Goniec

Switch to desktop Register Login

czwartek, 17 sierpień 2017 23:29

W świecie politycznie poprawnych pajaców

Napisał

marionetki33

        Ustawianie sobie przeciwnika to znany, nieuczciwy, acz skuteczny manewr bijatyk, nie tylko tych ręcznych, ale też słownych. W tym ostatnim wypadku chodzi o przyprawienie przeciwnikowi takiej gęby, w którą łatwo uderzyć. 

 

        Amerykańscy liberałowie – czyli w dzisiejszych czasach, cała politycznie poprawna chmara oczadzonych ludzi, oderwanych od realnych problemów swojego kraju – w następstwie zamachu (lub nieszczęśliwego wypadku, bo motywy sprawcy nie zostały ustalone ani dowiedzione) w Charlottesville, namalowała na całym obozie przeciwnym – czyli prawicy (nie tylko tej „alt”), wielką tarczę ze swastyką i zaczęła „walczyć z faszyzmem”. 

        Środowiska faszystowskie czy hitlerowskie w USA to folklor nie mający politycznego znaczenia, jednak takie ustawienie sporu pozwala mało kumatym lewakom nie wysilać zbytnio szarych komórek w dobieraniu argumentów – no bo z tak ustawionym „wrogiem” walczy się samym naturalnym oburzeniem. 

        Sprawy są tymczasem o wiele bardziej złożone i o wiele bardziej zmanipulowane, niż wyglądałoby to z relacji CNN. 

Nawiasem mówiąc, dzisiaj media przestały nawet udawać bezstronność i walą propagandę z grubej rury, różne infobabes – wywracają oczami już na sam dźwięk słowa „prawica”.

        Konflikt rasowy w Ameryce (i nie tylko) łatwo jest podgrzać, bo grunt został przygotowany poprzez wychowanie całych pokoleń w przeświadczeniu, że status amerykańskich Murzynów nie wynika, broń Boże, z rozpadu rodziny, narkotyków, wyrugowania tradycyjnej moralności, która jeszcze w latach 40. ubiegłego wieku dawała im siłę, lecz z systemowej opresji, którą różne akcje afirmatywne mogą zlikwidować. Jest to przekonanie tak zideologizowane, że całkowicie nieczułe na fakty. A fakty są tak oczywiste, że czasem zauważają je sami Murzyni, upatrując wzrost siły swej społeczności w powrocie do wartości, silnej woli i wymagania od siebie. 

        Tak więc, po raz kolejny, społeczność murzyńska jest wykorzystywana do bieżącej batalii politycznej, a jak „zrobi swoje”, to „będzie mogła odejść”. 

        Amerykańska globalistyczna lewica usiłuje za wszelką cenę uderzyć w Trumpa, nie zdając sobie sprawy, że tak na dobrą sprawę uderza w ostatnią próbę uratowania amerykańskiej hegemonii – a to właśnie ta hegemonia daje owej lewicy, podobnie jak innym Amerykanom, możliwość globalnego oddziaływania. 

        Słowem, są to niedokształceni palanci, wychowani w ciepłych pieluchach opiekuńczego Wuja Sama, absolwenci zaklajstrowanych polityczną poprawnością college’ów, którzy nie są w stanie zrozumieć gdzie i dlaczego muszą pływać lotniskowce.

        Ekipa Trumpa i stojący za nią kompleks militarny zdaje sobie sprawę z tego, jaka jest stawka. Świadczy o tym chociażby niedawny wywiad Steve’a Bannona, głównego stratega prezydenta USA. 

        W prostych słowach sytuacja wygląda tak, że „jesteśmy w stanie wojny gospodarczej z Chinami”, która „zadecyduje, kto za 25 – 30 lat będzie światowym hegemonem. Jeśli sprawy pójdą obecnym torem, to oni nim będą” – ostrzega Bannon, podkreślając, że Chiny grają Północną Koreą – to jeden z ubocznych frontów. 

        Dodaje – wbrew buńczucznym słowom Trumpa – że opcja militarna wobec Pjongjangu praktycznie nie istnieje – chyba że „jesteśmy w stanie pogodzić się z 10 milionami ofiar mieszkańców Seulu w pierwszych 30 minutach trwania konfliktu”. 

        Zdaniem Bannona, jeśli Stany Zjednoczone w ciągu 5 – 10 lat nie będą w stanie doprowadzić do odzyskania gospodarczej siły, to osiągną punkt zwrotny, po którym nie będzie już takiej możliwości, zaleca więc ostre zagrania z Chinami – sankcji nie wykluczając. 

