Goniec

Register Login

piątek, 01 czerwiec 2018 07:41

Między-Epoka

Napisane przez

ligezaRyby milczą, krowy ryczą, nieloty skrzeczą, orły polują. Dobrze pamiętam? Może rozłóżmy zatem skrzydła, by raz i drugi wrzasnąć sobie za orlim przykładem? Na dobry początek.

Dla otuchy sobie wrzaśnijmy, boć pora po temu najwyższa. Albo, albo. Albo my ducha odzyskamy, polując, albo wrogowie nasi, nas uprzednio upolowawszy, wezmą i zjedzą kawałek po kawałku. Czy tam łykną w całości od tak zwanej ręki. Włochy pożerane są właśnie teraz. Notabene: ktoś z tego powodu płacze? Jakoś nie słyszę.

 

ŁZY FIDIASZA

Znający temat utrzymują, że na przestrzeni ostatnich paru dziesięcioleci, Niemcy zainwestowały we włoski półwysep około stu miliardów euro. W kawał solidnego buta zainwestowały, można powiedzieć. Bilans odrobinę kaleczą imigranci, ubogacający Włochów na siłę, ale to się w końcu załata. Programy integracyjne czynią cuda, zwłaszcza gdy integrowanych traktuje się kolczastym drutem.

Swoją drogą: jak to możliwe, by państwo kilkadziesiąt lat po przegranej wojnie, zyskało w Europie pozycję hegemona? Mówię o Niemczech. Ale o tym przy innej okazji, bo w związku w ostatnimi wydarzeniami nasuwa się dość oczywiste pytanie: czy we współczesnych okolicznościach przyrody Włochy mogą powtórzyć manewr brytyjski i wyjść z Unii? Odpowiedź brzmi: bez wojny nie mogą, jednakowoż spróbują, bowiem z tego rodzaju haka uzależniającego każde rozsądne państwo spróbowałoby się urwać. I dlatego wojna w Europie wciąż jest możliwa. Niekoniecznie tradycyjna zresztą. Kto, spoglądając na kolebkę cywilizacji europejskiej, powie, że to państwo pobite, podbite, wykupione, a następnie zniewolone trwale, do ostatniej kolumny Partenonu można powiedzieć? Chyba Fidiasz, szlochający do spółki z Kallikratesem.

 

NIE DO ZAAKCEPTOWANIA

Sąsiedzi Grecji z lewej strony mapy, czyli zza Adriatyku, Włosi znaczy, nie mogą powołać rządu, czy raczej rządu powołać im nie wolno, albowiem włoskiego ekonomistę, kandydata na stanowisko ministra finansów, prof. Paolo Savone’a, obwołano “wrogiem publicznym nr 1” – nie tylko Niemiec, ale i Komisji Europejskiej. Gość pragnie powrotu do waluty narodowej, naród pragnie gościa, i co im zrobisz? No coś przecież uczynić trzeba, nikt normalny nie wtapia w interes stu miliardów, a potem darowuje, bo jakimś Włochom uroiła się ekonomiczna niepodległość. Żadne takie.
W konsekwencji prezydent Włoch odmówił uznania wyboru koalicji partii, które wygrały wybory parlamentarne, po czym zadecydował o powołaniu “rządu technicznego”. Co z kolei oprotestowali zwycięzcy wyborów. Tymczasem sytuacja, w jakiej nie Włochy decydują o tym, jaki kształt ma przyjąć rząd w ich kraju, wydaje się nie do zaakceptowania dla kogokolwiek poza Brukselą i Berlinem. I może jeszcze poza Paryżem. Tak czy siak, twarda i bezwstydna zarazem ingerencja we włoską scenę polityczną, dowodzi, że w Unii Europejskiej nie ma już miejsca na suwerenność innych państw członkowskich niż Niemcy i Francja.

 

TAK DZIAŁA ŚWIAT

Właściciele Europy wyznaczyli się sami. Sami sobie nadali przywileje, owinięte w pozłotko zwane wciąż demokracją, przy czym rozziew między elitami a obywatelami staje się nie do pokonania inaczej, niż z uwzględnieniem rozlewu krwi.

Przejdźmy teraz do uogólnień. Otóż indywidualnie wyrastamy z dzieła naszych rodziców i dziadów, ale nasza kultura, kultura Europy, zwana “kulturą białego człowieka” (symbolicznie, symbolicznie), również z czegoś wyrasta i tylko ktoś nie ogarniający problemu zapyta, z czego mianowicie konkretnie (właśnie o tego rodzaju deficytach wiedzy mówię).

Zapominając o jednym i drugim, znaczy o dziele rodziców i dziadów, oraz o źródłach i fundamentach rodzimej kultury, zapominamy nie tylko o bliźnich i wspólnocie ludzkiej jako takiej. Zapominamy też o sobie. Tak działa świat. Niedługo potem prymat przejmuje zasada wzajemności, więc nasze wartości zapominają o nas – i jest już pozamiatane. Pozamiatane po nas, po cywilizacji białego człowieka, generalnie po świecie, jaki znaliśmy. Jeden z możliwych wniosków brzmi: wkraczamy w między-epokę i Bóg jeden wie, jak bardzo poobijani z niej wyjdziemy. O ile w ogóle nam się to wyjście powiedzie.

 

***

Internet chwali przemówienie naszego pana prezydenta, czy tam prezydenta, naszego pana, wygłoszone w Zielonej Górze przy okazji 58. rocznicy Wydarzeń Zielonogórskich (walki uliczne 30 maja 1960 roku w obronie likwidowanego “Domu Katolickiego”, kiedy na ulice wyszedł co dziesiąty Zielonogórzanin).

“Władza usiłowała wycisnąć odejście od tradycji, pamięci i wiary, czyli od wartości wpisanych w Polskość od chrztu Polski. To się jednak nie udało. Nie udało się nawet tu, tak daleko od ojcowizny, gdzie byli ludzie wyrwani ze swoich korzeni. Nie udało się dzięki Bogu, dzięki wam, waszym pradziadkom i ojcom.

Dziękuję wam dziś za to bohaterstwo. Dzięki temu pokolenie moje i mojej córki mogą żyć w wolnym kraju” – rzekł prezydent, a ja nie zdzierżyłem, pytając Dudę Andrzeja wprost: “Co też pan mówi, panie prezydencie?” i słysząc w odpowiedzi szczere i brutalne do krwi: “Słowa, słowa, słowa”.

Czy to możliwe, by Duda Andrzej mógł zareagować tak po szekspirowsku cynicznie? Nie wiem, nie było mnie tam. Ale głowy, że nie mógłby, w zakład nie zaoferowałbym. Już nie.

Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

piątek, 01 czerwiec 2018 07:40

O wyższości teorii spiskowej

Napisane przez

michalkiewiczMości panowie, proroctwa mnie wspierały – chciałbym zawołać za panem Zagłobą na wieść, że w ubiegłą niedzielę energiczne mamy młodych inwalidów w jednej chwili spakowały się i zakończyły ponad 40-dniowy protest, który część sejmowych korytarzy przekształcił w rodzaj polowego lazaretu na zapleczu frontu wschodniego i to w fazie odwrotu na z góry upatrzone pozycje.

Pisałem bowiem, że surdyna, jaka pojawiła się 23 maja zarówno w mediach rządowych, jak i nierządnych, musiała mieć zagadkową przyczynę – a wyobraźnia podsunęła mi obraz rozmowy telefonicznej dyżurnego generała okupujących Polskę starych kiejkutów z przedstawicielem Departamentu Stanu, a jeśli nawet nie z nim, to z rezydentem CIA na Polskę.

Wspominam o tym między innymi dlatego, że pryncypialni przeciwnicy teorii spiskowych czynią mi gorzkie wyrzuty, jakobym „wszystko” tłumaczył intrygami starych kiejkutów, których poza tym już przecież „nie ma” - ewentualnie intrygami Żydów, czy „cyklistów”. Ci „cykliści” to dla większego szyderstwa, bo wiadomo, że ani starych kiejkutów, ani Żydów, nie mówiąc już o „cyklistach” przecież „nie ma”.

Ja rozumiem, że oświeceni mikrocefale chcą jak najlepiej, ale czy w swoim potępieniu teorii spiskowych nie posuwają się aby za daleko? Chodzi mi oczywiście o antysemitismus, bo czy można sobie wyobrazić gorszy przejaw antysemitismusa, jak negowanie istnienia narodu żydowskiego? Ten karygodny przypadek pokazuje, w jaki sposób przedsionek piekła może być wybrukowany dobrymi chęciami. Ale nie tylko to – bo oświecone przez Michnika mikrocefale tłumaczą z kolei rozmaite wydarzenia spontanem i odlotem – niczym w Wielkiej Orkiestrze „Jurka Owsiaka”. Wydaje mi się jednak, że moja ulubiona teoria spiskowa jednak lepiej wyjaśnia rozmaite zagadki, niż „spontany i odloty”, nad którymi, mówiąc nawiasem, „Jurek Owsiak” musi nieźle się nauwijać.

