Goniec

Register Login

800px-POL Warsaw Pomnik czynu poloniiPolonia na całym świecie dysponuje potencjałem, który może nie tylko pomóc wspierać strategicznie polskie interesy, ale również zmienić dotychczasowy obraz Polski. Najwięcej mówiono i pisano o tym w trakcie polskich wyborów prezydenckich i parlamentarnych w roku 2015, a najpopularniejsza wówczas fraza brzmiała: „potencjał Polonii”.

Co wiemy o Polonii amerykańskiej jako największej grupie polskiej diaspory?

(Ponieważ dysponujemy tylko badaniami na temat Polonii amerykańskiej, nie omawiamy innych części polskiej diaspory. Konieczne jest przeprowadzenie takich badań). Otóż amerykańskie wybory prezydenckie 2016 zburzyły mit o tym, że Polonia nie głosuje. To właśnie głosy Polonii w stanach: Wisconsin (9,3 proc. Amerykanów polskiego pochodzenia), Michigan (8,6) i Pensylwanii (7,28 proc.) jako „swing states” miały istotny wpływ na wynik wyborów prezydenckich. Przy liczbie 9.569.207 co stanowi 3,2 proc. populacji USA (Źródło: U.S. Census Bureau, 2010 American Community Survey). Amerykanie polskiego pochodzenia są bogatsi niż przeciętny Amerykanin (79 tys. dol. wobec średniej 63 tys., jeśli chodzi o dochód na rodzinę) oraz są lepiej wykształceni (36 proc. wobec 28 proc. ukończyło studia). Większość (71 proc.) deklaruje przynależność do Kościoła rzymskokatolickiego (Piast Institute. Studium „Polish Americans Today: A Survey of Modern Polonia Leadership” 2013).

Dobrze wykształcony Amerykanin polskiego pochodzenia z doktoratem już na samym początku wart jest około 250.000 dol. Na uniwersytetach istnieją i powstają polskie kluby studenckie, od wschodniego wybrzeża do zachodniego po Alaskę i Hawaje. Sporą, ciągle powiększającą się grupę stanowią studenci z Polski. Potrzebują oni jakiegoś planu, wizji jednoczących ich wokół wspólnych celów. Jednym z takich narzędzi mogłaby być idea stworzenia transparentnego systemu stypendialnego. Poza Fundacją Kościuszkowską żadna inna organizacja polonijna nie dopracowała się jeszcze naprawdę czytelnego, dostępnego i stabilnego systemu stypendialnego. Tymczasem stypendia odgrywają istotną rolę, jeśli myśli się poważnie o stworzeniu propolskiego lobbingu w Ameryce.

Czekamy również na projekty i programy badawcze dla naszych studentów i naukowców adresowane z Polski. Bez zaplecza intelektualnego nie można budować polskiego lobby. Istotną rolę w tym procesie odgrywają polscy naukowcy pracujący w USA, amerykańscy naukowcy polskiego pochodzenia i inni, którzy zajmują się polską problematyką. Wstępne szacunki mówią, że w samych Stanach Zjednoczonych jest ponad 800 naukowców na poziomie „tenure”, czyli amerykańskiej habilitacji. Naukowców ze stopniem doktora jest znacznie więcej. Jest to więc poważna grupa ludzi, z istotnym potencjałem intelektualnym, której nie można lekceważyć. Polscy naukowcy pracują na setkach uniwersytetów na całym świecie i grupa ta powinna również być motorem rozwoju w Polsce i to o nich powinny zabiegać polskie uniwersytety, ośrodki badawczo-rozwojowe oraz różnego szczebla ośrodki władzy. Dokładnie tak jak robiła to II Rzeczpospolita. Rząd Ignacego Paderewskiego potrafił transparentnie tworzyć polską elitę i integrować Polonię z odtwarzającymi się strukturami społecznymi i państwowymi II Rzeczpospolitej. Dlaczego dotąd nie robiły tego rządy III RP?

Długo i naiwnie Polonia na całym świecie oczekiwała otwarcia i działań kolejnych rządów III RP, w celu włączenia Polonii w proces zmian struktury politycznej i społecznej III Rzeczpospolitej. Po 1989 roku w wyniku ustaleń „okrągłego stołu”: Polacy żyjący na emigracji jako pierwsi zostali odepchnięci i zablokowani od udziału w polskim życiu społecznym i politycznym z jednym zastrzeżeniem: pieniądze od rodaków spoza kraju powinny nadal płynąć do Polski wartkim strumieniem. Według danych Banku Światowego z 2015 roku, Polonia amerykańska co roku wysyła do Polski przeszło 900 milionów dolarów; z relacji Polskiego Radia wynika, że Polacy z Wielkiej Brytanii każdego roku transferują do kraju ok. 3 mld funtów.

 

Przyjrzyjmy się faktom

Fakty wyraźnie potwierdzają, że wierne ustaleniom „okrągłego stołu” w tym aspekcie są również rządy dobrej zmiany, na które Polonia głosowała i wspiera je w dalszym ciągu. W ciągu ostatnich lat trwania rządów III RP nie powstał żaden transparentny program, który by potrafił włączać Polonię w struktury społeczne i polityczne państwa. Obawiamy się, że również rządy dobrej zmiany nie zamierzają nic zrobić w aspekcie integracji Polonii z Polską. Doskonałym przykładem ilustrującym ten proces jest zawieszenie pani Marii Szonert-Biniedy w funkcji konsula honorowego w Ohio. Nie znamy w USA osoby bardziej zaangażowanej w działalność polonijną niż Pani Maria. Niestety, rządy dobrej zmiany zawiesiły Ją w obowiązkach konsula honorowego, pozostawiając tę sprawę „profesjonalnej niemocy”. Zjawisko to polega między innymi na tym, że nikomu nie przeszkadza fakt, że niektórzy polscy dyplomaci to byli współpracownicy służb specjalnych, a najbardziej zaangażowana w sprawy polskie w USA Pani Maria jest ciągle blokowana w swoich patriotycznych działaniach. Widocznie Pani Maria komuś bardzo przeszkadza.

Proces lekceważenia i blokowania Polonii doskonale widać w trakcie odbywających się konferencji na tematy polonijne. W 2016 roku w Warszawie pan Adam Bąk z Nowego Jorku jako pierwszy zadał pytanie: dlaczego nowo wybrane w demokratycznych wyborach władze nie podejmą współpracy z Polonią?

Przedstawicieli rządu RP zabrakło jednak na tej konferencji. Mimo że konferencja była sponsorowana przez MSZ, nikt z osób odpowiedzialnych za Polonię się tam nie pojawił z wyjątkiem pani poseł Pawłowicz i pana posła Rzymkowskiego. Pani z departamentu MSZ d/s Polonii i Pan z Senatu odczytali nudne kwestie, po czym pojechali do domu na obiad, nie przejawiając zainteresowania tymi, którzy przemierzyli tysiące mil dla dobra ojczyzny. W Krynicy na forum polonijnym w 2017 o mediach polonijnych mówiły osoby z TV Polonia, która od lat nie zajmuje się problemami Polonii. Dlaczego zabrakło dziennikarzy polonijnych? Na tematy biznesowo- finansowe mówili, a raczej dzielili się swoimi kosmicznymi wizjami szefowie polskich spółek, a prezes największej polonijnej firmy finansowej z Nowego Jorku siedział na widowni. Na innych konferencjach zaczyna dochodzić do coraz ostrzejszej wymiany poglądów.

W Toruniu w 2018 pani Renata Cytacka z Wilna głośno powtórzyła zarzuty, że dobra zmiana nie ma żadnej wizji współpracy z Polonią. Została za to w mało dyplomatyczny sposób skarcona przez Pana Marszałka Senatu. Adam Bąk, działacz polonijny, filantrop i milioner z Nowego Jorku, zrezygnował z dalszego udziału w pracach Rady Konsultacyjnej Polonii przy Marszałku Senatu RP. Zasada jest ciągle taka sama, tj. główni paneliści i osoby wypowiadające się w imieniu Polonii, nigdy nie mieszkali za granicą, a miarodajnym źródłem informacji o Polonii jest przysłowiowy szwagier z Chicago. Nie istnieją żadne aktualne badania na temat Polonii, a ostatnie zostały przeprowadzone przez rząd PO w ramach badania Piast Institute z Michigan. A miało być partnerskie traktowanie Polonii. Historia znów się powtarza. Sprawa historycznych relacji pomiędzy Rzeczpospolitą a Polonią nie wygląda różowo. Od momentu fatalnego za sprawą rządu II RP, powrotu Błękitnej Armii do USA, do zmuszania Polonii do realizacji polityki zagranicznej rządu II RP, inwigilacji Polonii w okresie komunizmu i czarnych list dla niektórych działaczy Polonii po 1989 roku, rząd dobrej zmiany chyba też realizuje błędy poprzedników, starając się narzucać Polonii swoją politykę. Różne ośrodki władzy RP i różni politycy realizują wśród Polonii swoje priorytety, które często są sprzeczne z priorytetami Polonii. Lansowanie przez frakcje dobrej zmiany różnych ludzi wśród Polonii wpływa tylko na dalszą destrukcję Polonii. A jeśli nic nie wychodzi, pozostaje winą obarczyć... Polonię.