        Chodzi przede wszystkim o zablokowanie dumpingu cen stali i aluminium, a także wstrzymanie wymuszania przez Chińczyków transferu technologii od amerykańskich korporacji, które z nimi robią interesy. Bannon mówi wprost: „Doszliśmy do wniosku, że prowadzą z nami wojnę gospodarczą i nas druzgocą”. Stąd próba zastąpienia gołębi „handlowych” w administracji, jastrzębiami zdolnymi do wprowadzenia antychińskich działań.

        Wracając do konfliktu wewnątrzamerykańskiego, Bannon tłumaczy: – „etno-nacjonalizm – to przegrani ludzie, zbieranina klaunów, margines”. A demokraci? – Chcę, żeby codziennie mówili o rasizmie – jeśli lewica pozostanie skoncentrowana na rasie i tożsamości, a nam ujdzie wprowadzenie gospodarczego nacjonalizmu, zgnieciemy demokratów”.

        Taki jest kontekst tego, co dzieje się w Ameryce. 

        W tym kontekście właśnie rozpoczęło się renegocjowanie NAFTA. Kanada jest w tej układance na straconych pozycjach, Amerykanie dadzą nam to, co będą chcieli, moglibyśmy starać się ugrać z nimi więcej, ale sądząc z telewizyjnego oglądu – nie mamy kim. Ekipa Justina Trudeau do tego się nie nadaje. Niestety, po kanadyjskiej stronie ludzie Trumpa nie mają partnera. Nie wątpię też, że niezależnie od tego, jak bardzo dostaniemy w tyłek od Waszyngtonu, zostanie to przedstawione jako wielki sukces naszego przystojnego premiera. 

        Na razie nasza pani od spraw zagranicznych pokazała na konferencji prasowej fotografię meksykańskich i amerykańskich strażaków wspólnie gaszących lasy Kolumbii Brytyjskiej jako dowód dobrych efektów NAFTA. Co ma piernik do wiatraka, trudno mi wykoncypować. Ale pani Christia Freeland była roześmiana, dodała, że kanadyjskie podejście zawsze opierać się będzie na „sunny ways”, problem w tym, że właśnie będziemy mieli pełne zaćmienie. 

        Proszę powiedzieć, jak tu nie wierzyć w znaki...

Andrzej Kumor


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

Ostatnio zmieniany piątek, 25 sierpień 2017 10:34

ostojan        Trudno, ale też ciekawie jest być Polakiem. W kraju jest nas prawie 40 milionów, a na tzw. obczyźnie z różnych przyczyn – ca 15 milionów. Sporo jak na Europę, a i obszarowo nieźle (mała różnica w porównaniu z powierzchnią Niemiec, Anglii czy Włoch). 

        Bardzo pozytywne jest, iż jesteśmy państwem jednolitym narodowo. Oto Kaszuby (w Kanadzie nadzwyczaj polsko-patriotycznie) nad Bałtykiem też raczej trudności nie stwarzają. „Rude” wyjątki uważające polskość za nienormalność, jak to wyjątki – potwierdzają regułę. Śląsk ze swoim RAŚ (ruch autonomii), choć po cichu podpłacany przez RFN, jest słaby i „rozcieńczony”. Duże do niedawna różnice ekonomiczne spowodowały, że wielu Hanysów nas szczęśliwie opuściło. Już w roku 1945 niezwyciężona Ruda Armada (po czesku) potraktowała ich jak Niemców. Tu, niestety, mocno oberwali też patriotycznie nastawieni powstańcy śląscy, przez Niemców zamykani w obozach koncentracyjnych – służyli wszak w Wehrmachcie! A mogli nie? 

Ratajewska        Jak to ludzie żyją różnie. Opiszę tu kilka niemieckich rodzin, u których pracowałam jako opiekunka. Chodzi o współżycie z innymi ludźmi, z sąsiadami, ze społecznością w miasteczka. Chodzi mi o ludzi starszych. Pan nauczyciel, dyrektor szkoły. Ten był towarzyski, jego sąsiedzi byli cenni. Już drugiego dnia wziął mnie na wizyty u nich, przedstawił mnie, poczęstowani zostaliśmy ciastem, herbatą. Jeśli dziadek był ważny, to i ja byłam ważna. Miałam okazje się taką poczuć. Przyjmowano mnie jak rodzinę, panowie rozmawiali, a pani mnie oprowadzała po ogrodzie, pokazując stawik, w którym żaby robią teraz tyle hałasu. 

 

        Dzieci pana starszego były daleko. Jednak otoczenie pana starszego żyło sobie bardzo dobrze. Była to miejscowość niedaleko Lubeki, a ludzie mieli własne domki. Nie domki, tylko domy. Co miesiąc jeździli do Lubeki do teatru, do opery. Wracało się stamtąd około 1. w nocy, bo sztuki dla ludzi starszych zaczynały się po 20. Jechaliśmy tam autobusem i ludzie w nim się znali. Pan starszy na śniadanie jadł tylko płatki owsiane – 3 łyżki się sypało do pół litra wody i trzeba było zagotować. Nic więcej, żadnej soli, żadnych przypraw. Nie miał problemów z kośćmi, ze stawami, chodził sobie szybko na swoich długich tyczkowatych nogach. Był bardzo wysoki. W dzień herbata zielona, na wieczór herbata czerwona obowiązkowo. Te płatki owsiane trzeba zapamiętać, bo jadł je w taki sposób przez całe życie, a miał 84 lata. Ale mniejsza o jedzenie, miałam pisać o ludziach, o stosunku do sąsiadów. 

czwartek, 17 sierpień 2017 22:57

Obraz mojej drogi

Napisane przez

mariusz1Oto obraz mojej drogi. Sposób opisu odzwierciedla tylko moje odczucia.

        Każdy napotkany człowiek coś wnosił do tego życia i pozostawiał „słowo”. To pozwoliło mi usłyszeć Jego wołanie. Jakże mi wstyd, jak bardzo byłem ślepy i niemądry. Wiecie, jak to wszystko poskładałem, usłyszałem „głos”, Ojcowski głos. Pełen rozpaczy i bólu, głos tęsknoty: Synu mój, wróć…

        Kiedy byłem małym dzieckiem, Duch Boży trzymał mnie za rękę i prowadził bezpieczną drogą. Opowiadał o nowym świecie, o Ojczyźnie, do której  pragnie zabrać wszystkich ludzi. Wieczorami mówił do tłumów, a każdy łaknął Jego słów jak pokarmu. Zewsząd było słychać chóralne śpiewy, a radość rozkwitała z każdym dniem. Nasze ziemie były żyzne, a plony obfite. Do dziś czuję zapach zbóż, traw oraz smak owoców i warzyw. Z czystym sercem z ufnością i szczerością patrzyłem na uśmiechniętą twarz Opiekuna. Wtedy po raz ostatni widziałem Jego uśmiech.

Dziś tak bardzo chciałbym, aby tamta czystość została na zawsze. Niestety, kiedy dorastałem, wszystko się zmieniało. Towarzysz z dzieciństwa nie był już tak potrzebny, po prostu przeszkadzał. Choć wtedy byłem jeszcze na autostradzie do Nieba, bo bezpieczna trasa była piękna, wszystko mnie cieszyło, ale z czasem zaczęła dobiegać do mnie inna muzyka. Na początku nie zwracałem na to uwagi, tym bardziej że obok mnie był tłum szczęśliwych ludzi. Kiedy ktoś się potknął, nie zdążył upaść, wszyscy biegli z pomocą. Niby obcy ludzie, a tyle w nich życzliwości i troski wzajemnej. Każdy był jak stróż drugiej osoby, bez lęku i obaw pod Bożymi skrzydłami niczego nie brakowało.

        Po jakimś czasie z tłumu szczęśliwych ludzi została garstka! Co się stało? Po chwili znów moją uwagę przykuła ta dziwna muzyka. Nowe nieznane nuty były tak piękne, że chciałem wiedzieć, skąd dobiegają. Wtedy mój Opiekun zapytał: Czy coś cię trapi, moje dziecko? Czemu masz twarz zatroskaną? Odparłem: Nie mogę spokojnie „iść”, ta muzyka zakłóca tę, która jest ze mną, odkąd pamiętam, ona nie daje mi spokoju. Opiekun zatrzymał się i odparł: Dziecko moje, nie ma tu innych dźwięków od tych, które napełniają twoje serce i duszę, odtrąć zgiełk, a powróci pokój. Wtedy mocno mnie przytulił, a z Jego oczu spłynęła łza. Chciałem Mu ją otrzeć i pocieszyć, ale powstrzymał mnie, mówiąc: Nie dziś synu, nie dziś, zrobisz to, kiedy do mnie powrócisz, jeśli powrócisz. Nic nie rozumiałem, zasmucił mnie widok przejętego Opiekuna, ale szedłem dalej. Na drodze pozostali już nieliczni. To było dziwne, miałem wszystko, byłem szczęśliwy, nie brakowało mi niczego, a jednak ciekawość była coraz silniejsza. Tym bardziej że w tym innym brzmieniu można było wyczuć jakby zaproszenie.