Tymczasem teoria spiskowa wyjaśnia nie tylko różne zagadki, ale i fenomen „Jurka Owsiaka”. Jakże bowiem wytłumaczyć wielkie zaangażowanie po stronie Orkiestry nierządnej stacji TVN, którą podejrzewam, że została założona za pieniądze ukradzione przez starych kiejkutów z Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego? Przypomnę, że na nielegalną operację wykupienia polskich długów na międzynarodowym rynku finansowym PRL wyłożyła 1700 mln dolarów, podczas gdy na wykupienie długów poszło tylko 60 milionów, zaś reszta, czyli 1640 mln dolarów, „gdzieś” się rozeszła, a potem pojawiły się takie fenomeny, jak TVN, w którym gwiazdą pierwszej wielkości jest pani Justyna Pochanke – córka Renaty Pochanke, sekretarki Janiny Chim, zastępczyni dyrektora generalnego FOZZ, która – chociaż oskarżona w tej sprawie razem z Grzegorzem Żemkiem – podobnie jak i on, nie puściła farby?

Dzięki temu wyszła na wolność przed terminem, dzięki życzliwości niezawisłego sądu w Tarnobrzegu, który najwyraźniej „powinność swej służby zrozumiał”.
W tej sytuacji trudno się dziwić, że w TVN znalazła przystań również resortowa „Stokrotka”, surowo swoich gości przesłuchująca. Ostatnio przesłuchując Wielce Czcigodnego Rafała Trzaskowskiego, wysuwanego na prezydenta Warszawy gwoli rozciągnięcia zasłony tajemnicy nad wyczynami pani Hanny Gronkiewicz-Waltz, „Stokrotka” ostro zwróciła mu uwagę, żeby odpowiadając na pytania, patrzył na nią, a nie na podgląd gdzieś z tyłu, czy z boku.

Pamiętam, że kapitan Kłak, który przesłuchiwał mnie w maju 1982 roku, też domagał się, bym patrzył mu w oczy, więc widać, że musieli przejść to samo szkolenie, dzięki czemu „Stokrotka”, mimo transformacji ustrojowej, przoduje nie tylko w pracy operacyjnej, ale i w wyszkoleniu bojowym i politycznym.
Tylko na gruncie ulubionej teorii spiskowej można wyjaśnić przyczynę, dla której prokuratura w Gdańsku podjęła tak zwane „energiczne kroki” w sprawie Amber Gold dopiero wtedy, kiedy forsa została wyprowadzona w nieznanym kierunku, a przesłuchiwani przed sejmową komisją delikwenci, również w randze generałów, nawet na pytanie o nazwisko, odpowiadają: „nie wiem, nie pamiętam”, ewentualnie, że udzielenie takiej odpowiedzi mogłoby ich narazić na odpowiedzialność karną.

Podobnie tylko na gruncie ulubionej teorii spiskowej można wyjaśnić, dlaczego w sprawie tak zwanej „reprywatyzacji” kamienic w Warszawie niezawisłe sądy przechodziły do porządku nad pełnomocnictwami wystawianymi przez osoby 150-letnie, albo – dlaczego w słynącym z niezawisłości gdańskim okręgu sądowym, niezawisły sąd właśnie wypuścił notariuszy zatrzymanych pod zarzutem uczestnictwa w wyłudzaniu nieruchomości przez lichwiarzy.
Jak inaczej wyjaśnić fenomen dwóch kongresów sędziów polskich, na które przybywał, kto chciał, albo – kto musiał, albo wreszcie pogląd prezydenta Andrzeja Dudy, że Pierwszym Prezesem Sądu Najwyższego w naszym bantustanie musi być pani Małgorzata Gersdorf? Przypomnę, że jej przetrwanie na tym stanowisku stanowi jeden z warunków trzypunktowego ultimatum, które niedawno przedstawił Polsce niemiecki owczarek Franciszek Timmermans, uplasowany na stanowisku zastępcy przewodniczącego Komisji Europejskiej.

„Nikt nie jest zadowolony ze swojej fortuny, każdy – ze swego rozumu” - twierdził XVII-wieczny francuski aforysta Franciszek książę de La Rochefoucauld. Ze swego rozumu zadowoleni są zwłaszcza mikrocefale – absolwenci wyższych szkół gotowania na gazie, albo akademii pierwszomajowych. Tych ani nikt nie przekona, ani nawet nie przegada.

Tymczasem w przypadku nagłego zwinięcia 40-dniowego protestu w Sejmie nie tylko wyobraźnia mnie wspierała, bo okazało się, że protestujących inwalidów dyskretnie „wspiera” sam pan generał Gromosław Czempiński, który również żywo „interesuje się” rozwojem sytuacji. To była ta wisienka na torcie, spinająca puzzle teorii spiskowej, jako że pan generał Czempiński, który z niejednego komina wygartywał, razem z ostatnim (?) szefem Wojskowych Służb Informacyjnych, generałem Markiem Dukaczewskim, wzywany jest przez resortową „Stokrotkę” do TVN, kiedy tylko coś się w naszym nieszczęśliwym kraju dzieje i mówią tam, nie tylko „jak jest”, ale również - „jak będzie”.

W tej sytuacji rozmowa telefoniczna mogła odbyć się naprawdę, a kiedy do energicznych mam dotarły stosowne rozkazy, to w jednej chwili zaczęły pakować manatki, bo zrozumiały, że tym razem to nie jest żadne PiS-owskie safandulstwo.

Toteż, chociaż oczywiście protest zakończył się „zwycięstwem”, no bo jakże inaczej – to zaprawionym goryczą, bo nieprzejednana opozycja, która nie szczędziła inwalidom wyrazów serdeczności, w podpisanym w ostatniej chwili „Pakcie Solidarnościowym” jednak 500 złotych miesięcznie na głowę w gotówce też nie obiecała – w przecież na tyle właśnie wyceniona została „godność”. Oczywiście tylko w przypadku inwalidów, bo w przypadku naszego bantustanu godność kosztuje znacznie więcej – mniej więcej tyle, ile trzeba wydać na sprowadzenie i utrzymanie amerykańskiej dywizji – bo taka właśnie konkluzja objawiła się w rezultacie Zgromadzenia Parlamentarnego NATO w Warszawie, które protest na sejmowych korytarzach zdmuchnęło, niczym tornado.

Stanisław Michalkiewicz

Historia stosunków polsko-żydowskich w kontekście kryzysu polsko-izraelskiego wywołanego nowelizacją Ustawy o IPN
Warszawa, 05.05.2018

Ostatnio zaistniały jakby niespodziewanie nowe, choć w gruncie rzeczy stare, problemy stosunków polsko-żydowskich.

Stare problemy odżyły w związku z nowelizacją ustawy o IPN, szczególnie jej części dotyczącej ścigania karnego za powtarzanie w przestrzeni publicznej oczywistych kłamstw na temat polskich obozów śmierci. Szczególnie wroga reakcja Pani ambasador Izraela Anny Azari na tę Ustawę podczas obchodów 73. rocznicy wyzwolenia Auschwitz, uświadomiła Polakom, że antypolonizm żydowski jest głęboko zakorzeniony w umysłach nie tylko znanych antypolskich środowisk żydowskich, ale także wśród czołowych polityków państwa Izrael, które to państwo próbuje robić wrażenie, że stosunki polsko-izraelskie układają się bardzo dobrze, a rzeczywistości angażuje się w nagonkę na Polskę jako kraj antysemitów i kraj odpowiedzialny za współpracę z Niemcami w holokauście.

W gruncie rzeczy jesteśmy wciąż oskarżani o antysemityzm i udział w holokauście, a sprawa odpowiedzialności Niemiec za ten barbarzyński akt zaczyna być powoli wyciszana, także - i może przede wszystkim - w Izraelu.

Generalnie możemy mówić tylko o pewnego rodzaju tolerancji środowisk żydowskich wrogich Polsce, w stosunku do naszego kraju. Ogromną winę za oskarżanie nas o antysemityzm ponoszą nie tylko wrogie nam środowiska żydowskie w Polsce i poza Polską, ale także środowiska prożydowskie w Polsce, deklarujące się jako polscy patrioci, które wypaczając fakty historyczne i tworzą fałszywy obraz złożonych stosunków polsko-żydowskich.

Z pewnością w Polsce, w pewnych okresach historycznych, antysemityzm był obecny, tak jak był i jest obecny antypolonizm żydowski, a nawet antypolonizm polski.

Problemy w stosunkach polsko-żydowskich ujawniły się szczególnie w okresie rozbiorów Polski. Były to sprawy poniekąd normalne, bo Żydzi polscy nie byli zainteresowani (w zdecydowanej większości) sprawą odzyskania niepodległości przez Polskę będącą wówczas pod zaborami i zbudowaniu silnego państwa polskiego, a Polacy byli z kolei zaniepokojeni osiągnięciami ekonomicznymi i finansowymi bogatych środowisk żydowskich. Ale nie było żadnej nienawiści.
Sprawa miała prawdopodobnie swój zauważalny początek w czasie trwania Powstaniu Styczniowym i po jego zakończeniu, kiedy Rosja likwidując majątki bogatych rodzin polskich popierających powstanie, osiedlała na tych majątkach Żydów (szczególnie na Litwie), którzy w ten sposób stawali sie (nielegalnymi dla Polaków) właścicielami majątków polskich.

