Goniec

Register Login

czwartek, 06 grudzień 2018 10:01

16 mandatów poselskich dla Polonii

Napisane przez

michalkiewicz        Wypowiedź Stanisława Michalkiewicza podczas konferencji „Polonia a Państwo Polskie. Przyszłość i nadzieje”, która odbyła się w Warszawie 12 listopada 2018 roku 

        Dobry Wieczór Państwu nazywam się Stanisław Michalkiewicz. Będę miał zaszczyt przedstawić Państwu wypowiedź pt. Reprezentacja polityczna Polonii w Polsce.

        Zacznę od takiej anegdotki zresztą prawdziwej. W 1940 roku przyjechał do Berlina minister Mołotow na rozmowy z ministrem Ribbentropem no i minister Ribbentrop przekonywał Mołotowa, że właściwie Anglia już jest rzucona na kolana i jest to tylko kwestia czasu, kiedy skapituluje. Mołotow tam się z nim specjalnie nie spierał, ale w trakcie tych rozmów zawyły syreny obrony przeciwlotniczej i musieli zejść do schronu.

Kiedy schodzili do tego schronu Ribbentrop nadal przekonywał ministra Mołotowa, że Anglia jest już rzucona na kolana, a ten mu wtedy odpowiedział, to dlaczego siedzimy w schronie? 

        Nawiązuję do tego wydarzenia, dlatego że dlaczego my tutaj siedzimy, a nie w Sejmie, tak jak było to pierwotnie zaplanowane? Odpowiedź jest taka, że władze decydujące o tym gdzie ta konferencja ma się odbyć nie pozwoliły na to, żeby odbyła się na terenie Sejmu, tylko musimy korzystać z uprzejmości Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. 

        A dlaczego tak jest? 

        Dlatego, że Polonia nie potrafi wykorzystać politycznie potencjału, jakim dysponuje. Dysponuje dużym potencjałem, ale nie potrafi wykorzystać tego politycznie i ja tu chciałbym przedstawić sposób, w jaki ten potencjał można by politycznie wykorzystać. 

        Oroszę państwa zanim przejdę do szczegółów, to najpierw taka uwaga natury ogólnej, otóż, jeżeli się chce politykować z kimkolwiek to trzeba mieć z góry przygotowane odpowiedzi na dwa pytania, pierwszą odpowiedź na pytanie, co mi dasz, jak ci to zrobię, a drugą odpowiedź, co mi zrobisz, jak ci tego nie dam. Między tymi dwiema odpowiedziami jest ogromna przestrzeń na uprawianie polityki. Ale te odpowiedzi na te dwa pytania trzeba mieć z góry przygotowaną. Czy Polonia ma przygotowane odpowiedzi na te pytania? Obawiam się, że nie ma. Dlatego, że nie potrafi wykorzystać swojego potencjału, którym dysponuje. Dlatego nic nie może zrobić, jak czegoś nie dostanie. To nic, nikomu nie może zrobić i dlatego też nikt jej niczego nie daje, za to że coś tam nawet i robi.

        Proszę Państwa, w tej chwili mamy taką zapowiedź wielkoduszną, że jak dobrze pójdzie, to Polonia będzie miała dwóch senatorów. Proszę Państwa, Senat jest wprawdzie drugą izbą parlamentu, ale cała władza skupiona jest w Sejmie, dlatego że mamy system polityczny parlamentarno-gabinetowy, który między innymi polega na tym, że poza stanowiskiem prezydenta, które pochodzi z powszechnego głosowania wszystkie inne organy państwowe, albo bezpośrednio, albo pośrednio pochodzą od Sejmu. 

        Jaki z tego wniosek? Ano taki, że kto kontroluje Sejm, ten kontroluje całe państwo. Nie Senat! A tym bardziej, że 2 senatorów nawet gdyby chciało kontrolować Senat to po prostu jest to niemożliwość pierwotna i obiektywna. 

        I teraz przechodzę do szczegółów. 

        Państwo nie dość energicznie, albo nawet wcale nie dopominacie się, żeby władze państwa polskiego, władze Rzeczpospolitej Polskiej zaprzestały dyskryminacji prawnej obywateli polskich mieszkających zagranicą.

        Ponieważ Konstytucja nie uzależnia zakresu praw obywatelskich i politycznych od miejsca zamieszkania, obywatel Polski może mieszkać gdzie tylko mu się podoba, nawet na Marsie, ale to nie wpływa zupełnie na zakres jego praw politycznych i obywatelskich. Tymczasem mamy taką sytuację, że obywatele polscy mieszkający za granicą muszą głosować na kandydatów do Sejmu zgłoszonych przez kogoś innego w okręgu wyborczym Warszawa-Śródmieście. Natomiast sami nie mogą żadnych kandydatów wysuwać. To jest dyskryminacja prawna i w dodatku nieuzasadniona prawnie; to się odbywa prawym kaduka.        

        W przyszłym roku odbywają się w Polsce wybory parlamentarne. Jest jeszcze trochę czasu, żeby dokonać stosownej zmiany ordynacji wyborczej do Sejmu, która by właśnie tę dyskryminację prawną likwidowała. 

        W jaki sposób? 

        Ano w taki, żeby obywatele polscy mieszkający zagranicą mogli wysuwać własnych kandydatów w wyborach do Sejmu. Od razu rodzi się pytanie, no dobrze, ale w którym okręgu wyborczym? Musicie na to pytanie mieć przygotowaną odpowiedź, gdybyście państwo rozmawiali  z przedstawicielami władz państwowych. Otóż, propozycja moja zmierza do tego, żeby okręgiem wyborczym był kontynent, na którym obywatele polscy mieszkają. Ameryka Północna - jeden okręg wyborczy, Ameryka Południowa - drugi okręg wyborczy, Europa trzeci i Australia z Azją no to Europa z Afryką. W Afryce takiej Polonii dużej nie ma, poza RPA. 

        Proszę państwa, mówię cały czas o obywatelach polskich mieszkających zagranicą. Bo ci Polacy, którzy nie mają obywatelstwa polskiego nie uczestniczą w suwerenności państwowej. Bo artykuł 4. konstytucji stanowi, że suwerenem, zwierzchnia władza należy do narodu, a naród tworzą obywatele Rzeczpospolitej. Każdy obywatel Rzeczpospolitej ma zatem udział w suwerenności i nie może być przez żadną władzę tego udziału pozbawiony, chyba że zostanie skazany za przestępstwo i dodatkową sankcją będzie utrata praw publicznych. No to wtedy tak, ale poza takim wypadkiem nie ma żadnego powodu i żadnej podstawy prawnej, żeby obywatelowi polskiemu, bez względu na to gdzie mieszka te uprawnienia polityczne ograniczać albo w ogóle zlikwidować. 

        W każdym okręgu wyborczym obywatele polscy mieszkający za granicą mogliby wybierać 4 posłów. W sumie byłoby to o 16 posłów. Dlaczego 16 posłów? Wynika to z regulaminu sejmowego, według którego, żeby stworzyć klub poselski trzeba co najmniej 15 posłów. Dlaczego przedstawicielom, posłom polonijnym, potrzebny by był klub poselski? 

        Dlatego, że przewodniczący, albo wiceprzewodniczący klubu poselskiego uczestniczy w Konwencie Seniorów, który przygotowuje plan prac legislacyjnych Sejmu. To jest bardzo ważne gremium, w którym trzeba by uczestniczyć. 

