rozejść – i tak dobrze, jak bez uprzedniego złożenia samokrytyki.

Jak widać, rozmarzyłem się, więc pora na bolesny powrót do rzeczywistości. Oto okazało się, że nasz nieszczęśliwy kraj nawiedziła susza. Toteż na ratunek rolnikom pospieszył pan prezydent Duda i leje wodę, aż miło, obiecując, że do konstytucji wpisze, że rolnictwo jest szczególnie chronione – oczywiście specjalnie przed suszami. Byłoby to kolejne pytanie referendalne, ale pan marszałek Senatu właśnie powiedział, że jeśli referendum konstytucyjne w ogóle się odbędzie, to liczbę pytań trzeba będzie skrócić co najmniej o połowę. W tej sytuacji zapanował nastrój wyczekiwania, zwłaszcza że polska reprezentacja futbolowa będzie wkrótce grała z Kolumbią, i to w dodatku – w Kazaniu.

Stanisław Michalkiewicz

piątek, 22 czerwiec 2018 15:06

Śmierdzi mi

Napisał

W ubiegłą sobotę płynąłem kajakiem po Credit River, w oparach unoszącego się nad wodą słodkiego zapachu marihuany z pobliskiego festiwalu „ludowego”. Lud, zwłaszcza ten młody, nie czeka na październik, by się publicznie ujarać, no bo wiadomo, że już dzisiaj patrzy się przez palce... Będziemy więc za sprawą naszych dzieciuchów odgrywających „na scenie” parlamentu dojrzałych polityków „rekreować się” marihuaną. Tak jakby mało było kłopotów przed tym krajem, tak jakbyśmy nie mieli większego zmartwienia. Są „w tym temacie” trzy rzeczy:

Pierwsza rzecz, generalnie uważam, że narkotyki powinny być legalne – tylko że nie w tak zdziecinniałym społeczeństwie, gdzie ludzi od małego przyzwyczaja się do nieodpowiedzialności za siebie samych, a kultura masowa propaguje użycie na maksa jako normę zachowania „dzieci i młodzieży”, zaś administracja państwowa nieprzyjemnymi skutkami owego użycia obarcza nas wszystkich. Legalne narkotyki, podobnie jak brak limitu prędkości na autobahnach, są dla dorosłych, dojrzałych ludzi, potrafiących wymagać od siebie i ponosić konsekwencje własnego działania. Niestety, w Kanadzie (i nie tylko) mamy (zwłaszcza w miastach) społeczeństwo dużych dzieci typowe dla gasnącego słońca imperiów „schodzących”.

Druga rzecz, legalizacja ziela, gandzi, trawy, czy jak to tam jeszcze zwano, rzuca nas na głęboką wodę, bo policja nie wie, jak i czym sprawdzać „upalenie” kierowców (i nie tylko), zwłaszcza w przypadku niepalaczy, czyli osób „po spożyciu” napojów, ciasteczek etc., a także co zrobić z biernymi palaczami z drugiej ręki – którzy mają we krwi THC, bo przebywali w zadymionym pomieszczeniu...

Trzecia rzecz to hodowla na własne potrzeby – o ile w domach prywatnych jest wolnoć Tomku w swoim domku, o tyle w blokach mieszkalnych stwarza cały wachlarz problemów „sąsiedzkich”, nie mówiąc już o wykorzystywaniu zryczałtowanej energii elektrycznej czy cieplnej na rzecz marihuanowej „szklarni”. Słowem, zafundowano nam problemy, które dzielni politycy będą teraz rozwiązywać latami, „konsultując” nas społecznie, powołując komisje oraz teamy ekspertów – będą mogli się wykazać i strzyc nas dalej w najlepsze.

Andrzej Kumor


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

piątek, 15 czerwiec 2018 13:40

„Oczko misiu się odkleiło”

Napisał

„Oczko misiu się odkleiło” – tak w filmie Barei komentowano pewien incydent. Tymczasem różne gazety tabloidowe krajowe i zagraniczne używały sobie ostatnio na premierze Kanady Justinie Trudeau w związku z rzekomym odklejeniem brwi podczas konferencji prasowej. Wychodziłoby na to, że premier nasz na pewne okazje wizerunkowe zakłada sobie bardziej krzaczaste brwi „męskie”, a pod nimi ma takie przerzedzone, mało stanowcze, które trudno mu marszczyć. Justin Trudeau nie tyle więc jest premierem Kanady, lecz gra rolę premiera – z lepszym lub gorszym skutkiem, w Indiach na pewno z gorszym...