Żydzi dzięki przychylnej dla nich polityce Murawiewa („wieszatiela”), słynnego prześladowcę powstańców na Litwie, który stosował najczęściej karę śmierci przez powieszenie za ich udział w powstaniu, wykupywali po bardzo niskich cenach polskie majątki.

Bardziej wyraźne konflikty nastąpiły jednak dopiero na początku 20 wieku, kiedy marksizm i ruchy komunistyczne w Rosji i w Polsce (pod zaborami) kierowane głównie przez Żydów rosyjskich, postawiły sobie za cel obalenie caratu, ale absolutnie nie widziały konieczności odbudowania państwa polskiego. Polska miała być dla nich integralną częścią Rosji, czyli rosyjską republiką.

Z takim stanowiskiem nie mogły się zgodzić polskie środowiska patriotyczne, niezależnie od przynależności do istniejących wówczas opcji czy sił politycznych.

W okresie powstawania państwa polskiego i dyskusji w czasie traktatu wersalskiego, a szczególnie małego traktatu wersalskiego, który gwarantował poszanowanie praw mniejszości narodowych w Polsce, Żydzi wywierając silną presję na Stany Zjednoczone, Anglię i Francję, uzyskali autentycznie wyjątkowo korzystne przywileje.

Nie ziściły się natomiast ich próby utworzenia w czasie I Wojny Światowej, na ziemiach zaboru rosyjskiego, państwa żydowskiego o nazwie Judeopolonia, podporządkowanego Niemcom, ani próby ogłoszenia, (w styczniu 1919 rok) przez Żydów skupionych wokół czasopisma „Gołos Biełostoka”, Białegostoku jako wolnego miasta. W tym czasie populacja żydowska w Białymstoku dominowała liczebnie nad ludnością polską i posiadała w tym mieście ogromną liczbę synagog i domów modlitwy (razem około 100).

Okres międzywojenny, w tym także wojna bolszewicka w 1920 roku, obfitował w różne animozje i spory, chociaż nie było żadnych ostrych konfliktów. Antysemityzm polski dotyczył w tym okresie głównie obaw Polaków o silną dominację ekonomiczną i finansową bogatych Żydów, którzy zagrażali niezależności państwa polskiego poprzez potencjalne rozszerzenie swoich wpływów na politykę.

Ta postawa pewnej części polskiego społeczeństwa nigdy nie miała jednak podłoża rasowego czy wyznaniowego.

Bardzo ważnym argumentem, zwłaszcza elit politycznych w Polsce była też sprawa coraz silniejszego wpływu rosyjskich komunistów żydowskich i komunizujących Żydów w Polsce. Było to realne zagrożenie polskich interesów państwowych. Komunistyczna Partia Polski, Zachodniej Ukrainy, Zachodniej Białorusi czy Komunistyczny Związek Młodzieży Polskiej, w których była tzw. nadreprezentatywność działaczy żydowskich, nie były lojalne Polsce. Popierały one antypolską politykę sowieckiej Rosji. Najlepszym dowodem tych postaw było częste radosne witanie przez te środowiska żydowskie Armii Czerwonej jako wyzwolicieli, w czasie haniebnej agresji sowieckiej Rosji, we wrześniu 1939 roku.

Sytuację dotyczącą stosunków polsko-żydowskich skomplikowała tak naprawdę dopiero II WŚ. Polacy zaczęli być oskarżani o eksterminację, wspólnie z Niemcami, Żydów zamieszkałych na terenie Polski. Ale to nie Polacy są odpowiedzialni za masową eksterminację Żydów przez Niemcy. Holocaust był losem zgotowanym Żydom, nie tylko polskim, przez Niemcy i tylko przez Niemcy, nawet jeśli wiele krajów europejskich oficjalnie kolaborowało z Niemcami. Ciągłe oskarżenia wielu Żydów o udziale Polaków w holokauście, dowodzą jak bardzo ci Żydzi, nienawidzą Polaków i Polski.

Jeśli odwołamy się do historii, to właśnie Polska przyjęła najwięcej Żydów, gdy byli wyganiani w końcu XV wieku z Portugalii, Hiszpanii i w różnych momentach historycznych z innych krajów Europy Zachodniej. Od początków osiedlania się Żydów w Polsce otrzymywali wyjątkowo korzystne warunki pobytu w naszym kraju, a nieco później przywileje i specjalny status społeczny gwarantujący im istnienie odrębnych sądów żydowskich, wolność osobistą, swobodę wyznania oraz swobodę handlu. Przywileje te regulował po raz pierwszy tzw. statut kaliski, czyli 36 punktowy akt prawny nadany Żydom w 1264 roku w Kaliszu przez księcia kaliskiego Bolesława Pobożnego. Takiego aktu nadającego Żydom częściową autonomię wspólnotową nie otrzymała nigdy żadna inna wspólnota narodowa, osiadła w Polsce. Politykę prożydowską prowadził szczególnie król Kazimierz Wielki oraz królowie Kazimierz Jagiellończyk i Zygmunt Stary, którzy bazowali na tym akcie prawnym.

Jednak stosunki polsko-żydowskie nie są oceniane symetrycznie (głównie w sensie win, odpowiedzialności i wzajemnych konfliktów) w naszych wzajemnych relacjach. Przykładowo, jakże perfidnie sfałszowano w PRL sprawę pogromu kieleckiego i potem za prezydentury Kwaśniewskiego sprawę tragedii żydowskiej w Jedwabnem.

Kielce to dobrze znana sprawa bezpieki. Jedwabne, to bezpodstawne oskarżenie o polskie sprawstwo tej tragedii żydowskiej, zainicjowanej i wykonanej pod nadzorem Niemców.

W badaniach „naukowych” i „historycznych” oparto się między innymi na protokołach śledztwa powojennego prowadzonego pod nadzorem bezpieki kierowanej przez żydowskich komunistów (chodzi o Jedwabne), którzy mieli z góry orzec, że inicjatorami i wykonawcami byli Polacy.

Warto odwołać się jednak do świadków zeznań, kiedy to okrutnymi torturami wymuszano podpisy pod sfałszowanymi protokołami. A później te wymuszone torturami protokoły miały znaczenie (wartość) prawdy historycznej. Te protokóły nie mogą być nigdy materiałem dowodowym.

Później Gross, niestosujący żadnego warsztatu naukowego, perfidnie i haniebnie obwinił za tę tragedię, tylko i wyłącznie Polaków.

Wiele środowisk żydowskich nie wykazało wdzięczności Polsce, która nie tylko gościła Żydów przez wiele wieków, ale przyczyniła się także do powstania państwa izraelskiego na terenie ówczesnej Palestyny.

Polską armię Andersa stacjonującą na terenie Palestyny opuściło ponad trzy tysiące żołnierzy żydowskich, w tym sporo oficerów, jak np. Begin, przyszły premier Izraela i laureat Pokojowej Nagrody Nobla. Wszyscy czołowi politycy nowo powstałego państwa Izrael w 1948 roku, to bardzo znani Żydzi polskiego pochodzenia. Izrael był przez długie lata rządzony przez Żydów z Polski. W Knesecie zabrakło tylko jednego głosu (niektórzy twierdzą, że dwóch), aby przynajmniej na początku, językiem obrad w żydowskim parlamencie był język polski.

Polska tuż przed wojną – na mocy porozumienia między niepodległościowymi organizacjami żydowskimi a Sławojem Składkowskim i Józefem Beckiem, przeszkoliła kilka tysięcy młodych Żydów w zakresie przysposobienia wojskowego oraz zorganizowała przyśpieszone kursy na stopień oficerski. Tuż przed wojną Polska przerzuciła nielegalnie na teren Palestyny (dla Żydów) sporo broni.

Ale sprawą zasadniczą w dialogu polsko-żydowskim jest stosunek naszych narodów do prawdy. W naszej cywilizacji chrześcijańskiej, a raczej filozofii grecko-rzymskiej, prawda to zgodność naszych ocen, sądów i przeżytych doświadczeń z obiektywną rzeczywistością. Prawda istnieje niezależnie od naszej woli i staramy się ją odkryć.

Jak mawiał nasz wielki rodak Św. Jan Paweł II, prawdy się nie ustala, nie dekretuje, ale do niej się dochodzi w wyniku badań, prawdę się odkrywa.
Dla Żydów prawda to zgodność z ich interesem. Prawdziwe jest to, co jest dla Żyda korzystne, co jest uznane przez niego za słuszne i co jest dla niego dobre.

Dlatego Żyd ratujący swoje życie zabijając innego (goja czy Żyda ) w gettach czy obozach koncentracyjnych nie postępował niemoralnie, czyli że prawdą dla Żyda nie są rzeczywistość i fakty. Dla Żyda kryterium prawdy to dobro Żyda i państwa Izrael.

Dlatego, między Polakami i Żydami, nie może być osiągnięty kompromis w sprawach antysemityzmu i holocaustu czy, jak mówią niektóre środowiska żydowskie „częściowy” udział Polaków w holokauście. Może być tylko „kompromisowa tolerancja”, zresztą trudna do osiągnięcia.

Sprawa jest obecnie jeszcze bardziej utrudniona, bo w Izraelu jest ponad milion Żydów z Rosji, Żydów często skomunizowanych, żywiących nienawiść do Polaków. A waga tych rosyjskich Żydów jest w Izraelu duża, zwłaszcza kiedy zbliżają się wybory.

Często poruszany jest problem szmalcowników. To nie Polacy jako społeczeństwo byli szmalcownikami. To byli polscy bandyci, których istnienia nikt nie neguje. Nigdy to środowisko nie było liczne z uwagi na grożące im kary ze strony polskiego państwa podziemnego.

Niektóre donosy na Żydów były wymuszane przez Niemców i tu trudno nadać tym faktom właściwą ocenę moralną. Podziemne Państwo surowo karało szmalcowników (była to najczęściej kara śmierci). Żydzi powinni też wiedzieć (i dobrze wiedzą), że za ukrywanie Żydów lub za zwykłą ludzką pomoc, jak choćby dostarczenie Żydom żywności, była tylko jedna kara: kara śmierci.

Dlaczego Żydzi milczą o systemowym przekazywaniu Żydów Niemcom przez różne państwa Europy, w celu ich (Żydów) wywózki do obozów śmierci? To robiła nie tylko Francja. Dlaczego milczy się o świadomej zgodzie wielkich mocarstw na eksterminację Żydów (polskie raporty docierały do wielkich mocarstw).

Te fakty muszą być badane przez historyków, aby nie dopuścić do uproszczeń, aby zawiłe stosunki polsko-żydowskie oparte były prawdach historycznych.
W tych stosunkach i w dialogu żydowsko-polskim musi być zachowana symetria, muszą być analizowane zachowania i postawy obu nacji.

Nie było tylko złych Żydów, podobnie jak nie było tylko złych Polaków. Można łatwo znaleźć przykłady wspaniałych Żydów polskich, którzy autentycznie kochali Polskę, którzy się łatwo zintegrowali z Polakami, wnosząc wiele dla polskiej kultury, nauki i gospodarki. Wystarczy poczytać poezję Mariana Hemara, aby zrozumieć, że dla niektórych z nich, Polska była po prostu drugą Ojczyzną, którą naprawdę kochali.

Podobnie można łatwo znaleźć wielu Polaków, którzy w Żydach widzieli przyjaciół, którzy rozumieli rozterkę tego tułaczego narodu bez własnej ojczyzny. W ich tragedii, w czasie wojny, widzieli także tragedię Polski i tragedię całej ludzkości. Byli gotowi nieść im pomoc nawet za cenę śmierci. Wiele polskich rodzin zapłaciło życiem za ukrywanie Żydów.

W pomoc Żydom angażowali się także Polacy poza granicami Polski. Przykładowo, w Ambasadzie Polski w Szwajcarii konsul Rokicki wystawił paszporty dla około 2000 Żydów, którzy posługując się sfabrykowanymi dokumentami, wyjeżdżali najczęściej do krajów Ameryki Południowej. Jako wyjątkowo przykład można przytoczyć wielkiego bohatera powoli uznawanego w skali międzynarodowej, rotmistrza Pileckiego, który dokonał wspaniałego czynu w obronie Żydów, Polaków i wszystkich nacji eksterminowanych przez zbrodniczy reżim niemiecki. Celowo dał się złapać w łapance ulicznej i w ten sposób został więźniem obozu Auschwitz. Jego raporty o sytuacji w obozie przekazywał polskiemu rządowi w Londynie. Raporty te były następnie przekazywane rządom USA i Anglii i przede wszystkim ośrodkom żydowskim w USA. Niestety ani rząd USA, ani rząd angielski nic nie zrobiły aby zmienić tę sytuację. Powstaje pytanie, dlaczego środowiska żydowskie milczały, dlaczego nie nagłaśniały i dalej nie nagłaśniają tych haniebnych zachowań rządów Anglii i USA.

Powstaje też pytanie, dlaczego Żydzi przemilczają wiele ważnych wydarzeń historycznych rzucających cień na ówczesne wielkie mocarstwa oraz na kraje Europy kolaborujące z Niemcami, natomiast z wielką, nieuzasadnioną agresją atakują Polskę, która nigdy nie kolaborowała z Niemcami.

Próba odpowiedzi na to pytanie daje dużo do myślenia. Polska staje się chyba jedynym krajem na świecie atakowanym przez niektóre środowiska żydowskie za udział w holokauście i wszechobecny, niemal ponadczasowy, antysemityzm. A przecież antysemityzm jest obecny przede wszystkim we Francji czy w Niemczech, gdzie są organizowane uliczne manifestacje i akcje terrorystyczne na tle antysemickim. Takich wydarzeń nie ma w Polsce.

˛ W tej sytuacji Polska nie można godzić się na kłamstwa historyczne i na oczernianie Polski za rzekomy udział w holokauście czy za antysemityzm.
Być może w dialogu polsko-żydowskim stosunek naszych narodów do prawdy jest sprawą zasadniczą i nie jest możliwy żaden kompromis. Możemy się tylko tolerować, czyli możemy osiągnąć tylko „kompromis tolerancyjny”.

Podobnie nie ma chyba możliwości kompromisu ekumenicznego pomiędzy katolicyzmem i judaizmem, pomimo że u podstaw obu religii leży Księga Pisma Świętego.

Podzielił nas Nowy Testament. Chrześcijaństwo to religia Jezusa Chrystusa. Wiemy, że w I wieku Żydzi przyjęli Ewangelię. Jak twierdzi ks. prof. W. Chrostowski, radykalna zmiana nastąpiła wraz z nadejściem judaizmu rabinicznego, którego początek wiąże się ze zburzeniem świątyni jerozolimskiej w roku 70.

Mówiąc dużo prościej, ekumenizm ten jest trudny z uwagi na fakt, że Jezus Chrystus dla Żydów (wierzących) nie jest Mesjaszem. Więc jak tu mówić o dialogu ekumenicznym (poza organizowaniem konferencji i różnych spotkań).

Obecnie dialog polsko-żydowski stał się dużo trudniejszy z racji wprowadzenia Ustawy IPN, w której chyba największym problemem dla Żydów jest art. 55a, dotyczący ochrony „dobrego imienia” Polski.

Tu także żaden kompromis nie może być osiągnięty. Może być tylko ogłoszona „kompromisowa tolerancja”. I pewnie kompromis, w tym sensie, zostanie osiągnięty. Ustawa IPN była bezwzględnie potrzebna (być może wymaga ona bardzo drobnych poprawek), aby zahamować falę bezpodstawnych międzynarodowych oszczerstw o udział w holokauście i antysemityzm.

Pozostaje wciąż do rozwiązania sprawa odszkodowań za majątek żydowski pozostawiony w Polsce w czasie II WŚ (w przypadku gdy nie żyją spadkobiercy). Tę sprawę być może należy połączyć z odszkodowaniami niemieckimi. Jednym z możliwych scenariuszy rozwiązanie tego problemu są negocjacje z silnymi ośrodkami żydowskimi w USA, aby te ośrodki wymusiły na rządzie niemieckim wypłacenie Polsce reparacji wojennych za straty poniesione w czasie II WŚ. Polska mogłaby zaproponować tym ośrodkom około 25% sumy uzyskanej od Niemiec jako reparacje wojenne. Te 25% byłyby wypłacone za usługi adwokackie i ostateczne uregulowanie roszczeń mienia żydowskiego w Polsce.

Pomysł ten wiąże się racjonalny dlatego, że tylko silne ośrodki żydowskie w USA są w stanie wymusić na rządzie niemieckim odszkodowania wojenne.
Samą sprawę roszczeń żydowskich można przypuszczalnie rozwiązać także na bazie propozycji min. Jakiego (zwrot 20% majątku) po negocjacjach z organizacjami żydowskimi. Niezależnie od tych dwóch scenariuszy uregulowania sprawy roszczeń finansowych powinny być ujawniane i nagłaśniane w skali światowej, sprawy stosunku mocarstw koalicyjnych do tragedii żydowskiej w czasie wojny (czyli haniebne zignorowanie tragedii żydowskiej przez mocarstwa koalicyjne, głównie przez USA i Anglię).

Tak się dział pomimo ciągłego alarmowania tych mocarstw przez polskie państwo podziemne, o zagładzie Żydów. Zdradą interesów żydowskich było przecież choćby wstrzymanie się od bombardowań infrastruktury kolejowej wykorzystywanej przez Niemców do transportu Żydów do niemieckich obozów śmierci.
Wiedziały o tym też środowiska żydowskie w USA, które były informowane o masowej zagładzie współbraci w obozach śmierci. Dlaczego nic nie zrobiono w interesie eksterminowanych Żydów? Ta sprawa, łącznie z rzekomym udziale Polaków w holokauście wymaga międzynarodowego nagłośnienia poprzez publikacje w językach obcych (głównie angielskim, francuskim i hiszpańskim). Formami publikacji powinny być zwłaszcza książki, artykuły i internet. Muszą być organizowane konferencje naukowe, muszą powstawać na ten temat filmy, dzieła sztuki, itp. W ten proces powinny być zaangażowane silne ośrodki polonijne. Powinny być wykorzystywane wszystkie ważne dla nas dokumenty historyczne, w tym także dokumenty ONZ, świadczące o zaangażowaniu Polski w obronę ludzkości przed reżimami totalitarnymi (niemieckim i sowieckim).

Jeśli chodzi o ujawnienie prawdy o stosunkach polsko-żydowskich, to uczelnie polskie powinny uruchomię sprawę pisania doktoratów i prac magisterskich o zbrodniach i niegodnych zachowaniach Żydów w stosunku do Polski jak i analogicznych zachowaniach Polaków w stosunku do Żydów. Muszą powstać na ten temat doktoraty i prace magisterskie.

Stanisław Brynda

Genewa

wtorek, 29 maj 2018 12:17

Na szybko: Wasalizm musi kosztować

Napisał

Jak mówią doniesienia prasowe, Polska gotowa jest wyłożyć 2 mld dol. na to, by Amerykanie realizując swoje interesy geostrategiczne stacjonowali w Polsce dywizję swego wojska.
Jest to pewna nowość w stosunkach między wolnymi narodami. Oczywiście jeśli się jakiś kraj okupuje to wymusza się utrzymywanie własnych wojsk na miejscowej ludności...
W Warszawie pomysł sprzedawany jest jako bardzo tanie zapewnienie sobie bezpieczeństwa - jak wyjaśnił poseł Jakubiak - utrzymywanie własnej armii byłoby droższe. Rzeczywiście, po co w ogóle się zbroić, skoro nasz sojusznik ma takie silne wojsko?
Problem tylko w tym, że wojska amerykańskie nie są dowodzone przez Polaków i to Waszyngton będzie decydował o tym, kiedy będą wchodzić do konfliktu i kiedy na jakich warunkach z niego wychodzić; słowem, jak to się ładnie nazywa, to Waszyngton będzie decydował o eskalacji i deeskalacji ewentualnego konfliktu, a nadwiślański rząd będzie mógł tylko wymyślać do tego ładne uzasadnienia w języku polskim.
Warszawa pozbywa się suwerennego narzędzia, rzekomo ze względu na ochronę wolności Polaków i niepodległości Polski.
Mieliśmy już takie przykłady w historii; przecież to wojska carycy Katarzyny gwarantowały szlachcie wolności w przedrozbiorowej Polsce. Tylko że wtedy caryca nie miała aż takiego tupetu i te wojska były  na utrzymaniu Petersburga.
Wypowiedzi posła Jakubiaka, że 2 mld dol. za stałą obecność wojsk USA w Polsce to "dużo taniej za nasze bezpieczeństwo niż gdybyśmy sami mieli budować własną armię" i że "idziemy w dobrym kierunku, a bezpieczeństwo mamy już zapewnione", nie warto komentować, zwłaszcza jeśli uświadomimy sobie przemożny wpływ lobby żydowskiego na amerykańską politykę zagraniczną...


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

Ostatnio zmieniany wtorek, 29 maj 2018 13:13
wtorek, 29 maj 2018 09:26

Na szybko: Gorzko mi

Napisał

Niemiła to i gorzka satysfakcja być prorokiem złej sprawy; biegać i krzyczeć, a nie mówiłem!
A nie mówiłem? Niestety stało się to, co było raczej do przewidzenia, a jednak kiedy się dzieje, jakoś człowiekowi smutno. W Mississauga Center podzielony zostanie głos konserwatystów. Właśnie dostałem do skrzynki pocztę od organizacji Tanyi Granic, PAFE, czyli Parents as First Educators, w której była kandydatka partii konserwatywnej w okręgu Mississauga Center namawia do głosowania na pastora Alexa Pacisa, kandydata partii politycznej Stop Sex-Ed Agenda, na której czele stoi jej przyjaciółka Queenie Yu. Tak jak pisałem, od samego początku można było przewidywać że usunięcie Tanyi spowoduje odpływ głosów konserwatystów społecznych, którzy poczuli się po raz kolejny zdradzeni przez lidera partii konserwatywnej. A w ordynacji większościowej liczą się wszystkie głosy; czasem wybory wygrywa 6 - 7 - 10 głosów, więc fakt, że Doug Ford zdecydował się na takie posunięcie świadczy o tym, że albo jest pewny iż "niebieska fala" weźmie wszystko, albo uznał Tanye Granic za zbyt duże zagrożenie wizerunkowe dla partii i postanowił się pozbyć tego zagrożenia zawczasu, zanim jeszcze Granic została posłanką, co dałoby jej polityczną niezależność w legislaturze (nawet po usunięciu z partii)..

Obecnie w okręgu Mississauga Center kandydatką PC jest Natalia Kusendova, Polka, i wszystko staje się możliwe. Oczywiście,  liczymy na "niebieską falę", ale życie lubi płatać figle. Pamiętam minę zaskoczonego rezultatem wyborów premiera Boba Rae… Nikt się wtedy takiego wyniku nie spodziewał, łącznie z nim samym.
Nie chcę krytykować Douga Forda ale najwyraźniej brakuje mu tych jaj, jakie miał  brat. Jeśli ktoś wchodzi do politycznej kuchni musi umieć znosić wysokie temperatury. Ford najwyraźniej dużych ciśnień nie wytrzymuje, a zatem do zobaczenia przy przy urnach... Andrzej Kumor


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

Ostatnio zmieniany wtorek, 29 maj 2018 09:37

pokorski-andrzejW 1982 wysadził pomnik ku czci ZSRS.

        W Wodzisławiu organizował struktury Konfederacji Polski Niepodległej i uczestniczył w wysadzeniu postumentu z sowieckim godłem. W grudniu 1981 r. strajkował z innymi górnikami w kopalniach ZMP i Borynia. Wyemigrował do Australii, gdzie 7 kwietnia zginął w wypadku samochodowym.

        Andrzej Pokorski (1960–2018) był niewątpliwie jedną z legend podziemia antykomunistycznego. Jak podał portal Pikio.pl, zginął 7 kwietnia w strasznym wypadku w Australii, gdzie wyemigrował w 1987 roku. Do tragedii doszło podczas rajdu motocyklowo-samochodowego „Smoleńsk Katyń Pamiętamy”. 

        Pokorski urodził się 12 listopada 1960 roku w Podgrodziu koło Elbląga. Ukończył Zasadniczą Szkołę Górniczą w Wodzisławiu (1978). W latach 1978–1980 pracował w KWK 1 Maja, w latach 1980–1981 w KWK ZMP w Żorach, a następnie krótko w Przedsiębiorstwie Wdrożeniowo-Produkcyjnym Prodryn w Wodzisławiu. 

        W latach 1980–1982 organizował wodzisławskie struktury Konfederacji Polski Niepodległej i był przewodniczącym. Od października 1980 roku w Solidarności. W grudniu 1981 roku uczestnik strajku w KWK ZMP, członek komitetu strajkowego, a następnie w KWK Borynia w Jastrzębiu-Zdroju. 20 grudnia 1981 zwolniony z pracy. 

        Następnie działał (w stanie wojennym) w grupie podziemnej Legion Polski, redaktor i autor w piśmie organizacji „Bagnet”. Uczestniczył w jego druku w żorskim mieszkaniu Ryszarda i Wandy Papierzańskich oraz kolportował w Żorach i Wodzisławiu. Przeprowadzał zbiórki pieniędzy na rzecz represjonowanych. 

        29 kwietnia 1982 roku wziął udział w akcji wysadzenia postumentu z godłem ZSRS w Wodzisławiu. W tym samym dniu został zatrzymany oraz internowany w areszcie KW MO w Katowicach, 23 września aresztowany, a 11 maja 1983 skazany w trybie doraźnym wyrokiem Sądu Śląskiego Okręgu Wojskowego we Wrocławiu na sesji wyjazdowej w Katowicach na 3,5 roku więzienia i 2 lata pozbawienia praw publicznych. 

        Trafił do zakładu karnego w Strzelinie. Uczestniczył w 54-dniowej głodówce, której celem było uzyskanie statusu więźnia politycznego i poprawy warunków bytowych w więzieniu. Zwolniony 23 marca 1986 roku. W latach 1986–1987 był bezrobotny. Prowadził w mieszkaniu punkt kolportażu prasy podziemnej: „Wolnego Związkowca”, „RIS-u” oraz przywożonych z Warszawy „Tygodnika Mazowsze”, „Woli”, książek i druków okolicznościowych. W stolicy pomagał także przy emisji audycji Radia „Solidarność”. Kilkakrotnie zatrzymywany, przesłuchiwany, skazywany przez kolegium ds. wykroczeń na grzywnę za uchylanie się od ustawowego obowiązku pracy. 

        Od 1987 roku na emigracji w Australii. W latach 1987–1989 pracownik fabryki aluminium Alcan w Sydney, 1989–1999 firmy budowlanej, od 1999 właściciel firmy remontowej w Sydney. W latach 1987–1988 pomagał w organizowanym przez Biuro Informacyjne „Solidarności” w Sydney transporcie leków do Polski. Od stycznia 2008 członek Związku Więźniów Politycznych Okresu Stanu Wojennego Oddział w Australii. Odznaczony Krzyżem Wolności i Solidarności. 