        Zło nie zasypia…

        W momencie, w którym wykazałem zainteresowanie, natychmiast otworzyły się tak po prawej, jak i lewej stronie nowe drogi. W pierwszej chwili poczułem chłód, dziwny lęk i samotność, jakbym stracił coś, co było przy mnie od zawsze, co sprawiało, że czułem się bezpiecznie. Wtedy nie wiedziałem, że pogardziłem Opiekunem Bożym. Wybrałem swoją drogę, drogę wolnej woli, a to nie wszystko, bo wraz z tym wyborem otrzymałem papirus... Z tego dokumentu będę rozliczony, moja niepełnosprawność nie daje mi przywileju. Ale powoli. Kiedy skusiły mnie inne dźwięki, gąszcz dłoni po obu stronach drogi usilnie o mnie zabiegał.

        Obawa znikła z chwilą, w, której zobaczyłem znajome twarze z tłumu, te, które biegły z pomocą w chwili upadku. To skłoniło mnie do tego, aby bez wahania zboczyć z drogi pokoju. Pomyślałem: czemu mam nie doświadczyć czegoś nowego, tyle tu radości, atrakcji i superzabawy. Każdy witał mnie jak przyjaciela, a główny wodzirej o twarzy anioła wykrzyczał moje imię i uniósł do góry kciuk. Czułem się wspaniale, wyjątkowo, cały tłum wznosił za mnie toasty. Kiedy poczułem we krwi alkohol… co za moc! Ktoś rzucił: stary, to napój bogów! Po jakimś czasie dotarło do mnie, że coś tu jest nie tak, bardzo nie tak. Nikt nie troszczył się o nikogo, impreza za imprezą, a po niej mnóstwo ludzi upitych, zarzyganych i śmierdzących, a ja wśród nich. Pomiędzy nami główny wodzirej przechadza się, klaszcze w dłonie, podskakuje i jest wyraźnie szczęśliwy, w odróżnieniu od nas.

        Zaczynałem tęsknić za moim poprzednim Opiekunem, lecz byłem za słaby, aby wyrwać się z uwięzi Złego. Mój upadek był bliski, skoczyłem do wody, a wtedy? ...Być może ocaliło mnie to jedno pytanie: Boże, czy w taki sposób mam odejść z tego świata? Może wtedy doszło do wielkiego boju o moje życie? Kiedyś się dowiem.  

        Otworzyłem oczy w nowym świecie, którego nie akceptowałem! Dociekałem, kto dopuścił się tak drastycznej eskalacji na moim suwerennym ciele!? Bóg? Czy to Jego robota? Jeśli tak, to nienawidzę Cię Draniu! Wrzeszczałem w sobie. Po okresie buntu zmieniłem zdanie, przeprosiłem Go, bo tylko On był przy mnie oprócz rodziny. Opiekun nie powrócił na stałe, nie pozwolił mi otrzeć tej łzy, która wciąż była na Jego policzku. Cieszyło mnie jednak to, że w chwili dramatu był i uratował swoje dziecko znad przepaści. Dziękuję, Tato.

        Przez jakiś czas miotałem się i szukałem swojej przystani. Aby przyjąć swój krzyż i w pełni go zaakceptować, potrzebowałem duchowej równowagi, po to aby się nie zachwiać. Kiedy myślałem, że jestem gotów, nie byłem w stanie zrobić „kroku”! Ciężar nie był ponad moje siły, więc o co chodzi?

        Zrozumiałem to wszystko po wielu latach. Myślałem, że po przeczytaniu Pisma Świętego jestem wszystkowiedzący, lecz byłem nic nierozumiejący. Im bardziej miałem się za mądrego, tym głupszy się stawałem. To przez pychę traci się Bożą łaskę i to był powód mojej niemocy. Oczekiwałem nie tylko pewnego rodzaju akceptacji, ale też podziwu z mojej przemiany duchowej. Ależ trzeba być naiwnym głupcem, żeby tak po prostu dać się zmanipulować złemu. Żeby uwierzyć, że jest się podobnym do Świętych w Niebie. Dzięki Ci Boże za opamiętanie.

