Żeby nasza Wia­ra i tra­dy­cja przetrwały, 

muszą prze­trwać w naszych dzieciach

Książ­ka przy­go­do­wa bez bru­du i złej symboliki
napi­sa­na jako zachę­ta do obro­ny Praw­dy Wiecznej
Wiel­kie Tajem­ni­ce, ale nie magia
Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Roz­dział 16

Prze­rwa­na uczta

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Trzy kuzyn­ki szły za koń­mi kró­lew­ski­mi w stro­nę nie­koń­czą­ce­go się sto­łu, kie­dy roz­le­gły się dźwię­ki trąb ogła­sza­ją­cych począ­tek cze­goś waż­ne­go. Po pierw­szym tit­ti ri tiiim! przy­spie­szy­li kro­ku i wcho­dząc na dzie­dzi­niec wie­dzie­li już na pew­no, że nie będzie to zwy­kła uczta.
- Pim bi ri booom! Tą pi ti piiiink! Spin­ki li mooonk! —  Trą­by brzmia­ły coraz uroczyściej.
- Mówi­łam wam, że chy­ba wszy­scy tu będą! — powie­dzia­ła Mil­ka, roz­glą­da­jąc się wśród wystro­jo­ne­go tłu­mu. Goście pod­cho­dzi­li teraz do sto­łu ze wszyst­kich stron. Cały dzie­dzi­niec był ich pełen. Więk­szość mia­ła ze sobą małe trój­kąt­ne pro­por­ce na dłu­gich kijach.
- Rapi­ti pooonk! Tun­ka bada­aank! Spin­ka la paaaank! — przez trą­by pra­wie nie dało się już rozmawiać.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Skąd oni wzię­li takie stro­je? — szep­nę­ła Jul­ka patrząc na miesz­kań­ców zam­ku, wyglą­da­ją­cych zupeł­nie ina­czej niż zwy­kle. Wszyst­kie kobie­ty mia­ły na sobie dłu­gie suk­nie z daw­nych epok i wyglą­da­ły w nich ude­rza­ją­co pięknie.
- To na pew­no spra­wa Mary­lii — powie­dzia­ła Baj­ka, myśląc z podzi­wem o tym, jak kró­lo­wa to prze­my­śla­ła i zrealizowała.
- Chy­ba widzia­łem panią Baran­kę ze sta­da pod lasem! — krzyk­nął konik w kolo­rze her­ba­ty bez mleka.
- Owcę — powie­dział Bia­ły z tyl­ko jed­ną sza­rą łat­ką, któ­ry czuł się cho­ry, jeże­li kogoś nie poprawił.
- Na nazwi­sko ma Baran­ka, sama mi mówi­ła. Owca Baranka.
- Nin­ka! — Jul­ka pocią­gnę­ła za rękaw kobie­tę z czer­wo­ny­mi wło­sa­mi obcię­ty­mi w ide­al­ną kul­kę. Nie mogła uwie­rzyć wła­snym oczom. Przed­sta­wi­ła jej kuzyn­ki. — Ty też tutaj?
- Wieść o waszej uczcie bły­ska­wicz­nie roze­szła się na pobli­skie kra­iny przez sieć roz­cią­ga­ją­cą się w prze­strze­ni i w cza­sie. Tak się skła­da, że zawsze o tej porze roku odwie­dzam te oko­li­ce, więc kie­dy tyl­ko usły­sza­łam, przy­je­cha­łam od razu.
Sły­sząc to, Mil­ka pod­sko­czy­ła w podnieceniu:

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Słu­chaj­cie, to może w takim razie będzie też Talia?
Koni­ki popa­trzy­ły po sobie niepewnie.
- Moż­li­we, ale my byśmy jej i tak nie pozna­li. Ostat­ni raz widzie­li­śmy ją, kie­dy była dziec­kiem — przy­po­mi­nał sobie Szary.
- Kto to jest Talia? — zapy­ta­ła go Jul­ka cicho, żeby głu­pio nie wypaść.
- Nie sły­sza­łaś o niej? — Sza­ry zasta­na­wiał się, jak opo­wie­dzieć o Talii w dwóch sło­wach. — Kie­dy ją zna­li­śmy, zna­czy jako dziec­ko, była prze­ślicz­na, deli­kat­na, wraż­li­wa i nieśmiała.
- A potem?
- Potem kon­takt nam się urwał, więc nie­wie­le o niej wiemy.
„Bar­dzo bym ją chcia­ła poznać“ pomy­śla­ła Jul­ka w momen­cie, kie­dy Ciem­no­brą­zo­wy pocią­gnął ją za fal­ba­nę suk­ni z okrzykiem:
- Jest Babu!

