Dziadkowa rodzinka  niemiecka

Wczo­raj przy­szła rodzin­ka dziad­ko­wa, weszli po cichu do domu. Dla­cze­go tak po cichu? Prze­cież dzia­dek ma demen­cję i wciąż śpi, więc jego nie bali się obu­dzić. To raczej mnie chcie­li zasko­czyć, zoba­czyć co robię i jak się nim opie­ku­je. Ja tym­cza­sem sie­dzia­łam i roz­wią­zy­wa­łam sobie sudo­ku i było mi dobrze i miło, bo coś tam sudo­ku jakoś mi szło. Cał­kiem dobrze i byłam cie­ka­wa, co dalej uda mi się wpi­sać, a wpi­su­je się cyfer­ki od 1 do 9 –ciu. Pozio­mo ma być od 1 do 9‑ciu, pio­no­wo tak­że i do tego w każ­dym mniej­szym kwa­dra­ci­ku tak­że. To tak, jak­by to całe sudo­ku, któ­re jest w kwa­dra­cie, mia­ło 9 rodzi­nek, w któ­rym miesz­ka po 9 osób. Cyfry nie powin­ny się powtarzać.

Weszli, a jed­nak mnie zde­ner­wo­wa­li, bo naj­pierw obiad mój, któ­ry ugo­to­wa­łam dla dziad­ka aż w 3 garn­kach, nie podo­bał im się. Pie­czar­ki – nie, buracz­ki — nie. Kar­to­fle mogą być, ale jakoś tak patrzy­li na nie, nie z zachwy­tem Pie­czar­ki od razu zmio­tłam przy nich do kosza, ale buracz­ki zostawiłam.

Rodzi­nie wytłu­ma­czy­łam, że dzia­dek nie jadł jesz­cze obia­du, bo póź­no wstał i póź­no jadł śniadanie.

Reklama

Potem dzia­dek poszedł do WC i wyszedł stam­tąd z obla­ny­mi spodnia­mi – a mie­li już iść. Pode­szłam do nie­go, aby mu zmie­nić, ale nie chciał Spraw­dzi­łam – pie­lu­cha sucha, więc dla­cze­go spodnie mokre. Dopie­ro jak poszli, dzia­dek powie­dział, że to mokre, to woda. A więc myje ręce i wte­dy jakoś tak się moczy.

Nie zmie­ni­łam mu, ale rodzi­na wte­dy wpa­dła w obu­rze­nie – zwłasz­cza mat­ka z cór­ką, bo mąż cicho sie­dział. One się upar­ły, że trze­ba mu zmie­nić, bo przyj­dą z urzę­du opie­ki i zoba­czą, że zła opie­ka. Dzia­dek też się uparł, nie pozwa­lał. Dwa tygo­dnie wcze­śniej, gdy przy­szły, też była taka sytu­acja, ale dzia­dek pozwo­lił zmie­nić, ale z kolei one krzy­cza­ły, żeby teraz nie zmie­niać, bo nie przy nich, w koń­cu ucie­kły do kuch­ni i dziad­ka przebrałam.

Dwie mądra­le i cały czas mówią o Reni, jaka to dobra była, soki robi­ła dziad­ko­wi itd. Po Reni nikt im się nie podo­bał, a były tu z Pol­ski 3 opie­kun­ki w cią­gu m‑ca. Reni ma przy­je­chać za kil­ka dni, a ja wyja­dę wte­dy. Tyl­ko na 4 tygo­dnie chce przy­je­chać. Więc ona się pyta­ła, czy ja przy­je­cha­ła­bym tu zno­wu. Zaszczyt mnie spo­tkał, bo prze­cież ja nie Reni. Nie odpo­wie­dzia­łam ocho­czo — „tak, oczy­wi­ście”; powie­dzia­łam — zasta­no­wię się, być może.

Przed­wczo­raj roz­ma­wia­łam z panem z sąsiedz­twa, skar­żył się na drze­wo wyso­kie, któ­re mój Fryc posa­dził 50 lat temu, drze­wo rośnie mię­dzy dwo­ma doma­mi, a swe­go cza­su wcho­dzi­ło korze­nia­mi w rury, któ­re są pod zie­mią. Pan wymie­nił nazwę nie­miec­ką, że to mamut drze­wo. Ja do inter­ne­tu, ależ to sekwo­ja! I to mamu­cia! Obok rośnie świerk, ale mniejszy

Sąsiad boi się, że w cza­sie wia­tru, drze­wo może się prze­wró­cić na jego dom, żona jego od lat nie śpi z tam­tej stro­ny domu.