 

Nowy, sposób rozumienia Polonii w Warszawie

W trakcie wspomnianych konferencji lansuje się ostatnio bardzo modną wersję o skłóconej Polonii i niemożności dogadania się z nią. Podkreśla się brak liderów Polonii. Można ją usłyszeć w słowach czołowych liderów dobrej zmiany i dyplomatów. A co dobra zmiana zrobiła w aspekcie zmiany tej sytuacji? Wyciąga kolejne „króliki z kapelusza”, nikomu nieznanych w świecie polonijnym ludzi z kategorii miernych, ale wiernych, i to właśnie oni mają być nowymi mężami opatrznościowymi Polonii. Bardzo ciekawa jest ta nowa próba zamiecenia indolencji osób odpowiedzialnych za współpracę z Polonią pod przysłowiowy dywan.


Czego domaga się Polonia?

Polonia już od dawna informuje, że najważniejszymi priorytetami dla niej jest jej profesjonalna lustracja (przeprowadzona przez IPN, a nie samozwańczych ekspertów), zaprzestanie dofinansowywania projektów dla organizacji, które są przeciwne patriotycznej wizji Polonii. W tej chwili projekty patriotyczne nie otrzymują żadnego dofinansowania ze źródeł senackich. Sytuacja jest podobna do sytuacji w Polsce, gdzie polski rząd dobrej zmiany finansuje opozycyjne, wrogie polskiej racji stanu organizacje i osoby. Jeżeli chcemy bronić dobrego imienia Polski i Polaków, nie możemy finansować wrogów, musimy finansować tych, którzy chcą bronić Polski!!! Polonia na całym świecie musi także posiadać długofalowy program na przetrwanie. Ewentualna wygrana marksizmu kulturowego spowoduje błyskawiczną asymilację polskiej diaspory i utratę dla państwa polskiego możliwości posiadania efektywnego lobbingu polityczno-ekonomicznego. Na taką ewentualność Polonia powinna mieć konkretny plan działania.

Po płomiennych apelach marszałka Senatu Karczewskiego i ministra MSZ Dziedziczaka do Polonii: „o reagowanie na przejawy antypolonizmu”, na Wawelu obył się swoisty hołd lenny w postaci podpisania przez przedstawicieli największych organizacji polonijnych apelu: o wzmacnianie więzi ze wspólnotą budującą Polskę taką, jaką wymarzyli sobie jej przodkowie – wolną, podmiotową, sprawiedliwą i bezpieczną, wyrastającą z chrześcijańskich fundamentów Europy. Hołd lenny miał tylko znaczenie dyplomatyczne, albowiem w licznych listach beneficjentów senackich grantów powiedziano Panu Marszałkowi: „Polskę zawsze wspieraliśmy i wspierać będziemy, ALE ODMAWIAMY wsparcia działań obecnych polskich władz w tej dziedzinie” – to odpowiedź niektórych polonijnych organizacji, zwłaszcza tych, które ze swoich misji wykreśliły hasło: Bóg, Honor, Ojczyzna. Flagowe polonijne projekty w Ameryce i w Europie milczą w momencie, gdy polska racja stanu potrzebuje ich wsparcia.

Jako Polonia patriotyczna, głosowaliśmy na idee reformy państwa polskiego w postaci programu wyborczego prezydenta Dudy i programu dobrej zmiany. Czekamy już dwa lata na jakiekolwiek wspólne przedsięwzięcia, ale albo w wyniku „profesjonalnej niemocy”, albo braku woli politycznej lub ciągłej akceptacji doktryny okrągłego stołu – trzymania Polonii z dala od wpływu na polską politykę, Polonia pozostaje na marginesie polskiego życia społecznego i politycznego. Proces ten było widać jak na dłoni podczas trwającej akcji Stop Act H.R 1226, gdzie warszawskie elity zastosowały wobec Polonii popularną zabawę dla dzieci, „stary niedźwiedź mocno śpi”. Udając, że żydowskie roszczenia bezspadkowe nie istnieją i Polonia też w tej zabawie nie istnieje i wszystko z nadejściem kolejnej wiosny przeminie i będzie pięknie. Akcja Stop Act H.R 1226 obudziła Polonię. Jest to również widoczne podczas dramatycznej obrony pomnika katyńskiego w Jersey City. Propolski lobbing Polonii amerykańskiej, przy propolskim przywództwie, dał pozytywny skutek. Polonia amerykańska zrobiła pierwszy krok do utworzenia propolskiego lobbingu w USA, teraz wszystko zależy od Warszawy, czy zechce ten krok zauważyć i podjąć wspólne działania chociażby w reagowaniu na przejawy antypolonizmu. Tym razem nie chodzi nam o puste deklaracje, ale o wspólne budowanie narzędzi aktywnie reagujących na antypolonizm. Naturalnym sprzymierzeńcem w tym zakresie jest integralna część narodu polskiego, jakim jest Polonia.

W tym celu jednak trzeba sobie odpowiedzieć na zasadnicze pytanie: czy w Warszawie są dziś liderzy i politycy diagnozujący tę sytuację jako problem i chcący podjąć efektywne działania dla jego rozwiązania? To impuls niezbędny do wykonania kroków następnych, tj. wytyczenia celów, strategii i narzędzi realizacji tego, co określamy jako „Pax Polonica” – „polskiej racji stanu”, której trwałym i ważnym elementem jest Polonia.

Napiszcie do nas:
Waldemar Biniecki, USA,
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Agnieszka Wolska, Niemcy,
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Katarzyna Murawska, USA,
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

środa, 13 czerwiec 2018 01:02

Na szybko: Ciach, prach i jest od nowa

Napisał

No to podobno Stany Zjednoczone mają deal z Koreą Północną... Proszę, jak to się załatwia! Najpierw trzeba wykombinować bomby atomowe, potem pociski balistyczne zdolne przesłać je do amerykańskich miast, no a później - jeśli tylko się ma trochę oleju w głowie i smykałkę - zostaje się "dużym misiem", z którym negocjuje sam Hegemon. Już jakiś czas temu zauważył to Putin, uznając w Kimie dużego gracza.
Wielka z tego płynie lekcja dla wszystkich mniejszych krajów, ważny jest zwłaszcza los Korei Południowej, której bezpieczeństwo bez jej wiedzy i udziału położono na stole rokowań. Trump obiecał Kimowi wycofanie 30 tys. wojsk amerykańskich z półwyspu, a od zaraz zaprzestania wspólnych manewrów z Seulem.
Dobra to lekcja dla Warszawy, która dzisiaj wisi u amerykańskiej klamki, sądząc że złapała Pana Boga za nogi. Tymczasem, jeśli ta, lub kolejna administracja amerykańska zresetują stosunki z Moskwą uzyskując to, co miała geopolitycznie do uzyskania, to Warszawie pozostanie jedynie świecić oczami. Ale zdaje się, że jest to taka nasza historyczna rola...
Żeby było jeszcze weselej, prezydent Duda sugeruje, by po raz drugi w historii, wpisać sojusze do konstytucji. Dobre, więc jedziemy już otwartym tekstem bez żadnych woalek.


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

Ostatnio zmieniany środa, 13 czerwiec 2018 15:26
piątek, 08 czerwiec 2018 18:46

Obym się mylił...

Napisał

Nie znam jeszcze wyników głosowania w Ontario, ale każdy będzie zły; nawet, jeśli wygra Doug Ford i do wydatków rządowych powróci jakiś rozsądek to i tak sytuacja prowincji od tego się radykalnie nie zmieni, bo na horyzoncie zbierają się czarne chmury. I to nie tylko z powodu amerykańskiego protekcjonizmu, ale przede wszystkim obciążeń wynikających z zadłużenia, wysokich cen energii elektrycznej, i innych rzeczy, które trudno „odkręcić”.
Przed samymi wyborami widać było taktyczne pozycjonowanie wszyscy udziałowcy napominali, że przy ordynacji większościowej musimy zważać na to kto ma szansę wygrać, a nie na to kto jest naszym kandydatem. Tak to już jest, że podział głosów danego środowiska politycznego skutkuje zwycięstwem przeciwników. Byliśmy tego świadkami na szczeblu federalnym, kiedy działały dwie partie, postępowo-konserwatywna i Partia Reform, które za każdym razem w wyborach dzieliły głos prawicy, umożliwiając liberałom trzy kadencje pod rząd.
Niestety rozgardiasz w partii konserwatywnej w Ontario, jaki wywołała polityka Patryka Browna, a następnie jego dymisja I brak jasnej i zdecydowanej i programu następcy, jak również odstrzelenie konserwatystów społecznych; wszystko to dodatkowo pokomplikowało sytuację, uskrzydlając NDP, partię która zazwyczaj nie ma szans na uzyskanie władzy, sterowaną przez związki zawodowe, etatystyczną, jeszcze bardziej politycznie poprawną i skłonną do wydawania pieniędzy niż partia Liberalna. Jeśli ta partia zacznie rządzić prowincją znajdziemy się na równi pochyłej. A jest to możliwe, bo zmienia się demografia elektoratu - proszą rozejrzeć się po Mississaudze.
Po raz kolejny więc przytoczę przykład Argentyny, państwa, w którym syndykalizm i etatyzm wykończyły dobrobyt w ciągu jednego pokolenia. Tak również może być w Ontario, tak również może być w Kanadzie, pomimo tego że jest to wciąż bogaty kraj surowcowy. Rację mogą też mieć niektórzy prognozujący przeniesienie gospodarczego pępka do Alberty, na zachód. Ontario spotkałby wówczas taki los, jak niegdyś Quebec i Montreal; w latach sześćdziesiątych najbardziej rzutką prowincję kraju. Obym się mylił.