Źródło „Encyklopedia Solidarności“, IPN Katowice

piątek, 25 maj 2018 08:13

Edukacja wnuków to nasze zadanie

Napisał

Obchodziliśmy właśnie 74. rocznicę zwycięskiej bitwy pod Monte Cassino. Przypomniała mi się w związku z tym ciekawa sprawa dotycząca II Korpusu i „wyjścia” generała Andersa  z nieludzkiej ziemi gułagów. Otóż Anders zabrał ze sobą tysiące Żydów polskich, którzy nie zawsze cieszyli się później przyjaźnią polskich towarzyszy broni. Animozja ta wynikała z bardzo prostej sprawy, o której dzisiaj mało się mówi, mianowicie ze zdrady Żydów na Kresach. Mówię, generalizując, ale jeżeli prawo do generalizacji mają Żydzi, oskarżając nas o zbrodnie i wydawanie ich Niemcom pod okupacją, to dlaczegóż nie generalizować powszechnych postaw młodych lewicujących Żydów we Lwowie i innych miastach? Oni właśnie wydali tych Polaków, którzy później znaleźli się w gułagach, z których ratował ich „ten Anders”. I „ten Anders”  uratował też bardzo wielu Żydów i nie podjął przeciwko nim żadnych działań, kiedy w Palestynie Brytyjskiej zdezerterowali, by tworzyć tam Izrael.

        W dzisiejszych czasach ta prawda, jak i wiele innych, zamiatana jest pod dywan, bo liczy  się politycznie użyteczna „narracja”. Miejmy więc w pamięci uporządkowany przekaz: 

        Pod okupacją sowiecką Żydzi wydawali nas NKWD i to na o wiele większą skalę niż Polacy Żydów pod okupacją niemiecką. Wiem, że tutaj historii w szkołach niewiele uczą, ale to nie zwalnia nas – rodziców, dziadków – z obowiązku przekazywania wiedzy wnukom i dzieciom.

        Zbliża się Dzień Dziecka, a nie ma lepszej książki niż opowieści dziadka o tym, jak było; niż rozmowa babci z wnuczkiem. Dajmy więc dzieciom prezent: rozmawiając z nimi o starych czasach,  o tym jaka jest prawda i dlaczego prawda jest tak często niewygodna.

        Nic nie zastąpi „szkoły” dziadka czy babci, nic nie zastąpi rozmowy ojca z synem, opowiadajmy o tej nieprawdopodobnie ciekawej historii postaw ludzkich; opowiadajmy o starych czasach. Natura ludzka się nie zmienia i nasze dzieci i wnuki będą musiały wartościować i odnosić się do podobnych rzeczy w swoim życiu.

        Inna ciekawa sprawa związana z Monte Cassino, to że linii Gustawa bronili również ludzie mówiący po polsku, Ślązacy i inni wcieleni do Wehrmachtu z terenów II Rzeczpospolitej. I znów pojawia się tutaj postać generała Andersa, bo to generał Anders załatwił z generałem Pattonem, by Amerykanie pozwolili takich jeńców z Wehrmachtu wcielić do II Korpusu. Ciekawe jest to, że po II wojnie światowej w II Korpusie mogli się znaleźć obok siebie żołnierze, którzy walczyli pod Monte Cassino po dwóch przeciwnych stronach. I taki jest polski los. Uczmy się historii, ona jest wielką nauczycielką życia.


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

przewodnik-kresyChoć dziś Kresy należą do Ukrainy, Białorusi oraz Litwy, i wszelkie głupie rojenia o przyłączeniu Kresów szkodzą Polsce, Polacy nie mogą zapominać o polskiej przeszłości tych ziem, o tym jak ważne były one w naszej historii. Kresy nie będą już w granicach Polski, ale na trwałe muszą być w naszej narodowej tożsamości. W ponownym odkryciu Kresów na pewno pomoże wydany staraniem wydawnictwa AA 264-stronicowy „Przewodnik po Kresach. Ukraina, Białoruś, Litwa” autorstwa Jędrzeja Majka.

   Jak informuje wydawca, „niniejszy przewodnik pomoże przygotować się do podróży na Kresy – znajdujące się obecnie w granicach Ukrainy, Białorusi i Litwy. Turystom indywidualnym, czy też podróżującym w małych grupkach pozwoli zaplanować najlepszą trasę. Turystom, którzy jadą na wycieczkę zorganizowaną, przybliży miejsca, które będą zwiedzać. Również osoby, które z różnych powodów nie mogą podróżować, znajdą w przewodniku pożyteczną lekturę: ilustrowane źródło wiedzy o zabytkach, pamiątkach historycznych i bogactwie kultury na Kresach”. Według informacji wydawcy, „przewodnik podzielony został na trzy części: Ukraina, Białoruś i Litwa. Część pierwsza, Ukraina, ze względu na duży obszar tego państwa, została dodatkowo podzielona na cztery podrozdziały: ziemia lwowska, Podole, Wołyń i Huculszczyzna”.

        Wydawca informuje, że „każdy rozdział poprzedzony został blokiem informacyjnym zatytułowanym Poradnik turysty oraz aktualną mapą samochodową. Informacje tutaj zawarte pozwolą wybrać najlepszy termin na podróż oraz środek transportu. Poradnik zawiera pakiet niezbędnych informacji dotyczących przekraczania granicy, ubezpieczenia, bezpieczeństwa etc. Zasadniczą część każdego rozdziału stanowi przegląd najważniejszych miejscowości, przedstawienie ich historii, opis atrakcji wartych obejrzenia, ciekawostki oraz informacje praktyczne. Dodatkowo, w przypadku dużych miejscowości, zamieszczone zostały aktualne plany. Na końcu przewodnika zamieszczono indeks miejscowości”.

        Publikację ilustruje 400 kolorowych zdjęć. Czytelnicy w publikacji znajdą informacje o transporcie (szczególnie użyteczne dla kierowców samochodów, by wiedzieli, jakie zasady regulują ruch drogowy na Kresach), godzinach pracy, zagrożeniach sanitarnych, zabytkach (w tym o ich historii i godzinach mszy w kościołach).  Autor opisuje, co warto zobaczyć w kolejnych miastach i krajach.

Jan Bodakowski

piątek, 25 maj 2018 08:07

Byłem w Polsce (7)

Napisane przez

Wyjeżdżaliśmy do różnych miast i trzeba przyznać, że wszędzie było ładnie. Droga do Trójmiasta, A-2 do Poznania, Kraków, Wrocław, Karpacz, Zakopane, Rzeszów... To były wycieczki w różnych porach tego samego 2017 roku. I jakkolwiek w lecie zawsze jest najprzyjemniej, to inne pory też mają swój urok.

Jeździliśmy do Domu różnymi drogami. Dla urozmaicenia. Jedna z nich prowadziła przez piękne osiedle białych domków pokrytych czerwoną dachówką. Parkany były żelazne, wszędzie tablice informujące o systemach alarmowych, roślinność imponująca, na podjazdach eleganckie „wypasione bryki”, a na gankach wielkie, rasowe psy, które od czasu do czasu czujnie podnosiły swoje szlachetne łby, ale nie szczekały. Tak jakby chciały powiedzieć, że wszystko widzą i słyszą, ale mając poczucie swojej siły, nie będą się zniżać do poziomu kundla, który biega jak wściekły wzdłuż płotu, obszczekując każdego przechodnia. 

        To zamożne osiedle sprawiało wrażenie spokoju i dobrobytu. 

        – Tak jakbyśmy byli gdzieś w Bawarii – myślałem. 

        Swoją drogą, trochę dziwiły te wszechobecne zabezpieczenia przed złodziejami, ale wytłumaczono mi, że tak trzeba i że nie mam pojęcia, co się działo we wczesnych latach dziewięćdziesiątych, kiedy to podobno (powtarzam „podobno”) rozboje i włamania były bardzo częste.

        Co do nas, to – chwalić Boga – nigdy nic się nie stało, ale coś musiało być na rzeczy, bo na przykład w czasie szukania parkingu w okolicach budowanego właśnie CDT jakiś stojący na chodniku dżentelmen dał mi ręką znać, żebym zaparkował w małej zatoczce. Podjechałem. Poczułem od niego sympatyczny zapach alkoholu. Uśmiechnięta buzia. 

        – Prezesie – powiedział – pan sobie stanie tutaj. Pan da parę złotych na herbatę, a ja popilnuję, żeby nikt panu czasem lusterka nie wyłamał, albo jakimś gwoździem lakieru nie porysował, albo opon nie poprzebijał...

        Muszę przyznać, że szczegółowość tej listy mogących mi się przytrafić wypadków trafiła do mnie tak wyraźnie, że dałem mu parę złotych i zostawiłem auto.

        Gdy wróciłem, wszystko było w najlepszym porządku, ale mojego opiekuna nie było. Pewnie musiał pójść na herbatę.

        Widzi się czasami żebrzących, biednych, może naciągaczy – kto to wie? Bywa, że są to małżeństwa (?) z małym dzieckiem leżącym na kolanach kobiety, albo mężczyzna z psem, czy młoda, dobrze ubrana dziewczyna klęcząca na chodniku... Takie obrazki widać też przy kościołach, ale akurat proszenie o jałmużnę w tych miejscach jest w jakimś sensie przyjęte. Tak przecież było od niepamiętnych czasów. Takie obrazki widać w każdym mieście – nie tylko w Warszawie.

