Andrzej Olender:: Pan jest urodzonym wrocławianinem i łodzianinem z wyboru, tak?
Jan Tomaszewski: Ja jestem farbowanym łodzianinem

AO: Mam taki obraz Pana osoby przed oczami…..
Jest 1976 rok, jestem na Oporowskiej, przyjechał ŁKS Łódź i grał ze Śląskiem. Piękna pogoda, to był początek sezonu, później Śląsk został mistrzem Polski po raz pierwszy w historii. Mecz zakończył się wynikiem 0 0. Garłowski miał jedną sytuację, ale Pan jego strzał ładnie złapał.
Po meczu kiedy kibice się już rozeszli, Jan Tomaszewski wychodzi przed budynek klubowy i rozmawia ze znajomymi i rozdaje autografy dzieciom. Pan bardzo lubił dzieci, chodził Pan do różnych szkół podstawowych, rozmawiał Pan z nimi… w ilu szkołach Pan był?
JT: Oj w wielu, wie Pan za czasów komuny to było niemal obowiązkowe, ale ja to traktowałem, zresztą tak samo jak pan Kazimierz Górski jako promocję piłki i uprawiania sportu w ogóle. Na takich spotkaniach staraliśmy się u młodych ludzi wyrobić pewne cechy charakteru, które pomogą nie tylko w piłce, ale i w życiu. Mówiłem, że nie wolno w razie niepowodzeń załamywać się, tylko trzeba iść dalej przed siebie.
Każdy z nas w życiu znajduje się w różnych sytuacjach, nie powiodło się w czymś, przecież każdy popełnia błędy, z tych błędów trzeba wyciągać wnioski, ale przede wszystkim trzeba pokonać samego siebie i swoje słabości.

AO: Kiedyś Michał Bunio, znany i lubiany dziennikarz łódzki zrobił reportaż z terenu budowy pańskiego domu. Bardzo fajny program, bo pokazał, że Pan nie bał się ciężkiej pracy i sam potrafił różne rzeczy przy budowie robić. Gdzie Pan się tego nauczył?
JT: Pochodzę ze średnio biednej rodziny. Moi rodzice przyjechali spod Wilna, podobnie jak Pawlaki i Kargule. Starałem się podpatrywać wszystko, co rodzice robią i pomagać.
Postanowiłem sobie, że cokolwiek będę robił to muszę być najlepszy i koniec. Oczywiście, niejednokrotnie się to nie udawało, ale dawałem z siebie wszystko.
Ja nigdy nie opuściłem żadnego treningu bez usprawiedliwienia.
Brałem to wszystko bardzo poważnie, ale jednocześnie wychodząc ze stadionu starałem się interesować wszystkim dookoła, polityka, sprawy społeczne i gospodarcze. Wiedziałem ze piłka się kiedyś skończy, a ja nie chciałem być małpą do towarzystwa na zasadzie o popatrzcie to jest ten były kopacz…. a ja ani be ani me….
Uważałem i dalej uważam, że wszystko jest ze sobą połączone. Business z polityka, sport z polityką itd. Żaden sport nie działa w izolacji. Tym, co mówili, żeby sportowcy nie zajmowali się polityką to ja zawsze powtarzałem tekst z filmu Vabank: jak ty się nie interesujesz polityką, to polityka zainteresuje się tobą.

AO: Prowadzi Pan rozmowę z Michałem Bunio u siebie w bejsmencie, gdzie jest Pana słynny barek z butelkami pochodzącymi z całego świata i znajdują się pamiątki piłkarskie. Jedną z nich jest prezent jaki Pan dostał od Dino Zoffa w San Remo, na zakończenie jego kariery.
JT: Tak jest, to jest taka plakietka, gdzie jest napisane: legendarnemu Janowi Tomaszewskiemu Dino Zoff.
Uważałem to za wielką nobilitację, zresztą tak samo jak słowa Pelego, który uznał mnie za najlepszego bramkarza świata. Takiej opinii nie można otrzymać za żadne pieniądze. To wszystko są gesty, które potwierdzają, że wszystko co człowiek zrobił zostało zapamiętane. Zawsze wychodziłem z założenia, że pieniądze dzisiaj są, jutro nie ma, ale to, co przeżyłem, to co zobaczyłem, tego mi nikt nie odbierze do końca życia. A jeśli po sobie zostawię jakieś wspomnienia, to wielka sprawa, bo miejsca w sercach kibiców nie można kupić za żadne pieniądze.