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

Ostatnio zmieniany środa, 13 czerwiec 2018 01:02
piątek, 08 czerwiec 2018 18:21

Byłem w Polsce (9)

Napisane przez

Chociaż wiele razy narzekałem i psioczyłem na podróże, niewygody, tłumy ludzi i nie wiadomo co jeszcze, to przecież bardzo lubię podróżować - a już najbardziej autem, albo truckiem. W każdym razie lubię jeździć a nie latać, bo latanie kompletnie straciło swój dawny czar i powab. Oczywiście, gdybym mógł latać pierwszą klasą i nie czekać w kolejkach, nie zdejmować butów, paska, skarpetek, nie przechodzić przez komorę rentgena i w ogóle nie być kontrolowanym, to pewnie miałbym zupełnie inne zdanie, ale tak nie jest, bo na takie luksusy po prostu nie mam pieniędzy.
Był jednak czas, gdy lotnisko, samoloty i daleki huk silników przyprawiały mnie o dreszcz emocji.
Pierwszy raz w życiu leciałem samolotem w 1959 roku z Rzeszowa do Warszawy. Byłem z moim ojcem, który miał coś w Warszawie do załatwienia i wziął mnie ze sobą w ramach imieninowego prezentu.
Ten lot z oczywistych względów pamiętam znakomicie. Bilet kosztował 199 złotych. To było dużo, a w porównaniu z biletem kolejowym, który na tej trasie wynosił niecałe pięćdziesiąt złotych bardzo dużo, ale podróż trwała tylko pięć kwadransów i była nieporównanie wygodniejsza niż tłoczenie się, w zadymionym do granic wytrzymałości płuc, wagonie kolejowym.
Budynek lotniska w Jasionce koło Rzeszowa lśnił wtedy nowością. Pasażerów było zaledwie kilkoro. Dwóch grubych panów, z teczkami na delegacji, jakaś starsza para no i my. Stewardessą była pani Elżbieta - młoda, elegancka dziewczyna z puklem siwych włosów nad czołem. Były cukierki, pledy na kolana i baaardzo dużo miejsca. Oczywiście palenie było dozwolone, panowie na delegacji palili swobodnie, popielniczki były pod ręką.
No więc takiego latania już nie ma i nie będzie, ale wspominam je przy okazji moich obecnych niechęci do lotnisk i samolotów.
Tak więc wolę autem niż samolotem. Zresztą zawsze lubiłem otwartą drogę i czułem się lepiej gdy mogłem kontrolować to jak szybko jadę, kiedy zwalniam, kiedy się zatrzymuję itd.
To wszystko wiąże się z naszą wycieczką do Kutna, ale nie tylko. Jeździliśmy bowiem w różne miejsca - ot, żeby się trochę rozerwać, coś zobaczyć, coś sobie przypomnieć. Polska wszędzie jest piękna i tak różnorodna, że na dobrą sprawę można przez wiele lat po niej jeździć i ciągle oglądać coś nowego.
Jest na polskich highwayach jedna charakterystyczna rzecz, co do której znowu mam mieszane odczucia. Chodzi o wielkie ekrany, czy ściany budowane wzdłuż drogi. Po obu jej stronach.
Nie wszędzie, ale na wielu, czasem bardzo długich odcinkach jedzie się jakby w korytarzu, który co prawda doskonale chroni przed bocznym wiatrem i tumanami śniegu, ale z drugiej strony działa trochę klaustrofobicznie. Przynajmniej na mnie. Zamknięcie z obu stron wywołuje u mnie jakiś niepokój, a przede wszystkim pozbawia widoku mijanych pól, miast i wiosek. A przecież jakżeż przyjemnie jest widzieć piękno szerokich krajobrazów! Nawet wtedy gdy jedzie się - wydawało by się - pustym krajem. Tak jest na przykład w centralnej Kanadzie kiedy to nieskończone, pszeniczne pola na dają oku żadnego oparcia. Nawet wtedy gdy aż po daleki horyzont nie widzi się ani człowieka, ani domu, ani drzewa... Nawet wtedy jest przyjemnie ! Można otworzyć okno trucka i odetchnąć świeżym powiewem, który idzie gdzieś z niezmierzonych dali, z dalekiego interioru i poczuć się wolnym!
O ile ciekawiej mogłoby być w Polsce, gdzie zawsze jest na czym oprzeć wzrok. Niestety wielkie ekrany zasłaniają widok.
Mają tylu zwolenników co przeciwników. Nie ulega kwestii, że wspaniale blokują boczny wiatr, który dla truckerów jest zmorą przeciwko której nie ma właściwie ratunku. Wiedzą coś o tym ci, którzy mieli nieszczęście jechać w Nowej Funlandii Trans-Canada Highway pomiędzy Cape Ray i St. Andrew’s na północ od Port aux Basques, gdzie straszliwe boczne wichury przewalają się w poprzek drogi i przewracają, a właściwie zdmuchują nawet ciężko wyładowane trucki! Wiedzą coś o tym ci, którzy jeżdżą przez otwarte przestrzenie Wyoming i Montany, a także po kanadyjskiej stronie przez prerie Manitoby i Saskatchewan.
Nie ma - powtarzam - nie ma gorszej rzeczy niż boczny wiatr.
Jest w Ontario na Queen Elizabeth Way wysoki most zwany Burlington Bay Skyway, przerzucony przez Burlington Bay Canal. Otóż ten most jest szczególnie wystawiony na boczny wiatr, który wieje od jeziora. Jechać nim z pustą naczepą w burzliwą, wietrzną pogodę jest proszeniem się o złamanie karku. Miałem tam kiedyś parę chwil, których nigdy nie zapomnę. Straszyły mnie potem w czasie niespokojnych snów. Budziłem się wtedy zlany zimnym potem, a w uszach wył mi potępieńczy wicher, który zsuwa mojego trucka do bariery mostu!
Są takie chwile, i na szczęście nie ma ich wiele, o których chciałbym zapomnieć.
Jednym słowem wielkie ściany wzdłuż polskich autostrad są wspaniałą ochroną przed wiatrem i śnieżnymi zamieciami. Są jednak tacy, którzy mówią, że przez te wysokie bariery nie mogą przelecieć pszczoły czy inne owady i przez to cierpi równomierne zapylanie pól.
Nigdy o tym nie pomyślałem i nawet nie wiedziałem co pszczoły mogą a czego nie mogą zrobić, ale z takimi opiniami spotkałem się w rozmowach o tych wielkich ekranach.
Bardzo często przy takich rozmowach - a o tym wszystkim rozmawiałem z kierowcami na truck-stopie - nagle ni stąd ni zowąd zjawiał się demon jakiejś polityki.
-A, bo wszystko przez tego Tuska!
A inny, z ogniem w oku odpowiadał:
-Jakiego Tuska?! To Kaczor!
Ten zwariowany chocholi taniec wokół jakichś postaci, które dla jednych są wspaniałe, a dla innych diabelskie, potrafi być trucizną, która zatruje każdą rozmowę.
Zwykle przybiera to postać stwierdzenia, że teraz jest dobrze, lepiej niż przedtem, a jeśli teraz jest coś źle to i tak przedtem było stokroć gorzej, albo stwierdzenia odwrotnego, że teraz jest źle i z całą pewnością gorzej niż przedtem.
W takich sytuacjach bardzo trudno utrzymać spokój i racjonalny punkt widzenia.
W każdym razie gdy widziałem, że rozmowa na temat ochronnych ścian, dróg, trucków czy w ogóle transportu schodzi na niebezpieczny, tak zwany “polityczny” grunt, przezornie milczałem.
A drogi są wspaniałe. Jeździliśmy trzema głównymi autostradami. A-1 do Gdańska, A-2 do Poznania, A-4 z Wrocławia do Katowic, a także wieloma drogami pierwszej i drugiej klasy a nawet zupełnie bocznymi takimi jak na przykład ta podkarpacka z Sanoka przez Ulucz do Dąbrówki Starzeńskiej.
Zdaje mi się jednak, że bardzo odbiegłem od opowiadania o naszym wypadzie do Kutna. A o Kutnie - wiadomo - można powiedzieć tylko jedno “kto w Kutnie nie był, ten nie zna życia”!
Byliśmy więc tam parę razy, głównie dla odwiedzenia innej chorej i niedołężnej kobiety, która po kilku udarach jakoś się jeszcze trzymała, jeszcze mogła mówić a nawet obywać się bez karmienia. Znałem ją z dawnych czasów, gdy była piękna i młoda, podobna nieco do Claudii Cardinale, pełna życia i wigoru. Teraz, podczas naszych wizyt widzieliśmy daleki cień tamtej fascynującej kiedyś kobiety i żal nas ściskał za gardła.
I znowu sprawa opieki, pomoc sąsiadów, próby z Ukrainką, próby z pomocą społeczną, wreszcie decyzja - przenosiny do domu opieki czy pozostanie na własnych śmieciach.
Z Kutna wyjeżdżaliśmy późnym wieczorem, prawie w nocy - tak jak się wyjeżdża truckiem z obcego miasta, żeby uniknąć dziennego ruchu, korków i nieprzejezdnych ulic.
Polskie drogi! To one sprawiają, że czujemy się jakby bardziej patriotycznie, bo zbliżają, przypominają i łączą.
Gdy wspominam Polskę, widzę polskie drogi. Nie tylko te wspaniałe highwaye obramowane ekranami, z wielkimi znakami, reklamami i światłami. Nie tylko!
Tak, to prawda, że jadąc tymi nowymi autostradami odczuwałem pewną dumę. Niezasłużoną dumę, bo przecież nie miałem w ich budowie żadnego udziału, ale odczuwałem ją dlatego, że te drogi to były moje drogi, nasze i polskie i świadczyły o zamożności i prężności mojej Ojczyzny!
Byłem po dziecinnemu dumny, że można po nich szybko jechać, że przy zbliżaniu się do budek płatniczych wielkie znaki zwalniają prędkość aut do 120 km i zaraz do 110, potem 90, 60 i tak dalej! Zwalniałem wraz z innymi, ale moje serce łaskotała niesłychanie próżna myśl, że skoro te znaki zwalniają nas do 120 to ile szybciej mogliśmy jechać wcześniej! Ta próżność brała się z jakiegoś kompletnie irracjonalnego sposobu myślenia, że szybko znaczy dobrze, silnie, niezależnie i odważnie.
Nie raz i nie dwa słyszałem jak ktoś otwarcie szczycił się ilością mandatów, jakie otrzymał za szybką jazdę. Miało to znaczyć, że skoro tak szybko jeździ to nie jest jakimś “mommas boy” tylko jest “the MAN”!
Myślę, że prawie w każdym mężczyźnie drzemie coś takiego. Może czasami nieuświadamiane, ale jest!
No więc polskie autostrady wzbudziły moje uznanie i w jakimś sensie umocniły mój patriotyzm, ale nie tylko one!
Ile by się przecież dało powiedzieć o tych mniejszych, czy całkiem małych, które wiją się wśród pól, czasem wspaniale złotych od kwitnącego rzepaku, jakie na przykład widzieliśmy jadąc z Kłodzka do Wrocławia? A ile o tych wysadzanych topolami, przez które miga zachodzące słońce, albo tych - najbardziej polskich - przy których rosną stare wierzby, poskręcane, garbate i w jedną stronę pochylone, ale jakżeż bliskie każdej polskiej duszy?!

