Nie­de­mo­ra­li­zu­ją­ca powieść przygodowa 
napi­sa­na 

jako zachę­ta do obro­ny praw­dzi­wych wartości

i prawd wiecznych

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Życie to wiel­ka przygoda.

Idź­my przez nie odważnie,

bro­niąc praw­dzi­wych wartości

i prawd wiecznych.

Roz­dział 17

Gród Pra­sta­ry o świcie

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

W kom­na­cie sypial­nej było jesz­cze sza­ro mimo otwar­tych okien­nic. Nad zam­kiem cią­gnę­ła się wcze­sno­po­ran­na mgła. Co praw­da od uczty upły­nął już cały dzień, ale Wiel­ki Napraw­czy Wszyst­kie­go przy­pusz­czał, że ani dziew­czyn­ki, ani konie kró­lew­skie nie obu­dzą się wcze­śnie. Po prze­ży­ciach pamięt­nej nocy, wszy­scy byli w dal­szym cią­gu wyczer­pa­ni. Wszedł na pal­cach, żeby, jak zwy­kle, pod­ło­żyć dziew­czyn­kom napra­wio­ne zabawki.

Takie przy­słu­gi robił im chęt­nie i bez sło­wa. Napra­wiał zabaw­ki, któ­re mu przy­no­si­ły i zawsze zwra­cał je, kie­dy jesz­cze spa­ły. Pochy­lił się, żeby poło­żyć skle­jo­ne­go konia koło posła­nia Baj­ki i pie­ska z łata­mi pod łapa­mi przy wyle­ża­nym w sia­nie miej­scu Mil­ki. W tym momen­cie dwie oso­by pocią­gnę­ły go za ręce w dwie strony.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Musi­my jechać do Gro­du — szep­nę­ły rów­no­cze­śnie Baj­ka i Mil­ka, wta­jem­ni­czo­ne przez Jul­kę i koni­ki we wszyst­kie tajem­ni­cze tajem­ni­ce do wyjaśnienia.
- Lato się koń­czy i mamy coraz mniej cza­su — doda­ła Jul­ka, z któ­rej dziew­czyn­ki, sia­da­jąc, nie­chcą­cy ścią­gnę­ły kołdrę.
- W takim razie, świet­nie się skła­da — odpo­wie­dział Wiel­ki Napraw­czy, zawie­sza­jąc głos na dłuż­szą chwi­lę — bo jadę dzi­siaj po pod­ręcz­ny moź­dzierz dla Babu. Spra­wa jest pil­na, więc wyru­szam przed świ­tem. Póź­niej robi się ruch na drodze.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami
Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Kie­dy ostat­nie koni­ki myły jesz­cze zęby, pierw­sze sie­dzia­ły już w pojeź­dzie. Mimo tak wcze­snej pory, Babu zaopa­trzy­ła każ­de­go w małą bute­lecz­kę z zam­ko­wej sokow­ni i mały pakie­cik z zam­ko­wej spi­żar­ni. Sza­ry wyszedł z kom­na­ty jako ostat­ni. Cze­kał na odpo­wied­ni moment, żeby pod­ło­żyć Wiel­kie­mu Napraw­cze­mu pod podusz­kę zeszyt, w któ­rym udo­ku­men­to­wa­li dla nie­go pra­wie wszyst­kie tajem­ne przej­ścia. Kró­lo­wa Awe­lia poka­za­ła im, jak zazna­czyć te pro­wa­dzą­ce z pię­tra na piętro.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Odjeż­dża­jąc, zdą­ży­li usły­szeć głos Babu:
- I jesz­cze bar­dzo pro­szę, przy­wieź­cie mi naj­lep­szą na świe­cie obie­racz­kę do jarzyn, od Góra­li, z kra­mów na Ryn­ku, wiecie.

Żeby skró­cić dro­gę, prze­pra­wi­li się przez rze­kę pro­mem. Po chwi­li Kró­lew­ski Gród Pra­sta­ry z zam­kiem na wzgó­rzu leżał przed nimi jak na dło­ni. Tym razem mie­li wię­cej cza­su, żeby rozej­rzeć się po Gro­dzie. Kie­dy się w nim zna­leź­li, życie dopie­ro się tu budzi­ło. Po zosta­wie­niu pojaz­du w zna­nym Napraw­cze­mu, zacisz­nym zakąt­ku, krót­ką chwi­lę szli głów­ną uli­cą, z któ­rej duże ban­ki wypar­ły wszyst­kie inte­re­su­ją­ce skle­pi­ki. Była tak nud­na, że po pro­stu trud­no było nią iść. Prze­glą­da­li się w lustrza­nych szy­bach i z nudów robi­li do sie­bie głu­pie miny. Uli­ca była też pusta, bo ludzie przy­jeż­dża­ją­cy obej­rzeć gród, omi­ja­li ją z daleka.
- Dla­cze­go na tej uli­cy jest tak okrop­nie? — Mil­ka zwró­ci­ła się do Napraw­cze­go, widząc, że on też spo­sęp­niał, odkąd w nią skręcili.
- Czy myślisz, że w Gro­dzie nie­dłu­go zosta­ną już tyl­ko ban­ki? — Baj­ka zła­pa­ła go za rękę z dru­giej strony.
- Jestem pewien, że mądrzy raj­co­wie miej­scy do tego nie dopuszczą.
- A jeże­li dopuszczą?
- To by zabi­ło Gród. Jest pięk­ny wła­śnie dzię­ki zacho­wa­niu sta­re­go cha­rak­te­ru, tyl­ko dla­te­go podróż­ni­cy z całe­go świa­ta przy­jeż­dża­ją go podziwiać.
- Ale po co w nim tyle ludzi?
- Tyl­ko dzię­ki temu, że przy­jeż­dża­ją, Gród napraw­dę żyje. Gościn­ność to jed­na z jego pięk­nych tradycji.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Po wej­ściu w pierw­szą bocz­ną ulicz­kę, ode­tchnę­li z ulgą. Nie było tutaj wiel­kich ban­ków i restau­ra­cji sie­cio­wych, nud­nych i takich samych na całym świe­cie. Atmos­fe­ra zmie­ni­ła się w jed­nej sekun­dzie. Wes­tchnę­li z zachwy­tu. W mia­rę, jak w nią wcho­dzi­li, uli­ca robi­ła się coraz bar­dziej kolo­ro­wa. Zoba­czy­li malut­kie, cudow­ne skle­pi­ki szew­ców, pie­ka­rzy i sprze­daw­ców zaba­wek. Dużym kor­po­ra­cjom nie uda­ło się ich jesz­cze wygryźć. Kamie­ni­ce sta­ły przy­tu­lo­ne do pięk­nych, sta­rych kościołów.

Do każ­de­go z mija­nych miejsc mie­li ocho­tę wejść. Czy­ta­li szyl­dy i reklamy:
- Cukier­ki na zamó­wie­nie na pocze­ka­niu. Wszyst­kie kształ­ty, wszyst­kie smaki.
- Oku­lar­nik.
- Książ­ki-schow­ki w każ­dym rozmiarze.
- Wytwór­nia świe­żej oran­ża­dy. Pijal­nia na miej­scu. Róż­ne kolory.
- Ostrze­nie igieł.
- Cze­ko­la­da, od któ­rej nigdy nie robi się niedobrze.
- Naj­lep­sze baj­ki świa­ta na każ­dy temat.
- Raj­cy miej­scy na pew­no coś zro­bią —  powie­dzia­ła Bajka.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Na pew­no ich wesprą. Dobrzy i mądrzy raj­cy by tak zro­bi­li. We wszyst­kich sta­rych mia­stach dba się o takie rze­czy. Dla­te­go ich cha­rak­ter, nie­zmie­nio­ny od wie­ków, wzbu­dza podziw podróż­ni­ków — Jasno­brą­zo­wy, któ­ry jeź­dził tro­chę po świe­cie, dodał im otuchy.
- Pocze­kaj­cie na mnie sekund­kę — powie­dział Wiel­ki Napraw­czy i wszedł do małe­go skle­pi­ku. Drzwi zamknę­ły się za nim z gło­śnym zgrzy­tem. Za chwi­lę wyszedł z pęka­tym worecz­kiem, mówiąc:

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi okna­mi. Fot. Szy­mon Solidny

- Przy oka­zji ode­bra­łem kra­sno­lud­kom buty od szew­ca. Odda­ły kie­dyś do podzelowania.
- Do pod­cze­go? — zapy­ta­ła Julka.
- Zdar­ły im się pode­szwy, a noszą te same buty od wie­ków, rozu­miesz — mogła jej od razu wyja­śnić Mil­ka, któ­ra roz­ma­wia­ła z nimi czasami.
- I nie kupu­ją nowych?
- Nie lubią współ­cze­snych, tan­det­nych wyro­bów i wyrzu­ca­nia butów do śmie­ci co sezon. Mówią, że od pro­du­ko­wa­nia zbyt wie­lu nie­po­trzeb­nych butów i innych ubrań w fabry­kach, potwor­nie zanie­czysz­cza się powie­trze w ich lesie. I że ci, co trą­bią o ochro­nie śro­do­wi­ska, mogli­by zacząć od sie­bie i prze­stać kupo­wać cią­gle nowe ubra­nia i inne nie­po­trzeb­ne nowe rzeczy.