AO: Celowo przypomniałem tę sprawę wyróżnienia przez Dino Zoffa, bo jest to namacalny dowód na to, że to Pan powinien być w 11 tce 100-lecia reprezentacji Polski, a nie Józef Młynarczyk, ale dojdziemy do tego….
Panie Janie proszę o parę wspomnień z Kanady. Był Pan tu wielokrotnie.
JT: Tak, jeździliśmy z drużyną do USA i Kanady na takiej zasadzie, że my byliśmy “ambasadorami“ Polski. Jeździliśmy po sezonie głównie po to, żeby zjednać Polonię. Po każdym meczu były przyjęcia i imprezy towarzyskie. Naszym zadaniem było jednoczenie Polonii z Polską.

 

AO: Olimpiada w Montrealu w 1976 była jednym z największych sukcesów polskiej piłki nożnej i Pana również. Zdobył Pan srebrny medal olimpijski.
JT: A jednak drugie miejsce uznano za porażkę. Po powrocie do kraju ukarano nas w ten sposób, że cała Polska ekipa olimpijska wróciła dwoma samolotami czarterowymi, a my piłkarze wracaliśmy normalnym samolotem rejsowym z przesiadką w Londynie.
W Warszawie urządzono pokazówkę, 6 ciu kolegów zostało wybranych na rewizję osobistą, rozebrano ich do naga. Wszyscy mieliśmy drobiazgową kontrolę celną i każdy z nas zapłacił cło, karząc nas w ten sposób za srebrny medal. Takie były czasy i trzeba było się z tym pogodzić.

AO: Ostatni raz był Pan w Kanadzie razem z Orłami Górskiego… tak?
JT: Tak, ostatni raz, jak byliśmy w Kanadzie to pojechaliśmy nad Niagarę, bo to była wielka atrakcja dla nas. Pan Kazimierz zawsze o to dbał żebyśmy skorzystali jak najbardziej z możliwości danego wyjazdu.

AO: Całą drużyną byliście w Niagara Falls?
JT: Tak, naturalnie. Byliśmy w na dole pod Niagarą, co było wielkim przeżyciem dla nas.

AO: Powrócimy teraz do Łodzi i wyjaśnijmy co dla mnie jest trochę legendą – Pana przeprowadzka z Warszawy do Łodzi; legendą, bo nie wszystko tu do końca jest takie jasne i oczywiste; jest Pan bardzo młodym człowiekiem, debiutuje w reprezentacji w wieku 23 lat. Niestety debiut 10 października 1971 roku był porażką 1:3 z Niemcami. Staje się Pan wrogiem publicznym numer 1.

JT: Trzeba było znaleźć kozła ofiarnego. Ja wówczas powiedziałem, że do reprezentacji wrócę choćbym miał pluć krwią na treningach. Ja mogę się przyznać, że mam trzecią bramkę na sumieniu, którą strzelił Gerd Muller, ale on wtedy wszystkich bramkarzy świata dziurawił jak chciał..

AO: Niemcy były wtedy czołową drużyną świata. w 1972 roku wygrali Mistrzostwa Europy, w 1974 roku wygrali Mistrzostwa Świata. Bayern Monachium rządził w Europie.
JT: No tak, ale wtedy była taka sytuacja, że ten mecz traktowano, jako rewanż za wojnę.

AO: No faktycznie, to były zupełnie inne czasy.
JT: Przyjechałem w zimę do Łodzi, kiedy wszyscy piłkarze mieli przerwę. Trenowałem z piłkarzami ręcznymi, grałem w koszykówkę, poprawiałem swoja sprawność. Po roku wróciłem do reprezentacji, pan Kazimierz mnie powołał i od tego się zaczęło.

AO: Czyli tak, ŁKS podał Panu rękę w trudnym momencie, ale to jeszcze nie był powód do tego żeby zakochać się w Łodzi, a tak mi się wydaje ze to nastąpiło.
JT: No wie pan to trochę było bardziej skomplikowane i rozłożone w czasie. Dlaczego, bo klub pomógł mi uratować karierę sportową, ale krytycznym momentem było zaufanie, którym obdarzyli mnie kibice. Zaakceptowali mnie, polubili i to było decydujące. Poczułem się potrzebny i zobaczyłem, że to jest moje miejsce.

(…)

AO: Porozmawiajmy dalej o Łodzi, bo to miasto ma coś w sobie. Czy Pan szybko się zasymilował, czy te miasto szybko Pana wciągnęło? Na przykład gwara łódzka….
JT: Ja zawsze starałem się mówić poprawnie, po polsku bez większych naleciałości będąc osobą publiczną. Raz coś powiedziałem o manualnych zdolnościach nóg i ciągnęło się to za mną bez końca.