Robiliśmy wycieczki w różnych kierunkach. Nie tylko do Kutna!
Tak jak wspomniałem odwiedziliśmy Trójmiasto, Hel, Poznań, Wrocław, Sudety i dalej Kraków, Zakopane, Krynicę, a także moje rodzinne strony na Podkarpaciu.
I wszędzie czar polskich dróg sprawiał, że czasami miałem wrażenie, że tych minionych lat nigdy nie było, i że ciągle jestem tamtym Marcinem, który przemierza polskie drogi w innym, odległym świecie. Mówię o moich wspomnieniach z dzieciństwa, potem młodości a także z końca lat siedemdziesiątych - gdy z racji pracy jeździłem po Kraju po najdalszych jego zakątkach.
Drogi w czasach mojego dzieciństwa to był uroczy horror, o ile w ogóle coś takiego istnieje.
Rzadko, która była asfaltowa. Na rzeszowszczyźnie większość z nich była co najwyżej bita, czyli nie miała żadnej twardej nawierzchni. Konie były w powszechnym użytku, a PKS miał do dyspozycji stare amerykańskie ciężarówki - głównie Studebakery, których skrzynie przykrywano dachem, wstawiano trzy twarde ławki wzdłuż i montowano metalową drabinkę, po której pasażerowie wspinali się do wnętrza. Środkowa ławka była podwójna, tak że siedziało się opierając o plecy tego, który siedział po drugiej stronie. Tak przygotowane cieżarówki nazywano “pakami”.
-Panie! A kiedy paka leci na Brzezów? - wołano.
-A gdziesik tak kole połednia! - odpowiadano.
Przy wsiadaniu, konduktor którego jedynymi atrybutami urzędu była czapka i szczypce, którymi dziurkował kartonowy bilet, krzyczał co jakiś czas:
-Ludzie ta posuwajcie się do zadu! Posuwać się do zadu, do zadu!
Chodziło o to, żeby przesuwać się do samego końca i dać miejsce innym wchodzącym. Starano się brać wszystkich czekających, ale w zimie, gdy ludzie nosili grube płaszcze i kożuchy, miejsce kurczyło się zastraszająco szybko. Niemniej upychano bez miłosierdzia. Trzeszczały żebra, ludziom wychodziły oczy z orbit, ale pchano, bo wszyscy rozumieli, że każdy ma prawo wsiąść i pojechać do powiatu, czy gdzie go tam życie zmuszało jechać. Ci, którzy się nie dostali próbowali się wieszać metalowej drabinki, ale dla nich już miłosierdzia nie było i ściągano ich bez pardonu na ziemię.
Potem następowało uruchamianie silnika co w warunkach zimowych było wyzwaniem na miarę czasów. Silnik zapalało się korbą z przodu robiąc energiczne, szybkie obroty. Mróz, ciężka metalowa korba, ciężki kożuch na plecach i zgrabiałe ręce nie pozwalały na wiele. Po paru bezowocnych podrywach korbę brał konduktor, a gdy in on się zmęczył do kroplistego potu, za korbę łapał się któryś z niedoszłych pasażerów, którego przed paroma minutami ściągnięto z drabinki. Teraz, głównie dla popisania się siłą, ujmował korbę i szarpał. Jeśli mu się udało i silnik zaskoczył miał zapewnioną jazdę i kierowca brał go w nagrodę do szoferki, na trzeciego, albo czasami na czwartego. Wytrzymałość tych ludzi na niewygody zawsze była przedmiotem mojego najgłębszego podziwu.

piątek, 08 czerwiec 2018 18:19

„PiS rujnuje Polskę”

Napisane przez

ostojanPiS rujnuje Polskę, a Stare Kiejkuty, Stronnictwo pruskie i rosyjskie też nie próżnują. Aż strach się bać!