Wie­dzie­li, że po moź­dzierz dla Babu muszą z uli­cy Szew­skiej wejść w jakąś inną. Jak się szyb­ko zorien­to­wa­li, nazwy ulic opi­sy­wa­ły to, co się na nich dzia­ło. Szli za Wiel­kim Napraw­czym, któ­ry zatrzy­mał się na chwi­lę koło masyw­nej basz­ty z bra­mą w środ­ku, któ­ra jak­by wyra­sta­ła na środ­ku jed­nej z ulic, cał­ko­wi­cie ją blokując.

- Do cze­go się tędy wcho­dzi? — zapy­ta­ła Julka.
- To jest bra­ma do Gro­du — powie­dzia­ła Bajka.
- Jak to?
- Jeste­śmy w sta­rym gro­dzie obron­nym. Całym oto­czo­nym podwój­nym murem ze strzel­ni­ca­mi. Co kawa­łek są w nim wie­że z bra­ma­mi na dole. Jest ich 38 i każ­dą opie­ku­je się kto inny.
- To zna­czy kto? —  Jul­ka podzi­wia­ła Baj­kę za to, jak dużo wie­dzia­ła o Grodzie.
- Basz­ty, czy­li wie­że, nale­żą do cechów, czy­li zawo­dów. Na przy­kład Flo­riań­ska, pod któ­rą wła­śnie sto­imy, nale­ży do kuśnie­rzy, któ­rzy szy­ją rze­czy ze skó­ry. Jest też basz­ta igla­rzy, robią­cych igły, sola­rzy, któ­rzy han­dlu­ją solą, cyru­li­ków, jak dok­tor Toma­ny­szew­ski, łazieb­ni­ków, pro­wa­dzą­cych łaź­nie kąpie­lo­we, nożow­ni­ków, i paśni­kow, któ­rzy robią

bar­dzo faj­ne pasy. I dużo innych, kie­dyś Ci powiem — Baj­ka skoń­czy­ła, bo nie mogła sobie przy­po­mnieć wię­cej, a nie mia­ła teraz cza­su na kon­tak­to­wa­nie się z Biu­rem Wytłu­ma­czeń. Jul­ka była pod wra­że­niem. Pod­bie­gły do innych, któ­rzy tro­chę się w mię­dzy­cza­sie odda­li­li. Wiel­ki Napraw­czy Wszyst­kie­go skrę­cił teraz w uli­cę, przy któ­rej zaj­mo­wa­no się odlew­nic­twem. Szyb­ko zna­lazł wła­ści­wy szyld:

- Zaraz wró­cę — powie­dział, wcho­dząc do środ­ka.  Zanim zdą­ży­li poroz­ma­wiać o nowym zaję­ciu Wuja, Wiel­ki Napraw­czy był już z powrotem.
- Ludwi­sarz odle­wa moź­dzierz. Mamy wró­cić za chwi­lę, żeby cał­kiem wystygł.
- Czy on się na tym dobrze zna? — zapy­ta­ła Mil­ka, któ­rej odle­wa­nie wyda­wa­ło się bar­dzo odpo­wie­dzial­ną pracą.
- O, na pew­no. On się dobrze zna na wszyst­kim, czym się zaj­mu­je — uspo­ko­ił ją Wiel­ki Naprawczy.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Cukier­nia Cio­ci Pra­li­ny! Może­my tu wejść? — Bła­gal­nie zapy­tał Wiel­kie­go Napraw­cze­go konik w kolo­rze pia­sko­wym, któ­ry zauwa­żył przez szy­bę, że na sto­li­kach sto­ją pięk­ne sta­re cukier­ni­ce, wypeł­nio­ne cukrem w kostkach.
- Oczy­wi­ście — zgo­dził się Wiel­ki Napraw­czy, któ­ry też lubił cukier w kost­kach i też go zauwa­żył kątem oka.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Pia­sko­wy deli­kat­nie pchnął drzwi kopy­tem i pierw­szy usiadł przy sto­li­ku koło okna. Za chwi­lę z fili­ża­nek koni­ków ster­cza­ły pira­mi­dy cukru w kost­kach. Koni­ki sta­ra­ły się jeść cukier cicho i kul­tu­ral­nie roz­ma­wiać o niczym, jak, według ich obser­wa­cji, wypa­da­ło w cukier­ni albo kawiar­ni. Zasta­na­wia­ły się wła­śnie, czy koń doroż­kar­ski, któ­re­go obser­wo­wa­ły przez szy­bę, zawsze jeź­dzi tą samą dro­gą, bo podob­no mia­ły one taki zwyczaj.
Sza­re­go ogar­nę­ła nostalgia:
- Ta fili­żan­ka przy­po­mi­na mi odwie­dzi­ny u pew­nej pani, któ­ra miesz­ka­ła na naj­wyż­szym pię­trze kamie­ni­cy. Zapro­si­ła mnie, bo wie­dzia­ła, że marzy­łem o obej­rze­niu Gro­du z lotu pta­ka, a w jej miesz­ka­niu był bal­kon. Mia­ła mnó­stwo sta­rych rze­czy domo­we­go użyt­ku. Takie mnó­stwo i tak świet­nie wyczysz­czo­nych, i w tak dobrym sta­nie, że w ogó­le nie wie­dzia­łem, jak się poru­szać, żeby coś nie spadło.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- I jak ci poszło? — zapy­tał uprzej­mie Beżo­wy, żeby pod­trzy­mać rozmowę.
- Kie­dy piłem her­ba­tę z okrop­nie sta­rej fili­żan­ki, kopy­ta tak mi się zaczę­ły trząść z prze­ję­cia, że z tru­dem ją utrzy­my­wa­łem. Musia­łem wyjść, uda­jąc że dosta­łem febry.
- Wszyst­ko było tam stare?