Podczas konferencji prasowej po szczycie G-7 zdecydował się na stanowczość, co nie przypadło do gustu prezydentowi Stanów Zjednoczonych. Trump stwierdził, że Trudeau jest jak dziecko i przy starszych mówi co innego, a pyskuje, dopiero jak odejdzie na bezpieczną odległość. Wtedy wyżali się i obszczeka.

Nie ma w tym nic dziwnego, po prostu nasz premier raz gra jedną rolę, a raz występuje w innej.

Niestety, nie zawsze dobre aktorstwo szefa kanadyjskiego rządu może nas bezpośrednio dotyczyć. Bo „nielubienie” Kanady w Waszyngtonie przekłada się wprost na gorsze pozycje negocjacyjne. Kanada nie ma wiele możliwości manewru w stosunkach z USA; jesteśmy podpięci do tego misia niezależnie od tego, czy nam się to podoba, czy nie. Nasz potencjał wojskowy i ekonomiczny w porównaniu z amerykańskim jest nieduży. Trudno nam też pozwolić sobie na lewarowanie amerykańskich wpływów zwracaniem się ku Pacyfikowi, Rosji czy Unii, ponieważ amerykańscy koledzy kontrolują w tym kraju praktycznie wszystko. Możemy ugrać tyle, na ile nam pozwolą z własnej wygody. No, niestety.

A więc, jeśli chce się dla Kanady coś ugrać, to sensownymi negocjacjami, a nie pozami. Bo niestety za groźnymi minami nie stoją konkretne atuty. Wychodzi więc śmiesznie, a nie groźnie. Tymczasem na rynku wewnętrznym owe pozy premiera podpompowały kanadyjskie ego. Z drugiej strony, warto zauważyć, że Trudeau podpadł ostatnio krytyką Izraela, więc możliwe, że ktoś postanowił skrócić mu smyczkę. W maju apelował przecież o przeprowadzenie niezależnego dochodzenia w sprawie użycia przez Izrael „nadmiernej siły” wobec protestujących Palestyńczyków, ostrzeliwanych przez żydowskich snajperów… I to również wbrew amerykańskiemu – zawsze proizraelskiemu – stanowisku.

***

Niebieska fala przeszła przez Ontario i premier Doug Ford będzie mógł pokazać, co potrafi. Szczęśliwie zastosował znany w polityce manewr, który daje mu więcej przestrzeni decyzyjnej; mianowicie zlecił kontrolę finansów prowincji. Podobno są one w o wiele gorszym stanie, niż ujawniali rządzący liberałowie. A więc, w momencie, kiedy okaże się (a z pewnością się okaże), że finanse są tragiczne, wtedy część obietnic nie będzie mogła być spełniona, a przynajmniej nie od razu. Jakoś trzeba sobie z deficytem poradzić, zwłaszcza że nie wygląda na to, byśmy mieli przed sobą jakiś rekordowy wzrost gospodarczy. Będzie więc trzeba „podejmować trudne decyzje”. Na początek Doug Ford mógłby jednak coś dla nas zrobić – na przykład reformę nauczania seksualnego w szkołach. Zobaczymy, czy Ford okaże się politykiem z ikrą, czy też będzie nową fasadą tych samych sił co zawsze. W każdym razie, można się cieszyć, że nie zostaliśmy mięsem armatnim politycznych eksperymentów NDP. A to już plus.

W nowej legislaturze Ontario zasiądą dwie młode Polki z drugiego pokolenia, Kinga Surma i Natalia Kusendova. Gratulujemy i trzymamy kciuki, by nie były tylko figurantami z tylnych ławek.

Andrzej Kumor


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

Ostatnio zmieniany piątek, 15 czerwiec 2018 22:57
piątek, 15 czerwiec 2018 13:22

Byłem w Polsce (10)

Napisane przez

Braniecki1918 01Wielu podróżnych miało ze sobą przedziwny bagaż. Jakieś tłumoki związane sznurkiem, czasem walizki, albo co było najpopularniejsze – teczki! A w tych teczkach... Bóg jedyny wiedział!...

– Pani podrzuci mi teczkę – tam stoi!

A teczka stała jak przymurowana. Nawet dwóch rąk było za mało, aby ją ruszyć z miejsca!

– A co pan tam ma, na miłość boską? Kamienie?

– Iiii tam, kamienie! Motor wiozę, ale on lekuchny – jaki tam ciężki?