To standardowe twierdzenie totalnej opozycji jest całkowicie słuszne. Tyle tylko, że jest niedokończone, bo PiS okrutnie wprawdzie, ale rujnuje tylko Polskę, tak zwaną pomagdalenkoową, która bezwstydnie (i wydawałoby się) bezterminowo zawłaszczona była przez popeerelowską nomenklaturę, ich pociotków, jednocześnie chciwych aferzystów łowiących ryby w mętnej wodzie przemian z pozoru jak najbardziej demokratycznych. Dawni PZPR-owcy czując skąd wiatry wieją, stali się przez noc piewcami soc-liberalizmu. Moda na ten kierunek opanowała bowiem nasz niedościgniony wzór, Europę tzw. zachodnią, co już samo w sobie brzmi dumnie. A żeby nigdy zbytnio nie przeciwstawiał się wytworzonym szybko układom, nasz pierwszy demokratyczny premier śmiało zakreślił grubą kreskę.
Mocnych solidarnościowców przesunięto niepostrzeżenie na boczne tory, a słabi zajęli ich pozycje. Umoczeni we wstydliwe kontakty z cofającymi się, (ale wciąż obecnym reżimem - Jaruzelski, Kiszczak). TW grubą kreskę jak najbardziej popierali. Wałęsa, kiedyś sztandarowa postać Solidarności, o niewątpliwych zasługach coraz bardziej kluczył i kręcił. Dawni jego towarzysze, którzy zbyt dużo wiedzieli – jak na przykład, Gwiazda, czy Walentynowicz, zostali przez niezbyt kryształowo czystych opozycjonistów, przy udziale post-komunistów odsunięci na boczne tory.
Dzisiaj „utyty” Wałęsa, który rozmienił na drobne swoje dawne zasługi, jest już tylko zabawnym folklorem politycznym. Premier Mazowiecki, nadzieja patriotów, podczas pierwszej oficjalnej wizyty w Londynie odmówił spotkania z emigracyjnym prezydentem Kaczorowskim, stwierdzając że jego prezydentem jest Jaruzelski! Co prawda, to prawda. Pan Tadeusz kiedyś zdecydowanie potępiał biskupa kieleckiego Kaczmarka o to, że był amerykańskim, imperialistycznym szpiegiem - według wypróbowanych wiele razy w Sojuzie wzorów.
Niby wszystko szło dobrze, ale obywatele swoje wiedzieli i utarli mu nosa ręką Stanisława Tymińskiego.
Woda polityczna stawała się jednak coraz bardziej mętna, a oczekiwany z dnia na dzień dobrobyt nie nadchodził. Do tego trzeba było zdecydowanego działania. A kto kierował nawą państwową? Bolek, Alek (Kwaśniewski), Beluch (Belka), Must (Olechowski), Karol (Buzek), Carex (Cimoszewicz), Raul (Rotfeld), Kosk (Skubiszewski).
Wspomina się też, choć trudno w to uwierzyć, że były prezydent Komorowski był zarejestrowany jako TW Litwin, a Donald Tusk jako Oskar „bez swojej wiedzy i zgody?” A w ogóle to nikomu nie zaszkodzili. Armia konfidentów sprawia, że termin „Rzeczpospolita kapusiów” jest najzupełniej zasadny.
***
Dzban długo wodę nosił, ale w 2015 r. ucho się ostatecznie urwało. Za drugim razem, bo mogło to nastąpić o 8 lat wcześniej. Niestety złotousty Tusk (obiecanki, cacanki a głupiemu radość) długo ze swoją patologiczną Platformą zwaną Obywatelską mamił rodaków. Za długo! Teraz się został jako przychupas Angeli. Jego pani w ramach zacieśnienia przyjaznych stosunków z Polską, o których lubi mówić, buduje ręka w rękę z Putinem drugą nitkę gazociągu uzależniającego zachodnią Europę od Rosji. Znowu oś Berlin-Moskwa? Pakt Ribbentrop – Mołotow, pruski Fryderyk i Katarzyna Wielka? Tutaj skandalicznie zachowała się Finlandia zezwalając na przeprowadzenie rurociągu przez jej podmorskie terytorium. A nie musiała. Ktoś dostał w łapę? Czy słusznie ten kraj cieszy się naszą sympatią? To powinno być Helsinkom zapamiętane. Ustawili się przeciw całej Europie tak zwanej wschodniej.
***
Prawica rujnuje, rozdeptuje opozycję, widać jednak ile głów ma ta zdradziecka hydra. Ulica, zagranica, prowokacje, próba puczu, kod-y, parasolki, róże z najlepiej rozwiniętą Różą grafinią Thun vonputz, obywatele RP. Wszystko klapło. Ale są jeszcze dzieci. Chore? Tym lepiej. Okupacja sejmowych korytarzy to temat chwytliwy. Opiekunowie dostają obecnie wyższą pomoc finansową od państwa niż kiedykolwiek przedtem. Ale poprzednio nie protestowali. Dlaczego? To proste – to kolejna polityczna hucpa, żeby przysrać PiS-owi. No i znowu się nie udała. Tu mały paradoks. Opozycja twierdzi, że skoro kraj tak dobrze prosperuje to przeróżne grupy mogą się domagać więcej. Więc prosperuje czy jest zrujnowany?
Kiedyś w bitwie pod Głogowem Niemcy też posłużyli się dziećmi. Przywiązywali polskie dzieci do maszyn oblężniczych, żeby obrońcy nie mogli do nich strzelać. W czasie Powstania Warszawskiego pędzono kobiety z dziećmi przed czołgami niemieckimi - w tym samym celu. No ale wredni Germańcy nie byli rodzicami tych dzieci. A główna szczekaczka protestu to jedna z matek Alicja Gilińska. Nawet hierarcha z Bożej Łaski (tym razem dosłownie) Pieronek zeznał przed „resortową Stokrotką”, że narażanie chorych dzieci na poważny stres nie jest po chrześcijańsku. Tygodniami na przejściowych korytarzach w publicznym budynku zamiast we własnych łóżkach i pokojach, które znają. A koszty wyżywienia pokrywała Kancelaria Sejmu. To nie przeszkadzało oszalałym rodzicom gryźć tej pomocnej ręki.
***
Jeszcze drobna uwaga co do przegrania przez Polskę II wojny światowej. (według oceny S. Michalkiewicza). Na to twierdzenie nie ma zgody właśnie rada miasta Łodzi anulowała swoją decyzję o nazwaniu jednej z ulic imieniem przedwojennego antysanacyjnego (więzionego za to) działacza endecji Kazimierza Kowalskiego. Bo jazgot jaki podniosła żydowska gazeta dla Polaków. Michnik uznał, że skoro endek to musiał być antysemita. Radni położyli potulnie uszy po sobie. Przed wojną, którąśmy (nie bez kłopotów) jednak ostatecznie wygrali, Żydzi mówili że „wasze są ulice, nasze kamienice”. Okazuje się, iż obecnie te ulice też nie są tak całkiem nasze. W Łodzi, mieście przemysłowym, 40% ludności stanowili Żydzi, Niemcy byli (prócz jednak Polaków) drugą najliczniejszą obcą grupą etniczną, żadna z fabryk nie należała do Polaka; tylko Olbrychski w powieści „Ziemia obiecana” został właścicielem fabryki i to dlatego, że ożenił się z bogatą Żydówką. Doskonały film pod tym tytułem nie mógł być nominowany do Oscara bo gremium (wiadomo jakie) uznało go za antysemicki. Był zbyt prawdziwy.
Tu wspomnę, że w poprzednim felietonie właśnie wspominałem o dwóch najbardziej znanych polskich politykach przedwojennych, to jest o Piłsudskim i Dmowskim. Dziwnym (?) trafem Marszałka uwzględniono, a Roman (jako endek?) z tekstu wypadł. Wspominałem też o barbarzyńskim bombardowaniu w celach ćwiczebnych przez rycerską (of course) Luftwaffe bezbronnego Wielunia, nazwanego Polską Guernicą (mural Picassa) obrócone w gruzy w pierwszych dniach wojny, przekształciło się w tekście w Wiedeń. Kiedyś już zamieniono mi w tekście symbol Francji Koguta Galijskiego: Galia - Francja, na „koguta galicyjskiego” to jakby zamienić polskiego orła z indyka. Niewyraźny zapis? Może, ale żeby Dmowski był też niewyraźny?!
***
Skromność jest jedną z cnót. My Polacy, staramy się usilnie wszystkim przypodobać. Ot, wg Bartoszewskiego jesteśmy „brzydką panną bez posagu”. Ale bez przesadyzmu, nie jesteśmy mocarstwem, ale też nie wypadliśmy sroce spod ogona.
Ostatnio udał się na Uniwersytecie Warszawskim dowcipny happening rozrzucono ulotki o treści, którą ze zgrozą zacytuję, czyż nie mówią prawdy?
(...)
Ostojan
Od redakcji: Szanowny Panie, przepraszaliśmy już za pominięcia; zarzucanie nam celowego pomijania Endecji to nieporozumienie. Pominięcia i przeinaczenia wynikają z przepisywania Pana rękopisu przez oprogramowanie oraz naszych niewielkich możliwości kadrowych. Nawiasem mówiąc, używa Pan mnóstwo zwrotów zapożyczonych ze Stanisława Michalkiewicza, jak np „resortowa Stokrotka”, i popełnia merytoryczne nieścisłości nie wiadomo czy zamierzone, jak choćby „Olbrychski w powieści”, czy „stare Kiejstudy” Jeszcze raz przepraszamy.
Andrzej Kumor