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Jul­ka obej­rza­ła się w stro­nę, w któ­rą ją cią­gnął. Nie wie­dzia­ła oczy­wi­ście o pro­jek­cie kró­lo­wej Mary­lii i o tym, że posła­niec od naj­lep­sze­go kraw­ca w Kró­lew­skim Gro­dzie Pra­sta­rym zdą­żył w ostat­niej chwi­li. Babu mia­ła na sobie suk­nię z praw­dzi­we­go pia­sku z pla­ży, a w każ­dym razie pokry­tą czymś, co go do złu­dze­nia przy­po­mi­na­ło. Suk­nia była kolo­ru pia­sko­we­go i wyda­wa­ło się, że jeże­li się jej dotknie, zacznie się prze­sy­py­wać przez pal­ce. Z bli­ska na mate­ria­le widać było zia­ren­ka pia­sku. Kolor suk­ni pięk­nie pod­kre­ślał opa­le­ni­znę Babu. Razem z nią szła kró­lo­wa Mary­lia w suk­ni ze śnie­gu, albo cze­goś, co wyglą­da­ło dokład­nie jak śnieg. Nie zim­ny, ale mięk­ki i puszy­sty. Bia­ły i błysz­czą­cy. Z bli­ska widać było na suk­ni mie­nią­ce się minia­tu­ro­we gwiazd­ki śnie­gu. Kró­lo­wej Awe­lii, w suk­ni z sze­lesz­czą­cych jesien­nych liści nie było jesz­cze nigdzie widać. Mary­lia idąc tłu­ma­czy­ła Babu, że liście na suk­ni Awe­lii są żół­to-poma­rań­czo­wo-czer­wo­ne i że nie ma poję­cia z cze­go zosta­ły zro­bio­ne, ale wyglą­da­ją jak praw­dzi­we. Kró­lo­wa Kry­sta­lia nad­cho­dzi­ła wła­śnie od stro­ny skrzy­dła zachod­nie­go. Jej suk­nia wyglą­da­ła jak z jasno­zie­lo­ne­go futer­ka, ale z bli­ska wyda­wa­ło się, że zosta­ła uszy­ta ze świe­żej tra­wy poprze­ty­ka­nej kwia­ta­mi z wio­sen­nej łąki. Mię­dzy kwia­ta­mi błysz­cza­ły kro­pel­ki poran­nej rosy. Dziew­czyn­kom nie uda­ło się w tym momen­cie dopchać do kró­lo­wych, bo tyle osób z nimi roz­ma­wia­ło. Poza tym odkry­ły następ­ną rzecz: mię­dzy doro­sły­mi były też inne kuzyn­ki i kuzyni!

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Gabin­ka zdję­ła buty jako pierw­sza. Zaraz po niej zro­bi­ły to wszyst­kie inne dziew­czyn­ki, któ­re przy­by­ły na ucztę. Poro­zu­mie­wa­ły się bły­ska­wicz­nie. Każ­da prze­ka­zy­wa­ła infor­ma­cję tym, któ­re zna­ła. Buty ścią­ga­ły spraw­nie i bez wie­dzy rodzi­ców. Cho­dzi­ło oczy­wi­ście o to, żeby poka­zać lakier na paznok­ciach u nóg. Nie­któ­rzy goście dzi­wi­li się, widząc dziew­czyn­ki cho­dzą­ce boso w dłu­gich suk­niach, ale tra­wa była tak mięk­ka, że więk­szość pań na obca­sach nawet im zazdrościła.

Przy sto­le cią­gną­cym się w nie­skoń­czo­ność sły­chać już było pierw­sze roz­mo­wy. Wygrys poma­gał gościom zna­leźć wła­ści­we kar­tecz­ki przy nakry­ciach, a w razie potrze­by dopi­sy­wał bra­ku­ją­ce. Czuł się doce­nio­ny i uda­wał, że nie wie, że w pew­nym rejo­nie dłu­gie­go sto­łu sie­dzą tyl­ko dzie­ci i w zasa­dzie powi­nien się tam zna­leźć. Zauwa­żył też, że koni­ki usia­dły na ławie mię­dzy doro­sły­mi. Stał aku­rat koło Jasno­brą­zo­we­go, któ­ry mówił do sie­dzą­ce­go obok nie­go ele­ganc­kie­go star­sze­go pana:
- Chciał­bym coś ze sobą zro­bić, ale nie wiem co.
- Ja bym pana widział w hipo­te­ra­pii — pod­dał natych­miast dys­tyn­go­wa­ny staruszek.
- Zasta­no­wię się nad tym. Doskwie­ra mi brak sta­łe­go zaję­cia. Praw­dę mówiąc, źle się bez nie­go czuję.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Pro­szę nie prze­sa­dzać. Znam takich, któ­rzy przez całe życie buja­ją się jak mał­py na lia­nach i są z sie­bie zado­wo­le­ni. O pra­cy nawet nie myślą.
- O, pro­szę sza­now­ne­go pana, ale to nie konie. My mamy inne podejście.
Wygrys mimo woli słu­chał roz­mów toczą­cych się naoko­ło. Ude­rzy­ło go, że nikt niko­go nie obga­du­je. Oglą­dał pro­por­ce usta­wio­ne za krze­sła­mi gości. Wie­le z nich mia­ło na sobie bia­łe orły, któ­re trze­po­ta­ły na wie­trze skrzy­dła­mi. W dal­szym cią­gu nie zamie­rzał iść do dzie­ci. Miał żal do dziew­czy­nek, że nie zabra­ły go ze sobą do stadniny.
- A cóż to tygry­sek ma taką min­kę smut­niut­ką? — zwró­cił się do nie­go ele­ganc­ki męż­czy­zna o wyglą­dzie czy­je­goś wuj­ka. — Chy­ba coś tygry­sek dzi­siaj w nie naj­lep­szej foremce?
- Pro­szę do mnie nie mówić jak do dziec­ka! — wybuch­nął Wygrys bar­dzo gło­śno, po czym cicho zary­czał do sie­bie i wszedł pod stół.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Obru­sy rzu­ca­ły tutaj cień, a wiatr robił przy­jem­ny prze­ciąg. Wygrys doszedł do koń­ca sto­łu od stro­ny zam­ku, kie­dy usły­szał, że przy­był wła­śnie Goniec Kró­lew­ski, żeby zro­bić zdję­cie. Goniec miał zamiar prze­ka­zy­wać potem rela­cje z uczty, jeż­dżąc w róż­ne odle­głe miej­sca. Wygrys sły­szał, że Goniec Kró­lew­ski jest zdy­sza­ny po dłu­gim bie­gu. Pod­niósł tro­szecz­kę obrus, bo chciał go zoba­czyć. Żeby móc szyb­ko biec, Goniec Kró­lew­ski nie miał przy sobie żad­ne­go baga­żu oprócz apa­ra­tu foto­gra­ficz­ne­go. Uwa­gę Wygry­sa zwró­ci­ły jego wygod­ne buty do kostek. Goniec od razu zabrał się do pra­cy, czy­li zwią­zał kil­ka­dzie­siąt balo­nów, któ­rych wszę­dzie było peł­no. Przy­wią­zał do nich apa­rat i w ten spo­sób zro­bił kil­ka­set zdjęć sto­łu z lotu pta­ka, cza­sem przy­cią­ga­jąc, a cza­sem polu­zo­wu­jąc dłu­gą nić. Było kogo foto­gra­fo­wać, bo goście zje­cha­li się licz­nie. Nie­któ­rzy przy­by­li napraw­dę z dale­ka, jak na wszyst­kie uczty w tym gościn­nym zam­ku. Spo­ty­ka­li się sta­rzy znajomi. 