Ktoś tam pomógł, popchnął i motor w teczce podawano ponad głowami. No więc gdy silnik paki zaskoczył, łańcuchy na kołach trzymały i tylne drzwiczki były zatrzaśnięte, auto ruszało. Drogi odśnieżano we własnym zakresie, ale większość mijanych wiosek nie miała żadnego sprzętu, więc PKS-owska paka przebijała się przez zasypaną drogę „par force”.

W środku, ciaśniuteńko stłoczeni ludzie rozluźniali się po emocjach wsiadania i startu. Większość wyciągała jakoś papierosy i zaczynała przypalanie.

Wyciąganie zmiętej paczki żeglarzy, sportów czy giewontów to była operacja, która wymagała zespołowego działania.

– Pan wyjmie mi cygara – mówił ktoś, kogo pozycja nie pozwalała na sięgnięcie do własnej kieszeni. „Cygara” to były papierosy.

Podawano sobie zapalonego już papierosa prosto z ust, żuto prymki, spluwano w zagłębienie dłoni, czasem ktoś wpychał pół papierosa w lufkę. Zdarzało się, że palący wydmuchiwał dym prosto w twarz przyciśniętego do niego, a ten, nie mogąc z powodu ścisku ruszyć głową, wdychiwał go i czuł się tak, jakby sam palił. Można powiedzieć, że tanio mu wychodziło, bo nie musiał kupować, a mógł się napalić do syta!

Paka parła do przodu, osuwając się czasem na jakiejś większej zaspie, przechylając raz w jedną, a raz w drugą, co powodowało przesuwanie się ludzkiego ładunku, który zachowywał się jak jedna, zwarta bryła. Siły prące tej bryły powodowały, że ludzie czuli miażdżenie i wyciskanie powietrza z płuc. Zdarzały się też przyduszone krzyki lub piski kobiet, które bały się wręcz o swoje życie.

Niby żartowano, niby coś tam przepraszano, ale i tak nikt nic nie mógł zrobić i pod tym względem było bezpieczniej niż, powiedzmy, w warszawskim tramwaju w letni dzień, gdy w ścisku dochodziło do rzeczy, o których dziewczyny wstydziły się wtedy mówić, bo tak były wychowywane, żeby „o tym nie mówić, bo to na pewno twoja wina!”. Ej, nawet teraz trudno mi o tym spokojnie pisać!

W każdym razie, w tamtych zamierzchłych czasach – chociaż daleko nie „świętych” – może trochę bardziej szanowano kobiety. Na dowód tego, nie gubiąc przy tym toku opowiadania, powiem tylko tyle, że w czasie jednego letniego kursu zdarzył się pewien przypadek. Po metalowej drabince wchodziła do środka samochodu-paki młoda, wiejska dziewczyna w szerokiej spódnicy. Wiatr zawiał, ktoś coś zauważył i w czekający tłumek poszła elektryzująca wieść, że dziewczyna jest bez majtek. Docinki i kąśliwe żarty wywołały u dziewczyny płacz. W tym momencie konduktor wrzasnął na tłum z taką wściekłością, że żarty umilkły jak nożem uciął.

– Bydło! Żeby ktoś czasem waszych córek tak nie sponiewierał!!!

To pamiętam. Pamiętam słowa, które padły, i pamiętam ciszę. Jakaś starsza kobieta objęła dziewczynę ramieniem, a chłopi siedzieli cicho i udawali, że patrzą w inną stronę.

Wracam do tej zimowej jazdy PKS-em. Otóż kurs był do Przemyśla przez Dubiecko, Nienadową i Krzywczę.

Jak to się mówiło, „lecieliśmy” na Przemyśl.

Do Dubiecka jeździliśmy, albo chodziliśmy, od czasu do czasu, bo moja mama miała tam dwie dobre znajome, a właściwie kuzynki, które jako niedobitki przedwojennej klasy posiadającej, cierpiały w zrujnowanym pałacu piszczącą biedę. Owdowiałe siostry. Mężowie zginęli w czasie wojny, a one zostały same.

Władza ludowa wydzieliła im tam skromniuteńkie mieszkanko i żyły z ogródka i wyprzedaży dawnych bibelotów. Resztę pałacu przydzielono jakiejś fabryce.

Mama jeździła do nich na pogadanie, powspominanie, trochę popłakanie, ale głównie przywoziła jakąś pomoc, bo wszystkim wtedy było ciężko i ludzie wspierali się jak mogli i czym mogli.