Tak, jak straci się kontakt z Jezusem, ten osobowy, ten przyjacielski, kiedy z Nim rozmawiasz jak z przyjacielem o wszystkim, nie tylko paciorek, tylko rozmowa, i pytasz Go – co Ty, Panie Jezu, sądzisz o mnie, co Ty sądzisz o mojej pracy, jak Ty chcesz? – to wtedy będzie odpowiedź, nie będziesz kopciuchem. Bo inaczej to będzie kariera, żeby popularność, żeby coś ugrać, co ja z tego będę mieć, jaki samochód, jakie pieniądze, jakie wczasy za to. I co? Będziesz kopcący knot, ludzi nie zbawisz. Bóg zbawia, ale potrzebuje narzędzi. I to świecić, grzać i płonąć podziałało na nich mocno.
Mniej więcej w tym samym czasie biskupowi Bourgetowi z Montrealu brakowało kapłanów, bo tam dużo Francuzów pojechało za chlebem. Przyjechał do papieża i poprosił o dwóch kapłanów na misję, a może więcej. A papież mówi, ja nie mam księży, nie mam żadnego wolnego. Ale wiesz co, w Marsylii jest biskup o sercu świętego Pawła, który ma serce większe jak świat, i ma kilku misjonarzy. Jedź do niego i poproś go, jak on ci da kapłanów, to będziesz mieć, jak on ci nie da, ja też ci nie dam. Ten pojechał do Marsylii do biskupa Eugeniusza. Znowu mówię to, ta historia nie dotyczy mnie, to dotyczy tego, jak Francja przyszła, ale te zdarzenia, kiedy słyszałem o nich po raz pierwszy, też mnie dotykały w takim znaczeniu, że to Duch Święty przez te wydarzenia także do mnie przemawia. Jak mam być księdzem, to nie po to, żeby ugrać coś dla siebie, tylko ze względu na Chrystusa. To wtedy będzie światło, które będzie pociągało do Chrystusa, a nie zatrzymywało na siebie. Więc biskup mówi, papież mnie posłał, może masz jakichś kapłanów? Są, jest nas tu 40. Było ich około 40. Młody zakon, który się wcale nie chciał rozwijać, bo nie było powołań. Była grupka. I teraz każde odejście groziło tym, że się młody zakon rozsypie. I założyciel mówi, zaczekaj, dam ci odpowiedź. Zawołał misjonarzy, pomodlili się i mówi, słuchajcie, my jesteśmy tutaj dla Francji, do odnawiania życia religijnego we Francji, ale musimy być otwarcie na wezwania Boże, na Ducha Świętego. Wprawdzie jesteśmy dla Francji, ale może Bóg chce, żebyśmy otworzyli serce na dalej. Tu jest biskup, który prosi o dwóch kapłanów do Kanady. Czy Bóg przemawia do nas przez to, żebyśmy byli hojni, czy mamy to przyjąć jako odpowiedź na Boże wezwanie, czy mamy poświęcić się temu, co robimy? Modlitwa. I co? Przyjąć misję. Dobrze, to kto? Pomodlili się, wszyscy się zgłosili, każdy był gotowy jechać do Kanady. To znaczy, że Duch Święty mocno przemówił. Przyjąć. A więc to jest odpowiedź, że Bóg nas wzywa, i tak odczytał, Bóg nas tam wzywa. I to jest 1841 rok i to jest pierwsza misja naszego zakonu poza Francją. Mówi, nie wątpię, że Bóg nam pobłogosławi za tę wspaniałomyślność, ponieważ biskup prosił o dwóch, damy mu czterech. Ryzykujemy. I dał czterech, a biskup prosił o dwóch.
Wtedy statkami się płynęło, tych czterech zajechało 5 grudnia, w św. Franciszka Ksawerego, patrona misjonarzy. Oni wylądowali w Montrealu w święto patrona misji. Znak Boży, błogosławieństwo. Biskup Bourget przyszedł do nich na powitanie, zaprasza ze statku do swego domu, żadne tam pałace. Siedzi tam ksiądz pobożny, jego sekretarz, ks. Dandurand. Biskup mówi do swego sekretarza, kapelana, proszę księdza, to są ci misjonarze z Francji, prosiłem o dwóch, przyjechało czterech. W święto Franciszka. Znak Bożego błogosławieństwa dla tych misji. Oni są tacy wspaniałomyślni, dali nam czterech, to ja mogę tylko odpowiedzieć w tej chwili, tak jak mogę. Proszę księdza, ja przeznaczam w tej chwili księdza do misjonarzy oblatów. Ksiądz otrzymuje powołanie od Boga na misjonarza oblatów. Dziś dołącza do tych czterech i zaczyna nowicjat, będzie piątym oblatem w Kanadzie. Tak Bóg działa.
Proboszcz przemówił do mojej mamy i odebrała to jako wolę Bożą. Biskup powiedział, ksiądz Dandurand wstał od biurka, dobrze, przywitał się i powiedział to jestem do usług. 103 lata żył. Wspaniały misjonarz. Przyjął to jako głos Boży. To się pięknie, wspaniale rozwijało, zaczęli jechać nowi, coraz więcej. Tabuny misjonarzy z Europy jechały, podbijali Kanadę. Jeżeli dzisiaj Indianie Eskimosi są chrześcijanami katolikami i Kanada jest katolicka w takim stopniu, w jakim jest, to jest wielka zasługa misjonarzy oblatów Maryi Niepokalanej. Wielu oddało życie, zginęło w przeróżnych warunkach. Za pracę tam, wśród lodów polarnych, i w południowej Afryce, Cejlonie, zaczęto nas nazywać specjalistami od misji najtrudniejszych. Mówię to z dumą, bo to jest piękne. Papieże nas tak nazwali, specjaliści od misji najtrudniejszych, że tam, gdzie nikt nie chce iść, tam oblaci pójdą.
Znowu, kiedy doczytałem się tego, przypomniały mi się słowa, które powiedziałem mojemu przełożonemu, że chcę pracować w Polsce, ale jeżeli jest miejsce, gdzie nie ma nikogo, to ja pójdę, bo oblat jest do tego, żeby służyć Chrystusowi, a nie w ciepełku siedzieć. Czasami wolą Bożą, żeby było ciepełko, ale to nie żeby było ciepełko, tylko zamienić to na jakąś pracę, czy jak nie może, to poprzez apostolstwo modlitwy. Ewangelizowano niesamowicie błyskawicznie, szybko. Przyjeżdżali z Francji oblaci, potem inni z innych krajów. I ta wspaniałomyślność założyciela, wdzięczność Bogu i odczytanie Boga, było takie, że Bóg pobłogosławił eksplozją – możemy powiedzieć – powołań, bo nie tylko tego księdza w dniu przyjazdu dostali, to właśnie kiedy otworzyliśmy się na misje zagraniczne, to do takiego malutkiego zgromadzenia, 40 ludzi we Francji, zaczęli się zgłaszać księdza diecezjalni, nowe powołania. Tak błyskawicznie żeśmy rośli, że mogliśmy obejmować placówki szybko, Anglia, Niemcy, Włochy, różne kraje, i misyjne. I to za życia założyciela wiele miejsc objęliśmy. Dziś jesteśmy chyba w 72 krajach, to się ciągle zmienia.
Do Polski przybyliśmy w 1920 roku, właśnie za dwa lata będzie stulecie pobytu naszego zgromadzenia. I to tu się zaczęło, najpierw w Krotoszynie, potem Obra, Poznań, to są początki. Dzisiaj mamy w Polsce 20 placówek.
Wracając do Kanady. Już przed wojną jechali misjonarze oblaci do pracy na tych terenach. Zanim polska prowincja powstała w 1920 roku, wcześniej byli polscy oblaci – Polski nie było, ale byli polscy oblaci we Francji i w Niemczech, tam wstępowali do zgromadzenia i wyjeżdżali na misje już z tamtych krajów. Kiedy Polska powstała, w 1920 roku w błyskawicznym czasie zaczęły być powołania i kilka lat po rozpoczęciu pracy w Polsce, przyjęliśmy misję na Cejlonie – Sri Lanka obecnie. I do innych krajów zaczęli jechać. Od roku 30. do II wojny światowej sporo naszych misjonarzy wyjechało do różnych krajów, między innymi do Kanady. Kiedyś to taka była ciekawa metoda na posłuszeństwo, że jak jakiś młody kapłan czy kleryk chciał jechać na misję do Afryki, to wysyłali go do lodów polarnych. A jeżeli chciał do lodów polarnych, to go posyłali do Afryki. Chodzi o ćwiczenie w posłuszeństwie i pokorze. Teraz nie ma takich metod, ale w tym był ciekawy taki test na zaufanie do Boga. Wielu ludzi się pięknie uświęciło, jadąc nie tam, gdzie chcieli, ale Bóg ich tam widział. Bóg widzi lepiej i nie zawsze daje nam to, o co prosimy, ale to, co nam daje, zawsze jest najlepsze, lep-sze niż my sobie sami wymyślimy.
Jednym z takich, który dotarł do Kanady, był sługa Boży brat Antoni Kowalczyk, który spod Krotoszyna pochodził. Był w Niemczech, chciał na misję do Afryki, a posłali go do lodów polarnych. Jeszcze nie miał ślubów wieczystych. To był pierwszy Polak w Kanadzie wśród misjonarzy. Bracia budowali kościoły, szpitale, bo wiadomo, że Indianie wędrowali z miejsca na miejsce, nomadami byli, a misjonarze osiedlali ich, budowali główną misję, kościół, szpital, szkoła, to zawsze było. Ale też misjonarzy oblatów czasami tak było dużo w grupie, że nie mieli co za wiele robić, to oprócz tego, że mszę odprawili, to trzeba było zdobyć żywność. Jak szkołę założyli dla dzieci indiańskich czy Metysów, to trzeba było je wykarmić. Trzeba było dużo ryb nałapać, zwierząt upolować – nie tylko bracia, ale oblaci księża, których wtedy były tabuny, czasami po kilkunastu w jednej misji. Jedni jechali ewangelizować, a wielu nie miało pracy, to jedyną pracą było łapanie ryb, polowanie, żeby te dzieci utrzymać, żeby z głodu nie poumierały. Bratu Kowalczykowi w czasie budowy na tartaku w St. Paul w zachodniej Kanadzie ucięło rękę i bał się, że go wyrzucą, ale został. Przepiękna historia, bez ręki brat, sługa Boży, jest w procesie beatyfikacyjnym. Byłem na jego grobie, bo w tej w miejscowości, gdzie jest pochowany, przez trzy lata pracowałem. O 10 wieczorem lubiłem chodzić na grób brata Kowalczyka, żeby sobie z nim porozmawiać, tak jak kolega z kolegą, stary misjonarz z młodym, który się dopiero uczy misjonarki.