Wyjazd moż­na nazwać toreb­ko­wym, a na począt­ku wybra­łam buty, ale chy­ba zamie­nię, te czar­ne są chy­ba za małe,  a wzię­ła­bym te wystrza­ło­we koza­ki, któ­re w Pol­sce bym sprzedała…

Kil­ka tore­bek cze­ka w sza­fie za wiszą­cy­mi bluz­ka­mi. Ukry­te tam. Jak ja się spa­ku­ję? Jak dam sobie radę? Nie chcę brać wię­cej. Może tu jesz­cze przy­ja­dę, może z Rysiem – dobrze by było, ale tak nie będzie, bo już wię­cej nigdzie nie poja­dę. Rysiu­lek tęsk­ni za mną, źle mu się cho­dzi po mie­ście, bo widzi podwój­nie. Ze mną mu lepiej i kro­ple kupi­łam w Niem­czech, w apte­ce, z glist­ni­ka. W Pol­sce nie ma tego

Dzi­siaj kupi­łam 3 róż­ne melo­ny, pani Niem­ka w kasie się uśmie­cha­ła Zje­dzo­ne dwa, został jesz­cze jeden, naj­więk­szy, któ­ry koja­rzy MI SIĘ Z MAJOR­Ką. Tam takie jadłam w roku 2008.

Za kil­ka dni wyjeż­dżam. Dener­wu­ję się, bo nie wiem, jak się pomiesz­czę z moimi zaku­pa­mi. Chy­ba zosta­wię część moich ubrań, któ­re kupi­łam w Pol­sce w szma­tek­sie. Muszę wziąć buty i toreb­ki,. Naj­waż­niej­sze są kro­ple do oczu, dziu­ra­wiec w tablet­kach, na sta­wy i kości z glu­ko­za­mi­ną i inny­mi skład­ni­ka­mi. Dzia­dek mógł­by już zjeść obiad, to bym sobie poma­sze­ro­wa­ła do lasu-par­ku. Idzie się skra­jem tego, co jakiś czas są ławecz­ki. To nie jest mia­sto dla star­szych ludzi, w mie­ście brak ławek. Są tyl­ko mar­ke­ty, gdzie się pod­jeż­dża, z pod­cho­dze­niem lepiej uwa­żać, bo miejsc na pie­szych nie ma wydzielonych.

Jesz­cze raz chy­ba dzi­siaj pój­dę na spa­cer zaku­po­wy. Dzi­siaj wypa­trzy­łam inną dro­gę z mar­ke­tu, na skró­ty i przez kawa­łek par­ku, a raczej pla­cu zabaw dla dzie­ci. Tam jest ławecz­ka, dla mamuś pil­nu­ją­cych dzie­ci, a nie dla sta­ru­szek, odpo­czy­wa­ją­cych w dro­dze na zaku­py, albo z powrot­nej. Nazwa­łam sie­bie sta­rusz­ką? Głu­po­ta, lata nic nie oznaczają.

Poju­trze w ponie­dzia­łek będę dzwo­nić do fir­my i i pytać, uzgad­niać moja dro­gę powrot­na, do Polski.

Będę szczę­śli­wa, jak już będę jechać w auto­bu­sie do moje­go mia­sta, gdy będę już po prze­siad­kach, a naj­waż­niej­sze, gdy będę stad odjeż­dżać, w dobrym nastro­ju… że wszyst­ko się uda­ło, powiodło.

Te jed­ne czar­ne buty muszę zamie­nić na inne, bo te są za małe, to roz­miar 39 albo i mniej. Mam więc sto­pę krót­szą, ale sze­ro­ką Powin­nam buty kupo­wać na zamówienie.Krótsze, a szersze.