Tak więc drogę do Dubiecka znałem i jak do tej pory wszystko było dobrze, ale jeśli chodzi o tę dalszą, w kierunku Krasiczyna i w końcu upragnionego Przemyśla, to rzecz się komplikowała, bo „paka” musiała pokonać niebywałą przeszkodę, która zimową porą mogła być naprawdę śmiertelna.

Oto tuż koło wsi Krzywcza droga wspinała się trzema stromymi zakrętami na szczyt wzniesienia. To była Góra Krzywiecka. Nawet w lecie ciężarówki wyły tam jak torturowane. Silniki grzały się „do czerwoności”, spotniały kierowca zaciskał ręce do białości, a w pace panowała taka cisza jak w kościele w czasie podniesienia. Zdarzało się, że dochodziło tam do dramatycznych chwil, które w kilku przypadkach skończyły się tragediami. Tak było w lecie. W zimie zaś horror łączył się z thrillerem i nie wiadomo czym jeszcze, bo naprawdę ryzyko było ogromne. Mówię o tym nawet dziś, z perspektywy wielu lat za kierownicą.

„Paka” była przeładowana, droga zawalona śniegiem, stromizna straszna, a już najgorsze były zakręty. Pamiętam tę drogę do dziś. To było tylko raz, ale pamiętam.

Truck trzeszczał, wył, łańcuchy orały śnieg, a ludzie mówili głośno „Pod Twoją obronę”. Czasem, ale tylko czasem dawał się słyszeć jakiś przyduszony jęk czy szloch, ale poza słowami modlitwy słychać tylko było ciężkie oddechy. Co się działo w szoferce, nie wiedzieliśmy, bo paka była odgrodzona, ale oczyma wyobraźni widziałem skuloną nad kierownicą postać kierowcy w kożuchu, który zaciska ręce na kółku i wdeptuje gaz do oporu. Dużo później dowiedziałem się, że te trucki miały blokadę tylnej osi, która mogła być dużą pomocą, ale wtedy ani o tym nie wiedziałem, a nawet gdybym wiedział, to nie wiem, czyby mnie to uspokoiło. Drżałem jak osikowy liść.

W końcu wjechaliśmy. Uważałem to za kompletny cud i wynik modlitw, co chyba nie było dalekie od prawdy, bo wszyscy czuliśmy, że śmierć musnęła nas swoim oddechem.

Strasznie odbiegłem od toku mojego opowiadania o Polsce 2017/18 roku i naszych wycieczek z Warszawy w różne rejony Polski! Już wracam!

Właściwie cały czas podczas naszych wizyt w Polsce mieliśmy dobre warunki jazdy. Pogoda była ładna, drogi suche i nawet w zimie wyszliśmy jakoś obronną ręką. Ale było zimno, a w Krakowie i Zakopanem wręcz przenikliwie. Podobnie było w Sudetach i przy minusowej temperaturze nie zdecydowaliśmy się wchodzić na Śnieżkę. Mówię naturalnie o naszych jesienno-zimowych pobytach, podczas których cały czas walczyliśmy przy porządkowaniu i opróżnianiu domu, wizytowaliśmy mamę i od czasu do czasu wyjeżdżaliśmy w krótkie trasy, żeby oczyścić głowy z myśli i niepokojów.

W czasie tych rajdów widzieliśmy – szczególnie na Mazurach – ludzi z koszykami, którzy sprzedawali grzyby. Było ich tak wielu, że zaczynałem się o nich martwić, czy je sprzedadzą. Jak się okazało, całkiem niepotrzebnie, bo przejeżdżające samochody zatrzymywały się i widziałem, że biznes kwitnie.

Oprócz grzybiarzy były jeszcze dziewczyny i na jednym odcinku w Poznańskiem stało ich tyle, że w tym przypadku faktycznie byłem poważnie zaniepokojony, czy wszystkie znajdą chętnych. Mimo pozornego zastoju w interesie wyglądały na odprężone, w miarę świeże i w dobrych humorach.

Niektóre rozmawiały przez telefony, niektóre machały do przejeżdżających, a jeszcze inne na widok zbliżającego się trucka obracały się do niego tyłem i pochylały głęboko, poprawiając coś przy szpilkach. Przypomniały mi się widoki z kanadyjskich i amerykańskich truck stopów, na których widywało się tlenione blondyny siedzące w oświetlonych wnętrzach aut albo przechadzające się rozkołysanym krokiem po parkingu. Były takie, które pukały do trucków z pytaniem, czy nie potrzeba „towarzystwa”. Słyszało się je też na CB, gdy próbowały umówić klienta. Zastanawiałem się czasami, jak bardzo trzeba być zdesperowanym, żeby korzystać z ich usług, no ale każdy ma swój pogląd na te sprawy i nie mnie o tym sądzić.