        Czyste serce.

        Człowiek o czystym sercu nie lęka się śmierci, a ja się lękam, bo kiedy Bóg pokazał mi lustro, nie mogłem się w nim zobaczyć, widok przesłaniał mi brud, prawdziwe wysypisko śmieci, nie mogłem w to uwierzyć! To takie skarby w sobie gromadzę, które zżera przyziemny czas?! Taki syf! Ale prawdziwa lekcja pokory przyszła nieco potem, kiedy nie wiem czemu, przeczytałem „Do piekła i z powrotem – wizje św. Jana Bosko”, przeżyłem… nie umiem tego opisać. To tak jakby Bóg chciał, abym zobaczył swój bałagan i co się stanie, jeśli nie zacznę nad sobą pracować.

        Zachodziłem w głowę, jak to możliwe, skąd taka sterta brudu, przecież przystępuję do spowiedzi, otrzymuję rozgrzeszenia, więc skąd? Wtedy dosłownie jak na ekranie TV oglądałem grzechy, które dawno ukryłem, zapomniałem bądź po prostu mi uleciały. Wszystkie krętactwa, zawiłości, wszystkie urazy większe, mniejsze odkładane na bok, bo trzeba jakoś żyć. Tylko że to, co po ludzku wydaje się mało istotne, nie znika, a nawarstwia się do tego stopnia, że nie można zobaczyć swojego odbicia. Stąd nerwy, niepokoje itd.

        Bóg nie burzy dobra, nie wprowadza chaosu ani zamętu. Jego wróg jest sprawcą dramatów. Rozpoznaję drania, ale człowiek nie jest w stanie z nim rywalizować, a tylko Bóg. Przeżyłem to wszystko na wiele sposobów. Znam smaki zwycięstw i porażek, byłem na szczycie i na dnie. Wszystko ma swoje limity, to, co poza nimi przesłania widok w lustrze. Aby móc coś zobaczyć, trzeba by się przecisnąć przez stertę „śmieci”. Nie da się tego zrobić, dlatego jedno, co przychodzi do głowy, to to, aby na chwilę stać się „malutkim”, żeby tylko podejrzeć lustrzane odbicie. Wiecie, co wtedy sobie uświadomiłem? Że od zawsze byłem ledwie pyłkiem, z ogromnym wagonem „bałaganu”.

        Miłość Boga nie ma względu na osobę, bo nawet takiemu „nic” pokazał tak wiele. Nie śmiem unieść głowy ku niebu, bo jakiej ja mogę Bogu pociechy przysporzyć? Czymże jest pył dla Niego, czym moje...

        O, jakże to być może, że na proch spojrzałeś, bo słyszę wyraźnie wołanie: Dziecko, wróć do Domu, wróć, bo nie mogę znieść widoku pustego miejsca po twoim odejściu. Gonisz za ciężarami, a słowa lekkiego unieść nie potrafisz. Wróć i ugaś Ojcowską tęsknotę, otrzyj mi tę łzę, która jest mi cierniem na twarzy. Zdejmę z ciebie ciężar świata i uwolnię od wszelkich udręk. Zabiorę cię na drogę, z której zwiodła cię fałszywa iluzja. Synu, tak cię kocham…

        Często odpowiadamy na takie Ojcowskie wołanie wprost: Tato, nie truj, teraz nie mogę, robię coś ważnego, a Ty mi przeszkadzasz. Zasmucony Ojciec czeka dalej, a ty się realizuj, tylko nie zwlekaj z „powrotem” zbyt długo, aby Ojciec mógł cię jeszcze rozpoznać przed nocą.

        To wszystko przenośnia, ale jest niezwykle dobitna! Kiedy się nudzę, lenię, to oddalam się od Taty. Nie mogę pracować fizycznie, to biorę Różaniec i zabieram się do pracy, pięknej i owocnej. Kiedyś bym tego nie napisał, ale czy można się wstydzić Ojca i Matki? Pewnie tych na ziemi tak, bo w życiu bywa różnie, są dobrzy jak i źli. Pytam o Ojca i Matkę w Niebie, nie wstydzę się Jezusa ani Różańca. Nie jestem fanatykiem obwieszonym paciorkami, jestem realistą, myślę trzeźwo i nikomu nie próbuję tutaj czegokolwiek narzucać. Dzielę się „głośno” odczuciami, a jeśli robię to za głośno i źle, to spokojnie, Bóg mnie uciszy.