        Szczególnie młode, klęczące, na pierwszy rzut oka zdrowe dziewczyny robiły na mnie jakieś dziwne, trochę niesamowite wrażenie. Po prostu klęczały. I to na obu kolanach. Wyprostowane. Czasami uśmiechały się boleśnie, jakby przepraszająco, a czasami tylko klęczały i patrzyły na przechodzących. Ten ich wzrok przesuwał się za nimi, może z wyrzutem, a może z żalem – trudno mi było odgadnąć. 

        Wspomniałem o parkingu koło CDT i o dżentelmenie, który ofiarował się „pilnować” auta. 

        Dziś słynny dom towarowy jest w supergeneralnym remoncie. Ma dostać oryginalny wygląd – taki jak kiedyś – za czasów swojej młodości w latach pięćdziesiątych. Pamiętam go dobrze.

        Na najwyższym piętrze była kawiarnia, w której powszechnie wtedy znana pani Barbara Hoff organizowała pokazy mody. Nie tylko tam. Widziałem ją na otwarciu Domu Towarowego Junior w zespole Domów Towarowych Centrum. 

        W lipcu 1969 roku, wraz z grupą koleżanek i kolegów, w ramach Ochotniczych Hufców Pracy pracowałem w cegielni w Chylicach pod Warszawą. Te hufce wcale nie były takie ochotnicze i niektóre nasze koleżanki cierpiały z powodu prymitywu zakwaterowania, złego wyżywienia i ciężkiej pracy, ale tak było i pozostawało jedynie „ochotniczo” zacisnąć zęby i starać się dotrwać do końca tego „zesłania”. 

        I właśnie tam, któregoś dnia, dostaliśmy polecenie uczestnictwa w otwarciu nowego domu towarowego – Juniora. Telewizja nagrywała wielką fetę, na której mieliśmy stanowić tło w postaci grupy tańczącej młodzieży dla występujących solistów. Jednym z tych solistów był Edward Hulewicz z grupą Heliosi. Wszystko odbywało się na dachu-tarasie Juniora. Po występie mieliśmy w nagrodę możliwość zakupów – jeszcze przed oficjalnym otwarciem.

        I właśnie wtedy – przed występem Hulewicza – Barbara Hoff prezentowała swoją kolekcję. Piękne modelki spacerowały wyuczonym krokiem po tarasie.

        Nic wtedy o pani Hoff nie wiedziałem, ale nasze koleżanki znały ją świetnie, wzdychały z zachwytem i z nabożeństwem powtarzały „Hoff, Hoff...”. 

        Takie to było moje „spotkanie” z polską dyktatorką mody!

        Począwszy od tego roku, czyli od czasu otwarcia, Domy Centrum zaczęły przyćmiewać swoim blaskiem stary CDT, który nie wytrzymywał konkurencji, męczył się i szarpał jak szczupak w więcierzu, aż wreszcie straszny pożar 1975 roku zakończył jego agonię. 

        Teraz ma szansę wrócić na dziejową scenę i znowu stać się sztandarową placówką handlową w Warszawie. 

        Czy wytrzyma konkurencję z wielkimi galeriami? Bóg jeden raczy wiedzieć!

        To, że w całej Warszawie, na każdym kroku widać chęć podkreślenia przeszłości, jest imponujące. Odnawia się stare kamienice, odbudowuje pamiątki przeszłości, wraca do dawnych nazw sklepów, znaków firmowych, herbów. Pewnie, że widząc te wszechobecne zmiany, żal mi było wielu nazw ulic i placów, ale tłumaczyłem sobie, że te akurat są usprawiedliwione. Jedne bardziej, inne mniej, ale są! Ostatecznie jak długo można było patrzeć, na przykład, na Krwawego Felka?! 

        W tydzień po naszym staromiejskim spacerze wybraliśmy się na inny – może nawet ciekawszy. Oś Saska. To nie jest długa trasa – raptem coś około półtora kilometra, ale jej perspektywa jest jedną z najpiękniejszych w mieście. Ciągnie się od Krakowskiego Przedmieścia – tuż od pomnika Prusa koło Bristolu, poprzez plac Piłsudskiego, Grób Nieznanego Żołnierza i dalej przez park ze wspaniałą fontanną i jeszcze dalej przecina Marszałkowską, plac Za Żelazną Bramą i dochodzi do pałacu Lubomirskich koło Hali Gwardii. 

        Z tym spacerem wiązało się moje dawne wspomnienie. 

        Otóż w szóstej czy może siódmej klasie szkoły podstawowej dostaliśmy zadanie, żeby narysować ulicę miasta. Jakoś mi to nie wychodziło. Męczyłem się i próbowałem, ale z marnym rezultatem. Poprosiłem więc moją mamę o pomoc, a ona paroma kreskami naszkicowała mi wspaniałą, szeroką ulicę, która biegła prosto i w jej perspektywie widać było dwie, wysokie, kościelne wieże. Zaraz potem, od siebie, narysowała drugą. Tym razem to była piękna aleja ze wspaniałą fontanną w kształcie płaskiego kielicha.

        Oba szkice zachowałem przez wiele lat. Do szkoły skopiowałem ten pierwszy – z wieżami w tle. 

        Nie pytałem wtedy mamy o te ulice. Przyjąłem, że są produktem wyobraźni, ale po przyjeździe do Warszawy olśniło mnie, że te dwie perspektywy faktycznie istnieją! Ta pierwsza okazała się ulicą Marszałkowską widzianą od dzisiejszego ronda Dmowskiego w kierunku placu Zbawiciela. Tę chwilę pamiętam doskonale. W dalekiej perspektywie ujrzałem dwie wysokie wieże kościoła Zbawiciela. Widziałem też kandelabry na MDM i wszystko było tak jak na rysunku mojej mamy! 

        Drugą była właśnie Oś Saska widziana z Krakowskiego Przedmieścia! 

        Moja mama miała wspaniałą malarską pamięć i umiała ją wykorzystać. 

        Ten spacer wzbudził moje bardzo mieszane odczucia.

Zostałem księdzem, dwa lata pracowałem w Siedlcach. Powiedzieli mi, że nadaję się, chociaż bardzo oblaci chcieli mnie wysłać na studia plastyczne. Zaczynałem między innymi „Misyjne Drogi” z ojcem Lubowickim, Marianem Puchałą, ojcem Kupką. Byłem w pierwszym wydaniu i od grafiki z ojcem Kupką. 

        To były czasy, kiedy trzeba było robić szpalty, rysunki, suwmiarką mierzyć, nie to co dzisiaj. Byłem tam od grafiki, wtedy jeszcze nie było komputerów, i byłem od tworzenia Kalendarza Misyjnego, bo to w moim kursie powstały te dwa projekty, które są do dzisiaj. Takim motorem, jeśli chodzi o inteligencję i teksty pisane, był ojciec Kazimierz Lubowicki z kursu, a ja się przyczyniałem do tego graficznie. Dzisiaj to się robi na komputerach. Ale zostawmy to. Było to jedno z dzieł, na które miałem wpływ od początku. 

        Dwa lata Siedlcach. Jest taki wspaniały moment, może to pominę, ale ojciec Kupka, który był kiedyś prowincjałem i był odpowiedzialny za „Misyjne Drogi”, Kalendarz, przez te wszystkie układy, to on mnie strasznie maltretował, żebym studiował coś ze sztuki. Mnie to denerwowało. I raz, przyznam się do kamery, zapisane niech będzie, brzydką rzecz powiedziałem. Ojciec Kupka miał wykształcenie architektoniczne, ale nie miał uprawnień, i chciał, żebym takim był, który ma różne uprawnienia. 

        Jak już nie chciałem tych sztuk pięknych, mówię: Proszę ojca, pójdę na studia, dziewczyny mnie zwiodą, ja chcę być księdzem. On: Nie, nie. A ja mówię, nie chcę ryzykować, nie będę, ja mogę malować, rysować, ale bez studiów, ja tam się nie obronię. No to zaocznie, architekturę. Ja mówię nie, ja słaby jestem z matematyki, nie lubię obliczeń. On na to, że jednak trzeba. 

        Ojciec Kupka nie był u nas popularny za swoje projekty, ponieważ wszystkie były chybione bardzo i do dzisiaj my to cierpimy. Poznań to jest jeden z jego pomysłów. 

        I kiedy my siedzimy nad projektem „Misyjnych Dróg”, robimy i on mi truje, idź na architekturę, zarobisz pieniądze, to się przyda. Ja mówię nie. Ale dlaczego? Mówię – i tu diabeł wstąpił we mnie – bo ja nie chcę, żeby mnie tak przeklinali za moje projekty, jak przeklinają ojca. 

        Nastąpiła cisza, która trwa do dzisiaj. Rozmawialiśmy, nie pogniewał się na mnie, nigdy więcej ojciec Kupka do czasu wyjazdu do Kanady, to jest siedem lat mojego kapłaństwa, spotykałem się z nim regularnie, bo trzeba było robić „Misyjne Drogi”, nigdy więcej nie powiedział studiuj. Że będą mnie tak klęli jak jego, przemówiło to do niego.

        On uparty był. To też jest taki element odczytania. Ja próbowałem odczytywać, czego Bóg ode mnie chce, na tej samej zasadzie jak wtedy chłopak, Panie, co mam robić? Bo przyszedł mi pomysł na misję. 

