Książ­ka dla mło­dzie­ży myślą­cej w każ­dym wieku, 
peł­na Wiel­kich Tajem­nic, ale bez gra­ma magii

Żeby nasza Wia­ra i tra­dy­cja przetrwały, 

muszą prze­trwać w naszych dzieciach

 

Książ­ka przy­go­do­wa bez bru­du i złej symboliki

 

Nie­de­mo­ra­li­zu­ją­ca powieść przygodowa 
napi­sa­na 

jako inspi­ra­cja do obro­ny praw­dzi­wych wartości

i prawd wiecznych

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Roz­dział 18

Reklama

Nie­czyn­na manu­fak­tu­ra

Widzi­cie to? — Baj­ka wycią­gnę­ła rękę w stro­nę napi­su na murze. Był duży, ale tak wybla­kły, że led­wo zauwa­żal­ny. Biegł przez całą kamienicę:

Wszy­scy patrzy­li na bla­de lite­ry z ozdob­ny­mi zakrę­ta­sa­mi. Wyglą­da­ją­ce jak ze sta­rych ksiąg kró­lew­skich i bar­dzo od sie­bie odda­lo­ne. W pierw­szej chwi­li trud­no było w ogó­le dostrzec, że łączą się w wyraz „far­biar­nia”. Mil­ka zaj­rza­ła wewnątrz domu, przy­kła­da­jąc twarz do zaku­rzo­nej szy­by w wyso­kich drzwiach, zabi­tych uko­śnie deską. Ciem­na klat­ka scho­do­wa spra­wia­ła wra­że­nie, jak­by nikt nią nie cho­dził od wie­ków. Dzię­ki temu, że w wie­lu oknach bra­ko­wa­ło szyb, w środ­ku nie było tak dużo kurzu, jak moż­na by się tego spodziewać.
- Gdy­by nie wiatr, to wszyst­ko było­by chy­ba zato­pio­ne w kurzu… — powie­dzia­ła Mil­ka cicho do sto­ją­cych za nią.
- Co widzisz? — Jul­ka nie mogła już wytrzymać.
- Nic.
- Nie mamy za dużo cza­su — pona­gli­ła ją Bajka.
W tym momen­cie Mil­ka po pro­stu opar­ła rękę na klam­ce, a drzwi otwar­ły się, nie wyda­jąc żad­ne­go dźwię­ku. Było to łatwiej­sze, niż kto­kol­wiek się spo­dzie­wał. Wszy­scy zro­bi­li krok do tyłu.
- Dobra, podaj mi rękę i wcho­dzi­my razem — Baj­ka wyda­ła Mil­ce pole­ce­nie cicho, ale sta­now­czo. Jul­ka zła­pa­ła ją za dru­gą rękę.
- Wszy­scy zrób­cie to samo. Niech każ­dy trzy­ma się cały czas bli­sko kogoś inne­go — doda­ła Bajka.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Szli gęsie­go. Przez okna wpa­da­ło na klat­kę scho­do­wą tyl­ko tro­chę świa­tła, tak że poru­sza­li się w gęstym pół­mro­ku. Na zewnątrz zro­bi­ło się cał­kiem pochmur­no. Przy gwał­tow­niej­szych podmu­chach wia­tru, w oknach poru­sza­ły się reszt­ki kotar, któ­re ktoś poza­wie­szał daw­no temu. Weszli na pierw­sze pię­tro, opie­ra­jąc się moc­no na drew­nia­nej porę­czy. Bali się, że skrzy­pią­ce scho­dy mogą mieć dziu­ry, nie­wi­docz­ne w pół­mro­ku. Zna­leź­li się w ogrom­nym pomiesz­cze­niu, któ­re musia­ło zaj­mo­wać całe pię­tro kamie­ni­cy. Sta­ły tu wiel­kie kadzie, kie­dyś wypeł­nio­ne pew­nie far­bą. Wszyst­kie inne sprzę­ty, czy­li sto­ły, ławy i sza­fy, zro­bio­ne były z drew­na. Konie kró­lew­skie wcią­gnę­ły w noz­drza mie­sza­ni­nę zapa­chu drew­na i barw­ni­ków, któ­ra prze­bi­ja­ła się przez zapach kurzu.
- Tak pach­ną nasze rulo­ny — szep­nął Szarobeżowy.
- Yhm… — przy­znał mu rację któ­ryś z brą­zo­wych koni­ków, w dal­szym cią­gu rusza­jąc chra­pa­mi, bo zapach był, mimo wszyst­ko, przyjemny.
Baj­ka pode­szła do giną­cej w pół­mro­ku ściany.
- Ale ślicz­ne… — wes­tchnę­ła i zaczę­ła otwie­rać szu­flad­ki, któ­re wysu­wa­ły się skrzy­piąc. Za nią przy­szli inni. Cała ścia­na zasta­wio­na była drew­nia­ny­mi sza­fa­mi z mały­mi szu­flad­ka­mi o kwa­dra­to­wych przo­dach. Każ­dy kwa­drat miał inny zachwy­ca­ją­cy kolor i jakiś napis na meta­lo­wej tablicz­ce. W środ­ku był pro­szek, w takim kolo­rze jak szu­flad­ka. Były poma­lo­wa­ne nie­rów­no, albo far­ba juz daw­no pood­pa­da­ła. I wła­śnie dla­te­go wyglą­da­ły napraw­dę pięk­nie. O wie­le pięk­niej, niż gdy­by były nowe.
- Oje­ja — Mil­ka wpa­dła w nie mniej­szy zachwyt.
- Te sza­fy są takie same jak wasza! — cicho zawo­ła­ła do koni­ków Jul­ka. — Tyl­ko że z napisami.
Gra­fi­to­wy, a po nim inne koni­ki, zaczę­ły w sku­pie­niu wczy­ty­wać się w napi­sy na szu­flad­kach. Napi­sy ozna­cza­ją­ce z całą pew­no­ścią kolory.
- Mało tego — Beżo­wy konik w ciem­no­brą­zo­we łaty był nie­mniej poru­szo­ny od innych. — Powiem wam, że ostat­niej sza­fy pod ścia­ną bra­ku­je. Jest tu miej­sce na taką jak nasza.
- Jak myśli­cie, co tu się wła­ści­wie far­bo­wa­ło? — Baj­ka zaczę­ła zaglą­dać do kadzi. Poroz­rzu­ca­ne na sto­łach narzę­dzia o nie­zna­nym prze­zna­cze­niu spra­wia­ły wra­że­nie, jak­by far­biar­nię zamknię­to przed wie­ka­mi, ale nagle. Woda z kadzi wypa­ro­wa­ła, a na dnie leża­ły róż­ne przed­mio­ty. Wyglą­da­ło na to, że far­bo­wa­no tu wszyst­ko, a w każ­dym razie bar­dzo róż­ne rzeczy.
- Zabaw­ki! — Kary odważ­nie wsko­czył do kadzi i wyrzu­cał z niej kloc­ki i inne drew­nia­ne przedmioty.
- Uwa­żaj tro­chę — powie­dział Konik w kolo­rze zjeł­cza­łej śmie­tan­ki, któ­ry z kadzi obok wycią­gał dłu­gą szmatę.


