W przerwie po zimie, choć jeszcze kilka dni temu nie wiedziałam że to jest przerwa, myślałam że to już koniec zimy. Więc pod ten koniec tej zimy, który wcale nie był końcem tylko przerwą w zimie, już zaczęłam radośnie sprzątać to czego nie zdążyłam dokończyć zeszłej jesieni. Marcowe słoneczko przyświecało zachęcająco, ptaszki nieśmiało ćwierkały, błocko w tyle ogrodu jeszcze było od gruntu zamrożone, więc dawało się po nim znosić i zwozić gałęzie całkiem do tyłu.

Tak się w zeszłym roku złożyło, że ku mojej uciesze na Wszystkich Świętych mogłam pojechać z córką do Polski. Podróż i cała wizyta była fantastyczna i o niej już pisałam osobno, i o tym jak ważne są takie powroty do Polski, w których przekazujemy naszym dzieciom czar i magię związane z unikalnym w świecie sposobem obchodzenia święta zmarłych, a tym samym pamięci o tych, którzy odeszli i naszej łączności z nimi. Symbolem tej łączności i trwania jest świeczka na każdym, nawet zapomnianym grobie. Cmentarz oświetlony wieczorem łuną zapalonych zniczy i świeczek z unoszącym się zapachem igliwia i kwiatów, ale równocześnie modlitwami i pamięcią jest niepowtarzalny. Moja córka aż przystanęła z wrażenia. Dziwiła się, że wieczorem na cmentarzu było tyle ludzi. Te dobre polskie przeżycia na pewno z nią zostaną. Czyż nie o to nam polonijnym rodzicom chodzi?
Wracając do Toronto i do dzisiaj. Wydawało mi się, że w końcu mogę skończyć to czego nie zdążyłam po powrocie z Polski w listopadzie roku zeszłego. Nie wiem czy pamiętacie, ale w zeszłym roku  – czyli całkiem niedawno, bo kilka miesięcy temu – w listopadzie 2025 w Toronto i w Ontario zima zakrólowała na całego już nie odpuściła. Było i śnieżnie, i mroźno do tego stopnia, że nie udało mi się posprzątać tych rzeczy które zostawiłam w połowie października licząc na to, że skończę po powrocie z Polski. Ze zbieraną  od zeszłego roku energią ogrodniczą zabrałam się na początku marca, kiedy było kilka dni całkiem całkiem – przyjemnie plusowych i słonecznych – do skończenia to co rozpoczęłam prawie pół roku wcześniej. Nawet  dobrze mi szło. Napisałam sobie plan co kiedy w którym kącie i w którym dniu – żeby nie planować 10 godzin wysiłku ogrodowego dziennie, i potem się nie frustrować, że mi za wolno idzie. Tak po dwie-trzy godziny to w sam raz jak na mnie. Taki miałam piękny plan, aż wszystko wzięło w łeb. Część mojego ogrodu, ta z tyłu, jest bardzo podmokła i albo zrobi się to co ma być tam zrobione wcześnie, kiedy jeszcze ziemia jest częściowo skuta z lodem, albo trzeba czekać aż do czerwca, aż bagno wyschnie. No chyba że ktoś chce brodzić w błocie do kolan. Te piękne plany uporządkowania tyłu ogrodu bardzo mnie podniosły na duchu, dostałam werwy po zimowej gnuśności, aż tu…

Nagle rano obudził mnie telefon. Dzwoniła przyjaciółka i wspomniała mimochodem, że u nich (jakieś 100 km na północ od Toronto) znowu sypie śnieg. A mają już go rekordowo w tym roku ponad trzy metry. Ledwie pomyślałam, że to dobrze, że Toronto nie leży w pasie śniegu (snow belt), kiedy zobaczyłam za oknem… No nie! U mnie też padał śnieg. Uwolnijcie mnie od tego! Jak długo jeszcze? Ale zaraz potem przypomniałam sobie o zimnej Zośce (15 maja), trzech zimnych ogrodnikach (Pankracy, Bonifacy i Serwacy), ale także ontaryjskich zaleceniach, aby nic nie sadzić na zewnątrz aż do Victoria Day (3-ci poniedziałek maja).

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

No cóż. Moja niecierpliwość wiosny nie przyspieszy, a ona i tak przyjdzie w swoim czasie.

Michalinka, Toronto, 15 maja, 2026