        ...W próżności zaginę, gdy samego siebie będę zadowalał. Na cóż Panu taki chwast, co łaknie wody żywej, by wzrastać w lenistwie.

Mariusz Rokicki

***

Czytelnicy „Gońca”

        Zapewne wielu z Was czytało zamieszczoną w „Gońcu” książkę autorstwa Mariusza Rokickiego pt. „Życie po skoku”. Po tym feralnym skoku do wody Mariusz do końca życia będzie już przykuty do łóżka. Jednym nierozważnym skokiem przekreślił całą swoją przyszłość. Jakby tego jeszcze było mało, cały czas ma problemy ze zdrowiem, infekcje itp. Niedawno umarła mu matka. Ojciec, który odwiedzał go co tydzień i podtrzymywał na duchu, zmarł kilka miesięcy temu.

        Są jednak wspaniali ludzie, którzy nie przywrócą mu tego, co utracił, ale wspomagając go finansowo, pomagają w zapewnieniu godziwej egzystencji. Osobiście, w ramach swojej skromnej emerytury, wysyłam paczki i przekazy pieniężne. Mariusz opłaca swój pobyt w domu opieki prawie całą swoją skromną rentą. Aktualnie musi brać leki, które nie są refundowane przez NFZ. Stąd mój apel i prośba o wsparcie go choć symbolicznym dolarem na konto Credit Union. Konto fundacji charytatywnej Kongresu Polonii Kanadyjskiej # 24583 w kanadyjskiej Credit Union na hasło „Pomoc dla Mariusza”.

        Serdeczne dzięki za jakąkolwiek pomoc w imieniu Mariusza, Zbigniew Szczesnowicz.

        Szanowni Państwo, kontynuujemy nasz cykl ujawniania materiałów rezydentury wywiadu PRL w Kanadzie. Część z nich pochodzi z niedawno odtajnionego zbioru zastrzeżonego. Materiały te są pozyskiwane w ramach prowadzonego przez nasz tygodnik programu badawczego w IPN „Polonia i jej korzenie”. Zachowano oryginalną pisownię.


Podlega zwrotowi do Centrali następnym kurierem

Tajne Spec. Znaczenia

Egz. nr 1

Instrukcja Nr 6/G/88 

z dnia 1988.10.13

dla „Vardara”

Dotyczy: „Dryf”

        Uzyskajcie publikację „Dryfa” w tygodniku „Bisuness” powięconą „joint ventures” w Polsce – zainteresowani jesteśmy Waszą oceną merytoryczną poziomu w/w gazety oraz składu jej redakcji. Uważamy, że kontakt z „Dryfem” warto podtrzymać – na uwagę zasługuje również rozpoznanie możliwości wywiadowczych jego żony /pracować ma w firmie technologicznej na terenie Montrealu/.

        Z analizy akt paszportowych wynika, że „Dryf” przed wyjazdem z Polski miał wykształcenie podstawowe, zatrudniał się m.in. jako muzyk w zespole „Bajm”.

        Jego żona miała wykształcenie średnie, nie pracowała zawodowo. O ile dojdzie do bliższego kontaktu z w/wym., rozpoznajcie ich aktualną sytuację materialną, zawodową, prezentowaną postawę polityczną, stosunek do Polski etc.

czwartek, 17 sierpień 2017 22:53

Dzień Wojska Polskiego we Lwowie (33/2017)

Napisane przez

        Obchody Święta Wojska Polskiego odbyły się we Lwowie na cmentarzu Obrońców Lwowa. Uroczyste składanie wieńców poprzedziła Msza Święta w Katedrze Lwowskiej z okazji święta Wniebowzięcia Matki Bożej. Póki w Warszawie o godzinie 12. 15 sierpnia odbywała się uroczysta defilada wojskowa z udziałem ponad 60 statków powietrznych – myśliwców i śmigłowców, oddziałów pieszych i zmechanizowanych, m.in. z 6. Brygady Powietrznodesantowej, 10. Brygady Logistycznej i 25. Brygady Kawalerii Powietrznej, a także z  udziałem żołnierzy wojsk NATO ze Stanów Zjednoczonych, Kanady i Wielkiej Brytanii, we Lwowie o godzinie 15. tego samego dnia oddano hołd Orlętom Lwowskim.  