- Prze­stań­cie się bawić — przy­wo­ła­ła ich do porząd­ku Mil­ka. — Dobrze, przyj­mij­my, że jeste­śmy w far­biar­ni róż­nych rze­czy. Ale co tu się mogło stać, tych kil­ka wie­ków temu?
- Cie­ka­we, ile wie­ków… — powie­dzia­ła Jul­ka, któ­rej kamie­ni­ca wyda­wa­ła się napraw­dę nie­sa­mo­wi­cie sta­ra. Nawet star­sza od innych, któ­re mija­li idąc uli­ca­mi Grodu.
- Gdzie jest Baj­ka? — Mil­ka uwa­ża­ła, że czas na wspól­ną burzę mózgów.
Oka­za­ło się, że Baj­ka sie­dzi przy skrzy­ni, z któ­rej wycią­ga i ukła­da w stos jakieś papiery.
- Co czytasz?
- Doku­men­ty i księ­gi rachun­ko­we… fascy­nu­ją­ce — odpo­wie­dzia­ła Baj­ka, nie odry­wa­jąc wzro­ku od kartki.
Mil­ka uklę­kła przy niej. Jul­ka sta­ła im za ple­ca­mi i podzi­wia­ła Baj­kę. Posta­no­wi­ła, że też musi się szyb­ko nauczyć tak dobrze czy­tać. Lite­ry były ozdob­ne, co na pew­no nie uła­twia­ło zadania.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Jak ty to możesz zro­zu­mieć??? — Mil­ka pra­wie się znie­chę­ci­ła po przej­rze­niu kil­ku sztyw­nych kar­tek o róż­nych for­ma­tach, wszyst­kich postrzę­pio­nych na brzegach.
- Na począt­ku też byłam zała­ma­na — powie­dzia­ła Baj­ka. — Ale zobacz: więk­szość jest na pew­no po łaci­nie, ale masz też tro­chę po pol­sku. Trud­no to zro­zu­mieć, z tym że moż­na się wcią­gnąć. Rachun­ki są tro­chę zagma­twa­ne — mówi­ła, grze­biąc w już przej­rza­nej ster­cie — bo cza­sem coś pła­cą w zło­tych i gro­szach, cza­sem flo­re­na­mi, cza­sem w grzyw­nach, a cza­sem na przy­kład przyj­mu­ją zapła­tę w wosku, liczo­nym na fun­ty. Ale dużo moż­na się domy­ślić. O, tutaj macie rachu­nek za sza­fę z szu­flad­ka­mi. Odstą­pio­na za grzy­wien 1 gro­szy 17. A pod nim jest jakiś list — pod­nio­sła gło­wę, żeby zoba­czyć, czy Jul­ka i koni­ki też słu­cha­ją — w któ­rym jest napi­sa­ne, że nie da się cze­goś zafar­bo­wać tak jak zwy­kle, bo nie­ste­ty, chwi­lo­wo, nie mogą zna­leźć recep­tur na potrzeb­ne kolo­ry. Ktoś tu tłu­ma­czy, chy­ba, bo część jest po łaci­nie i tego nie rozu­miem, że: nasze kolo­ry są zna­ne w Pra­sta­rym Gro­dzie Kró­lew­skim i poza jego gra­ni­ca­mi z nie­po­wta­rzal­nej pięk­no­ści. Do nie­któ­rych na przy­kład, dla uzy­ska­nia pożą­da­ne­go efek­tu, musi­my dodać tro­chę rado­ści, do innych smut­ku. W ści­śle okre­ślo­nych pro­por­cjach. Uzy­sku­je­my bar­wy zim­ne i cie­płe, ale wystar­czy że doda­my o kro­plę smut­ku za dużo i kolor nie będzie już dokład­nie taki, jaki ma być. Efekt koń­co­wy zale­ży od nastro­ju far­bu­ją­ce­go, ale zmie­sza­nie barw­ni­ków zgod­nie z recep­tu­rą, jest rów­nie waż­ne. I wła­śnie tych recep­tur chwi­lo­wo nie może­my zna­leźć. Dalej pro­szą o cier­pli­wość i takie tam róż­ne, coś­tam zno­wu po łaci­nie — Baj­ka odło­ży­ła kart­kę wyczerpana.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Ty jesteś napraw­dę genial­na… — Mil­ka z wypie­ka­mi na twa­rzy aż przy­sia­dła na brud­nej pod­ło­dze. — Rozu­mie­cie? — cią­gnę­ła, zaglą­da­jąc do kart­ki, któ­rej zresz­tą nie była w sta­nie odczy­tać. — Musie­li zamknąć tę far­biar­nię wszyst­kie­go, czy manu­fak­tu­rę, czy cokol­wiek to było, dla­te­go że naj­waż­niej­sze recep­tu­ry, czy­li prze­pi­sy, czy­li ich naj­więk­sze sekre­ty, spi­sa­ne na rulo­nach, gdzieś się zapodziały!
- Zapo­dzia­ły w szu­fla­dzie sza­fy, któ­rą odsprze­da­li — doda­ła Julka.
- I to jest oczy­wi­ście nasza sza­fa z Tudii. Widać, że paso­wa­ła­by w tym kącie jak ulał — mówiąc to, konik w kolo­rze sko­rup­ki jaj­ka wyjął z ple­ca­ka skarb, z któ­rym się nie roz­sta­wał. — Tutej­szy wiel­ki sekret, czy­li tajem­ni­cze rulo­ny, dostał się w nasze kopyta.
Pową­chał rulo­ny z lubo­ścią. Przy­zwy­cza­ił się już do ich zapachu.
- No dobrze, ale jak ta sza­fa mogła dotrzeć do Tudii? — Baj­ka sta­ra­ła się nie dać ponieść emo­cjom i myśleć trzeźwo.
- Nor­mal­nie. W daw­nych cza­sach byli ludzie, któ­rzy wyjeż­dża­li do innych kra­in z mebla­mi, szcze­gól­nie jeże­li prze­no­si­li się na sta­łe — powie­dział Sza­ry, któ­ry czy­tał wie­le pamięt­ni­ków z takich podróży.
- Pły­nę­li… — uzu­peł­nił Ciemnobrązowy.
- Tak. Wie­dzie­li, że opusz­cza­ją Kra­inę Przod­ków na zawsze, więc bra­li ze sobą to, co uwa­ża­li za cen­ne i potrzebne.

- Przy­pu­ść­my, że masz rację, ale napraw­dę nie mogę sobie wyobra­zić, jak wy się zna­leź­li­ście w tych szu­fla­dach… — Baj­ka zaczę­ła podej­rze­wać, że wszyst­kich ich pono­si fan­ta­zja. Na chwi­lę zapa­dła cisza.
- Myślę, że moż­na zacząć od tego, cze­mu jeste­śmy tacy nie­na­tu­ral­nie mali — powie­dział cicho naj­mniej­szy ze wszyst­kich koni­ków. — Wszy­scy dobrze wie­my, jak wyglą­da praw­dzi­wy koń, to zna­czy jakiej powi­nien być wielkości.
- Roz­ma­wia­li­śmy o tym mię­dzy sobą wie­le razy — przy­szedł mu z pomo­cą Konik w kolo­rze orze­cha wło­skie­go. — Widzi­cie, byli­śmy koń­mi z armii kró­lew­skiej. W któ­rymś momen­cie, po bitwie, zosta­li­śmy nagle sami, bo nasi ryce­rze zgi­nę­li w jakiejś potwor­nej bitew­nej zawie­ru­sze. Błą­ka­li­śmy się to tu, to tam i chcie­li­śmy docze­kać lep­szych cza­sów. Wte­dy zauwa­ży­li­śmy, że zaczy­na­my się kurczyć.
- Uwa­ża­my, że to dla­te­go — znów pod­jął temat Naj­mniej­szy — że niko­mu nie byli­śmy potrzebni.
- Czy to wam się dzie­je dalej? — zapy­ta­ła Baj­ka, pra­wie tak cicho jak Najmniejszy.
- Od cza­su kie­dy Jul­ka się z nami zaprzy­jaź­ni­ła, już się nie zmniej­sza­li­śmy — odpo­wie­dział za wszyst­kich Beżo­wy. Głos lek­ko zadrżał mu ze wzruszenia.
- Szcze­rze mówiąc — Mil­ka przyj­rza­ła im się nauko­wo — obser­wu­jąc was w cza­sie poby­tu w zam­ku, myśla­łam, że tro­chę urośliście!
Koni­ki popa­try­wa­ły jeden na dru­gie­go, bar­dzo poru­szo­ne. Róż­ne rze­czy zaczę­ły im się przy­po­mi­nać pra­wie równocześnie.
- Miesz­ka­jąc u Jul­ki zauwa­ży­li­śmy, że się nie zmniej­sza­my — powie­dział Sza­ry. — Mie­rzy­li­śmy się co mie­siąc na jej żyra­fie ścien­nej. Koło wej­ścia do jej poko­ju jest taki rysu­nek żyra­fy z podział­ką. A kie­dy zain­te­re­so­wa­ła się nami Nin­ka, Jul­ka sama zauwa­ży­ła, że się powięk­szy­li­śmy… — przy­po­mniał wszyst­kim. — Ale, będąc tutaj, przy­po­mi­nam sobie też inne rze­czy. — Sza­ry zawie­sił głos, a po minach innych koni­ków dziew­czyn­ki widzia­ły, że każ­dy z nich ma teraz coś do powiedzenia.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Nie wie­my, jak dłu­go się wałę­sa­li­śmy — pod­jął opo­wieść konik w kolo­rze sko­rup­ki jaj­ka — ale wyda­je nam się, że całe wie­ki. Pew­ne­go dnia doszli­śmy do gro­du. Jakiś dobry, mło­dy czło­wiek, powie­dział, że daw­no nie widział tak pięk­nych raso­wych kró­lew­skich koni i zna kogoś, kto wła­śnie takich koni szu­ka. Oka­za­ło się, że są potrzeb­ne, żeby pozo­wać do obra­zu, z któ­re­go potem zosta­nie utka­ny arras, czy gobe­lin, czy­li dywan z obra­zem. Zapro­wa­dził nas dokład­nie w miej­sce, w któ­rym w tej chwi­li jesteśmy.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Do far­biar­ni? — zapy­ta­ła Milka.
- Tak, ten gobe­lin miał być strasz­nie duży, pano­ra­micz­ny czy coś w tym rodza­ju — mówił teraz Sza­ry — i spra­wa wyda­wa­ła się pil­na, więc kie­dy arty­sta nas malo­wał, rów­no­cze­śnie arty­stycz­ni far­bia­rze mie­li zro­bić kolo­ry, dokład­nie odpo­wia­da­ją­ce naszej maści.
- Miał się nazy­wać „Cze­ka­jąc na ryce­rzy“ — dodał Beżo­wo­bu­ry, któ­re­mu naj­wy­raź­niej też roz­ja­śnia­ło się w głowie.
- Nie, „Konie ze sta­jen kró­lew­skich“ — zarżał konik kolo­ru kawy z mle­kiem — pamię­tam, że były jakieś spo­ry, ale to potem i tak nie mia­ło zna­cze­nia, bo prze­cież tego gobe­li­nu, czy cze­goś­tam, nikt nie utkał.
- Arra­su — popra­wił go Wygrys, któ­ry przez cały czas cichut­ko powta­rzał do sie­bie sło­wo „arras“, któ­re mu się bar­dzo podo­ba­ło, bo wyma­wia­jąc je, brzmiał zupeł­nie jak doro­sły tygrys.

- Nie mogli go utkać, bo zgi­nę­ły im tajem­ne recep­tu­ry na barw­ni­ki — powie­dzia­ła powo­li Bajka.
- Któ­re ktoś scho­wał do szu­flad sza­fy, któ­ra zosta­ła sprze­da­na za grzy­wien 1 gro­szy 17 — dokoń­czy­ła Jul­ka. Czę­sto zapa­mię­ty­wa­ła szcze­gó­ły, któ­rych nikt inny nie uwa­żał za istotne.
- A wie­cie, co jesz­cze kry­ło się w tych szu­fla­dach? — zapy­tał konik w kolo­rze łupi­ny orze­cha włoskiego.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Co? — zapy­ta­ły Baj­ka, Mil­ka i Jul­ka równocześnie.
- My — ode­zwał się zno­wu Naj­mniej­szy, tak cicho, że led­wo go sły­sze­li. — Pozo­wa­nie było nud­ne, więc wcho­dzi­li­śmy do szu­flad na koń­ską drzem­kę. Szu­ka­li­śmy do tego przy­tul­nych miejsc. Ciem­ne kąty inte­re­so­wa­ły nas naj­bar­dziej, a te szu­flad­ki były dla nas ide­al­ne roz­mia­rem. Wyglą­da na to, że musie­li­śmy w nich zahi­ber­no­wać długoterminowo.
- Zwy­kle ktoś do nas pukał, kie­dy zaczy­na­ło się pozo­wa­nie do obra­zu. Potem, kie­dy nikt nie mógł zna­leźć recep­tur i wyglą­da­ło na to, że z far­bo­wa­niem będą trud­no­ści, pra­ce nad obra­zem też nie wyda­wa­ły się już takie pil­ne. Budzi­li nas coraz rza­dziej i pew­nie, w któ­rymś momen­cie, zarzu­ci­li cały pro­jekt, a o nas zapomnieli.
- Zapa­dli­śmy w głę­bo­ki sen zapo­mnie­nia — powie­dział poważ­nie Sza­ry. — W pew­nym sen­sie prze­sta­li­śmy ist­nieć. Tak jak rze­czy z prze­szło­ści prze­sta­ją ist­nieć, jeśli się o nich nie pamię­ta. Nawet fak­ty potra­fią zni­kać w ten spo­sób z historii.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Uwa­ża­cie, że zapa­dli­ście w sen na kil­ka­set lat? — spy­ta­ła Julka.
- Na to wyglą­da. Wie­my prze­cież, któ­ry jest w tej chwi­li rok. Taki histo­rycz­ny sen zapo­mnie­nia może trwać dłu­go. Cza­sem prze­ry­wa go arche­olo­gia, odkry­wa­jąc zapo­mnia­ne przed­mio­ty i odtwa­rza­jąc fak­ty. Nasz sen prze­rwa­ła Jul­ka, usi­łu­jąc otwo­rzyć szufladki.
- Brzmi to bar­dzo praw­do­po­dob­nie — Mil­ka była w peł­ni usa­tys­fak­cjo­no­wa­na. Podob­nie jak Baj­ka, któ­ra prze­sta­ła się oba­wiać, że fan­ta­zju­ją. Jako star­sza sio­stra i kuzyn­ka, sta­ra­ła się dbać, żeby wszyst­ko, co robią, mia­ło ręce i nogi. Burzę mózgów uwa­ża­ła za uda­ną, to zna­czy miała wra­że­nie, że ich wspól­na rekon­struk­cja fak­tów zde­cy­do­wa­nie „trzy­ma się kupy”. Jul­ka poczu­ła, że po raz pierw­szy od roku, gło­wa nie pęka jej już od nie­wy­ja­śnio­nych tajem­nic. Jak oni o mnie dziw­nie mówią, tak jakoś oficjalnie
- Ja się tego pozo­wa­nia od daw­na domy­śla­łam… — powie­dzia­ła cicho. — Albo cze­goś w tym rodzaju.
- Jak to? — zapy­tał konik w kolo­rze piaskowym.
- Cza­sa­mi wyda­wa­li­ście się cien­cy jak pla­ste­rek. Wyglą­da­li­ście wte­dy jak obraz. Teraz rozu­miem dlaczego.
- No tak. To od tego pozo­wa­nia tak nam się sta­ło. Nawet nie zda­wa­li­śmy sobie spra­wy — wes­tchnął Jasno­be­żo­wy — to było podświadome.
- Albo było coś takie­go, że kie­dy cza­sem wcho­dzi­łam do poko­ju — przy­po­mi­na­ła sobie dalej Jul­ka — leże­li­ście na pod­ło­dze nie­da­le­ko od sie­bie i wyglą­da­li­ście jak dywan. Każ­dy z was miał wte­dy zawsze taką samą minę. To zna­czy każ­dy inną, ale była to jego cha­rak­te­ry­stycz­na, powta­rza­ją­ca się mina. Konik w kolo­rze zjeł­cza­łej śmie­tan­ki wyglą­dał, jak­by cier­piał albo, jak­by mu przy­naj­mniej było niedobrze.
- Hi, hi, pamię­tam! Nawet lubi­li­śmy się z tym tro­chę powy­głu­piać — przy­znał Ciem­no­be­żo­wy — to też musia­ło nam zostać z cza­su pozowania.
- Zasta­na­wiam się, jak wyście to wszyst­ko prze­trwa­li — powie­dzia­ła Julka.
- Tak, my też tego do koń­ca nie wie­my — ode­zwał się Rudy. Jakoś tak histo­rycz­no-arche­olo­gicz­nie. Dłu­go nas nie było, a teraz zno­wu jeste­śmy. W życiu jest tyle tajem­nic i pytań. Jeże­li ktoś myśli, że pra­wie wszyst­ko rozu­mie, ozna­cza to tyl­ko głu­po­tę i pychę… Mnie się wyda­je, że kie­dy nasze cza­sy prze­mi­nę­ły, sta­li­śmy się war­stwą arche­olo­gicz­ną, któ­rą dopie­ro Jul­ka roz­grze­ba­ła, usi­łu­jąc grze­bać w szu­flad­kach… ale to tyl­ko moje odczucia.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Nie wiem jak wy, ale ja bym tu chęt­nie pra­co­wał — powie­dział roz­glą­da­jąc się dooko­ła Jasno­brą­zo­wy, któ­ry zawsze źle się czuł bez sta­łe­go zajęcia.
- Tro­chę by ci wia­ło przy pra­cy — wysi­lił się na dow­cip Ciemnoszary.
- Myślę, że wiem o co mu cho­dzi — ode­zwał się konik w kolo­rze her­ba­ty bez mle­ka. — Mogli­by­śmy to miej­sce przy­wró­cić do życia.
- Otwo­rzyć tu far­biar­nię? Teraz? — Konik kolo­ru her­ba­ty z mle­kiem był zszo­ko­wa­ny, ale oka­za­ło się, że tyl­ko on. Innym koni­kom podob­ne pro­jek­ty też zaczę­ły już cho­dzić głowie.
- Mamy sekret­ne recep­tu­ry w rulo­nach — powie­dział Sza­ry w małe czar­ne łat­ki na grzbiecie.
- Mogli­by­śmy far­bu­jąc prze­ra­biać sza­re na zło­te — dodał konik w kolo­rze zaschnię­tej gliny.
- Brzyd­kie na pięk­ne — roz­ma­rzył się konik w kolo­rze zaschnię­te­go błota.
- Zapo­mnia­ne na jak nowe — poparł ich Jasnoszary.
- Odświe­żać, to co sta­re i zapo­mnia­ne i przy­wra­cać temu świet­ność — włą­czył się Kasztan.
Ich zapał wzra­stał coraz bardziej.
- Słu­chaj­cie, a jak to jest moż­li­we, że z takiej zamknię­tej far­biar­ni przy­szły do Babu barw­ni­ki? — Bia­ły z tyl­ko jed­ną sza­rą łat­ką, jak zwy­kle, usi­ło­wał się do cze­goś przyczepić.
- Wiem, że sieć sprze­da­ży wysył­ko­wej, z któ­rej korzy­sta Szy­mon Solid­ny, jest roz­cią­gnię­ta nie tyl­ko w prze­strze­ni, ale też w cza­sie. Szy­mon zawsze wybie­ra fir­my, któ­re w niej dzia­ła­ją, bo ma wte­dy więk­szy wybór — powie­dzia­ła Milka.
- Z przy­szło­ści też może kupo­wać? — spy­ta­ła logicz­nie Julka.
- Nie wiem, ale z prze­szło­ści kupu­je czę­sto. Chy­ba mówił mi kie­dyś — przy­po­mi­na­ła sobie jak przez mgłę Baj­ka — że z przy­szło­ści się nie da, bo ceny nie są jesz­cze zna­ne, a ceny prze­szłe zosta­ły już kie­dyś usta­lo­ne, więc jest to możliwe.
- Sko­ro tak mówił, to pew­nie tak jest. Widocz­nie kupił je z prze­szło­ści — Mil­ka uzna­ła, że nie war­to dłu­żej zaj­mo­wać się taki­mi szcze­gó­ła­mi. Mie­li tyle waż­nych spraw na głowie.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Teraz byli już nie tyl­ko pod­eks­cy­to­wa­ni, ale cał­ko­wi­cie zapa­le­ni do nowych pro­jek­tów. Roz­są­dek przy­po­mniał im jed­nak, że powin­ni wyjść na uli­cę, gdzie pew­nie od daw­na szu­kał ich Wiel­ki Napraw­czy. Tym razem, idąc z inny­mi ciem­ną klat­ką scho­do­wą, Jul­ka wca­le się nie bała. Myśla­ła o tym, że wresz­cie rozu­mie, dla­cze­go cały czas czu­ła taką więź z koni­ka­mi we wszyst­kich spra­wach doty­czą­cych pięk­nych kolo­rów. Już od wcze­sne­go dzie­ciń­stwa czu­ła, że kolo­ry są dla niej waż­ne, a koni­ki, sie­dząc dłu­go w sza­fach na barw­ni­ki, też wyjąt­ko­wo się na nie uwrażliwiły.