Cie­ka­we, czy rodzi­na nie­miec­ka dzi­siaj przyj­dzie do dziad­ka. Trud­no jest im się prze­ciw­sta­wić, opo­no­wać, jeśli przy­cho­dzą aż 3 oso­by z jed­nej rodzi­ny, któ­re są po tej samej stro­nie Chcę im poka­zać, co bio­rę, ale prze­cież ona powie­dzia­ła przez tel., że co chcę, to mogę brać stąd. Potem jed­nak chcia­ła się ze mną widzieć, przy­szła, ale mnie nie było. Może chcia­ła się z tego wyco­fać. Chy­ba się ze mną nie uma­wia­ła, że przy­je­dzie. Ten jej mąż, to kom­bi­nu­je. Kawa zni­ka, poza tym dzia­dek go nie lubi, a tam­ten wciąż przy dziad­ku zazna­cza, że jest taki uży­tecz­ny… i że tak dużo daje mi pie­nię­dzy, na nasz dom dziadkowy.

Szko­da, że fir­ma mi nic nie powie­dzia­ła o tej rodzi­nie, prze­cież jestem już tu 5‑tą opiekunką.

Muszę popro­sić od nich opi­nię moją. Zawsze mia­łam dobrą, ale chy­ba tutaj tak nie będzie. Idę zamie­nić buty, bo tam­te są bar­dziej na Pol­skę, za małe jed­nak na mnie, ale mogę jej sprze­dać i te Kamy też mogę sprze­dać, one są lek­kie, mało miej­sca zaj­mą. Te moje czar­ne, któ­re chcę wymie­nić, są ciężkie.

Muszę uprać pościel tutaj, upra­so­wać, odku­rzać potem, naku­po­wać do lodów­ki, mię­sa jakie­goś świe­że­go. Na razie kupi­łam mro­żo­ne­go łoso­sia, dwa kawał­ki. Dałam do lodów­ki, lody z lodow­ni, wyja­dłam te orze­cho­we i pysz­ne były i przy­po­mi­na­ły mi panią Par­ke, któ­ra tak lubi­ła lody i kawiar­nie. Pamię­tam taką kawiar­nię dużą nad jezio­rem. Po jezio­rze pły­wa­ły żaglów­ki, a my przy wiel­kiej szy­bie okna, malo­wa­ły­śmy je. Jabłecz­nik, kawa i cisza i my. Mia­łam wte­dy 10 lat mniej, faj­nie wyglą­da­łam, bo ona kupi­ła mi buty, któ­re paso­wa­ły do moich wyskocz-dżin­sów. Mia­łam 55 lat, a nosi­łam już wte­dy takie wąskie spodnie, bo mia­łam cór­kę nasto­lat­kę, któ­ra mi dora­dza­ła, co mam kupić. Była wzo­rem mody dla mnie. Teraz, po 10 latach już i inne w moim wie­ku w Pol­sce wno­szą obci­słe spodnie, ale tutaj nie. Może dla­te­go, że to była kie­dyś wieś niemiecka.


Przy­szłam do poło­wy mokra, i tak mia­łam szczę­ście. Aku­rat przed burza, któ­ra mila odejść na bok i już nawet ode­szła, ale wró­ci­ła, wypra­wi­łam się na wyciecz­kę chcia­łam iść skra­jem par­ko-lasu i dojść do mia­stecz­ka z dru­giej stro­ny. I tak szłam, odcho­dząc od zna­jo­mej dro­gi. Po dro­dze facet kosił łąkę, obok stał jego samo­chód, szłam szyb­ko dalej, roz­ma­wia­jąc z mężem przez tele­fon i patrząc na chmu­ry, któ­re jed­nak się zbli­ża­ły i bły­snę­ło się, potem zagrzmia­ło. Szłam, bie­gnąc tro­chę. W koń­cu dotar­łam do dro­gi tra­wia­stej, któ­ra mnie dopro­wa­dzi­ła do mia­stecz­ka. Ja, pol­ska opie­kun­ka, zachcia­ło mi się dowie­dzieć, mie­siąc patrzy­łam i myśla­łam, aby tam pójść, ale nie mia­łam odwa­gi i dzi­siaj, przed burzą dotar­łam, po dro­dze spy­ta­łam się pana mło­de­go, któ­ry leżał pod samo­cho­dem w swo­im gara­żu. Potem już wie­dzia­łam jak dojść. Nie poszłam do mar­ke­tu, aby tam się schro­nić, poła­zić mie­dzy pół­ka­mi. Poszłam bie­gnąć, na ile mia­łam sił, do domu dziad­ko­we­go. Dotar­łam i dopie­ro się roz­pa­da­ło, a z dachu wodo­spad leciał.

Jak tam mamu­cie drze­wo? Jakie ono ma dziw­ne zie­lo­ne jak­by to igły, jak żywo­płot. Przy­po­mi­na tuje.

Przy­szłam, a tu dzia­dek pusty talerz zosta­wił po zupie. Tak, zjadł, nie trze­ba wyrzu­cać jedze­nia, trze­ba zosta­wiać, niech cze­ka na jego ape­ty­ty zje naj­wy­żej zim­ne On nie lubi, jak się go nama­wia, aby zjadł. Rodzi­ny nie było, to dobrze. Chcę powie­dzieć jego sio­strze aby zmie­ni­ła nasta­wie­nie do pol­skich opie­ku­nek, aby ich nie kry­ty­ko­wa­ła przy panu star­szym, a jej bra­cie, bo potem opie­kun­ka ma trud­niej­szą pra­cę. Ona to robi, aby poka­zać, jaka jest tro­skli­wa, od cza­su do cza­su, gdy tutaj przyjdzie.

Jestem w łóż­ku, pod koł­drą, z mokry­mi wło­sa­mi, burza się odda­la. Doja­dłam lody. To dobrze, nie będą mnie już kor­ci­ły. Zadzwo­ni­łam do męża, że już jestem w domu. I tak by się nie mar­twił, on ma zaufa­nie do mnie, że zawsze sobie pora­dzę, tak było też przed poro­da­mi dzieci.

Prze­sta­ło padać, a w oknie widzę gałąź sosny, z błysz­czą­cy­mi kro­pel­ka­mi wody i sta­ry dach, mchem poro­śnię­ty tro­chę. Poszłam po zaku­py, kupi­łam całe­go cięż­kie­go ana­na­sa. Pierw­szy raz w życiu będę kro­ić taki owoc, któ­ry tak bar­dzo bro­ni do sie­bie dostę­pu. Kosz­to­wał 4 euro.

Obra­łam ana­na­sa, chcia­łam spró­bo­wać, na ile muszę wyciąć jego śro­dek i wte­dy zaczął mnie piec język. Już nie mogę go jeść, a jest taki dobry… przy­naj­mniej dzisiaj.

Jesz­cze napi­szę o mojej pra­cy. Sprzą­tam, gotu­ję, robię zaku­py, opie­ku­je się dziad­kiem – zmie­niam mu pie­lu­chy, mokre spodnie wymie­niam dwa razy dzien­nie, a przede wszyst­kim jestem tu dzień i noc. Nie mogę wypić nawet pół szklan­ki piwa co naj­waż­niej­sze? Moje cechy cha­rak­te­ru oso­by opie­kuń­czej, moja dobra zna­jo­mość j. nie­miec­kie­go, moja inte­li­gen­cja, któ­ra cza­sem się przy­da­je aby prze­ga­dać Niem­kę w jej wła­snym języ­ku. Prze­ga­dać tak, aby uzna­ła, że to ja mam rację

Sprzą­tać, odku­rzać jest co, bo to duży dom. Goto­wać, kupo­wać, opie­ko­wać się dziad­kiem tak, jak życzy sobie tego rodzi­na nie­miec­ka dziad­ka. Rodzi­na ta nie ma żad­nych doświad­czeń z demen­cją. i nie wiem, na czym im bar­dziej zale­ży – czy na dłu­gim życiu dziad­ka, czy nie na dłu­gim życiu dziadka.

Byli odle­głą rodzi­na, nie za bli­ską, są przy­szli to spad­ko­bier­cy… zacho­wu­ją się przesadnie.

1- sze­go maja dzia­dek nie­miec­ki, któ­ry ma demen­cje, pogra­tu­lo­wał mi- Polce. Nie wiem tyl­ko, cze­go. Podał mi rękę

Byłam zdzi­wio­na tym jego zacho­wa­niem, któ­re by wska­zy­wa­ło na to że dzia­dek demen­cji nie ma, albo ma prze­świ­ty.  Wcię­ło mi tekst i to jaki dłu­gi. Bar­dzo dłu­gi i pełen wyda­rzeń tutej­szych, z mojej cięż­kiej pra­cy opie­kun­ki pol­skiej na nie­miec­kim tere­nie. Czę­sto opie­ku­ję się ludź­mi, któ­rzy w cza­sie woj­ny, oku­po­wa­li Polskę.

Muszę odro­bić, ten stra­co­ny tekst.

wan­da­rat

Niem­cy

dn. 25 maja 2019

nadal w opiece