        W tym roku wieńce składali nie tylko przedstawiciele polskich organizacji ze Lwowa, miejscowi Polacy czy przedstawiciele władz miasta – z urzędu delegowano Andrija Moskałenkę. Swoją obecnością zaszczycili uroczystość żołnierze Wojska Polskiego z 6. Brygady Desantowo-Szturmowej z Krakowa, którzy biorą udział w międzynarodowych szkoleniach wojskowych na poligonie w miejscowości Nowojaworowsk pod Lwowem. Zapalono znicze i złożono kwiaty przy Grobie Nieznanego Żołnierza. 

czwartek, 17 sierpień 2017 22:47

Róża idzie na wojnę

Napisane przez

ligeza        Czy można mierzyć temperaturę, obywając się bez termometru? Owszem, mierzyć można, lecz zmierzyć jej nie zdołamy. Mowy o tym nie ma, choćbyśmy stawali na rzęsach. 

        Czy tam na brwiach. Czy wręcz na całej łepetynie, do tego w wannie z mydlinami. Cieplej lub zimniej niż przed chwilą, cieplej bądź zimniej niż wczoraj, niż przed miesiącem, przed rokiem – nic ponad powyższe konkluzje, do tego wielce nieobiektywne, boć prokurowane wedle indywidualnych predyspozycji, wynikających z procesów metabolicznych charakterystycznych dla jednostki. Więcej nie osiągniemy. 

czwartek, 17 sierpień 2017 22:45

Na Ukrainie (33/2017)

Napisane przez

pruszynski        Me dwa wnuki, synowie córki żyjącej w Polsce, i ich kolega po maturze, wpadli na genialny pomysł. By móc pojechać na rozrywki na Wschód, postanowili mnie ze sobą zabrać, jako znającego teren. Postawiono mnie przed ich decyzją, słusznie uważając, że się dam w to wrobić.

        Co gorsza, nie uzgodnili ze mną trasy i zostałem postawiony przed faktem dokonanym, że czekają na mnie we Lwowie. Przyjechałem tam. Mieli zarezerwowane mieszkanie z dwoma pokojami i zamieszkałem z nimi. Potem okazało się, że balowali długo i z trudem mogłem ich koło 11 obudzić.

czwartek, 17 sierpień 2017 22:44

Pieriedyszka przed kampanią wrześniową

Napisane przez

michalkiewicz        Wkroczywszy na drogę emancypacji, pan prezydent Andrzej Duda kroczy nią zdecydowanie ku swemu przeznaczeniu. Jakie ono będzie – tego, ma się rozumieć, jeszcze nie wiemy, ale wiemy, że kroczy.

Kilka dni przed Świętem Wojska Polskiego, które – jak wiadomo – przypada 15 sierpnia, pan prezydent ogłosił, że nie wręczy nominacji generalskich ponad 40 oficerom, których kandydatury przedstawił mu znienawidzony minister obrony narodowej Antoni Macierewicz. No i nie wręczył, zaś podczas przemówienia poprzedzającego defiladę powiedział między innymi, że – po pierwsze – armia nie jest niczyją własnością prywatną, tylko własnością całego państwa – zatem – po drugie – nie wolno jej dzielić ani różnicować. 

czwartek, 17 sierpień 2017 22:41

O awansach, jenerałach i wojsku w Polsce

Napisane przez

pluta        W telewizorze mówią o strasznym nieszczęściu, jakim ma być brak awansów na generałów w Święto Wojska Polskiego. Przyczyną tego, że armii nie przybędzie osobników, którzy swoje portki mundurowe ozdabiają lampasami, ma być z kolei brak porozumienia między panem prezydentem Andrzejem Dudą a ministrem obrony narodowej Antonim Macierewiczem.

        Tak naprawdę, to trudno to uznać za nieszczęście, a wręcz przeciwnie. Skoro mniej będzie jenerałów w wojsku polskim, to znaczy, że parę groszy zostanie w budżecie, no bo taki pułkownik pewnie bierze mniej pieniędzy za pierdzenie w stołek niż taki jenerał za pierdzenie w stołek. A nieszczęściem jest tylko to, że te zaoszczędzone parę groszy zamiast wrócić do podatników, to zostanie rozgrabione między tych, co zawsze.