Kie­dy zna­leź­li się zno­wu na uli­cy, Jul­ka zro­bi­ła 127 zdjęć kamie­ni­cy, z któ­rej wyszli, po czym powiedziała:
- Ten dom jest ład­niej­szy, niż inne.
Baj­ka pomy­śla­ła, że Jul­ka nie mówi dużo, ale czę­sto zwra­ca im uwa­gę na cie­ka­we rze­czy, któ­rych nie zauwa­ży­li. Przy­zna­ła w duchu, że młod­sza kuzyn­ka jest nie tyl­ko wraż­li­wa, ale też spostrzegawcza.
- Masz rację, ta kamie­ni­ca wyda­je się ład­niej­sza, a przy tym jak­by star­sza od tych naokoło

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- przy­zna­ła Mil­ka. - Moż­li­we, że tej aku­rat nikt nie odbu­do­wał w kolej­nych epo­kach. Sta­ła zamknię­ta i jakoś uszła uwadze.
- No tak — potwier­dzi­ła Baj­ka. Ta jest w sty­lu romań­skim. — Wszyst­kie inne były prze­bu­do­wy­wa­ne w innych sty­lach. Na przy­kład barokowym.
- Ale dla­cze­go, jeże­li były takie cud­ne jak ta? — Jul­ka nie mogła się pogo­dzić z tym, co słyszała.
- Musia­ły być napra­wia­ne, bo cza­sem się pali­ły od zwy­kłych poża­rów, a cza­sem były burzo­ne i palo­ne przez najeźdź­ców z róż­nych stron.
- To okrop­ne — powie­dzia­ła cicho Jul­ka. Cze­mu takie rze­czy się zdarzają?
- Bo na świe­cie jest zło — odpo­wie­dzia­ła Bajka.
- Moż­na z nim jakoś wal­czyć? — zapy­ta­ła Julka.
Zapa­dła zupeł­na cisza. Jul­ka przy­po­mnia­ła sobie napis, któ­ry widzie­li kie­dyś na ścia­nie. Chcia­ła go wypo­wie­dzieć, ale się nie ośmieliła.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Oczy­wi­ście — ode­zwał się spo­koj­ny głos Baj­ki. — Dobrem. To jedy­ny sposób.
Wszyst­kim zro­bi­ło się raź­niej. Czu­li się pod­bu­do­wa­ni i goto­wi do dzia­ła­nia. W tym momen­cie usły­sze­li za ple­ca­mi kro­ki i zna­jo­my głos:
- Wie­dzia­łem, że pew­nie będzie­cie potrze­bo­wa­li wię­cej cza­su, więc sko­czy­łem sobie jesz­cze w kil­ka miejsc — przy­wi­tał ich Wiel­ki Napraw­czy Wszyst­kie­go, Kon­struk­tor, Mecha­nik i Wyna­laz­ca. Był w świet­nym humo­rze. Nato­miast Baj­ka, któ­ra wyję­ła z ple­ca­ka coś, co do nie­go rano wsu­nę­ła, nagle spo­waż­nia­ła. Trzy­ma­ła w ręce kart­ki drob­no zadru­ko­wa­ne cyfra­mi i sym­bo­la­mi. Dosta­ła je od Jul­ki z proś­bą, żeby spraw­dzi­ła, co dokład­nie ozna­cza­ją. Baj­ka nie mia­ła rano cza­su się tym zająć i przy­po­mnia­ła sobie o nich dopie­ro teraz. Wbi­ła wzrok w nagłó­wek: KRK-YYZ.
- Słu­chaj­cie, nie chcę wam nic mówić — zaczę­ła takim tonem, że wszy­scy zamie­ni­li się w słuch  —  ale na tych papier­kach, któ­re Goniec Kró­lew­ski przy­niósł Jul­ce w prze­sył­ce od jej mamy, jest data 31 sierp­nia. Czy­li dzi­siaj. Dopie­ro teraz wszy­scy zda­li sobie spra­wę, że od rana w powie­trzu czuć było jesień. — I to jest bilet lot­ni­czy — zakoń­czy­ła Bajka.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami
Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Od tego momen­tu wszyst­ko poto­czy­ło się bły­ska­wicz­nie. Na Wiel­kie­go Napraw­cze­go, jak zwy­kle, moż­na było liczyć. Do wozu dotar­li, bie­gnąc za nim na skró­ty, przez nie­zna­ne sobie bra­my i podwó­rza. Na doda­tek Wiel­ki Napraw­czy, przy­tom­nie, popro­wa­dził ich tak, że prze­bie­gli koło Skle­pu z Kred­ka­mi. Jul­ka wpa­dła tam dosłow­nie na sekun­dę, uści­skać kró­lo­wą Awe­lię, młod­sze­go subiek­ta Miko­ła­ja i jego star­szą prze­ło­żo­ną Zuzę. Zamiast wra­cać do zam­ku, Wiel­ki Napraw­czy skie­ro­wał się na lot­ni­sko. Babu zdą­ży­ła na nie w ostat­niej chwi­li, ścią­gnię­ta myśla­mi przez Jul­kę, któ­ra nie wyobra­ża­ła sobie wyjaz­du bez poże­gna­nia z nią. Babu uści­ska­ła ją w momen­cie, kie­dy Jul­ka wcho­dzi­ła już za bram­kę. W tym samym momen­cie ste­war­des­sa mówi­ła do słuchawki:

