Wyborcza kampanio, start.   I zaraz poooooszli. Poszli jak należy, jak w danych okolicznościach przyrody iść wypada: z przytupem.

Wystartowali, poszli i idą. Niektórzy poszli i idą z przytupem, a nawet z przyświstem. Niektórzy wręcz sobie podśpiewują, idąc niczym stare konie po betonie. Galopują, powiedzmy. Czy tam kłusują. O, to, to. To ostatnie zwłaszcza. Taką mamy aurę. Czy tam pogodę. To znaczy klimat taki mamy. Dla kłusowników. Czy tam dla kłusujących. Co koniecznie wypada i należy w tym miejscu podkreślić, a niechby i uczynić podkreślenie to przesadnie nachalnym: skoro każda kobieta to przeważnie człowiek, jak mówią, tak samo mówią, że każda klacz to także koń. Więc nie ma, że to, tamto.

WOŁANIE, WZYWANIE,

ZAUFANIE

Do tego Kosiniak wzywa na pomoc Kamysza, Kidawa woła Błońską, Biedroń rozgląda się za mężem, czy tam za żoną, czy tam cholera właściwie wie za kim, zaś Hołownia nic, tylko wierzy. Wierzy, a nawet ufa. Zwłaszcza szefowi swego sztabu wyborczego, doprecyzujmy, to jest Cichockiemu Jackowi, nie byle komu przecież. Bo to i niegdysiejszemu sekretarzowi Kolegium ds. Służb Specjalnych i ministrowi od spraw wewnętrznych w rządzie Tuska Donalda, i koordynatorowi działalności, słuchajcie, słuchajcie, koordynatorowi działalności Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Agencji Wywiadu, Służby Kontrwywiadu Wojskowego, Służby Wywiadu Wojskowego oraz, nie zapominajmy, nie zapominajmy, Centralnego Biura Antykorupcyjnego, a to znowu… – skończy się ta wyliczanka wreszcie? Ktoś wie? – a to znowu ministrowi-członkowi Rady Ministrów, szefowi Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, przewodniczącemu Komitetu Stałego Rady Ministrów, przewodniczącego Zespołu ds. Programowania Prac Rządu. Ho-ho, tak-tak. Normalnie człowiek orkiestra, cały ten Hołownia. To znaczy cały ten Cichocki, szef pana Hołowni. To znaczy szef sztabu wyborczego pana kandydata Hołowni, któremu wzmiankowany kandydat wierzy i ufa, hej!

KRECIA ŚLEPOTA

Natomiast faworyt tegorocznych wyborów, to jest Duda Andrzej, skoro już mówimy o wzywaniu, więc Duda Andrzej kogo wzywa, tego wzywa, ale jego jakoś nie wzywają. Dudę Andrzeja wyzywaja. Prezydenta naszego pana. Czy tam naszego pana prezydenta. Do czego doszliśmy, proszę bardzo. Tylko Czarzasty Włodzimierz, guru postępowej lewicy, sprawia wrażenie, jakby zgadzał się z wolą nieba, nawet jeśli, o ile dobrze pamiętam, sam jakoś specjalnie w niebo to on nie wierzy. Co to, to nie on.

A propos koni, czy tam koni i klaczy, to mówią, że pewien górnik, górnik nazwiskiem bodajże Kubok, człowiek znojnej pracy, dobrze znany w środowisku niejakiej Idy, tak zasłuchał się w startowy łoskot wyborczy, czy tam w wyborczy bełkot, czy tam w łomot – a może to sam Gustaw Morcinek był, nie żaden górnik – w każdym razie zasłuchawszy się, wziął wzmiankowany i zapytał niejakiego Łyska, mianowicie konia, czy ten w wyścigu wyborczym również zamierza wystartować. „W Wielkiej Pardubickiej? Ależ nie widzę przeszkód!” – odparł mu na to koń, ślepy, mówią, jak kret. Ani chybi: będzie się działo.

NABIERANIE ELEKTORA, TU

Ale wróćmy spod ziemi do naszego stada nadziemnego. Czy tam do tabunu. Wróćmy, by zauważyć, że niektóre konie kampanijne przytupują sobie do rymu, inne do rytmu, a jeszcze inne czynią tak i tak, pewnikiem dla dodania sobie odwagi. Czy tam w celu odwagi nabrania. Odwagi oraz widzów przedstawienia, zatytułowanego „wybory prezydenckie w Polsce”. Widzów, a także uczestników, by tak rzec: bezpośrednich.

Jeszcze inne konie, nabierając tego czy owego, ze śmiechu aż krztuszą się i rżą, jak to konie mają w zwyczaju, obserwując tak zwanych potencjalnych wyborców. Którym z kolei wydaje się, że tak właśnie trzeba, i że to wszystko naprawdę: całe to zacietrzewienie nieziemskie, to zadęcie moralne nieskończone, te obietnice strugane w tabletach i pamięciach masowych sztukmistrzów od zjawiska zwanego „marketingiem politycznym”, niech diabli wezmą kulturowy marksizm. Jedno wielkie nabieranie elektora, tu i teraz. Więc.