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami
Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Tak, pra­sta­re — potwier­dził Sza­ry, patrząc przez szy­bę na kamie­ni­cę naprze­ciw­ko. Tutaj wszę­dzie tak jest. Wszyst­kie te miej­sca są wypeł­nio­ne histo­rią. Moż­na się z nich tyle dowie­dzieć… To wszyst­ko jest po pro­stu bez­cen­ne — przy tych sło­wach tak się zamy­ślił, że kopy­to z fili­żan­ką zawi­sło mu w powie­trzu. W mil­cze­niu wypi­li dru­gą her­ba­tę, a Wiel­ki Napraw­czy ode­brał w tym cza­sie od ludwi­sa­rza cał­ko­wi­cie wystu­dzo­ny moź­dzierz dla Babu.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami
Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Idąc z powro­tem w stro­nę pojaz­du, koni­ki kupo­wa­ły ciast­ka w co dru­giej cukier­ni.  I tak z tru­dem uda­ło im się opa­no­wać, żeby nie kupo­wać w każ­dej. Jadły na zmia­nę: nuga­ty z pysz­ną, kle­ją­cą się do zębów masą mię­dzy pro­sto­kąt­ny­mi wafla­mi, kwa­dra­to­we kre­mów­ki w chru­pią­cym cie­ście, jajo­wa­te ekle­ry z masą budy­nio­wą, pola­ne cze­ko­la­dą, polu­kro­wa­ny ser­nik, tor­ty hisz­pań­skie z bitą śmie­ta­ną mię­dzy gru­by­mi, bez­owy­mi plac­ka­mi i rur­ki z kre­mem, czy­li z taką samą śmie­ta­ną. Potem sku­si­ły się jesz­cze na okrą­głe pty­sie, też  z bitą śmie­ta­ną, ale wykoń­czy­ły je dopie­ro wyso­kie napo­le­on­ki z puszy­stą, różo­wą masą mię­dzy chru­pią­cy­mi kwa­dra­ta­mi rude­go cia­sta. Na koniec zosta­wi­ły sobie trój­kąt­ne soko­ły bez­owe, któ­re im zupeł­nie nie sma­ko­wa­ły. Może z powo­du masy kawo­wej, a może dla­te­go, że były ostatnie.
- Nie­do­bre — stwier­dził Sza­ry, odkła­da­jąc bez­owy trój­kąt do ele­ganc­kie­go pudeł­ka z bia­łej tek­tu­ry. — Masę zro­bi­li z same­go masła i jesz­cze na doda­tek doda­li chy­ba kawy.

Wiel­ki Napraw­czy szedł z przo­du. Nie jadł cia­stek, bo zado­wo­lił go sam cukier w kost­kach. Pamię­tał o tym, żeby prze­cho­dząc przez Rynek, kupić dla Babu 35 obie­ra­czek do jarzyn. Z drew­nia­ną rącz­ką i dosko­na­le zaokrą­glo­nym ostrzem, któ­re mia­ło w środ­ku otwór tak ide­al­nej wiel­ko­ści, że łupy łatwo z nie­go wyla­ty­wa­ły. Były to obie­racz­ki naj­lep­sze na świe­cie, o wie­le lep­sze od wszyst­kich innych, pro­du­ko­wa­nych w fabry­kach i kupo­wa­nych w sklepach.