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Bra­ku­je jesz­cze jed­nej dziew­czyn­ki z Zespo­łem Downa, któ­ra podró­żu­je bez rodziców.
- Zosta­ło nam pięć minut. Może­my pocze­kać — odpo­wie­dział spo­koj­ny głos pilo­ta w telefonie.
„Jak oni o mnie dziw­nie mówią, tak jakoś ofi­cjal­nie” — zdą­ży­ła pomy­śleć sto­ją­ca obok niej Jul­ka, zanim powie­dzia­ła do stewardessy:
- To prze­cież ja, nazy­wam się Julia.
Ste­war­des­sa wzię­ła ją za rękę i pobie­gły przez łączą­ce się ze sobą korytarze.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Kie­dy Jul­ka opa­dła w koń­cu na mięk­kie, sza­fi­ro­we sie­dze­nie fote­la przy przej­ściu, zapię­ła pas i zamknę­ła oczy, cał­ko­wi­cie wyczer­pa­na. Z tru­dem łapa­ła oddech. Usi­ło­wa­ła zebrać myśli i pierw­sze, co przy­szło jej do gło­wy, to to, że waka­cje w zam­ku jed­nak się skończyły.
„Może nie wszyst­ko stra­co­ne. Na pew­no uda się tam jesz­cze wró­cić. Trze­ba będzie skon­tak­to­wać się z Babu” pomy­śla­ła i w tym momen­cie poczu­ła lek­kie kop­nię­cie w kostkę.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Pochy­li­ła się i otwar­ła ple­cak, któ­ry posta­wi­ła koło nóg. Sie­dzia­ły w nim cia­sno upa­ko­wa­ne koni­ki. Patrzy­ły w górę, strzy­gąc uszami.
- Jak wyście to zro­bi­ły? — zapy­ta­ła podzi­wia­jąc je nie po raz pierw­szy w życiu.
- Uda­wa­li­śmy zabaw­ki. Wygrys zgo­dził się przejść do bocz­nej kie­sze­ni, żeby­śmy mie­li wię­cej miejsca.
- Tak się cie­szę, że jeste­ście! — powie­dzia­ła, przy­tu­la­jąc wszyst­kie po kolei. Wygrys aż się popła­kał z nad­mia­ru emo­cji. Jul­ka opar­ła się wygod­nie i pomy­śla­ła, że ma bar­dzo dużo infor­ma­cji do nanie­sie­nia na mapę zam­ku w książ­ce, któ­rą dosta­ła od świę­te­go Miko­ła­ja i któ­ra cze­ka­ła na nią w domu.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Ale w takim razie, co dalej z manu­fak­tu­rą? — zapy­ta­ła, sia­da­jąc pro­sto, bo włą­czy­ły się silniki.
- Razem na pew­no coś wymy­śli­my. Chy­ba sobie nie wyobra­żasz, że będzie­my sie­dzieć bez­czyn­nie… — odpo­wie­dział Siwek w cza­sie, kie­dy wszyst­kie inne koni­ki gra­mo­li­ły się na kola­na Julki.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Albo może na przy­kład się nudzić? — po tych sło­wach Sza­ry uśmiech­nął się szel­mow­sko i ziewnął.
- O to się nie oba­wiam — powie­dzia­ła Jul­ka, po czym wszy­scy zwi­nę­li się na jed­nym mięk­kim fote­lu z wyso­kim opar­ciem. Mia­ro­we bucze­nie natych­miast ich uśpi­ło, a mie­li o czym śnić. We śnie Jul­ki samo­lot zawró­cił łagod­nym łukiem i skie­ro­wał się w stro­nę zamku.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Koniec czę­ści II Zam­ku z praw­dzi­we­go zda­rze­nia (któ­rej akcja toczy się w Tamdii).