        Przed święceniami pytają się mnie, gdzie chcesz pracować? Mówią będziesz misjonarzem ludowym, masz zdolności do gadania. Jak szedłem do Markowic, mówiłem tak. No dobrze, chcę być księdzem, bo naprawdę chcę być księdzem, tylko Panie Boże, nie dopuść, żebym ja musiał kazania głosić, bo ja w życiu ich nie powiem. Patrzę, wychodzą na ambonę, mówią pół godziny, czterdzieści minut, godzinę... Ludzie, ja wszystko będę robił, tylko proszę, żeby nie było kazań, coś tam krótko, żebym nie był kaznodzieją. Pan Bóg ma poczucie humoru. I to, o co prosiłem, żebym nie robił, robię najczęściej. 

        Ale właśnie dwa lata po Siedlcach posłali mnie na Święty Krzyż, bo trzeba było misjonarza, i nie miałem kazań gotowych, bo na rekolekcje trzeba mieć, a tam zaczynałem od misji peregrynacyjnych relikwii Krzyża Świętego. Ojciec Wucjusz śp., który uczył nas homilektyki, on mi mówi: zbieraj te homilie niedzielne, pisz, bo ci się przydadzą, bo ty masz być misjonarzem. Ja misjonarzem? Gdzie tam, w życiu! 

        Pierwsze kazanie, które do egzaminu było, miałem napisane, z ojcem Wodzem opracowałem, on mi je trzy razy poprawiał. Pisał, pisał, napisane było super, no i trzeba było nauczyć się na pamięć i stanąć przed całym seminarium i profesorami w niedzielę i je powiedzieć. Miałem dobrą pamięć, kiedyś, przed uszkodzeniem mózgu, stanąłem i mówię. Ale po pierwszym zdaniu mi się zacięło, a tu trzeba kazanie powiedzieć. Wiedziałem, co chcę powiedzieć, tylko już żadne ze zdań wyuczonych mi nie przychodziło. To poszedłem, przestawiając punkty w kazaniu, tylko żeby powiedzieć, to co mam powiedzieć. Pomieszałem, pomieszałem, i wyszło. 

        Skończyłem zadowolony, bo inni mieli kartki, ściągę, jak się zaciął, to wyjął, przeczytał i koniec, trudno, to nie było na egzamin końcowy. A ja wchodzę w fantazję, poszło, skończyłem. 

        Ojciec Wódz mnie potem woła, wiesz, dobrześ przeredagował to kazanie. W tej formie, w której powiedziałeś, jest lepsze niż to, co myśmy opracowali. Masz zapisane? Proszę ojca, teraz już mogą powiedzieć. Ja się nauczyłem na pamięć, tak jak ojciec kazał, ale jak stanąłem i was zobaczyłem, to mnie zacięło i po prostu pojechałem już od serca. On mówi: wiesz co, nie ucz się kazań, jak będziesz kiedyś misjonarzem, a będziesz, powinieneś, nie ucz się kazań na pamięć, napisz, ale mów od serca. 

        I tak do dzisiaj jest. Piszę, ale zawsze jest inaczej, niż napisałem. To też jest w jakiś sposób odkrywanie charyzmatów czy darów, jakie Bóg daje, przez takie wydarzenia. Może to są trochę śmieszne historie. Dla mnie to są znaki Bożego działania, Ducha Świętego, jak prowadzi, jak kształtuje, jak nas przemienia. Kiedy mamy to założenie, Jezu, co Ty o tym myślisz, co mam robić i jak mam robić, to kiedy pytam, to zawsze jest odpowiedź i zawsze Jego odpowiedź jest lepsza czy łatwiejsza niż ta, co ja sobie wymyślę.

        I przyszedł pomysł. Jestem na Świętym Krzyżu już od roku, jeżdżę, dziewięć misji peregrynacyjnych, jeszcze jakieś historie, przyjeżdżają biskupi. Kurczę, taki był Materski ksiądz biskup, postrach księży, zwłaszcza zakonników. Mówią mi, ma gardło chore, powiedz kazanie. Ojciec Pestka, który był starszy, mówi: Wiesiu, ty powiesz kazanie. Ludzie! I to na powitanie. Tam są tysiące ludzi, biskup Materski za mną stanie. Przerażające! 

        Tam jeszcze jest wikary, taki mundry, mundry bardzo, i chciał bardzo się w kazaniu popisać, bo był znany z tego, że kazania bardzo dobrze mówi, i dowiedział się, że biskup nie będzie kazania głosił. Pyta się, przed samą mszą, kto będzie kazanie mówił, bo on gotowy jest. A proboszcz pokazał na mnie, on, misjonarz, będzie mówił. I ten wtedy powiedział takie zdanie, przy mnie – to coś będzie mówić kazanie w miejsce biskupa? Proboszcz mówi tak, będzie głosił. 

        No to ja dodatkowo westchnąłem do Ducha Świętego, żeby mnie uzbroił, żeby dał słowa i wszystko. Nie mówię tego, żeby się chwalić, absolutnie, bo to jest niepotrzebne, ale po tym wszystkim – tam było może ze 40 – 50 księży, biskup podszedł, podał mi rękę i podziękował, Materski, który był postrachem, podziękował mi za kazanie. 

        Ja byłem przerażony, nie chciałem spojrzeć na biskupa, bo myślałem, że to było przerażające. Tylko czekałem, kiedy dokończę to kazanie, żeby mieć to załatwione. Ale kiedy biskup przyszedł mi podziękował za kazanie i ten wikary, który powiedział „to coś” o mnie, więcej się nie pokazał, bo księża przychodzili dziękować i pytali, czy mam to kazanie gdzieś napisane, żeby mieć tekst, bo to było o krzyżu, o cierpieniu, też patriotyczne o Polsce. To też taki był moment, kiedy musiałem się przełamywać. Miałem takich historii kilka. 

        Tam mnie spotkało zaproszenie do pracy do Poznania. Przełożeni mnie wezwali, żebym był powołaniowcem tutaj. Ja mówię, gdzie tam powołaniowcem, absolutnie, ja jestem człowiekiem do ludzi, z ludźmi, a nie jakieś biuro, listy. No ale dwa lata byłem, zaraz się poddałem, bo chciałem wyjechać na misję, ponieważ taka była historia. Jak nas przed święceniami pytają, kim chciałbyś być, pracować, czy chcesz na misję, większość wyjeżdżała wtedy do Kamerunu, na Madagaskar. A ja powiedziałem, że się nie wybieram na misję, że będę w Polsce, ale mam takie założenie, że jeżeli będzie gdzieś wyzwanie Kościoła, czyli Jezusa, do miejsca na świecie, gdzie trzeba kapłana, a nie będzie nikogo chętnego, to ja tam pójdę, czy to będzie Afryka, czy cokolwiek. Tak powiedziałem przełożonym. Czy to mówiłem szczerze? Chyba tak. Tak powiedziałem, to zostało zapisane. 

        I już jestem tym powołaniowcem tu, w Poznaniu, i zaczyna narastać we mnie coś z tymi misjami. Historia taka, że trzeba napisać pracę magisterską, a ja nie mam czasu pisać, bo jestem zajęty grafiką, rysunkami, malowidłami różnymi, „Misyjnymi Drogami”, w „Gitarach Niepokalanej” jeszcze na trąbce troszeczkę „dorabiałem na lewo”. Więc dla mnie magisterka to była strata czasu, ale był obowiązek. Co zrobić, żeby się nie napracować, a napisać magisterkę? 

        A! Wymyśliłem! Jest czasopismo przedwojenne „Oblat Niepokalanej”. Przeglądałem, patrzę – o, fajne, niedużo napisali, o Kanadzie, o pracy misjonarzy oblatów. Epopeja. Wezmę, pozaznaczałem, cyk, cyk, cyk, te artykuły pozbierałem. Ale jak zacząłem czytać, to mnie to zaczęło wciągać. I książki – francuski dosyć dobrze znałem, tak że mogłem czytać – i zacząłem coraz bardziej wchodzić w tematykę misyjną. Czytać książki, ale nie po to żeby napisać magisterkę. 

        Usiadłem i napisałem 180 stron jednym ciurkiem. Siedziałem i pisałem dwa wieczory. I teraz to, co napisałem, musiałem podzielić na rozdziały, posegregować, porobić przypisy itd. Zaniosłem to do o. Rejmoniaka. On przegląda to i mówi: weź to streść i przynieś mi 40 stron. W jeden wieczór streściłem, porobiłem przypisy. 

        Po co to mówię? Nie o to chodzi, że taki jestem, że mogłem to pokonać, tylko to znowu, jak Duch Święty prowadził mnie do tej Kanady. Nie miałem pojęcia, że kiedyś wyjadę do Kanady na misję, ale się zainteresowałem, żeby łatwym tropem napisać magisterkę, żeby mnie ona nic nie kosztowała, siedzenia itd. Wiedziałem, że z tej dziedziny nikt nie pisał magisterki, ja napiszę, nikt tego nie będzie poprawiał, nikt tego nie będzie czytał, ale to mnie wciągnęło. Osobiście, bo na papierze to jest byle jak napisane, ocenili chyba na cztery plus, ale mniejsza o to.