Jul­ka zaczę­ła się zasta­na­wiać, skąd zdo­być prze­pis na kre­mów­ki pysz­ne jak ta, któ­rą wła­śnie kończyła.
- Zapo­mnij o tym. Tak łatwo się nie dowiesz. To są sekre­ty strze­żo­ne od wie­ków. Prze­ka­zy­wa­ne z poko­le­nia na poko­le­nie. Lepiej najedz się dzi­siaj na zapas.

Na szczę­ście Jul­ka wie­dzia­ła już z doświad­cze­nia, że nie da się najeść na zapas i lepiej nie pró­bo­wać. Koni­ki zresz­tą wła­śnie spró­bo­wa­ły i widać było, że jest im ciężko.
- Sły­sza­łem, że bar­dzo zdro­we są w Gro­dzie obwa­rzan­ki jed­no­ra­zo­we — powie­dział do Milki

 

Wygrys, chcąc jej poka­zać, że jest duży i roz­sąd­ny, i nie napchał się cał­ko­wi­cie ciast­ka­mi jak niektórzy.
- Razo­we — Mil­ka od razu domy­śli­ła się, o co mu chodzi.
- W zasa­dzie Wygrys ma rację: wszyst­kie obwa­rzan­ki są jed­no­ra­zo­we — wzię­ła go w obro­nę Bajka.

Już po chwi­li dziew­czyn­ki i Wygrys chru­pa­li obwa­rzan­ki z meta­lo­we­go czwo­ro­kąt­ne­go wóz­ka z szy­ba­mi. Koni­ki nie były w sta­nie jeść obwa­rzan­ków. Ani zdro­wych razo­wych, ani mniej zdro­wych z solą, ani nawet naj­lep­szych z makiem.

Kie­dy skrę­ci­li w kolej­ną ulicz­kę, koni­ki zaczę­ły zosta­wać z tyłu, pod­bie­gać, zno­wu wra­cać i szep­tać mię­dzy sobą.
- Idę zoba­czyć, co się tam dzie­je — powie­dzia­ła Jul­ka do Milki.
Koni­ki z wypie­ka­mi na twa­rzy wska­za­ły jej tablicz­kę z nazwą uli­cy, któ­rą szli: Far­biar­ska.
- Macie rację. To musi być gdzieś tu… — Jul­ka zaczę­ła spraw­dzać razem z nimi nume­ry kamienic.
Kie­dy przy­łą­czy­ła się do nich Baj­ka i Mil­ka, bez tru­du zna­leź­li numer 27, odpi­sa­ny przez koni­ka w kolo­rze sko­rup­ki jaj­ka z fak­tu­ry, dołą­czo­nej do kufra dostar­czo­ne­go do zam­ku. Sta­li przed kamie­ni­cą w bar­dzo złym sta­nie. Prze­zna­czo­ną do remon­tu. Całą poza­bi­ja­ną skrzy­żo­wa­ny­mi deska­mi. Cho­dzi­li koło niej rozczarowani.
- Dla­cze­go się tak wle­cze­cie? — wyrwał ich z zamy­śle­nia Wiel­ki Napraw­czy, któ­ry zawró­cił, kie­dy zauwa­żył, że nikt za nim nie idzie.
- Czy może­my sobie tu na chwi­lę zostać? — zapy­ta­ła Milka.
- Po co? — zdzi­wił się Wiel­ki Naprawczy.
- Będzie­my robić zdję­cia — odpo­wie­dzia­ła Jul­ka. — I, żeby nie kła­mać, napraw­dę zro­bi­ła szyb­ko kil­ka­dzie­siąt zdjęć, jak mia­ła w zwyczaju.
- Może coś w tym jest. Rze­czy­wi­ście pięk­na ta ruina — Wiel­ki Napraw­czy roz­glą­dał się w zamy­śle­niu. — Nawia­sem mówiąc, chcia­łem sobie wła­śnie sko­czyć w jed­no miej­sce, na sąsied­niej uli­cy. Tak że dobrze się skła­da, pocze­kaj­cie tu, wró­cę za chwilę.
Po tych sło­wach szyb­ko się oddalił.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

https://www.starystoldowszystkiego.com/zamkowa-ksiega-wedrowcow/