czwartek, 07 czerwiec 2018 23:16

Widnokręgi: Przełożenia proste

Napisane przez

ligezaDlaczego Hitler przegrał wojnę? Bo Niemców bomby przekonały do pacyfizmu. A dlaczego wojnę rozpoczął? Bo większość przyszłych pacyfistów go wspierała. To są bardzo proste przełożenia.
To znaczy większość niemieckich nazistów wspierała Hitlera. Właściwie wszyscy niemieccy naziści go wspierali. Nie dziwota: nikt tak dobrze nie przerabiał Niemców na nazistów, co Hitler. Następnie zaś nazistów na pacyfistów i antyfaszystów, co również należy dodać. Koniecznie. Zresztą bądźmy precyzyjni w etykietowaniu: najpierw Hitler przerabiał Niemców na narodowych socjalistów, a dopiero potem na pacyfistów i antyfaszystów. Kiedyś, kiedyś, pod amerykańską bombą i sowieckim onucem, czy tam pod onucem i bagnetem, o tego rodzaju przeobrażenie było równie łatwo, co dzisiaj nad Wisłą – dygresja będzie – co dzisiaj nad Wisłą o zamianę składowiska śmieci w złoże gazo- i roponośne. Przy czym wspominając o nośności myślę o pieniądzach dla dzierżawców i ich konfratrów, nie o smrodzie. Smród, a i kłopot niemały, został dla nas, którzy śmieciowiskami pozwoliliśmy przysypać się w Polsce jak dzieci z grupy młodszej piaskiem w piaskownicy, koniec dygresji.
Wracając do tematu głównego: dopiero potem marksizm kulturowy postanowił przerobić faszystów na nazistów. Tak to chyba było? Czy to może nie marksizm tylko panowie z Mossadu do spółki z marksistami? Czy tam z neomarksistami? Bo różnie mówią. Kto tam w końcu tych Niemców przerabiał na nie-Niemców, co, panowie? Pogubić się można. Zastanawiam się, jak ci współcześni to wszystko wytrzymują i dochodzę do wniosku, że nie wytrzymują, i że nawet nie muszą, bo to wszystko są bajki dla naiwnych Polaczków – zapominających, że Niemcy zawsze pozostają sobą, modyfikują jedynie metody postępowania, krój mundurów oraz kaliber pocisków.
Ale idźmy dalej. Oto moja ulubiona teoria antropologiczna głos, że kwestia zaskakującej podatności Polaków współczesnych na wysysanie z nich polskości, bo o tym dziś mowa, to efekt wielu dekad tresury medialnej “made by” ITI plus Agora, obecnie zaś tresury podtrzymującej, wdrażanej “temi samemi ręcami”. I powtórzę, to również są przełożenia bardzo proste. Faktycznie bowiem człowiek, Polak w szczególności, jedynie wyjątkowo rodzi się durniem, ale można z nim, to znaczy z człowiekiem, zrobić cokolwiek. Co tylko zamarzy się łbom zakutym w postęp i nowoczesność. Wszystko, literalnie, można. Dajmy na to: można zbudować z nim to i owo, ale można też przy jego współudziale to i owo do samej skały spopielić. Europę, weźmy. Czy tam świat.
Do owego spopielania wystarczy starannie dobrać odpowiednie emocje, wypełnić nimi ludzkie głowy, a następnie długo i konsekwentnie człowiekiem potrząsać, potrząsać i potrząsać. I jeszcze trochę. I znowu. Do skutku. Przy czym, co mnie osobiście wydaje się najbardziej intrygujące, ledwie przed paruset laty w celu właściwego potrząsania człowiekiem przydawał się skórzany bat, zaś w celu dyscyplinowania, co jakiś czas trzeba było nawet zatłuc paru nieszczęśników publicznie. Na śmierć. Czy tam na śmierć rozsiekać. Dziś do potrząsania człowiekiem służy telewizor, a do dyscyplinowania ideały w sferze metafizycznej, zaś kredyt bankowy plus bicz stóp procentowych w sferze materialnej. Operacja zachodzi ciszej, odbywa się bezkrwawo, w każdym razie nie widać strumieni, a przecież z takim samym efektem następuje, co poprzednio. Majstersztyk, jak gdyby.
Tak czy owak i do roztrząsania, czy tam do potrząsania, ideały wydają się ważne. Więcej. “Ideały traktujemy śmiertelnie poważnie” – powiedział premier Morawiecki, nie pomnę już przy jakiej okazji. Premier zdaje się przy każdej okazji powtarza mniej więcej to samo, używając jednakowoż różnych słów. Całkiem jak prezydent nasz, pan Duda. Czy tam nasz pan, prezydent. Więc.
Więc “Dobra zmiana” (czego, przepraszam, na co?) usłyszała żart o ideałach, a że zaraz ogarnęła, że to na poważnie, westchnęła sobie nielekko, a następnie postanowiła umrzeć z rozpaczy. W końcu jak długo można kiwać głową ze zrozumieniem i cieszyć się, że choć pośladki obite od kopniaków, to przecież moralne zwycięstwo zostaje przy nas?
No, długo można, rzeczywiście. Tymczasem całkiem niedawno (12. kwietnia) izraelskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych na swojej stronie facebookowej (w wersji prowadzonej w języku arabskim), napisało, że “Polska przoduje wśród krajów europejskich w zgładzeniu największej liczby Żydów – trzech milionów, co stanowi więcej niż 90% Żydów, którzy tam mieszkali”. Na co Marek Jakubiak, rozsierdzony nie na żarty senator Prawa i Sprawiedliwości, warknął: “I jak nie być antysemitą?”.
Nie wiem, jak nie być. Ale może pora najwyższa, żebyśmy w końcu przestali się starać? To są naprawdę proste przełożenia.

Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

czwartek, 07 czerwiec 2018 23:13

Burczy w brzuchu Lewiatana

Napisał

michalkiewiczI to wiadomo także od starych Litwinów (A wiadomość tę pono wzięli od rabinów), Że ów zodyjakowy Smok długi i gruby (…), Którego mylnie Wężem chrzczą astronomowie, Nie jest wężem lecz rybą, Lewiatan się zowie” - napisał Adam Mickiewicz w „Panu Tadeuszu”. I słusznie – bo od kogóż pobierać wiadomości, jeśli nie od rabinów, którzy akurat w wielkiej liczbie zebrali się w ostatni poniedziałek i wtorek w Warszawie? W jakim celu? Ano, myślę, żeby nakreślić plan zagospodarowania majątku, jaki Polska będzie już wkrótce musiała im przekazać, zgodnie z ustawą nr 447 JUST, na podstawie której Stany Zjednoczone przyjęły na siebie obowiązek dopilnowania, by żydowskie roszczenia wobec Polski, szacowane przez nowojorską Organizację Restytucji Mienia Żydowskiego na ponad 300 miliardów dolarów, zostały zrealizowane aż do ostatniego centa. 300 miliardów, to sporo, więc nic dziwnego, że rabini zebrali się w Warszawie, żeby się naradzić, na co ten szmalec wydać. Okazało się, że – po pierwsze - na edukację – przy czym nie tyle może chodzić tu o edukację głupich gojów o holokauście – chociaż oczywiście głupie goje od maleńkości muszą wiedzieć, że holokaust był najważniejszym wydarzeniem, bez precedensu w dziejach świata – co na edukację młodzieży żydowskiej, od której – tylko patrzeć – jak się w Polsce zaroi. Jak bowiem można było przekonać się na podstawie doświadczeń ostatnich kilkuset lat, nic tak nie sprzyja żydowskiej prężności demograficznej, jak antysemityzm – oczywiście w rozsądnych granicach. To tak, jakby do stawu w karpiami wpuścić szczupaka, dzięki czemu karpie natychmiast nabierają wigoru i rozmnażają się, jak szalone. Toteż nic dziwnego, że zebrani w Warszawie rabini radowali się z objawów odrodzenia życia żydowskiego w Polsce i nakreślili program edukacyjny – również w zakresie edukacji religijnej. „Wije się złoty Lewiatan zły, w srebrne szczury wijąc się zmienia, drobnieje w bilion pcheł i wszy i znowu w szczury zrastają się pchły...” - pisał Julian Tuwim. Żeby jednak ktoś nie pomyślał sobie, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, to jednocześnie skrytykowali nowelizację ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, że ich głęboko zasmuca, bo dławi wolność słowa i swobodę badań naukowych. Kiedy w roku 1998 do ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej z inicjatywy żydowskich konsultantów naszego suwerennego parlamentu wprowadzono art. 55, przewidujący karalność tzw. „kłamstwa oświęcimskiego”, czyli każdej formy podważania podanej do wierzenia wersji historii II wojny światowej, z masakrą europejskich Żydów w szczególności – to nie zagrało to ani wolności słowa, ani swobodzie badań naukowych. Jednak – co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie – więc kiedy parlament mniej wartościowego narodu tubylczego spróbował dodać do art. 55 artykuł 55 A, przewidujący karalność tzw. „kłamstwa obozowego”, że mianowicie obozy zagłady były „polskie”, to klangor podniósł się na całym świecie aż pod nozdrza Najwyższego. Wprawdzie rabini tym razem nie napiętnowali tubylczego antysemityzmu, ale wyręczyła ich w tym kandydatka na ambasadoressę Stanów Zjednoczonych w Warszawie, pani Żorżeta Mosbacher. Pani Żorżeta – jak słychać - dorobiła się milionów na rozwodach, szlamując nieszczęśników, którym zachciało się zakosztować słodyczy jej płci, więc w sytuacji, gdy USA muszą przypilnować, by Polska wyszlamowała się na korzyść Żydów, jej kandydatura na ambasadora Naszego Najważniejszego Sojusznika w Warszawie wydaje się idealna. Już tam pani Żorżeta przypilnuje, żeby wszystko odbyło się, jak należy i jeśli nawet puści nas z torbami, to tylko dla naszego dobra i w słusznej sprawie. Wiadomo bowiem, że pieniądze psują charakter, oczywiście nie każdemu; co to, to nie, bo na przykład panią Żorżetę najwyraźniej uszlachetniły, dzięki czemu podczas przesłuchania przed senacką komisją mogła z czystym sumieniem powiedzieć, że nowelizacja ustawy o IPN wyzwoliła falę antysemityzmu, chociaż tubylczy naród zasadniczo zły nie jest, bo na zbrojenia daje tyle, ile trzeba.
I rzeczywiście. Właśnie prezydent Duda podpisał ustawę o Centralnym Porcie Komunikacyjnym, czyli wielkim lotnisku między Warszawą i Łodzią. Pasy startowe mają mieć tam 4 kilometry, więc bez problemu będą mogły lądować tam i startować największe amerykańskie samoloty transportowe w rodzaju Lockheeda C5 Galaxy, który rozpędza się na dystansie 2530 metrów. Dotychczas tylko dwa lotniska w Polsce – na Okęciu i w Powidzu - mają pas długości 3500 metrów, więc lotnisko o czterokilometrowych pasach w odległości około zaledwie 200 kilometrów od wschodniej granicy obszaru obrony NATO, będzie jak znalazł. Szkoda tylko że Polska zobowiązała się do samodzielnego ponoszenia kosztów jego budowy, podobnie jak do utrzymania amerykańskiej brygady, czy nawet dywizji, jeśli uwiłaby sobie ona w Polsce gniazdko w postaci stałej bazy. Wprawdzie amerykański generał Hodges, niedawno jeszcze dowodzący siłami NATO w Europie, skrytykował ten pomysł, a sekretarz NATO, pan Stoltenberg uznał, że jest jeszcze „zbyt wcześnie”, żeby o tym mówić, ale – po pierwsze – pan Witold Jurasz z Ośrodka Analiz Strategicznych już generała Hodgesa zdemaskował, a po drugie – co znaczy „za wcześnie”, kiedy wiadomo, że im wcześniej, tym lepiej. Co prawda w traktacie „2 plus 4” z 12 września 1990 roku USA, Wielka Brytania i Francja zobowiązały się, że nie będą przesuwać swojej broni jądrowej na wschód od dawnej granicy niemiecko-niemieckiej, czyli na teren byłej NRD, a w porozumieniu zawartym podczas szczytu NATO w Paryżu w roku 1997 ustalono, że NATO nie będzie zakładać stałych baz na terytorium nowych członków, ale wiadomo, że takie zastrzeżenia podnoszą ruscy agenci, podczas gdy patrioci, zwłaszcza ci prawdziwi, nie tylko przechodzą nad nimi do porządku, ale w dodatku deklarują gotowość samodzielnego pokrycia wszystkich kosztów takiej operacji.
Tymczasem jednak do Warszawy przybył niemiecki prezydent Walter Steinmeier, zapewniając, że w Unii Europejskiej nikt nikomu niczego nie dyktuje, po czym podyktował Polsce, co ma zrobić, gwoli udowodnienia, że kocha praworządność. Z tej okazji niezawiśli sędziowie spontanicznie zawiązali spontaniczną organizację pod nazwą Komitet Obrony Sprawiedliwości, która będzie pilnowała interesu i jak tylko stwierdzi, że coś jest nie tak, to zaraz zamelduje, gdzie trzeba. Udział w przedsięwzięciu Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka daje nadzieję, że czego, jak czego, ale szmalcu KOS-owi nie zabraknie, bo sama fundacja jest sponsorowana przez starego żydowskiego finansowego grandziarza, co to ostatnio wyłożył na takie przedsięwzięcia aż 18 miliardów dolarów! Nikt zatem nie będzie musiał sporządzać żadnych faktur, a gdyby nawet tak się stało, to już tam niezawisłe sądy będą wiedziały, co z tym fantem zrobić. „Zaplątaj dobrze węzeł, końce wsadź do wody” - mówił Sędziemu Soplicy kapitan Ryków. Pan prezydent Duda, w ramach prezentowania się w charakterze nieustraszonego szermierza polskiej racji stanu poinformował prezydenta Steinmeiera o swoim niezadowoleniu z powodu budowy przez Niemcy i Rosję gazociągu Nord Stream 2, co niemiecki prezydent – mówiąc elegancko - przyjął do wiadomości, a mówiąc potocznie - puścił mimo uszu.
W tej sytuacji niezależne media rzuciły się na Wielce Czcigodnego Stanisława Piętę, że wdał się w romans z panną Izabelą Pek, która w niezależnych mediach wylała swoje pretensje, jakoby poseł nie załatwił jej posady w Orlenie, jaką ponoć miał obiecać. Od razu widać, że w porównaniu z panią Żorżetą Mosbacher, panna Pek musi jeszcze wielu rzeczy się nauczyć. Najzabawniejsze jest to, że Wielce Czcigodny Stanisław Pięta został usunięty nie tylko z Prawa i Sprawiedliwości oraz z klubu parlamentarnego tej partii, ale z komisji badającej sprawę Amber Gold i komisji jakoby nadzorującej bezpieczniackie watahy. Pretekstem było ryzyko w związku z dostępem, jaki w tych komisjach poseł Pięta miał do informacji niejawnych, które mógłby przekazywać pannie Izabeli Pek w trakcie rozmaitych uniesień. To uzasadnienie wywołuje niezamierzony efekt komiczny po pierwsze dlatego, że ani w jednej, ani w drugiej komisji posłowie nie mają dostępu do żadnych „informacji niejawnych”, bo jeśli w ogóle są one „niejawne”, to przede wszystkim właśnie dla nich, a nie – dajmy na to – dla CIA, BND, GRU, czy Mosadu, a po drugie – jaki to użytek mogłaby z takich informacji zrobić panna Izabela? W najlepszym razie, mogłaby pójść na najbliższy posterunek policji i zaproponować, że w zamian za kapowanie na posła Piętę dadzą jej parę złotych na szpilki. Oczywiście żadnych pieniędzy by stamtąd nie dostała po pierwsze dlatego, że na posłów kapować nie wolno, a po drugie – że nie słyszano, żeby w Polsce policja płaciła swoim konfidentom jakieś pieniądze. Zatem poza wątpliwym rozgłosem, podobnym do tego, jaki w swoim czasie uzyskała pani Marzena Domaros, którą bezpieczniaccy alfonsi użyli do „kombinacji operacyjnej”, na żadne pieniądze ani z policji, anie z rozwodu liczyć nie może, chyba, że pan Jerzy Skoczylas i dla niej napisze książkę - bo za Anastazję Potocką dostał od prezydenta Komorowskiego Złoty Krzyż Zasługi - dzięki której zostanie damą i pisarką, może nie od razu taką, jak pani Olga Tokarczuk, ale omnia principia parva sunt – powiadali starożytni Rzymianie.
Stanisław Michalkiewicz