AO: Moja babcia mówiła zawsze, że Janek Tomaszewski to galanty chłopak.
JT: Tak, często mówiło się, że galancie grałeś…
Czym mnie Łódź przyciągnęła? Łódź to praktycznie jest Piotrowska i te domy, które na Piotrkowskiej się nie zmieściły. Praktycznie cała Łódź opierała się na Piotrkowskiej. W grandce (Grand Hotel) na Piotrkowskiej toczyło się całe życie Łodzi. Tam się zawsze rano piło kawę. W grandce była najlepsza kawa w Polsce, bo woda była ze studni głębinowej. Trenerzy się tam spotykali, zawodnicy się spotykali, ta Piotrkowska przyciągała wszystkich.

AO: Czy do dzisiaj się mówi: pobiglować na Piotrkowskiej?
JT: Tak, oczywiście. Piotrkowska jest obecnie wspaniałym miejscem, w szczególności na weekendy. Chętnie przyjeżdżają tutaj także z Warszawy, bo to miejsce tętni życiem.

https://visiton.pl/components/com_djclassifieds/images/item/6/6912_43.-ulica-piotrkowska_thb.jpg

AO: Wspomniał Pan o tej kawie w Grandzie i faktycznie czytałem, że Łódź na dzień dzisiejszy ma najlepszą wodę w Polsce. Czy to jest prawda?
JT: Tak, rzeczywiście, mimo że Łódź nie ma rzek takich jak Wisła czy Odra to leży na dużych zasobach, żyłach wodnych. Wodę z kranu można pić bez obawy.

AO: Jak Pan spacerował sobie po Piotrkowskiej to napotykał zapewne co chwile różne gwiazdy filmu i teatru, przecież Łódź to także szkoła filmowa.
JT: Tak, myśmy się spotykali często w Spatifie, to było na Kościuszki, zaraz kolo grandki, kamieniem rzucić. Znaliśmy się, spotkaliśmy się na zasadzie, że oni i my występujemy publicznie, z tym, że oni mogli korzystać z pomocy suflerów, a my nie.

AO: Czy pamięta Pan datę 13 czerwca 1987 roku, dzień kiedy Papież Jan Paweł II przybył z pielgrzymką do Łodzi? Myślę, że to być może jeden z najważniejszych dni w historii miasta.
JT: Tak, oczywiście, z tym że grałem już w Belgii wtedy i mnie wtedy w Polsce nie było.. Ja mieszkam obecnie na Lublinku, tam gdzie odbyła się ta wielka msza komunijna.

https://youtu.be/BVGiw7eTCfU https

AO: Pod koniec lat 80 tych liczba ludności miasta Łodzi zbliżała się do 900 000. Obecnie jest około 200 00 mniej.
JT: To było spowodowane tym, że rozpadł się przemysł włókienniczy. Łódź to był polski Manchester. Kiedy nastąpiły zmiany ustrojowe to wszystkie te wielkie zakłady umarły śmiercią “ naturalną “ tak jak i w innych miejscach w Polsce. Ludność zaczęła emigrować do innych miast np do Warszawy. Potem doszła do tego emigracja do krajów Unii.

AO: Pana ulubione miejsce w Łodzi obecnie to Aquapark Fala, zgadza się?
JT: Tak, kilka lat temu miałem pewne trudności natury zdrowotnej wynikające po prostu z zużycia materiału. Zacząłem chodzić na Falę i uważam, że tam zresetowałem swoje zdrowie. Te ostatnie 100 dni z powodu pandemii, kiedy nie moglem iść na Falę to, myślałem że oszaleję. Uważam że jest to światowej klasy obiekt, który – o co walczę – powinien być uznany za obiekt leczniczo rekreacyjny, a nie tylko rekreacyjny. Tam jest basen z woda z morza martwego, tam są trzy solanki zdrowotne. Jestem codziennie na fali 1.5 godziny, żeby podreperować swoje zdrowie. Od kiedy chodzę na Falę to nie wiem, co to jest katar, nie wiem co to jest przeziębienie. Apeluję do NFZ, żeby dopłacał ludziom, których na to nie stać do biletów na Falę. Dbam o siebie, nie wyobrażam sobie żebym nie zrobił codziennie 10 000 kroków i nie poszedł na Falę.

AO: Jest to finansowo dostępne dla każdego?
JT: Tak, karnet w godzinach poza szczytem kosztuje 130 złotych na miesiąc.

AO: Na stawy to jest dobre?
JT: Fantastyczne.

AO: Widać wyraźnie, że Łódź ma teraz coś do zaoferowania, miasto się podnosi, odbudowuje się również łódzki sport np. nowe stadiony Widzewa i ŁKS.
JT: Absolutnie, a wizytówką miasta jest Fala, w samym centrum miasta…

cdn

 

Jan Tomaszewski dla “Gońca” cz.2: Orły Górskiego