A prócz tego przy polskich drogach stoją zajazdy! I jest ich wiele! Zajazdy, gospody, karczmy, „obiady jak u mamy”, hotele itd. I wszędzie dają dobrze zjeść. Inna rzecz, że jadłospisy pełne są niebotycznie udziwnionych nazw najzwyklejszych dań, ale taka jest moda w wielu krajach. Nic nie może być nazwane normalnie. Tak jakby egzotycznie brzmiąca nazwa miała przyciągnąć większą liczbę gości. I może tak właśnie jest!

Inna rzecz, że czasami zupełnie nie wiedziałem, o co chodzi, jakkolwiek podziwiałem pomysłowość w wymyślaniu nazw.

„Polędwiczki z daniela, marynowane w zalewie z leśnych borówek z miodem podbite rozetą ziemniaków i ogórków na sosie”... itd., itp.

Trudno było wyczuć bluesa, ale sprawa i tak mnie nie dotyczyła, bo ja zawsze brałem flaki albo kapuśniak plus obowiązkowy schabowy z kartoflami i zasmażaną kapustą. To było moje pożywienie i tym się syciłem! Koniec kropka!

To, że z tym polskim jedzeniem trzeba uważać, przekonałem się bardzo szybko wtedy, gdy stanąłem na wagę. Zapewniano mnie jednak, że to normalne i absolutnie nie ma się czym przejmować (!). Z wielką przyjemnością i ulgą poszedłem za tą radą.

Zatrzymywaliśmy się więc w tych przydrożnych przybytkach jedzeniowych na lunche i obiady i nigdy nie byłem rozczarowany!

Wypad do Krakowa przedłużył się o wycieczkę do Zakopanego i jeszcze dalej, przez Łysą Polanę i kawałek Słowacji do Krynicy! Droga prowadziła wśród gór, zawsze pięknych i czystych – takich jak wtedy, gdy jako młody człowiek chodziłem po nich z plecakiem. Mówię tu nie tyle o Tatrach, bo żadnym taternikiem nie byłem, ale raczej o Beskidzie Sądeckim czy Beskidach w ogóle, które znałem dość dobrze.

Inna rzecz, że każde beskidzkie pasmo ma swój niepowtarzalny charakter i urok. Nawet ktoś, kto po nich nigdy nie chodził, prawie od razu zauważy różnicę pomiędzy różnymi pasmami. Beskid Sądecki, Niski, Śląski, Gorce czy Bieszczady – każde z nich jest inne.

Jeszcze będąc w Zakopanem, nie sądziliśmy, że pojedziemy dalej. Wszystko przez brak czasu, bo przecież nie przyjechaliśmy do Polski dla jakichś turystycznych przyjemności, tylko do chorej mamy i likwidacji domu. Miałem więc pewne wyrzuty sumienia, że każda chwila spędzona poza Warszawą i naszymi obowiązkami jest jakimś nadużyciem czy egoizmem, ale dzwoniliśmy do Domu Opieki i w ten, trochę pokrętny i hipokrytyczny sposób uspokajaliśmy poczucie winy.

Marcin Braniecki

nazarukOMIZ tego pierwszego pobytu taką historię wam powiem, bo ona znowu pokazuje, jak Duch Boży do mnie przemówił. Jest styczeń, to jest dopiero miesiąc mojego pobytu w Kanadzie. Najpierw wylądowałem w Edmonton, tam są dwie polskie parafie. Ja należałem nie do polskiej grupy, tylko francuskojęzycznej, tak zwana Prowincja Grande, ale że nie znałem języka angielskiego na tyle, żeby pracować, to dali mnie tamci oblaci francusko-angielskojęzyczni do polskiej parafii w Edmonton, gdzie miałem się uczyć angielskiego. Obok Edmonton jest miejscowość St. Albert, prawie łącząca się z nim, gdzie jest na cmentarzu około 300 oblatów pochowanych, misjonarzy wielkich, wśród nich ci pionierzy polscy, bracia i księża, którzy już pracowali przed wojną. Między innymi tam leży brat Kowalczyk.