        16 posłów nie byłoby w stanie przeprowadzić w Polsce żadnej rewolucji. No i dobrze. Nie byłoby w stanie przeforsować jakichś ustaw i to dobrze by tak było, dlatego że gdyby tych posłów było na przykład nie 16, tylko 160 to by mogli przegłosować jakąś ustawę, która by rodziła na przykład konsekwencje finansowe dla obywateli Polski mieszkających w kraju i to prowadziłoby do antagonizmów między obywatelami polskimi mieszkającymi w kraju i tymi mieszkającymi zagranicą; bo obywatele polscy w kraju powiedzieliby, no tak, to wy takie ustawy uchwalacie, ale podatki płacimy my tutaj, prawda? Więc to jest właśnie tak, żeby ci posłowie nie byli w stanie przeprowadzić jakiejś rewolucji legislacyjnej, natomiast 2 rzeczy mogliby załatwić, jeśliby oczywiście byli odpowiednimi ludźmi, no ale to państwo musielibyście o to zadbać. 

        Po pierwsze, załatwić to, żeby władze polskie przestały Polonię zagraniczną traktować instrumentalnie, co niestety ma miejsce. 

        Po drugie, że dlaczego w tej chwili na przykład tu siedzimy? Dlatego że państwo nie macie żadnego środka nacisku, bo nawet, jeśli z przedstawicielami Polonii przedstawiciele władz rozmawiają uprzejmie, to nic im państwo nie możecie zrobić, jak wam czegoś nie chcą dać. A to trzeba móc coś im zrobić, żeby dawali, nawet jak państwo im nie możecie zagrozić, to tym bardziej nie możecie wziąć. To nawet nie ma co o tym myśleć. I nie to jest nawet najważniejsze, no bo to jest ważne żebyście mieli wpływ polityczny ale nie to jest najważniejsze bo takim największym niedostatkiem Polonii - ja trochę jeździłem po różnych środowiskach polskich w różnych krajach więc wiem co mówię - jest dezintegracja polityczna środowisk polonijnych. Dezintegracja polityczna i taka zmiana ordynacji wyborczej stworzyłaby czy doprowadziłaby do stworzenia mechanizmu sprzyjającego politycznej integracji środowisk polonijnych. 

        Dlaczego? 

        Dlatego że takiego posła; takich posłów najpierw trzeba by było ich wybrać, to, że ordynacja wyborcza dawałaby taką możliwość, to tylko byłaby taka możliwość, ale państwo byście musieli tę możliwość zrealizować. Takich posłów trzeba by najpierw wysunąć ich kandydatury, a potem ich wybrać. To wymaga pewnego minimum organizacyjnego; bez tego się nie da takiego przedsięwzięcia przyprowadzić. 

        Więc sama ta konieczność wysunięcia kandydatury i wyboru posłów wymusiłaby na środowiskach polskich pewne minimum integracji politycznej, wokół jakiegoś jednego celu. Jednego, dlatego że więcej celów nie ma co sobie stawiać, bo to by było zbyt ambitne; to by prowadziło do podziałów i potępieńczych swarów. Jeden skromny cel, możliwy do osiągnięcia, w postaci wyboru 4 posłów. 

        Tutaj można się porozumieć, zwłaszcza w dobie Internetu, to nie ma żadnego problemu by w  ten sposób stworzyć mechanizm sprzyjający, nie gwarantujący, ale sprzyjający integracji politycznej środowisk polonijnych, bo ci posłowie którzy by zostali wybrani w ten sposób we własnym interesie by już dbali o to, żeby ta organizacja, której zawdzięczają wybór nie rozleciała im się następnego dnia po wyborze, bo chcieliby być wybrani jeszcze drugi raz. To są środki łagodne, które nikogo do niczego nie zmuszają, ale stwarzają pewną przestrzeń do skutecznego działania. Jak państwo wykorzystacie tę przestrzeń, no to już od państwa zależy zatem co trzeba, by było zrobić? 

        Trzeba by było przekonać - to będzie bardzo trudne zadanie - żeby 460 posłów ustąpiło z 16 mandatów dla środowisk polonijnych. To jest bardzo trudne. Ale trudne sprawy trzeba też próbować załatwiać; jeżeli uznamy, że takie przedsięwzięcia, które są potrzebne, i które leżą w granicach możliwości, że to nie ma sensu się za to brać, to po co się państwo tutaj zebrali? W jakim celu?! Żeby bić pianę? To nie ma sensu! 

        Gdybyście państwo weszli do Sejmu to pozycja organizacji polonijnych reprezentowanych przez takich parlamentarzystów byłaby znacznie silniejsza, dlatego że nie można by było nikogo zbyć obietnicami. Bo taki poseł jeden z drugim wielkiej władzy nie ma, ale na przykład, składa interpelacje i nawet najbardziej butny minister musi na nią odpowiedzieć. 

        Powiadam, pozycja społeczności polonijnej dzięki temu, by została wzmocniona, nie do tego stopnia żeby Polonia dyktowała rządowi co ma zrobić, tylko żeby rząd traktował ją poważniej niż do tej pory; żeby władze państwowe w Polsce traktowały środowiska polonijne poważniej niż do tej pory i tylko tyle. 

        To by była ta reprezentacja Polonii w Polsce, która by uruchomiła mechanizm tworzenia polskiego lobby politycznego w krajach, w których państwo zamieszkujecie i właśnie w ten sposób w ten sposób Polonia mogłaby Polsce oddać wielką przysługę. Gdyby była zdolna do utworzenia polskiego lobby politycznego w krajach swojego osiedlenie. 

        Podam przykład takiej skuteczności. Jest w Wielkiej Brytanii taka młodzieżowa organizacja polska, która się nazywa Patriae Fidelis, to są ludzie młodzi z różnych środowisk i wykształceni i zajmujący jakieś tam stanowiska ale są też tacy, którzy pracują w fabrykach czy są kierowcami, a nawet tacy, którzy pracują na zmywakach. Jedynym kryterium jest wiek i pewne poglądy - nazwijmy je - zachowawcze. Otóż, ta organizacja nie jest specjalnie liczna, ale ma swoje oddziały we wszystkich większych miejscowościach Zjednoczonego Królestwa i kiedy premier Cameron chcąc się podlizać tamtejszym nacjonalistom zaczął się nieprzychylnie wyrażać o Polakach, to ta organizacja zorganizowała demonstrację na Downing Street. A wykorzystując swoje kontakty z mediami brytyjskimi, nie polonijnymi tylko brytyjskimi, doprowadziła do tego, że ta demonstracja została nagłośniona w brytyjskich mediach, a żeby pójść za ciosem to proklamowali strajk polskich pracowników. Ale nie taki strajk że polscy pracownicy po prostu przestali pracować, lecz brali zwolnienia po to, żeby oddać krew dla brytyjskich szpitali. 

        Więc entuzjazm był nieopisany zabrakło tylko jednego słowa w komentarzach brytyjskiej prasy, że Polacy „znowu” oddają krew za Anglików, ale oczywiście, rezonans był bardzo pozytywny. Premier Cameron musiał zmienić ton. Więc 800 ludzi spowodowały niewielką, ale istotną z polskiego punktu widzenia zmianę polityki jednego ze mocarstw światowych. 800 ludzi. I to pokazuje jaki potencjał państwo macie, jeżeli oczywiście potraficie go wykorzystać. 

        A ja pozwoliłem sobie tutaj zaproponować - chociaż część państwa mi nie wierzy - że to jest możliwe, ale to już nic na to nie poradzę - zaproponować państwu sposób, w jaki to osiągnąć. Dziękuję bardzo.

Stanisław Michalkiewicz

środa, 05 grudzień 2018 17:08

Jak naprawić świat?

Napisane przez

michalkiewiczAjajajajajajaj! Panie Piperman, pan jeszcze tu? Pan jedź do Katowic, pan musisz walczyć z klimatem! - Tak mogłaby się zacząć kolejna rozmowa pana Pipermana z panem Biberglancem, kupcami, co to handlują, czym się da, a specjalnie takim towarem, co to ani nie da się wziąć w rękę, ani nie da się zważyć, ani nie da się zmierzyć, ani się nie psuje. To znaczy, dałby się zważyć, czy zmierzyć, gdyby komuś zachciało się to robić, ale nikomu się nie chce. Na przykład gazem – ale nie takim do palenia, czy trucia, tylko gazem cieplarnianym, co to robi straszliwe spustoszenie wśród ludzkości. Biją na alarm nie tylko mądrzy, roztropni i przyzwoici, co to rozpoznają się po zapachu, ale nawet pan redaktor Szymon Hołownia, który odkrył straszliwą prawdę, że co najmniej tyle samo dzieci pada ofiarą smogu, co aborcji. Ładny interes!

czwartek, 29 listopad 2018 16:27

Socjalizm po kanadyjsku

Napisał

        General Motors zamyka fabrykę w Oshawie (pogłoski o tym krążyły od jakiegoś czasu) no i chyba jest nam - podatnikom - trochę głupio w trąbie, bo jeszcze kilka lat temu dokładaliśmy się do ratowania koncernu przed upadkiem. A trzeba było pozwolić mu rąbnąć o deski. 

        Corporate welfare, czyli te wszystkie „zapomogi” wypłacane dużym korporacjom to w Kanadzie, jak na kraj socjalistyczny przystało, jedna z poważniejszych pozycji budżetowych. Ciekawe czy ktoś kiedyś, policzył ile przynosi to netto korzyści.


Dalsza część artykułu dostępna po wykupieniu subskrypcji. Kup tutaj!

czwartek, 29 listopad 2018 16:31

Psom wstęp wzbroniony tylko tu

Napisane przez

465        Przyjechałam do Kanady z kraju zakazującego i nakazującego. To było dawno przed Internetem, kiedy wiadomości i informacja były ściśle reglamentowane. Ta reglamentacja była bardziej istotna niż reglamentacja żywności. Doły społeczne, wtedy nazywane lud pracujący miast i wsi, nie musiał wiedzieć wiele, i przez to łatwo było go odizolować wprowadzając różne zakazy i nakazy, żeby mu się przypadkiem czegoś niezgodnego z doktryną nie zachciało. 

smietana        17 listopada zmarł Tadusz Śmietana. Miał 70 lat. 

        Tadeusza poznałem ponad 23 lat temu za czasów działalności Organizacji Pomocy Dzieciom “PROMYK”. Już wtedy na obozach Promyka Tadeusz pokazywał dzieciom modele samolotów. Tu w Kanadzie prowadził szkółkę modelarstwa samolotowego im. Jana Żurakowskiego przy Centrum JPII. Jak mi powiedział Tadeusz, to w Polsce również przy klubie młodzieżowym prowadził modelarnię. 

czwartek, 29 listopad 2018 16:10

Kanadyjczyku, ustąp miejsca migrantom

Napisał

        Wszyscy jesteśmy tutaj imigrantami. Znamy migrację z własnego doświadczenia. Dlaczego powinniśmy się obawiać nowej imigracji?  

        Stoimy dzisiaj w przededniu światowej rewolucji dokonywanej rękami, a może raczej nogami migrantów. Tak zwane organizacje pozarządowe, kierowane przez elity globalistyczne zachęcają i organizują przerzut ludzi z krajów biednych i zacofanych do krajów bogatych; z krajów muzułmańskich do krajów starej, chrześcijańskiej Europy; z Ameryki Południowej do Ameryki Północnej. Wszystko to, niczym pisane jedną ręką, w ramach jednego planu, podobnie zorganizowanego; z przedpłaconymi kartami kredytowymi, mapkami, informacjami, a czasem z podwożeniem autobusami czy na pontonach. 

Masowa migracja naruszy porządek społeczny prowadzi do napięć i niepokojów.         Kanada jest obecnie w awangardzie tego ruchu, władze federalne kierowane przez premiera, który sam stwierdził że jesteśmy krajem „postnarodowym” są głównym architektem kontrowersyjnego układu ONZ na temat migracji; porozumienia, z którego wycofały się już Stany Zjednoczone, szczęśliwie wycofała się także Polska i szereg innych krajów. 

        Kanada będzie to porozumienie realizować. Naszym kosztem - kosztem jej obecnych mieszkańców i obywateli. 

        Gdy przyjrzymy się zapisom  dokumentu ONZ, okaże się że jest to plan ogólnoświatowej rewolucji zakładającej wymieszanie społeczeństw obalenie granic i wynarodowienie państw. Do przyspieszenia tych procesów używa się mafii i nielegalnych gangów, które podobnie jak w dziewiętnastym wieku namawiają chętnych obiecując złote góry, inkasując oszczędności całego życia, jako zapłatę za drogę. Jak się ocenia kartele meksykańskie zarabiają około 500 mln dol. rocznie na przemycie nielegalnych emigrantów do USA

        Społeczeństwa, do których migranci zmierzają są zaś poddane propagandowej obróbce przez szeroko zakrojoną akcję PR posługującą się kłamstwem. Specjalnie komponuje się zdjęcia i obrazy telewizyjne, aby wzbudzać współczucie i pozytywne emocje wobec migrantów. Tak było gdy na Lampedusie na Morzu Śródziemnym  specjalnie ułożono zwłoki chłopczyka sugerując, że fale wyrzuciły  je na brzeg; tak jest i dzisiaj, kiedy manipuluje się zdjęciami gazowanych uczestników karawany w Meksyku. 

         Ta sterowana migracja zagraża nam bezpośrednio, godzi w nasz dobrobyt i bezpieczeństwo i wolności. 

        Oczywiście Kanada nie jest tu jedyna, premierowi Trudeau wtórują inne marionetki pokroju francuskiego prezydenta Emanuela Macrona - nowi bolszewicy, „migracyjni neotrockiści”, którzy chcą wykuć nowy porządek świata doprowadzając go najpierw do chaosu. 

        To nie jest nowa idea, to nie jest nowa metoda. 

        Po jednej stronie mamy patriotów, ludzi, którzy wierzą, że państwo powinno organizować narody tak by żyły między w pokoju kierując się własnymi prawami, dbając o interesy swych mieszkańców,  dając im prawo głosu w ważnych sprawach. 

         Po drugiej są elity globalizmu - możemy ich różnie nazywać, wielu należy do masonerii, wielu do elit finansowych dzisiejszego świata. Ich zdaniem planetarny rząd jest nieunikniony, a procesy globalizacyjne należy zorganizować tak, aby tym elitom dać pełnię władzy. Dla nich, zwykli ludzie nie ogarniają świata, w którym żyją, nie wiedzą co jest historycznie konieczne; zachodnia cywilizacja wygasła i teraz należy po niej posprzątać i napełnić świeżą krwią dzikich. Oni, podobnie, jak ci, którzy złupili Rzym, ostatecznie coś z tego  naszego „Rzymu” przejmą, ale przede wszystkim umożliwią stworzenie porządku nowego wspaniałego świata, w którym technologia da elitom możliwość panowania nad pozbawionymi pełnej świadomości ludźmi.  

        Emigracja nadaje się do tego celu  doskonale również dlatego że emigranci stanowią naturalny pas transmisyjny przez nich do krajów pochodzenia powędrują nie tylko pieniądze, ale też idee, jakie będą im zaszczepiane w krajach osiedlenia.

        Gwałty, niepokoje społeczne, zamieszki - wszystko to wpisane jest w nowy plan, którego ostatecznym celem jest wszechplanetarna stabilizacja kontrolowanego tłumu. 

        Dzisiaj faworyzuje się islam, po to by rozbić resztki chrześcijaństwa, jutro islamowi podetnie się nogi i odbierze dzieci wychowując na nowych konsumentów demoralizując pornografią, narkotykami i permisywizmem kultury masowej. To są środki zmierzające do przebudowy społecznej. 

        Dlatego Global Compact for safe, orderly and regular migration można go porównać do Manifestu Komunistycznego Karola Marksa.

        Oznacza on likwidację państw narodowych w postaci jakiej znamy je obecnie. 

        - Mówi, że migracja to prawo człowieka; w dokumencie nigdzie nie określa się migracji, jako nielegalnej,  stwierdza się natomiast, że uchodźcy oraz migranci są uprawnieni do takich samych fundamentalnych wolności i mają te same uniwersalne prawa ludzkie, które „muszą być szanowane, chronione i realizowane, zaś migracja - z jakiegokolwiek powodu - powinna być czymś co jest umożliwiane i chronione. Postuluje się tworzenie stron internetowych, gdzie przedstawiane będą dostępne opcje migracyjne, a także udzielane informacje o pomocy dla migrantów, gdzie mogę otrzymać darmowe wykształcenie, gdzie oferuje się pomoc medyczną, „tak by mogli oni podejmować właściwe decyzje...”. 

        W innym punkcie umowa nakłada na sygnatariuszy obowiązek „redukowania ryzyka i zagrożeń”, z jakimi zmierzyć muszą się migranci na różnych etapach swej wędrówki poprzez ... „zapewnienie im opieki oraz pomocy”. Wygląda więc na to powinniśmy migrantów w bezpieczny sposób przenosić przez niebezpieczne akweny czy obszary pustynne, gdzie ich życie byłoby narażone na niebezpieczeństwa. Na każdym etapie wędrówki migranci powinni być zaopatrywani w wiadomości na temat przysługujących im praw i dostępnych usług z jakich mogą skorzystać i to „w języku który rozumieją”. 

        Gdy zaś migranci ostatecznie dotrą  do państw docelowych sygnatariusze zobowiązują się udzielić pomocy prawnej tłumacząc i z jakich praw mogą korzystać, jakie mają obligacje, jak powinni przestrzegać praw lokalnych, jak uzyskać zezwolenie na pracę, jakie usługi są im oferowane. 

        Dlatego poszczególne kraje powinny promować szacunek dla kultur, tradycji i zwyczajów tak społeczności docelowych, jak imigrantów poprzez implementację polityki integracyjnej i programów zmierzającej do promowania „akceptacji różnorodności i ułatwiania społecznej kohezji. 

        Celem państw sygnatariuszy ma być również zapewnienie migrantom dostępu do rynku pracy, łączenia rodzin, oświaty i opieki medycznej, powinno im dać również dostęp do uczciwego zatrudnienia, gdzie mogliby pracować na stanowiskach zgodnych ze kwalifikacjami 

        Państwa sygnatariusze mają też cenzurować publiczne wypowiedzi, przeciwne masowej migracji i tłumić opinie, które podkreślają konieczność obrony granic i wartości naszej kultury. Jak stwierdza to jeden z artykułów porozumienia, sygnatariusze będą  hamować „błędne narracje”, które powodują „negatywną percepcję migrantów”, a promować „obiektywne reportaże”  w tym informacje w internecie. Będą wyczulać i edukować pracowników mediów  o sprawach związanych z migracja ucząc terminologii jakiej powinno się używać, wstrzymując publiczne finansowanie lub wsparcie materialne tym środkom przekazu, które „systematycznie promują nietolerancję, ksenofobię, rasizm i inne formy dyskryminacji imigrantów...” .

        Czyli, jeśli ktoś będzie szczekał, wybije mu się zęby. Tu w Kanadzie wiąże się to z nowym programem „pomocy dla mediów”, który ma promować te właściwe. Słowem, jak za Lenina, wracamy do „organizacyjnej funkcji prasy”. Rząd federalny chce przyznać mediom wyróżniającym się w „profesjonalnym dziennikarstwem” ulgi podatkowe o wartości 595 milionów dolarów. O tym, co uznać za „profesjonalne dziennikarstwo” i komu należą się ulgi na tworzenie oryginalnych programów, ma zdecydować niezależny panel ekspertów powołany przez rząd. Liberałowie twierdzą, że chcą w ten sposób pomagać „godnym zaufania” organizacjom medialnym.

        To nie jest przypadek, podobnie  jak nie jest przypadkiem otwarcie granicy kanadyjsko - amerykańskiej w  Quebecu. - Maszyniści przestawili zwrotnicę dziejów, ruszono z posad bryłę świata.

A. Kumor


Dalsza część artykułu dostępna po wykupieniu subskrypcji. Kup tutaj!

Ostatnio zmieniany sobota, 01 grudzień 2018 17:47
czwartek, 29 listopad 2018 15:32

Prawdziwie polskie święto

Napisane przez

Po raz pierwszy od czasu przyjazdu do Kanady przyjeżdżam celowo do Polski na dzień Wszystkich Świętych. 

        Dzień wylotu. Nerwowo. 

        Od tygodnia w polskiej telewizji podają informacje o strajku personelu LOT-u. Czy wylecę? 

        Tam w Polsce we Wrocławiu ma mnie ktoś odebrać na lotnisku. Kilka dni wcześniej lot samolotu LOT-u lecącego z Toronto do Warszawy został odwołany. Ale sprawdzam na internecie odloty i.. lecimy.

Na lotnisku dowiaduję się że start samolotu jest opóźniony o 45 minut. Czy zdążę na mój samolot z Warszawy do Wrocławia? Na przesiadkę mam tylko godzinę i piętnaście minut. 

        Startujemy. 

        Pilot zapowiada że spróbuje nadrobić stracony czas. Mówi tak chyba żeby się pasażerowie nie denerwowali. Minęły te czasy, kiedy samolotem LOT-u latali w praktyce sami Polacy. Teraz przynajmniej połowa osób w samolocie czeka na przesiadkę do innych krajów. Celowo w samolocie nie kupuję tym razem żadnych alkoholi ani innych dupereli, które mogłyby spowodować kłopot przy przechodzeniu tego nieszczęśliwego wąskiego gardła na lotnisku w Warszawie. To wąskie gardło to dodatkowa kontrola bagaży w przejściu z przylotów na odloty. 

        Rok wcześniej widziałem jak siedzące niedaleko mnie w samolocie małżeństwo zakupiło alkohole, ale nie poprosiło stewardessy o to żeby im te butelki zapakowała w specjalną torbę. No i w tym wąskim gardle te butelki z cennymi trunkami zostały im zabrane. 

        Tak stało się mimo protestów z ich strony, że przecież oni nigdzie indziej nie mogli kupić tego alkoholu, jak w samolocie. Na nic to wszystko. Z kolei mnie samemu 6 miesięcy wcześniej ci sami strażnicy rozerwali tę specjalną torbę, w której stewardessa zapakowała mi butelki. Dlaczego to zrobili? Miałbym problem gdyby na przykład mój lot wewnątrzkrajowy został odwołany i musiałbym pójść spać do jakiegoś hotelu i później przejść ponownie kontrolę lotniskową. Nie mógłbym tych butelek w tej rozerwanej torbie wnieść. Więc tym razem nie kupuję absolutnie nic. Nie wiadomo co mnie może w tym ogólnym zamieszaniu spotkać. 

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/teksty/Page-9.html#sigProIdd35a4bdabc

        Mój samolot jednak nie nadrobił opóźnienia. Wysiadamy, idę szybko do tego wąskiego gardła-kontroli. Tłum ludzi przede mną. Może dwieście może więcej osób. Przyleciał jeszcze jakiś inny samolot w tym samym czasie z pasażerami którzy tak jak ja teraz czekają na przejście do odlotów. Patrzę na zegarek. Teoretycznie mam 25 minut. Patrzę na tablice informacyjną. Mój samolot do Wrocławia jeszcze nie załadowuje pasażerów. Patrzę na zegarek: cyk, cyk cyk, lecą sekundy, lecą minuty, lecą kwadranse. Dochodzę do bramki kontrolnej. Mój samolot do Wrocławia już powinien odlecieć. Przechodzę przez bramkę. Za bramką kontroler pyta: czy kupił pan coś w samolocie? Z ulgą odpowiadam że nie. Przechodzą moje bagaże podręczne. Szybko się ubieram i po prostu lecę do mojego gate. Dolatuję. W biegu otworzył mi się mój plecak. Na wierzchu aparat. Ale na szczęście jakimś cudem z plecaka nic nie wyleciało. Uff, nie ma jeszcze boarding.

        Lądujemy we Wrocławiu. Wychodzę i szukam telefonu. Ale okazuje się to być niepotrzebne. Moja podwoda już jest. No i koniec nerwów. Przynajmniej na dziś. Następnego dnia po południu w Jeleniej Górze idę na cmentarze. Najpierw na ten starszy, następnie ten nowszy cmentarz. Dużo ludzi. Chodzą, kręcą się sprzątają groby. Na tym nowszym cmentarzu jakby ludzi mniej. Chyba starsze osoby mają więcej czasu na wspominanie zmarłych? Jestem tu na tydzień przed pierwszym listopada. Cmentarze w Polsce żyją.

        Obdzwaniam znajomych. Trzy dni później Edward Wryszcz, kolega z niegdysiejszego Duszpasterstwa Ludzi Pracy w Jeleniej Górze, mówi mi żebym przyszedł na zebranie byłych członków Terenowej Organizacji Emerytów i Rencistów NSZZ SOLIDARNOŚĆ. 

        Przychodzę. Zebranie prowadzi przewodniczący, kolega Kędziora. Rozmawiają na temat odwiedzania grobów zmarłych, byłych członków podziemnej Solidarności. Właśnie poprzedniego dnia odwiedzali groby swoich zmarłych kolegów. Przeszli kilka cmentarzy, zrobili wiele kilometrów zapalając świeczki. Od sprawiania dobrych uczynków bolą ich nogi, och bolą. Wiek robi swoje. 

        Rozmawiamy o księdzu Andrzeju Koziczuku i księdzu Stanisławie Boczoniu, księżach którzy sprawowali opiekę duszpasterską nad Duszpasterstwem Ludzi Pracy w Jeleniej Górze. Ksiądz Stanisław Boczoń zmarł nagle parę lat wcześniej, mimo względnie młodego wieku. Niektóre z osób na zebraniu o tym nie wiedziało. Rozmawiamy o tych członkach „Solidarności”, którzy zmarli w czasie stanu wojennego i po stanie wojennym w tak zwanych niewyjaśnionych okolicznościach. 

        Rozmawiamy o Kazimierzu Majewskim, który został w czasie stanu wojennego znaleziony powieszony w altance na swojej działce. Rozmawiamy o synu pani Blombergowej, który został znaleziony martwy w transformatorze. Mówimy że oficjalnie było około 200 takich przypadków śmierci działaczy opozycji, lub bezpośrednich członków ich rodzin, którzy zmarli w tak zwanych niewyjaśnionych okolicznościach.

        Mówię że parę miesięcy temu czytałem jedną z wypowiedzi premiera Mateusza Morawieckiego, który powiedział że tych zmarłych w tak zwanych niewyjaśnionych okolicznościach opozycjonistów od czasu wprowadzenia stanu wojennego aż do powstania rządu Tadeusza Mazowieckiego było około 1000 osób, a nie 200 osób. Mówię że rząd Tadeusza Mazowieckiego przyznał rodzinom tych zmarłych w niewyjaśnionych okolicznościach tak zwane renty specjalne i w ten sposób na lata zamknął dyskusję na temat tych zmarłych ludzi. Ktoś obok mnie mówi sarkastycznie: tak i Henryka Krzywonos skorzystała z tej renty specjalnej, ponoć otrzymała 3,500 złotych od rządu Platformy Obywatelskiej. Ponadto ma emeryturę też po mężu.

        Edward Wryszcz mówi o grupach likwidacyjnych, które były stworzone przed stanem wojennym w ramach Służby Bezpieczeństwa. Ja dodaję, że w czasie stanu stanu wojennego ginęli nie tylko solidarnościowcy. Mój bardzo dobry kolega Władek Jagiełło też zginął. Był on moim kolegą (i sąsiadem) z okresu studiów w Akademii Ekonomicznej w Jeleniej Górze. Nie był członkiem podziemnej opozycji. Przeciwnie, był członkiem partii. Był niedługo wcześniej mianowanym głównym księgowym w budowanym wówczas zakładzie płyt pilśniowych i wiórowych w Żarach. Dwa tygodnie przed śmiercią Władek dzwonił do swojej mamy mówiąc jej, że w czasie corocznej inwentaryzacji zostały wykryte znaczne niedobory i że nie wie co z tym zrobić. Miał przyjechać do domu i porozmawiać z ojcem. Władek zaginął.

        Został znaleziony tydzień później w lesie. Miał podcięte żyły w obu rękach. Między śmiercią Władka, a śmiercią księdza Popiełuszki była różnica czasu jednego tygodnia.

        Władek miał pełny żołądek. Pytany później starszy już wiekiem lekarz, który jeździł w pogotowiu ratunkowym, powiedział, że widział w swojej pracy kilku samobójców z podciętymi żyłami, ale nigdy z podciętymi żyłami obu rąk. Zawsze była to jedna ręka. Ten pytany o opinię lekarz nie widział Władka, ale według niego samobójca nie ma możliwości podcięcia sobie żył obu rąk.

        Inna rzecz, o której warto przy okazji tych wspomnień o zmarłych powiedzieć to kwestia FOZZ. Obiegowy pogląd jest taki, że afera FOZZ narodziła się w drugiej połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Ja myślę że jej źródeł należy dopatrywać się przynajmniej 15 lat wcześniej. 

        Mój bardzo dobry znajomy był w sanatorium w latach osiemdziesiątych i zgadał się wówczas z generałem LWP, który powiedział mu, że był jednym z osobistych sekretarzy Władysława Gomułki, byłego pierwszego Sekretarza Komitetu Centralnego PZPR. I ten generał opowiedział mu, że Władysław Gomułka był bardzo pracowity. Nie dowierzał ludziom aparatu i górnego szczebla administracji państwowej. Gomułka osobiście zatwierdzał wszystkie płatności powyżej 100,000 dolarów amerykańskich.

        Zadawał pytania. 

        To tworzyło niechęć tak ze strony ludzi aparatu partyjnego jak administracji państwowej. Później, kiedy jego miejsce zajął Edward Gierek, ten zaprzestał tej praktyki i oddał sprawę płatności i zakupów absolutnie w ręce ludzi pracujących w handlu zagranicznym, w bankach, lub innych tego typu instytucjach. Ówczesne Centrale Handlu Zagranicznego przez które przechodziły kontrakty i płatności były zdominowane przez ludzi służb specjalnych. Przy okazji podpisywania kontraktów międzynarodowych możliwości do nadużyć było bez liku. Później kiedy doszedł stan wojenny i kiedy jedni wykorzystali go do rozprawy z opozycją, inni pod pozorem ideologii wykorzystali ten czas do niszczenia tych którzy stanęli na ich drodze do pieniędzy. Władek Jagiełło, był synem podpułkownika LWP i pochodził ze starej komunizującej rodziny z Sosnowca. FOZZ to już była druga fala rozliczeń, rozliczeń nad którymi państwo straciło kontrolę. Smaczkiem do sprawy FOZZ którą w całości obsługiwali ludzie powiązani ze służbami specjalnymi było to że wykupywanie polskich długów na tak zwanym rynku wtórnym dokonywane było w większości za pośrednictwem tych ludzi, którzy wyjechali z Polski w 1968 roku i wcześniej...

        Mówię że wystosowałem list do prezydenta Andrzeja Dudy, w którym proszę go o upamiętnienie tych zmarłych w niewyjaśnionych okolicznościach w postaci tablicy pamiątkowej wmurowanej w Grób Nieznanego Żołnierza w Warszawie. Nie mam odpowiedzi na mój list przy sobie. Obiecuję go przynieść następnym razem. 

        Po zebraniu umawiam się z Edwardem Wryszczem i dwoma innymi kolegami że pójdziemy zapalić świece i złożyć kwiaty pod tablicą pamiątkową ku czci Kazimierza Majewskiego przy rondzie nazwanym od jego imienia. I tak też robimy. Spotykamy się pod pamiątkową tablicą w sobotę 3 listopada. Tego samego też dnia dowiaduję się że córka Kazimierza Majewskiego została wybrana na radną w jednym z małych, ale znanych miejscowości pod Jelenią Góra. A więc Pan Bóg nierychliwy ale sprawiedliwy.

        I zaraz później po tym naszym spotkaniu czas na pakowanie się. Czas na wylot. Strajk pracowników LOT-u się zakończył, więc lecę zrelaksowany. Można sobie pogadać z sąsiadem w samolocie. Pytam o jego Dzień Wszystkich Świętych. Ma rodzinę na Białorusi i na Litwie, mówi że tam jest podobnie. Na Białorusi może bardziej głęboko niż w Polsce obchodzi się pamięć o zmarłych. Obchody tego święta tam w wielu domach przebiegają podobnie do rytuału pokazanego w dramacie “Dziady” Adama Mickiewicza. 

        Zastanawiam się dlaczego “Dziady” Mickiewicza przestały być szkolną lekturą? Czyżby liberałowie bali się rozpamiętywania tego co zrobili zmarli już politycy, czy jacyś inni aktorzy i celebryci? Zaprawdę wydaje się że komuniści byli mniej bojaźliwi. Do pewnego momentu nie bali się Dziadów.

        Z drugiej strony, w trakcie drugiej części refleksji nad świętem zmarłych jest pytanie o to czy bliżej są nam ludzie tacy jak Białorusini i Litwini, którzy tak samo jak my podchodzą do pamięci o zmarłych, czy też ci, którzy może i mówią tym samym językiem co my, ale ich obyczaje są różne?

Janusz Niemczyk

Kurek-EwaMija sto lat od momentu, gdy nasi dziadowie odzyskali dla nas niepodległość. W roku stulecia niepodległości wszyscy politycy PiS, z panem prezydentem Polski na czele, mają pełne usta wzniosłych słów o Ojczyźnie. 

        Jednocześnie coraz częściej bredzą i publicznie nazywają naszą Najjaśniejszą Rzeczypospolitą nie Polską, lecz jakimś enigmatycznym wspólnym z Żydami państwem Polin.

W bełkocie o wspólnym z Żydami państwie Polin bryluje Pan Prezydent Andrzej Duda, który coraz częściej używa określenia Polin zamiennie z Polską. Ostatnio z okazji 70. otwarcia ambasady Izraela w Polsce napisał na przykład, że: „…z Rzeczypospolitej, kraju Polin […] pochodziło wielu pierwszych obywateli Państwa Izrael”.

        Szanowny Panie Prezydencie, przypominam fakt, że Izraela nie zbudowali jacyś polińscy Żydzi, lecz Izrael zbudowali Żydzi polscy. Polscy Żydzi nigdy nie nazywali siebie Polinami lecz zgodnie z prawdą, polskimi Żydami. Proszę także nas, Polaków, nie nazywać Polinami – my jesteśmy Polakami i mieszkamy w Polsce. Pańską niewiedzę można oczywiście zrzucić na doradców, którzy pewnie piszą panu listy i przemówienia, którzy powinni kontrolować to, co mówi i pisze prezydent. Ale nie do końca. Prezydent Rzeczypospolitej Polski powinien wiedzieć, czy jest prezydentem Polski, państwa Polaków, czy prezydentem jakiegoś enigmatycznego wspólnego z Żydami państwa Polin. Pana wyborcy, Panie Prezydencie, pytają dziś w Internecie: „Czy istnieje jakakolwiek szansa, żeby prezydent Andrzej Duda przestał nazywać Polskę krajem Polin? Robi to nie po raz pierwszy, a wszelkie apele kierowane do niego, żeby nie opowiadał bajek i nie fałszował historii, trafiają w próżnię. Polska, Polska, a nie Polin, Panie Prezydencie, proszę pamiętać – apelował jeden z uczestników spotkania PAD z Polakami w USA. Najwidoczniej Prezydent nie wziął sobie tych słów do serca”.

        Przypomnijmy zatem Panu Prezydentowi Andrzejowi Dudzie, czym jest i skąd się wzięło pojęcie Polin. Tradycja nazywania Polski terminem Polin (hebr. פולין, wymawiane w języku jidysz jako pojln), przypisywana jest krakowskiemu rabinowi Mojżeszowi Isserlesowi (ok. 1510-1572), którego król Zygmunt Stary w roku 1547 mianował rabinem gmin żydowskich województwa krakowskiego. Polin w języku żydowskim oznacza TU SPOCZNIJ. W roku 1492 wygnani z Hiszpanii, Portugalii i Niemiec Żydzi dotarli do Polski. Legenda głosi,  że gdy uchodźcy dotarli do ziem polskich, nazwę kraju odczytali jako Po lin (tu spocznij), biorąc to za dobry omen. Według tej legendy z nieba został zesłany znak – kartka z napisem Po lin. W wyniku tego Żydzi osiedlali się masowo na gościnnej polskiej ziemi. Rabi Mojżesz Isserles pisał w XVI wieku o Polsce: „W tym kraju nie ma zawziętej nienawiści do nas, jak w Niemczech. Oby zostało tak nadal, aż do nadejścia Mesjasza”.

        Przez wieki Polska była wygodnym do życia krajem dla Żydów. Z czasem słowu Polin – tu spocznij – Żydzi przydali nie tylko miano miejsca spoczynku, ale także program na życie, które w sposób bardzo prosty wyraził warszawski Żyd, ostatni rytualny rzezak z Pragi Srul Warszawer i powiedział o Polin na głos to, co Żydzi od niepamiętnych czasów wypowiadali między sobą w swoim niezrozumiałym dla Polaków języku: „A dlaczego Polska nazywa się Pojlin? Bo tam gdzie mieszkasz, tam twoje jest”. https://www.youtube.com/watch?v=XtUql93QZ2M] Tak oto ostatni rzezak rytualny z Pragi wytłumaczył Polakom, na jakiej podstawie Żydzi wzięli Polskę w posiadanie. Żydowskie rozumowanie przedstawione przez Srula Warszawera jest zgodne z żydowskim prawem chazaki, które oznacza nabycie prawa własności przez zasiedzenie.

        Czy używając pojęcia Polin na określenie Rzeczypospolitej Polski chce pan, panie prezydencie, uświadomić nam, Polakom, swoim wyborcom, że pod pana panowaniem Polska przez żydowskie prawo chazaki [zasiedzenie] stała się także własnością Żydów?  

        Wszyscy Polacy świętują dziś setną rocznicę odzyskania niepodległości naszej Ojczyzny. W setną rocznicę odrodzonej Najjaśniejszej Rzeczypospolitej warto przypomnieć prezydentowi Polski, różnej maści politykom i wszystkim nam, wyborcom, jak przed stuleciem nasi dziadowie zareagowali na żądanie Żydów, aby oddać im część Polski we władanie. Gdy w Komisji Konstytucyjnej Izaak Grünbaum, w imieniu Związku Posłów Narodowości Żydowskiej, zgłosił propozycję artykułu 113 Konstytucji o autonomii żydowskiej i oświadczył, że: „Ziemie Rzeczpospolitej, zamieszkałe w przeważającej większości przez narodowości niepolskie, stanowić będą autonomiczne prowincje”, na forum Sejmu poseł Mieczysław Niedziałkowski z PPS odpowiedział:

        Stanowczo, zupełnie kategorycznie

i również z całym spokojem i z zupełnie czystym sumieniem odrzucamy wszystkie te koncepcje, które chciałyby z Państwa Polskiego uczynić wspólną własność Polaków i Żydów. […] Zachować musimy koniecznie zasadę ogólną, iż 

        Państwo Polskie jest państwem tylko polskim.

        Sto lat temu posłowie wszystkich frakcji parlamentarnych, od lewa do prawa, poparli stanowisko posła Mieczysława Niedziałkowskiego. Stanowisko to poparli także wszyscy żyjący wówczas Polacy. Panie Prezydencie Andrzeju Dudo, wypowiedziane sto lat temu przez naszych dziadów słowa nie straciły na aktualności. 

        Roku Pańskiego 2018 Państwo Polskie nadal jest państwem tylko polskim. 

        Proszę o tym pamiętać i nigdy więcej nie próbować nam wmawiać, że dla pana, Panie Prezydencie, żydowskie prawo chazaki o zasiedzeniu ma wagę wyższą niż wola Polaków i prawo polskie. Nie pójdzie pan, Panie Prezydencie, 11 listopada w Marszu Niepodległości. Może słusznie. Proszę wybrać się na jakieś świętowanie do tego swojego nieistniejącego państwa Polin. Na zakończenie chce się powiedzieć: „Szanowny Panie Prezydencie, dłużej klasztora niż przeora”. Przejdzie pan do historii jako prezydent Polin, a my w następnych wyborach, wierni idei naszych przodków sprzed stu lat, którzy wywalczyli Niepodległą, wybierzemy prezydenta, który powtórzy słowa posła Mieczysława Niedziałkowskiego: 

        Państwo Polskie jest państwem tylko polskim.

Ewa Kurek

czwartek, 29 listopad 2018 14:34

TRZEBA STRATEGII POLITYCZNEJ

Napisane przez

krupa12Załóżmy na chwilę, nieco makiawelicznie, że przeciętny polski wyborca otrzymuje propozycję programową stojącą w opozycji do poglądu, że wskaźnik wzrostu PKB rozstrzyga w całości o kondycji gospodarki i, na przykład, że lepiej przeznaczyć 2 mld dolarów na rozwój własnych sił zbrojnych niż do kieszeni Pentagonu. Dwa rozsądne punkty programowe, które w sposób bezproblemowy mogłyby się znaleźć obok zakazu dzieciobójstwa prenatalnego czy faszerowania dziecięcych umysłów propagandą gender.

Ilu Polaków, mając taki wybór, wybrałoby dalsze opieranie gospodarki na taniej sile roboczej z innych krajów i zachodniej eksploatacji naszego kraju, za cenę możliwości dokonania aborcji i sprowadzenia do Polski amerykańskiej dywizji? – pyta Michał Krupa.

        Trudno oprzeć się wrażeniu, że pomimo posiadania licznych publicystów, autorów, zwolenników, wszyscy ci, których zbiorowo można określić jako będących „na prawo od PiS” nie wykazują tendencji do podjęcia wysiłku myślenia w kategoriach strategii politycznej.

        Pat Buchanan, były doradca prezydentów Richarda Nixona i Ronalda Reagana, relacjonuje na pierwszy stronach swojej pracy „Conservative votes, liberal victories” (Konserwatywne głosy, liberalne zwycięstwa) z 1975 roku, że w trakcie prezydentury Nixona, gdy Biały Dom i osobiście wiceprezydent Spiro Agnew „ostrzeliwali” lewicę ostrą retoryką zmuszając ją do defensywy, senator Hugh Scott miał uspokajać swoich liberalnych kolegów tymi słowami: „The conservatives get the rhetoric and we get the action”. Słowa te można przetłumaczyć jako „konserwatyści mają retorykę, my mamy oddziaływanie”.

Gdy spojrzymy na środowiska w Polsce, które oficjalnie kontestują władzę PiS i które znajdują się „na prawo” od partii rządzącej (mam tu na myśli przede wszystkim narodowców, wolnościowców i katolickich konserwatystów/katolików integralnych), słowa senatora Scotta o posiadaniu retoryki, lecz bez oddziaływania, są bardzo na czasie. Albowiem trudno nie zauważyć, że niezależnie od ilości wystąpień Grzegorza Brauna, wykładów Krzysztofa Karonia, wywiadów Marcina Roli i felietonów (często bardzo celnych) Stanisława Michalkiewicza, politycznie rzecz ujmując, z prawej strony PiS-owi nic nie zagraża. A chyba wszyscy jesteśmy zgodni co do tego, że najwyższy czas, aby obóz rządzący realnie poczuł oddech prawicowych rebeliantów na swoich plecach.

        Oczywiście, nie można za ten stan rzeczy obwiniać tylko i wyłącznie braku talentu politycznego „prawdziwej prawicy” jako całości. Znaczącymi czynnikami takiego stanu rzeczy są m.in. dwuznaczna postawa wielu wysokich hierarchów Kościoła i kierownictwa Radia Maryja wobec coraz bardziej zuchwałej marginalizacji kwestii moralnie fundamentalnych. Wydaje się, że dla niektórych katolickich podmiotów jednoznacznie wspierających przez lata obóz rządzący, kwestia stanowczego oporu przeciwko proaborcyjnej postawie partii Jarosława Kaczyńskiego to o „jeden most za daleko”.