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Wygrys zawró­cił pod sto­łem i wybrał się w dłu­gą dro­gę do jego dru­gie­go koń­ca. Z roz­mów gości zorien­to­wał się, że wciąż wno­szo­no nowe potrawy:
- To wyglą­da na nie­sa­mo­wi­cie zdrowe.
- Jest też nie­praw­do­po­dob­nie smacz­ne. Czu­ję w tym robo­tę Alfreda.
- Albo Babu.
- Albo Szy­mo­na Solidnego.
- Albo Wuja.
- Z pew­no­ścią jed­ne­go z nich. Tyl­ko oni tak gotu­ją w całej Kra­inie Przodków.
- Wznie­śmy toast za Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia! — powie­dział ktoś dono­śnym głosem.
- I Kró­lew­ny z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — dodał ktoś inny.
- Za zamek pełen Nadziei przez duże N!
- Czy my jeste­śmy kró­lew­na­mi? — Wygrys usły­szał głos Milki.
- Nie wiem. Nigdy nie było o tym mowy, tak otwar­cie — Baj­ka brzmia­ła jak­by ta myśl zafra­po­wa­ła rów­nież i ją.
Po krót­kiej chwi­li, idąc pod sto­łem dalej, usły­szał pyta­nie Bajki:
- Babu, czy my jeste­śmy królewnami?

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- W tym zam­ku zawsze jeste­ście kró­lew­na­mi — głos Babu brzmiał ser­decz­nie i prze­ko­ny­wa­ją­co, jak zawsze.
- A ja? — zapy­ta­ła Julka.
- Oczy­wi­ście.
- A ty jesteś według nas kró­lo­wą — zapew­ni­ła ją Baj­ka w imie­niu wszyst­kich trzech kuzynek.
- No pro­szę, czy­li wszyst­ko się zga­dza — pod­su­mo­wa­ła Babu spo­koj­nie i z uśmie­chem. Z tonu jej gło­su moż­na było wyczuć, że zawsze wie­dzia­ła, że będzie się zga­dza­ło. — Ten zamek jest czę­ścią nasze­go Wiel­kie­go Dzie­dzic­twa, o któ­re musi­my dbać.
- I jesz­cze coś — powie­dzia­ła. — Zapa­mię­taj­cie, że dobrze kró­lo­wać, czy­li pano­wać, na przy­kład nad waszym życiem, to zna­czy słu­żyć. Bogu i ludziom, któ­rych Bóg posta­wi na waszej dro­dze. Słu­żyć im z rado­ścią i poświęceniem.
- Acha — doda­ła. — Wiedz­cie, że w zam­ku jest bez­cen­ny skar­biec, z któ­re­go zawsze może­cie korzy­stać. Wszyst­kie tra­dy­cje, o któ­rych dowie­cie się w biblio­te­ce zam­ko­wej i innych miej­scach, są wasze. Nie zapo­mi­naj­cie o tym. Każ­da z tra­dy­cji, któ­re tutaj pozna­je­cie, przy­da się wam potem w jakimś, naj­bar­dziej nie­ocze­ki­wa­nym, momen­cie. Zobaczycie.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Wygrys widział, że dziew­czyn­ki gdzieś pobie­gły. Wła­ści­wie widział tyl­ko doły ich wlo­ką­cych się po tra­wie sukien. Przed ocza­mi miga­ły mu poma­lo­wa­ne paznok­cie. Już miał się udać w dal­szą dro­gę, kie­dy usły­szał dźwięk kopy­ta ude­rza­ją­ce­go w puchar. Myślał, że to któ­ryś z koni­ków nie­chcą­cy roz­bił kie­li­szek, kie­dy po chrząk­nię­ciu i prych­nię­ciu roz­po­znał Sza­re­go. Domy­ślił się, że Sza­ry usi­łu­je coś powie­dzieć, więc przy­siadł przy ele­ganc­kich teni­sów­kach, któ­re roz­po­znał jako buty Ody. Oda była już na tyle duża, że nie bie­ga­ła w gru­pie bosych dziew­czy­nek z poma­lo­wa­ny­mi paznok­cia­mi.  Dłu­gie, ciem­no­brą­zo­we wło­sy mia­ła roz­pusz­czo­ne, więc spły­wa­ły jej aż pod stół i łasko­ta­ły teraz Wygry­sa w ucho.  W pierw­szym odru­chu chciał, dla żar­tu, roz­wią­zać jej sznu­rów­kę, ale posta­no­wił jesz­cze się nie ujawniać.
Konik odchrząk­nął jesz­cze raz, po czym powie­dział cichym i wzru­szo­nym gło­sem coś, cze­go Wygrys nie dosły­szał. Docie­ra­ły do nie­go tyl­ko nie­któ­re zda­nia. Sza­ry musiał stać gdzieś dale­ko od niego.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Ponie­waż zgro­ma­dzi­li­śmy się tu dzi­siaj tak licz­nie i podob­na oka­zja może się szyb­ko nie powtó­rzyć, chcia­łem ogło­sić coś, co wyda­je mi się waż­ne. Jesz­cze nie tak daw­no nie wie­dzia­łem, czy dane mi będzie kie­dy­kol­wiek zna­leźć się zno­wu w Cudow­nej Kra­inie Przod­ków, zna­nej w sze­ro­kim świe­cie jako Tam­dia, ale tak się sta­ło. Dzię­ki temu czy­ta­łem napi­sy w pod­zie­miach i księ­gi w biblio­te­ce, któ­rej doglą­da Babu. Mil­ka poka­zy­wa­ła mi zdję­cia w albu­mach. Mia­łem oka­zję pood­dy­chać naszy­mi sta­ry­mi, dobry­mi tra­dy­cja­mi, któ­re natchnę­ły mnie i zain­spi­ro­wa­ły mię­dzy inny­mi do tego, żeby zała­twić rze­czy waż­ne, a może naj­waż­niej­sze. Będąc tutaj zro­zu­mia­łem, że ten zamek jest czę­ścią nasze­go Wiel­kie­go Dzie­dzic­twa, któ­re musi­my ochro­nić. Musi­my w nim zacho­wać i odbu­do­wać wszyst­ko, co naj­lep­sze. Wyda­je mi się, że może­my to robić odbu­do­wu­jąc wszyst­ko, co naj­lep­sze w nas samych. Obie­cu­ję wam, że zaczy­nam od sie­bie. Posta­no­wi­łem naśla­do­wać boha­te­rów i innych dziel­nych miesz­kań­ców zam­ku i oko­lic. Przod­ków, któ­rzy byli tu przed nami, przy­cho­dzi­li i odcho­dzi­li na prze­strze­ni wie­ków. Posta­no­wi­łem spró­bo­wać stać się dobrym i odważ­nym. Koniem hono­ru. Posta­no­wi­łem nie bać się usi­ło­wać być dobrym.

Po tych sło­wach zro­bi­ło się cicho. Wygrys już miał zacząć iść dalej, kie­dy zno­wu usły­szał koni­ka. Tym razem moż­na go było zro­zu­mieć bez problemu:
- Chcia­łem sko­rzy­stać z oka­zji i powie­dzieć moim kole­gom, i Jul­ce, że prze­pra­szam ich za wszyst­kie złe rze­czy, któ­re im kie­dy­kol­wiek zro­bi­łem i prze­ba­czam im wszyst­kie złe rze­czy, któ­re oni kie­dy­kol­wiek zro­bi­li mnie. Tej nocy o wszyst­kim zapo­mnia­łem i pro­po­nu­ję, żeby­śmy zosta­li nowy­mi koni­ka­mi. Tak jak­by­śmy się dzi­siaj pozna­li. — Ostat­nie zda­nie dodał wzno­sząc puchar w geście pojednawczym.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Koni­ki zarża­ły z zaże­no­wa­niem prze­cho­dzą­cym w apro­ba­tę. Potem zaczę­ły z entu­zja­zmem kla­skać kopy­ta­mi. Inni zasta­na­wia­li się nad jego sło­wa­mi, a wzdłuż sto­łu prze­szedł dobry i rado­sny, świe­ży powiew. Wygrys dalej prze­miesz­czał się pod sto­łem, ale od tej chwi­li szedł w dobrym nastro­ju. W koń­cu poczuł głód. Po zno­szo­nych butach wędrow­ca poznał Szy­mo­na Solidnego.
- O, bujek Szy­ek — powie­dział do sie­bie i zapy­tał spod sto­łu, cią­gnąc go za nogawkę:
- Czy jest jesz­cze gluszcz?
Szy­mon Solid­ny domy­ślił się, że cho­dzi o gulasz. Nało­żył mu spo­rą misecz­kę i posta­wił ją pod sto­łem, bo domy­ślił się też, że Wygrys tam chciał­by ją zjeść. Gulasz był świet­ny. „Dopra­wio­ny zupeł­nie jak dla doro­słych” zauwa­żył z zado­wo­le­niem Wygrys. Wzmoc­nio­ny zaczął iść szyb­ciej. Kie­dy natknął się na śpią­ce­go Psa Mil­ki wie­dział, że dotarł do rejo­nu sto­łu zaj­mo­wa­ne­go przez mło­dzież. Szyb­ko go minął, ale zawró­cił, kie­dy usły­szał, że mło­dzi ludzie, jak zwy­kle, wpa­dli na świet­ny pomysł. Zorien­to­wał się, że Jul­ka nama­wia wszyst­kich, żeby zamiesz­ka­li w zam­ku na stałe.
- Jeże­li trak­tu­je­my spra­wę poważ­nie, musi­my wszyst­ko poza­ła­twiać, zanim zacznie się rok szkol­ny. Potem zro­bi się za póź­no — zauwa­ży­ła trzeź­wo Milka.
- Rok szkol­ny, czy musi­my roz­ma­wiać o czymś takim w cza­sie waka­cji?!… — jęk­nął Mateusz.
- A ja się cie­szę na rok szkol­ny — Ala  popra­wi­ła się na krze­śle, żeby wyglą­da­ło, że jest starsza.
- Tak, oczy­wi­ście, bo to będzie twój pierw­szy — powie­dział Mate­usz z miną kogoś, kto wie na temat roku szkol­ne­go dużo wię­cej, niż ona.
- Co to jest rok szkol­ny? — zain­te­re­so­wa­ła się sie­dzą­ca koło nich Gabinka.
- Cie­bie to jesz­cze nie doty­czy, ale to jest napraw­dę strasz­ne. Szcze­gól­nie, kie­dy się zaczy­na — Mate­usz postra­szył Gabin­kę, któ­ra patrzy­ła teraz na nie­go sze­ro­ko otwar­ty­mi oczami.
- Nie bój się, ja wstą­pię do stra­ży ognio­wej i obro­nię cię za każ­dym razem, kie­dy tyl­ko zadzwo­nisz do remi­zy — obie­cał jej szla­chet­nie Mło­dy Stra­żak. Był w tym samym wie­ku, co Gabin­ka i też nie miał pew­no­ści, jakie dokład­nie zagro­że­nia może nieść ze sobą rok szkolny.
- A ja wie­rzę mojej sio­strze i jeże­li Ala mówi, że rok szkol­ny jest świet­ny, to na pew­no jest — powie­dzia­ła z prze­ko­na­niem Zosia, któ­ra była jesz­cze młod­sza od nich, a do swo­jej star­szej sio­stry mia­ła cał­ko­wi­te zaufanie.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Ich zda­nia na temat roku szkol­ne­go mogły być podzie­lo­ne, ale myśl o pozo­sta­niu w zam­ku wyda­wa­ła się pocią­ga­ją­ca wszyst­kim bez wyjąt­ku. Roz­mo­wie przy­słu­chi­wa­ły się dwie bar­dzo małe dziew­czyn­ki, Anu­sia i Olu­sia, leżą­ce w olbrzy­mim koszu z para­sol­ką. Kosz stał na tra­wie, zaraz za krze­sła­mi Gabin­ki i Mło­de­go Stra­ża­ka, któ­ry przy­po­mniał sobie że, jako stra­żak, ma się opie­ko­wać Olu­sią. Pochy­lił się nad koszem, a Gabin­ka włą­czy­ła im karu­ze­lę z barankami.
- Ale świet­na ta karu­ze­la! — Mło­dy Stra­żak od dzie­ciń­stwa lubił mecha­nicz­ne zabawki.
- To jesz­cze moja, dosta­łam ją w dzie­ciń­stwie od bab­ci Kali­for­ni — powie­dzia­ła z roz­ma­rze­niem Gabinka.
Anu­sia i Olu­sia nie zwró­ci­ły naj­mniej­szej uwa­gi na wiru­ją­ce baran­ki, bo były zaję­te roz­mo­wą w mię­dzy­na­ro­do­wym języ­ku nie­mow­ląt, któ­rym tyl­ko one mówi­ły w tej chwi­li w zam­ku. Zosia pamię­ta­ła jesz­cze nie­któ­re wyra­że­nia, a pozo­sta­li już tyl­ko kil­ka poje­dyn­czych słów.
- Babu! — powie­dzia­ła z prze­ko­na­niem Olusia.
- Yhym! yhym!! yhy­hym!!! — entu­zja­stycz­nie potwier­dzi­ła Anusia.
- One mogą mieć rację — pod­chwy­ci­ła Jul­ka. — Jeże­li ktoś może nam to zała­twić, to tyl­ko Babu.

Baj­ka i młod­szy subiekt Miko­łaj wyłą­czy­li się z roz­mo­wy dzie­ci,  bo byli za duzi, żeby mieć nadzie­ję na wiecz­ne wakacje.
- Dla­cze­go w Skle­pie z Kred­ka­mi nie chcia­łeś nam dać tych pisa­ków z zakręt­ka­mi jak czap­ki kra­sno­lud­ków? — Baj­ka zapy­ta­ła go o coś, co męczy­ło ją od dawna.
- Oba­wia­łem się o was.
- Jak to?
- Wie­dzia­łem, że te pisa­ki JE wam spro­wa­dzą. Tak było napi­sa­ne na pudeł­ku. I nie wie­dzia­łem dokład­nie, co z tego wynik­nie. Swo­ją dro­gą wąt­pi­łem, czy ONE będą praw­dzi­we. Myśla­łem, że to tyl­ko rekla­ma. Czy mogę się jakoś z NIMI zobaczyć?
- Dzi­siaj nie pra­cu­ją. Babu je zwol­ni­ła ze wzglę­du na hałas, jaki robią, ale jeże­li przy­je­dziesz w zwy­kły dzień, to nie ma żad­ne­go pro­ble­mu. Są praw­dzi­we. Dokład­nie takie, jak w baj­kach. Tro­chę nie­mi­łe, ale po bliż­szym pozna­niu cał­kiem w porząd­ku. Powie­dzia­ła­bym, że zdzi­wa­cza­łe. Ale wiesz, mają już kil­ka­set lat, tak że trze­ba to wziąć pod uwa­gę. I napraw­dę dużo się moż­na od nich nauczyć. Mię­dzy inny­mi zna­ją sta­re rze­mio­sła, któ­re już wymarły.
- No nie mów! — Miko­łaj aż uniósł się na krze­śle. — To na pew­no przy­ja­dę. Bar­dzo mnie inte­re­su­ją te rzemiosła.
W tym momen­cie Baj­ka pod­sko­czy­ła i krzyk­nę­ła, bo coś mięk­kie­go i pucha­te­go otar­ło jej się o nogę.
- O! Tu jesteś… — powie­dzia­ła bio­rąc Wygry­sa na kola­na. — Wszy­scy cię szukaliśmy!
- Hrrrrr rrrrrrrr wrrrrrrr — zamru­czał Wygrys z zado­wo­le­niem. Prze­szedł na kola­na Mil­ki i zamru­czał do niej prze­pra­sza­ją­co. Pod wpły­wem tego, co usły­szał w doro­słej czę­ści sto­łu, wszyst­ko wszyst­kim wyba­czył i czuł się jak nowy. W koń­cu prze­czoł­gał się na kola­na Jul­ki i tam, po ostat­nim pojed­naw­czym mruk­nię­ciu, zwi­nął się do snu. Zdą­żył zmru­żyć oczy, kie­dy od stro­ny zam­ku dobiegł wszyst­kich gło­śny, głu­chy, meta­licz­ny odgłos. Po chwi­li dołą­czy­ło do nie­go dud­nie­nie i zgrzy­ty. Wszy­scy byli moc­no poruszeni.
- Takie zgrzy­ty na porząd­nej uczcie? — zapy­ta­ła moc­no wyper­fu­mo­wa­na kobieta.
„To pani Prum­pri­na” roz­po­znał jej głos Wygrys otwie­ra­jąc oczy. „Nigdy jej się nic nie podo­ba” pomy­ślał sia­da­jąc. Wie­dział, że już nie zaśnie.
Dziw­ne odgło­sy docho­dzi­ły aż do koń­ca sto­łu, dale­ko w głę­bi ogrodów.
- A cóż to takie­go? — pyta­li wszy­scy tak­że i tutaj.
- Może to Goniec Kró­lew­ski? — wia­do­mość o jego przy­by­ciu dotar­ła do tej czę­ści sto­łu dopie­ro przed chwi­lą. Wędru­jąc wzdłuż nie­koń­czą­ce­go się sto­łu, infor­ma­cja zosta­ła o tyle znie­kształ­co­na, że według niej przy­le­ciał balo­nem, z któ­re­go wszyst­kich z łatwo­ścią foto­gra­fu­je. Goście odru­cho­wo popra­wi­li się na krze­słach, a dwie panie przy­pu­dro­wa­ły nos. Roz­ma­wia­li coraz bar­dziej nerwowo:
- Balo­nem?
- Oczy­wi­ście, że balo­nem, na gaz, wła­śnie sły­sza­łem. Nie­bie­skim, z wyraź­nym napi­sem Goniec Kró­lew­ski.
- Balo­ny aż tak nie hałasują.
- A jeśli docze­pił motor?

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Od stro­ny zam­ku zaczę­ła biec przez stół wia­do­mość, że być może będzie zaraz szedł orszak kró­lew­ski.  Za chwi­lę przy dru­gim koń­cu, tym w ogro­dzie, szep­ta­no już, że przy­je­cha­li Olszew­ski i Wró­blew­ski. Tajem­ni­cze dźwię­ki nie usta­wa­ły, budząc coraz więk­sze zanie­po­ko­je­nie. Ponie­waż goście czu­li się rów­nie zdez­o­rien­to­wa­ni, co zacie­ka­wie­ni, zaczę­li wsta­wać od sto­łu. Spa­ce­rem szli w stro­nę zagad­ko­we­go dud­nie­nia i zgrzy­tów, do któ­rych dołą­czył teraz gło­śny plusk. Dla tych, któ­rzy pierw­si dotar­li do fosy, sta­ło się jasne, że dziw­na kon­struk­cja, któ­rą wszy­scy bra­li za rusz­to­wa­nie potrzeb­ne do odno­wy zam­ku, jest w isto­cie dłu­gą i krę­co­ną zjeż­dżal­nią. Zaczy­na­ła się u szczy­tu naj­wyż­szej wie­ży, a potem, zako­la­mi i ser­pen­ty­na­mi opla­ta­ła róż­ne rejo­ny zam­ku. W nie­któ­rych miej­scach wjeż­dża­ła nawet do środ­ka. Cza­sem two­rzy­ła spi­ra­lę. Gdzie­nie­gdzie wyglą­da­ła na nie­sa­mo­wi­cie stro­mą. Nikt nie wie­dział, że Wiel­ki Napraw­czy Wszyst­kie­go, Kon­struk­tor, Mecha­nik i Wyna­laz­ca nie poja­wił się na uczcie, bo pra­co­wał nad czymś waż­nym. Testo­wał zjeż­dżal­nię. W tej chwi­li wpadł wła­śnie do wody w fosie, z powo­dze­niem koń­cząc test fina­ło­wy. Goście, w pierw­szej chwi­li zszo­ko­wa­ni, odzy­ski­wa­li głos.
- Ale jak to, tak w ubra­niu? — zapy­tał ktoś sceptyczny.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Jak­by w odpo­wie­dzi na jego pyta­nie, Wiel­ki Napraw­czy wyszedł z fosy i, nie mówiąc ani sło­wa, sta­nął pod rudą meta­lo­wą rurą, pio­no­wo wycho­dzą­cą z zie­mi i zakrzy­wio­ną jak sta­ro­daw­na laska albo cukie­rek cho­in­ko­wy. Rura mia­ła prze­krój jed­ne­go metra. Z jej zewnętrz­nej ścian­ki ster­czał gru­by pręt zakoń­czo­ny błysz­czą­cą, mosięż­ną gał­ką dużych roz­mia­rów. Wiel­ki Napraw­czy pocią­gnął gał­kę w dół, a z rury dmuch­nę­ło na nie­go powie­trze, któ­re o mało nie zwa­li­ło go z nóg. Po sekun­dzie wyszedł spod otwo­ru rury cał­ko­wi­cie suchy, w suchym ubra­niu i z zupeł­nie roz­pro­sto­wa­ny­mi wło­sa­mi. Roz­le­gły się rzę­si­ste bra­wa. Goście po kolei skła­da­li mu gra­tu­la­cje. Nie­któ­rzy zada­wa­li pyta­nia natu­ry tech­nicz­nej. Zjeż­dżal­nia sta­no­wi­ła pięk­ny widok i robi­ła wra­że­nie zarów­no na miło­śni­kach tech­ni­ki, co na znaw­cach archi­tek­tu­ry. Skła­da­ła się z meta­lo­wych płacht w róż­nych kolo­rach, różo­wa­wych, rudych, brą­zo­wa­wych, zło­tych i srebr­nych (Wiel­ki Napraw­czy zdo­by­wał na nią mate­ria­ły w róż­nych miej­scach). Płach­ty lśni­ły w zacho­dzą­cym słoń­cu. Ponie­waż była zwo­dzo­na, z boku ster­cza­ły gdzie­nie­gdzie czę­ści skom­pli­ko­wa­ne­go mecha­ni­zmu. Od spodu widać też było duże, pięk­ne, okrą­głe nity łączą­ce poszcze­gól­ne czę­ści, któ­re dodat­ko­wo ozda­bia­ły kon­struk­cję. Była wyko­na­na po mistrzow­sku i dopra­co­wa­na w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach. Widać w niej było całą pomy­sło­wość, facho­wość, pre­cy­zję, cier­pli­wość i pra­co­wi­tość Wiel­kie­go Napraw­cze­go Wszyst­kie­go, Kon­struk­to­ra, Mecha­ni­ka i Wyna­laz­cy w jed­nej osobie.

Jako pierw­szy po Wiel­kim Napraw­czym na gór­nym pię­trze naj­wyż­szej wie­ży poja­wił się Szy­mon Solid­ny. Udał się w dłu­gą i nie­zna­ną tra­sę zakoń­czo­ną w fosie, weso­ło pogwiz­du­jąc i bez naj­mniej­szych obaw. Od dzie­ciń­stwa lubił tego rodza­ju wyzwa­nia. Poza tym miał krę­co­ne wło­sy i chciał zoba­czyć jak będą wyglą­da­ły roz­pro­sto­wa­ne jak druty.
Innych też nie trze­ba było nama­wiać. Zaczę­ła się rado­sna zaba­wa, któ­ra trwa­ła do póź­na w nocy. Zjeż­dża­li abso­lut­nie wszy­scy goście, bez wzglę­du na wiek i strój. Nie­któ­rzy uwa­ża­li, że naj­lep­sza jest sama jaz­da, inni zjeż­dża­li tyl­ko po to, żeby wpaść do wody. Byli też tacy, któ­rzy nie mogli się docze­kać na weso­ły moment susze­nia. Przy suszar­ce cały czas sta­ła gru­pa obser­wa­to­rów, bo roz­pro­sto­wy­wa­nie wło­sów wyglą­da­ło dosyć śmiesz­nie. Za drą­żek pocią­gał Wygrys. Nie­któ­rzy zmie­nia­li się nie do poznania.

- Mogę jechać w środ­ku? — zapy­ta­ła Jul­ka, kie­dy sta­nę­ły na szczy­cie naj­wyż­szej wie­ży z Baj­ką i Mil­ką. Zjeż­dżal­nia była na tyle sze­ro­ka, że moż­na było zjeż­dżać w trzy albo nawet czte­ry oso­by. Wystar­to­wa­ły, sie­dząc obok sie­bie, i trzy­ma­jąc się za ręce. Pęd był nie­sa­mo­wi­ty. Jadąc oczy­wi­ście pisz­cza­ły, szcze­gól­nie na zakrę­tach i przy gwał­tow­nych spad­kach. Pięk­ny, duży, mądry i łagod­ny pies jechał zaraz za nimi, ale ener­gicz­nie się oparł, kie­dy Mil­ka pró­bo­wa­ła go wcią­gnąć pod susza­rę ruro­wą. Wystar­czy­ło mu wła­sne otrząśnięcie.

- Nawia­sem mówiąc, naj­wię­cej pro­ble­mów mia­łem z dmu­cha­wą susza­rą — tłu­ma­czył Wiel­ki Napraw­czy Wszyst­kie­go, Kon­struk­tor, Mecha­nik i Wyna­laz­ca Goń­co­wi Kró­lew­skie­mu. Goniec zapi­sy­wał szcze­gó­ły w note­sie, żeby móc potem rze­tel­nie rela­cjo­no­wać wyda­rze­nie nie­obec­nym na uczcie.
- Ale ogól­nie rzecz bio­rąc, to nie było nic takie­go — Wiel­ki Napraw­czy zakoń­czył wywiad z wła­ści­wą sobie  skromnością.

Ci, któ­rzy nie umie­li pły­wać, zjeż­dża­li z inny­mi, trzy­ma­jąc ich za rękę. Oso­by towa­rzy­szą­ce chęt­nie udzie­la­ły pomo­cy i przy oka­zji uczy­ły pły­wa­nia. Oczy­wi­ście naj­trud­niej pły­wa­ło się paniom w dłu­gich suk­niach, ale pocie­sza­ją­ce było to, że dmu­cha­wa, dzię­ki swo­jej wiel­kiej mocy, cał­ko­wi­cie suszy­ła każ­de ubra­nie w kil­ka sekund. Goście pozdej­mo­wa­li wszyst­kie klej­no­ty, któ­re mie­li na sobie, żeby nie cią­gnę­ły ich na dno. Poukła­da­li je na tra­wie. Oka­za­ło się, że jest im bez nich tak lek­ko, wygod­nie i dobrze, że wca­le nie sta­ra­li się ich potem zna­leźć. Przez kolej­ne wie­ki klej­no­ty znaj­do­wa­no koło zam­ku przy ple­wie­niu i odśnie­ża­niu i więk­szość prze­ka­zy­wa­no na cele dobroczynne.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Gwar i śmie­chy nie usta­ły dłu­go po zapad­nię­ciu zmro­ku. Noc była cie­pła i gwiaź­dzi­sta. Zjeż­dżal­nię, oświe­tlo­ną teraz dodat­ko­wo przez okna zam­ku, było dalej dobrze widać. Goście podzi­wia­li ją na tle pod­świe­tlo­nych okien, kolo­ro­wych jak kred­ki uło­żo­ne w pudeł­ku w tęczę. Ze wszyst­kich stron sły­chać było gło­sy podzi­wu dla pre­cy­zji i pięk­na kon­struk­cji. Nie wszy­scy w peł­ni rozu­mie­li, jak dzia­ła mecha­nizm zwo­dzo­nej zjeż­dżal­ni z susza­rą dmu­cha­wą, ale wszy­scy wie­dzie­li, że jest skom­pli­ko­wa­ny i funk­cjo­nu­je bez zarzu­tu. Machi­na, a wła­ści­wie cały ich sys­tem, nie scho­dzi­ła z ust gości. Wszy­scy ci, któ­rzy aku­rat nie zjeż­dża­li, roz­ma­wia­li tyl­ko o niej. Goniec Kró­lew­ski obfo­to­gra­fo­wał ją ze wszyst­kich stron apa­ra­tem, a dobra dusza Pra­lin­ka zro­bi­ła też, na wszel­ki wypa­dek, kil­ka zdjęć swo­ją pamię­cią foto­gra­ficz­ną. Wiel­ki Napraw­czy Wszyst­kie­go, Kon­struk­tor, Mecha­nik i Wyna­laz­ca przez cały czas stał skrom­nie z boku, ale nikt nie miał wąt­pli­wo­ści, że jest boha­te­rem dnia.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Sza­now­ny Wędrowcze,
Jeże­li myślisz, że tę książ­kę war­to prze­czy­tać, daj innym znać, cho­ciaż w jed­nym zda­niu, dla­cze­go warto.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Jest to spon­ta­nicz­na, nie­śmia­ła proś­ba koni­ków do Wędrow­ców, któ­rzy wstą­pi­li do Zam­ku z praw­dzi­we­go zda­rze­nia, a może nawet zatrzy­ma­li się w nim na dłu­żej. Zwłasz­cza do Tych, któ­rym się tu podo­ba­ło i uwa­ża­ją, że jest to książ­ka war­ta, żeby do niej wejść, zatrza­snąć za sobą okład­ki i chwi­lę w niej posiedzieć.

Cho­dzi po pro­stu o jakieś dobre sło­wo, lub dwa.

Może jed­no zdanie.

Każ­da wypo­wiedź od ser­ca, choć­by naj­krót­sza, będzie przy­ję­ta przez koni­ki z naj­wyż­szą koń­ską wdzięcznością.

Wszyst­kie rze­czy liczą się w życiu, nawet te naj­mniej­sze, więc, kto wie, może wła­śnie te krót­kie wpi­sy pomo­gą koni­kom poga­lo­po­wać dalej. Zale­ży im na dru­gim wyda­niu książ­ki, bo one poza nią prze­cież w ogó­le nie istnieją.

Dobre sło­wo pod adre­sem tej książ­ki moż­na wysłać do koni­ków na ema­il: marta.kotburska@gmail.com

Koni­ki wpi­szą je do Zam­ko­wej Księ­gi Wędrow­ców, czy­li tutaj:

https://www.starystoldowszystkiego.com/zamkowa-ksiega-wedrowcow/