Na drugi dzień po wylądowaniu w Edmonton, styczeń, bardzo zimna pogoda, ja z różami idę na grób brata Kowalczyka, a tam patrzę, pełno kwiatów, nie tylko ja. Zawsze na jego grobie jest pełno kwiatów i świece się świecą. Mówię, bracie, tutaj twój zmiennik przyjechał, weź mnie pod opiekę, bo wiesz, nie wiem, co mnie tu czeka, a ty już wiesz. I jest jednym z moich wspaniałych opiekunów mojej duszy i patronów, do którego codziennie się modlę od tamtego czasu. Byłem dwa tygodnie w polskiej parafii, jedzie przełożony mój prowincjał już tamtejszy, na północ, daleką północ, nad Wielkie Jezioro Niewolników, gdzie już dwóch polskich oblatów pracowało, bo pojechali przede mną młodzi. To jest potężna przestrzeń. Diecezja Mackenzie jest wielkości całej Europy, chyba największa diecezja na świecie. Miejscowość od miejscowości to 300, 400, 500 kilometrów. Tam przed wojną pracował ojciec Leon Mokwa. To ten, o którym mówiłem, że się nie zdziwi już niczym, a się zdziwił w wieku 70 lat. Zdziwił się, kiedy jego kolega, oblat, współbrat, wywinął numerek z odejściem. I on tam pracował, człowiek, który ponad 60 lat pracował na misji, poznał masę języków. Dowiedziałem się, że jestem przeznaczony do pracy wśród Psich Boków, bo radny prowincyjny stamtąd był, bardzo wpływowy, i biskup, też oblat, potrzebował kilku misjonarzy i nasz przełożony powiedział, że tam docelowo będzie 6 oblatów pracowało. Już było dwóch, mieli być następni. Miałem z jeszcze jednym być, ale ten drugi zrezygnował. I on mówi – jedziemy na północ. No to jedziemy na północ. Nie miałem o tym pojęcia, trochę wiedziałem, czytałem, ale nic nie wiedziałem o dalekiej północy. 1300 kilometrów jechaliśmy samochodem, a potem jeszcze 300 kilometrów samolotem.

Zajeżdżamy do miejscowości Rae-Edzo, to jest taka stolica, główna misja, Indian Psich Boków. Jest ciekawa historia ich, ale to pominę. Jedni z najbardziej moralnie wysoko postawionych Indian. Indianie są z natury bardzo religijni i to mogą powiedzieć – nigdy nie spotkałem ani jednego Indianina czy Eskimosa, który by powiedział, że nie wierzy w Boga. Dla nich to jest taki absurd, że nie mieści się w głowie. Mówią, że to jest niemożliwe, że trzeba być wyjątkowo głupim i ślepym, żeby coś takiego powiedzieć, że się nie wierzy w Boga. Jak można nie wierzyć w Boga, coś, co jest najbardziej oczywiste na świecie! O Bogu mówi wszystko, powietrze, słońce, księżyc, każdy ptak. Ta modlitwa, którą czytałem, każdy kamień, każdy liść poruszony mówi o wielkości Boga.

Pojechaliśmy. Tam pracuje taki Francuz, który właśnie się wystarał o nas, o Polaków. On tam nie zawsze bywa. I w niedzielę ogłoszono, że przyjedzie ojciec Johnson, prowincjał, i przyjedzie polski ksiądz. Dlaczego pojechaliśmy na daleką północ do tej misji? Ponieważ jakiś czas wcześniej tam był Jan Paweł II.

Najpierw nie mógł dojechać, bo była mgła, a potem obiecał, że dojedzie, i przyjechał jeszcze raz. I oni prosili o misjonarzy, bo kiedyś był taki czas, kiedy było około 150 oblatów na ten teren diecezji Mackenzie i ze 200 sióstr zakonnych. To wielka historia. Kiedy ja tam dotarłem, było 30 kapłanów i może ze 20 sióstr zakonnych. Zmniejszyło się, a ludzi przybywało, bo na dalekiej północy są złoża złota, ropy wielkie, diamentów ogromne, innych. Tam jadą ludzie, nie tylko Indianie mieszkają, ale biali też. Więc przybywa ludzi, a coraz mniej jest misjonarzy. Nie ma powołań wśród Indian, nie chcą księża jechać nawet tam daleko. Ci starzy weterani wymierają albo już się wycofują, bo nie mogą pracować, dlatego nas proszono, Polaków, żebyśmy przyjechali. Ja tam się znajduję, jest pierwsza msza. Taką długą historię chciałem opowiedzieć, żeby pokazać coś, co mnie dotknęło. Pierwsze spotkanie z Indianami. To jest fajne, bo lądujemy w Yellowknife – nazwa od Indian Żółte Noże – ja sobie wyobrażam, daleka północ, z samolotu wysiądziemy, to Indianie, Eskimosi, futra itd. Otwierają się drzwi, pierwszy człowiek, jakiego zobaczyłem po otwarciu drzwi, to był Murzyn, autentycznie. Ja myślałem, że samolot został uprowadzony (śmiech). Podjechała drabinka i drzwi się otwierają, my z ojcem Johnsonem wychodzimy, patrzę, na dole stoi Murzyn, czarny jakby wszystkie światła zgasły.