        Niezależnie jednak od tego aspektu, wydaje się, że jeszcze nikt w Polsce „na prawo od PiS” nie podjął się wysiłku myślenia w kategoriach strategii politycznej. Proszę zauważyć, że nie napisałem „strategii propagandowej” czy „publicystycznej”. To akurat „prawdziwa prawica” ma opanowane jak mało kto. Nie są to jednak przejawy strategii politycznej, (choć niektórym może się wydawać, że jest odwrotnie) chociażby z tego względu, że większość tego typu inicjatyw, wystąpień, ma charakter wewnętrzny, a więc mówienia do siebie samych, go grona zwolenników i utwierdzania się w słuszności własnych poglądów. Samo w sobie nie jest to zjawisko złe, albowiem cywilizowany człowiek powinien stale pogłębiać swoją wiedzę i wzmacniać argumentację stojącą za własnym światopoglądem, nawet jeśli czasami przekazujący tę wiedzę lub wzmacniający fundamenty światopoglądu często bywa monotonny lub monotematyczny…

        Endecki pisarz Wojciech Wasiutyński tak zdefiniował sprawnie działający podmiot polityczny: „Stronnictwo tym różni się od koterii czy kliki, że nie jest grupą doraźnie zebranych osób do przeprowadzenia jednego celu, ale szeroką organizacją o dość trwałym składzie, złączoną wspólnymi poglądami na najważniejsze sprawy publiczne (…) Stronnictwo może nie mieć doktryny, może nie mieć stałego programu, ale nie może istnieć bez podłoża wspólnych przekonań swoich zwolenników”. Niby oczywista oczywistość. Proszę jednak zwrócić uwagę na przymiotnik „szeroką”. Tu należy postawić zasadnicze pytanie: co oznacza w naszym kontekście owa „szerokość”? Co łączy narodowców, wolnościowców i katolickich konserwatystów/katolików integralnych na niwie politycznej? Sądzę, że wspólnym mianownikiem tych trzech środowisk są suwerenność i prawo naturalne. Zarówno narodowcy, jak i wolnościowcy oraz katoliccy konserwatyści słusznie uważają, że polska suwerenność państwowa, w szczególności za przyczyną Unii Europejskiej, choć nie tylko, obecnie jest mocno ograniczona i należy nie tylko ją wzmacniać na ile to możliwe, lecz również dążyć do jej odzyskania w jak najszerszym wymiarze. Te trzy środowiska również podpisują się obiema rękami pod zdaniem św. Tomasza z Akwinu: „Prawo stanowione tylko w takim stopniu jest autentycznym prawem, w jakim zakorzenione jest w prawie naturalnym; jeśli zaś w czymś kłóci się z prawem naturalnym, nie będzie już prawem, lecz niszczeniem prawa.” Wszystkie inne postulaty tych trzech środowisk zasadniczo są rozwinięciem tych dwóch probierzy.

A więc wspólne przekonania łączące te trzy środowiska są ewidentne dla wszystkich. Pytanie: jak to się przekłada na działalność polityczną? Operowanie w rzeczywistości demoliberalnej dla antyliberalnych stronnictw i ugrupowań może być szalenie trudne. Wystarczy spojrzeć na Europę Zachodnią. Co nie znaczy, że przy roztropnej kompromisowości nie da się zbudować permanentnego układu politycznego, kontestującego wszechobecny globalizm. Dobrym przykładem są Włochy, gdzie dwie formacje, lewicowa i prawicowa, porozumiały się w celu wyciągnięcia kraju z gospodarczej i demograficznej zapaści.

        Oczywiście, inne są problemy Włoch, inne Polski. Wydaje się jednak, że włoski przykład pokazuje nam kluczowe znaczenie, jakie dla skutecznej działalności politycznej (czyli mającej na celu zdobycie i utrzymanie władzy w celu roztropnego realizowania dobra wspólnego) ma namysł nad strategią. Nie chcę wchodzić w partykularyzmy związane z samym budowaniem organizacji partyjnej. Tutaj akurat radzimy sobie jako Polacy nie najgorzej. Problemy pojawiają się przy kompromisowości i poszerzaniu potencjalnego elektoratu, czyli politycznym sondowaniu.

        Czy wyobrażacie sobie państwo, że wyborca SLD po 60-tce, umiarkowany wyborca PO, który przynajmniej raz w tygodniu pojawia się w kościele lub wieloletni zwolennik PSL, głosują na stronnictwo, które na sztandarach ma wypisane suwerenność i prawo naturalne? Ja owszem. Nie jestem co prawda przekonany, czy wyborca SLD lub PO zagłosowałby na wymienione stronnictwo akurat z powodów samej suwerenności i prawa naturalnego, ale jeśli jednego i drugiego skusić wizją całkowicie innej polityki wschodniej, ukazując na podstawie twardych danych, że bycie gorącym rzecznikiem interesów ukraińskich po 2014 roku, w tym interesów Ukraińców dotkniętych bezrobociem i kryzysem gospodarczym, bynajmniej nie było w polskim interesie, to kto wie, jak jeszcze można poszerzyć horyzonty myślowe wyborców. Nie wspominam tu nawet o zawiedzionych polityką partii władzy wyborcach PiS, których liczba stopniowo się powiększa, a którzy w większości są naturalną bazą wyborczą dla kontestujących PiS ugrupowań i środowisk.

        Czy ktoś „na prawo od PiS” myśli w takich kategoriach, czyli jak słusznymi skądinąd postulatami przekonać tych, którzy nigdy nie myśleli oddać głosu na coś jeszcze bardziej na prawo od PiS? Czy naprawdę tylu tęgim głowom obce jest myślenie o sposobach zdobycia i utrzymania władzy? A może zbyt często jesteśmy zapatrzeni sami w siebie lub w ilość interakcji na Twitterze bądź przychylnych komentarzy na YouTube i wydaje się nam, że to tam toczy się walka polityczna?  Co do zasady, konsolidacja mas na prawo od PiS już nastąpiła. Wszyscy znają, czytają i chwalą plejadę publicystów i polityków oraz działaczy partykularnych spraw. Wszyscy przejrzeli „dobrą zmianę” i jej często spektakularne objawy, jak chociażby wycofanie ustawy o IPN. Może więc nadszedł czas, aby spojrzeć szerzej?

        Załóżmy na chwilę, nieco makiawelicznie, że przeciętny polski wyborca otrzymuje propozycję programową stojącą w opozycji do poglądu, że wskaźnik wzrostu PKB rozstrzyga w całości o kondycji gospodarki i, na przykład, że lepiej przeznaczyć 2 mld dolarów na rozwój własnych sił zbrojnych niż do kieszeni Pentagonu. Dwa rozsądne punkty programowe, które w sposób bezproblemowy mogłyby się znaleźć obok zakazu dzieciobójstwa prenatalnego czy faszerowania dziecięcych umysłów propagandą gender. Ilu Polaków, mając taki wybór, wybrałoby dalsze opieranie gospodarki na taniej sile roboczej z innych krajów i zachodniej eksploatacji naszego kraju, za cenę możliwości dokonania aborcji i sprowadzenia do Polski amerykańskiej dywizji? Osobiście uważam, że niewielu, przynajmniej nie tylu, aby przeszkodzić w przejęciu władzy. A to tylko jeden mały przykład jak, mając na uwagę realia polityczno-społeczne, formułować strategię polityczną, która przecież, co należy podkreślić, nie powstaje z dnia i nie może być dziełem jakiegoś „wodza”.

        Konferencje o szansach monarchizmu w Polsce, agentach, masonach, czy Żołnierzach Wyklętych, publikowane w ogromnych ilościach wystąpienia naszych prawicowych luminarzy, mogą być stymulującymi intelektualnie wydarzeniami, lecz polityczny pożytek z tego żaden. Parafrazując Scotta, co z tego, że mam retorykę, skoro nie mamy oddziaływania? Niejeden czytelnik zapewne zgodzi się, że nadszedł czas, aby retorykę przekuć w oddziaływanie. Sama świadomość tego wśród mas stojących na „prawo od PiS” i ich autorytetów będzie dobrym pierwszym krokiem.

Michał Krupa

czwartek, 29 listopad 2018 14:34

Kongres partii Korwina-Mikkego

Napisane przez

pruszynskiKongres partii Korwina-Mikkego

W Bibliotece Rolniczej na Krakowskim Przedmieściu był w dniach 24 - 25 listopada kongres jego partii, która zwie się teraz Wolność. Na początku było łyso, ale pod koniec soboty cała sala była prawie pełna, choć na Kongresie w Pałacu Kultury było z 7 razy więcej ludzi.