wtorek, 05 czerwiec 2018 00:16

Na szybko: Olszewski nic by nie zmienił...

Napisał

Właśnie minęła kolejna rocznica obalenia rządu Jana Olszewskiego, kiedy to dokonano korekty obsady stanowisk w obliczu braku zaufania kliki władzy  do ówczesnego ułożenia politycznego. Cóż, niektórzy sądzą, że gdyby nie to, to "Polska wyglądałaby inaczej" i dzisiaj "byłaby prawdziwie polska". Jest to sąd całkowicie błędny.
Patrząc z perspektywy, naprawdę jedynie polityczni ignoranci mogą uważać, że wtedy, w tamtych czasach była szansa na przejęcie władzy przez polską elitę narodową.
Po pierwsze, takiej elity narodowej nie było; w PRL-u nie wykrystalizowała się i nie wykluła - nie miała jak. Było za to całe morze gangsterów krajowych i zagranicznych oraz cały ocean pożytecznych idiotów ogłupionych operacyjnym przygotowaniem terenu pod tak zwaną transformację. Proszę sobie przypomnieć co wtedy, w 1992 roku myśleliśmy, jakie było nasze rozeznanie w świecie i wiedza o mechanizmach, które zastosowano w Polsce. Polityka - ta prawdziwa, a nie ta, o której piszą w gazetach, to wypadkowa działań silnych grup interesów krajowych, agentur, międzynarodowych korporacji, wszelkiego rodzaju zakonów pieniądza i innych lóż. W tym wszystkim tzw. proces demokratyczny to dosyć tanie kupowanie legitymacji potrzebnej do zabezpieczenia poparcia społecznego; demokracja zapewnia złudzenie współdecydowania, a co za tym idzie pomaga w akceptacji dyspozycji przekazywanych przez wyłonione "demokratycznie" ośrodki.

Zaplanowanego na zimno procesu przeflancowania strefy Wisły, a potem KDL pod skrzydła USA oraz korupcyjnego zdeflautowania Związku Sowieckiego przy pomocy wypromowanego szabru własnego kraju, nie były w stanie zmienić jakikolwiek oddolne ruchu. Ulica, być może jeszcze wtedy miała  jakieś znaczenie, ale była banalnie łatwa do spacyfikowania; paradoksalnie w niektórych krajach  "socjalistycznych" była tak bierna, że trzeba było ją wręcz szturchać pobudzając do działania - gwizdkami, jak w Pradze czy kulami snajperów, jak w Bukareszcie. Zaś osoby mogące realnie przeszkadzać "transformacji" po prostu znikały ze sceny - pojedynczego człowieka wyeliminować jest bardzo łatwo.
Upodmiotowienie się polskiego narodu, czyli wybicie na niepodległość było niemożliwe. Nie tylko dlatego, że nie było po temu środków materialnych, ale również dlatego, że nie było komu tego zrobić. Dzisiaj nadal jest to niemożliwe, choć może jest już komu, ale nadal nie ma za co i jak…
Andrzej Kumor


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

Ostatnio zmieniany wtorek, 05 czerwiec 2018 11:10

No to będziemy się bić handlowo ze Stanami Zjednoczonymi; od pierwszego lipca mają wejść w życie cła odwetowe, jakie Kanada nałoży na import niektórych towarów z USA. Jest to "odwzajemnienie" amerykańskich ceł nałożonych na kanadyjską stal i aluminium. Nałożymy więc cła na papier toaletowy, sok pomarańczowy, truskawki i inne amerykańskie towary.
Będzie to po prostu oznaczało tyle, że towary te odpowiednio zdrożeją w sklepach, a taksę od tego zgarnie Ottawa. W sumie całkiem zmyślne pociągnięcie! No możemy handlowo wojować ze Stanami Zjednoczonymi, podobnie, jak zając z niedźwiedziem.
Przypomina mi to parodiowane często przemówienia Gomułki, w których były gensek zachwalał, że mimo wzrostu cen mięsa właśnie spadły ceny parowozów i snopowiązałek więc naród powinien być zadowolny....

Tymczasem zżymam się bo przeczytałem w Mississauga News że tegoroczny Dzień Polski w Mississaudze, będzie w tym roku wyjątkowo uroczyście obchodzony ponieważ Polska obchodzi, tu cytuję "stulecie niepodległości".
No niestety, przy powszechnej ignorancji historycznej, z jaką mamy tutaj do czynienia, z okazji naszego jubileuszu odzyskania niepodległości wdrukowuje się wszystkim dookoła, że Polska to państwo o stuletniej historii. No niestety tak sobie oto strzelamy do własnej bramki...


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!