Mówię do ojca Johnsona – czy myśmy w Afryce wylądowali? A on mówi nie, to jest kanadyjska północ. Ale żeby śmieszniej było, to ten Murzyn przyjechał po nas. Okazało się, że diakon, który przyjechał z Afryki, Kenijczyk, chciał pracować wśród Eskimosów. I on przyjechał samochodem biskupa po nas. To był dla mnie niesamowity szok spotkania z daleką północą.

Drugie, może nie szokujące, ale bardzo pouczające dotknięcie Ducha Świętego. Msza Święta, jestem przedstawiony ludziom. Wielu ludzi było, bo dowiedzieli się, że Johnson przyjedzie, a znali go, bo był kierownikiem pielgrzymek. Wiedzieli, że przyjedzie z Polski misjonarz, a już mieli dwóch. Psie Boki mieszkają w pięciu miejscowościach w promieniu ponad 400 kilometrów. Oni w niedzielę wsiadają w samolot – bo jest jeden misjonarz i może być tylko w jednej miejscowości – i po 200 – 300 kilometrów lecą, żeby być na mszy. Wyobrażacie sobie to? Tak kochają, żeby być u spowiedzi, u komunii, lecą samolotem.

Czasami zostają potem na kilka dni w tej miejscowości, bo to są powiązania, relacje rodzinne też. Ale żeby na mszy być, lecą samolotami. Dowiedziałem się, że będę z tym Francuzem, we dwójkę będziemy obsługiwali pięć miejscowości w promieniu 400 kilometrów, więc będą mieli w wioskach księdza częściej niż dwa – trzy razy w roku. Zostałem przedstawiony, kończy się Msza Święta, mówi do mnie ten Francuz, który nas tam sprowadził – a teraz będzie szpaler, idź tam, bo wszyscy chcą cię przywitać. To poszedłem. Do kościoła wejdzie jakieś 300 – 400 ludzi, a na mszy było około tysiąca. W tej miejscowości mieszka około 800 ludzi, ale na msze przyjeżdża więcej, jak wiedzą, że będzie ksiądz. To dla nas niespotykane. Wyobraź sobie, że najbliższy ksiądz jest w Szczecinie, pojedziesz w niedzielę, żeby być na mszy? Tak kochasz Jezusa, żeby być u komunii, żeby jechać 300 – 400 kilometrów samochodem czy samolotem? Ja porównuję, ale oczywiście to inne warunki.

Idę, każdy mi podaje rękę, niesamowite wrażenie. Zimno mnie przechodzi, bo podaję rękę, kobiety troszeczkę się uśmiechają, a mężczyźni to kurczę, jakby byli zamarznięci, jakby na K2 weszli i zamarzli. Takie pogody są tam, gdzie pracowałem, jak na tym szczycie, 40, 50, 60 stopni przy powiewie wiatru, taka pogoda, ale to nie szczyty, można żyć – oni żyją i są szczęśliwi. I idę, każdy podaje mi rękę, bo oni skanują, że tak powiem po naszemu. Oni, podając rękę, nie oszukasz ich, sposób, w jaki podajesz rękę, po dotknięciu ręki, sposobie spojrzenia, oni powiedzą wszystko o tobie. Nie pomylą się, czy jesteś uczciwy, po co przyjechałeś. Na samym końcu jest kobieta, o kulach, Indianka, staruszka, pochylona, i stoi. Podchodzę do niej, sporo ludzi na zewnątrz stało, ona ostatnia. Ładna pogoda, 15 – 20 stopni to jest cieplutko, bo to jest inny klimat, jest sucho, więc się nie czuje. Mróz robi swoje, ale się tego nie czuje. Zimno się czuje przez wilgotność, a nie przez temperaturę, co też jest zdradliwe. Indianka chwyciła za rękę, pocałowała mnie, nie dlatego że taki młody i taki przystojny z Polski – to było trochę lat temu, trochę młodszy byłem, to był styczeń 1991 roku – i trzyma mnie za rękę, ktoś to tłumaczy, ja na tyle, ile po angielsku mówiłem, a ona w swoim języku, a ona mówi – tak Bóg do mnie przemówił przez tę Indiankę – dziękujemy, że przyjechałeś, zostań z nami.

Mówię, zostanę, tylko muszę jechać do miasta, a potem wrócę. Nie, nie odjeżdżaj, zostań, bo jak pojedziesz do miasta, to zostaniesz z bogatymi, co mają pieniądze, w mieście. Zobaczyłeś nas biednych, to już do naszej biedy nie wrócisz. Ja mówię, że nie przyjechałem po pieniądze, bo pieniądze i dobre życie były też w Polsce. Przyjechałem Ewangelię głosić, tak myślałem. A ona mówi – już niejeden tu był, co mówił, że przyjechał Ewangelię głosić, ale zobaczył biedę, pojechał i nie wrócił. Mówię, że muszę pojechać do miasta, nauczyć się dobrze języka, trochę podszkolić się, wrócę i będę z wami może do końca życia. A ona mi mówi, my twojej mądrości nie potrzebujemy, bo mamy swoją. My twojego angielskiego nie potrzebujemy, bo mamy swój język, piękny, który nam dał, a mądrość, którą mamy, zostaniesz, to poznasz, nauczymy cię. Bo, jak mówi, z Bogiem rozmawiamy i Boga słuchamy, to jesteśmy wtedy mądrzy i wszystko wiemy. Jak przestajemy z Bogiem rozmawiać i Boga słuchać, wszyscy robimy się głupi. I to jest ta mądrość. Proste? Proste. Zostań, nie mądrości od ciebie oczekujemy i nie języka oczekujemy. Oczekujemy jednego, żebyś nas pokochał i modlił się z nami i za nas. Bo, mówi, jak ksiądz jest, to dobrze się dzieje wśród nas i dobrze żyjemy, bo jak ksiądz jest, to jest komu nam Boże słowo przeczytać i wytłumaczyć. Jak jest ksiądz, to jest msza i jest komu Pana Jezusa dać, jak ksiądz jest, to jest komu grzechy przebaczyć. Wtedy jest ciepło i dobrze żyjemy. Ale jak księdza nie ma, i długo nie ma, to nie ma komunii, nie ma kto nam grzechów przebaczyć i nie ma kto nam słowa Bożego przekazać. I wtedy jest zimno. I jak długo nie jesteśmy u spowiedzi i u komunii, to zaczynamy się żreć jak zwierzęta. Pokochaj nas, żyj z nami, żebyśmy wiedzieli, że Bóg mieszka wśród nas i Bóg troszczy się o nas. Bądź znakiem Boga dla nas.

Mówię do dzisiaj, że nigdy piękniejszego kazania nie usłyszałem, jak to, co ta Indianka powiedziała. Te słowa słyszę codziennie. Bądź znakiem. To, co ona powiedziała do mnie jako o kapłanie, to tyczy się nas wszystkich, jako chrześcijan, żeby być znakiem Boga, uczeń Chrystusa, chrześcijanin, znakiem Boga, żeby drugi człowiek odchodził po spotkaniu lepszy, a nie gorszy z nami. Tego oczekuję. I pięknie streściła Ewangelię, mądrość, jest ciepło, bo jest Jezus. Jak jest ksiądz, to jest msza – wartość mszy, wartość spowiedzi, wartość słowa Bożego jednym zdaniem. My gadamy kazania długie, po tydzień na rekolekcjach, i nie umiemy ująć w jednym zdaniu jak ona. Ale to Duch Święty przemówił przez nią. Widziałem tę mądrość Indian, doświadczyłem. Dużo by opowiadać o tej historii, to jest za dużo. Jest wiele takich historii, dwa lata byłem na północy indiańskiej i myślałem, że więcej czasu tam będę. Język poznałem, lepiej mi się mówiło po indiańsku niż po angielsku, bo codziennie była msza po indiańsku, a angielska tylko raz w tygodniu, którą odprawiałem z tym Francuzem. Potem jeździłem do różnych wiosek, niesamowite doświadczenia, piękne historie poznawania tych ludzi.