Część I, czy­li Wie­ża bez zam­ku (któ­rej akcja roz­gry­wa się w Tudii), nie była tutaj publikowana.

Autor­ka skła­da ser­decz­ne dzię­ki tym, któ­rzy czytali.

Sza­now­ny Wędrowcze,
Jeże­li myślisz, że tę książ­kę war­to prze­czy­tać, daj innym znać, cho­ciaż w jed­nym zda­niu, dla­cze­go warto.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Jest to spon­ta­nicz­na, nie­śmia­ła proś­ba koni­ków do Wędrow­ców, któ­rzy wstą­pi­li do Zam­ku z praw­dzi­we­go zda­rze­nia, a może nawet zatrzy­ma­li się w nim na dłu­żej. Zwłasz­cza do Tych, któ­rym się tu podo­ba­ło i uwa­ża­ją, że jest to książ­ka war­ta, żeby do niej wejść, zatrza­snąć za sobą okład­ki i chwi­lę w niej posiedzieć.

Cho­dzi po pro­stu o jakieś dobre sło­wo, lub dwa.

Może jed­no zdanie.

Każ­da wypo­wiedź od ser­ca, choć­by naj­krót­sza, będzie przy­ję­ta przez koni­ki z naj­wyż­szą koń­ską wdzięcznością.

Wszyst­kie rze­czy liczą się w życiu, nawet te naj­mniej­sze, więc, kto wie, może wła­śnie te krót­kie wpi­sy pomo­gą koni­kom poga­lo­po­wać dalej. Zale­ży im na dru­gim wyda­niu książ­ki, bo one poza nią prze­cież w ogó­le nie istnieją.

Dobre sło­wo pod adre­sem tej książ­ki moż­na wysłać do koni­ków na ema­il: marta.kotburska@gmail.com

Koni­ki wpi­szą je do Zam­ko­wej Księ­gi Wędrow­ców, czy­li tutaj:

https://www.starystoldowszystkiego.com/zamkowa-ksiega-wedrowcow/