Więc kampania. Wyborcza. Pierwsza rozkręca się za drugą, druga przed siódmą, wyższa, panie, matematyka. Nawias bierze wszystko do siebie, psu na budę zda się całkowanie, prozaiczne mnożenie rozkłada bezsilnie dłonie. O funkcji wykładniczej nie wspomnę. Kompanio, marsz. Czy tam marsz, kompanio. Kampanio, znaczy. Idzie oszaleć.

MARSZ, MARSZ, MARSZ

Zresztą kto wie, kto wie, może jak raz kompanie czwarta i piąta zasadzają się na nas tuż za najbliższym pagórkiem i zaraz uderzą? I zwyciężą? Czy tam za rzeką, za borem się czają, za stodołą? Któż to zdołałby przewidzieć, zapowiedzieć, kto mógłby ostrzec elektorat, ponadprzeciętnie przejęty swoją rolą wyborczą? Tak czy owak non-stop huczą wielolufowe wyrzutnie medialne, radiowe eskadry szturmowe bombardują przestrzeń wspólną trującymi fejknewsami, wujek Google z ciocią Wikipedią skarmiają świat nowelizacjami niegdysiejszych oczywistości, teraz monopolizowanych wzdłuż linii jedynie słusznej. Czy tam wzdłuż jedynie słusznych granic. I tak dalej, i tak dalej. Coraz szybciej, coraz prędzej, coraz mniej rozsądnie. Rozsądek? Furda tam. Marsz, marsza, marsz.

Dobrze zatem, pobiegnijmy kawałek dalej, biegnąc w towarzystwie żądlących serii z telewizyjnych pepesz, choć przez to wielu ludziom rozdygotane nerwy zasypiać już spokojnie nie dają. Boć dziennikarskie mięso armatnie, to jest piechota dziennikarska, naciera nieustannie (z drugiej strony: kto po Okudżawie wierzy dziennikarskiej piechocie, do nieprzytomności upojonej spirytusem uogólnień?), a klawiatury ich łomoczą, złowróżbnie i chrapliwie, ponuro i nieszczerze, kalecząc przestrzeń wspólną słowami, dobranymi starannie w starannie ułożone zdania w tym celu jedynie, by zaczarować rzeczywistość – zgodnie z naturą systemu kłamliwie zwanego demokracją.

PRZEROŚNIĘTYZM

Trzask, gwizd, huk, grzmot za grzmotem. I da capo al fine, to jest od początku do końca. I znowu. I jeszcze raz. Co rusz fontanny ziemi, na podobieństwo krzaków rysowanych płomiennymi przemowami, rozognionych wręcz krwawo, zrywają się, ku niebiosom zdążając. Uszy więdną nieletnim, zamykają się oczy nadwrażliwcom, twardnieją serca ludzi przyzwoitych. Kampania czy kompania, kampanija jedna z drugą. Targi, przetargi i zatargi. Jedyne takie raz na pięć lat. Jednym słowem: co pięcioletnie wyborcze funeralia.

Generalnie, kampanię prezydencką – całą, dopowiem – już dziś podsumowałbym urodzonym ad hoc neologizmem: „przerośniętyzm”. Z tym właśnie mamy i mieć będziemy do czynienia aż do maja. Konkretyzując: z rozbuchanymi ambicjami, z nabrzmiałymi egami, czy tam z nabrzmiałym u każdego ego, żeby powiedzieć to prozą, z uniżoną czołobitnością wobec wodzów wreszcie. I tyle. Partia i wódz, a za każdym wodzem pic. Czyli nic. Prócz akolitów i słów pierzastych, słów do cna wyjałowionych z treści.

KONIEC PRZEDSTAWIENIA

Zmierzając ku końcowi, powiedzmy sobie wyraźnie rzecz oczywistą. Otóż nie sposób udzielić prawidłowej odpowiedzi na pytanie, co serwowane elektoratowi przy każdych kolejnych wyborach, tym razem okaże się smaczniejsze niż wcześniej: sok z gumojadów mianowicie, czy może jad z gumosmoków. Chcąc nie chcąc i tak czy siak „dobrowolne wybory” pań oraz panów Gumisiów, ograniczone zostaną jak zwykle do dżumy oraz do, powiedzmy że do koronawirusa z Wuhan. Postarają się o to nasze media ulubione. Już się starają, o rozstrzygnięcie więc nawet nie warto się zakładać.

Podsumowując: umiera nieszczęsny górnik Kubok, zdycha oślepły koń Łysek, kurtyna nie spada z hukiem, a zwija się ze skomleniem, czy tam vice ersace, zastanawiając się, czy sama długo pożyje i czy w ogóle w jej kurtyniej postaci żyć warto. Innymi słowami: koniec przedstawienia, zapraszamy za lat pięć. Może nie będzie weselej, ale krew medialna też się znajdzie. Na bank. Na każdy bank. Na wabank.

Krzysztof Ligęza

Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl