Janusz Niem­czyk roz­ma­wia z byłym kie­row­ni­kiem gorzel­ni zna­nym wśród Polo­nii z uli­cy Roncesvalles

Janusz Niem­czyk: — Był pan, to już ponad 30 lat temu, kie­row­ni­kiem gorzel­ni w Pol­sce. Takich zakła­dów pra­cy było w nie­ist­nie­ją­cej już Pol­skiej Rze­czy­po­spo­li­tej Ludo­wej dużo. Dlaczego?

Józef Król, był kie­row­ni­kiem gorzel­ni na Dol­nym Ślą­sku: — To było spo­wo­do­wa­ne tym, żeby być bli­sko rol­ni­ka, któ­ry dostar­czał natu­ral­ne pro­duk­ty potrzeb­ne do pra­cy gorzel­ni; I

Reklama

Gorzel­nia to był taki śmiet­nik, gdzie rol­ni­cy pozby­wa­li się naj­gor­szych ziem­nia­ków, naj­gor­sze­go zbo­ża. No i z tymi pro­duk­ta­mi się póź­niej wal­czy­ło pro­szę pana, bo żeby zro­bić dobry alko­hol to musi być dobry suro­wiec. Dobra kuku­ry­dza, dobre ziem­nia­ki. Zabru­dze­nia pia­chem mogą być, bo to się umy­je, ale nie­do­brze jest jeśli na przy­kład ziem­nia­ki są nadgnite.

Aqua vitae, czy­li woda ogni­sta, któ­ra pie­cze Indian i inne ludy, to jest spe­cy­fik, któ­ry nie w nad­mia­rze może być lecz­ni­czy, czy­li kon­tro­lo­wa­ne picie jest lecznicze.

Jest to wska­za­ne dla życia, dla­te­go że my jedząc, zja­da­jąc na przy­kład jabł­ka, owo­ce, i warzy­wa, mamy w żołąd­ku tak zwa­ną fer­men­ta­cję natu­ral­na i dobrze jest dostar­czyć tro­chę alko­ho­lu, żeby pobu­dzić prze­pływ krwi, popra­wić dotle­nie­nie orga­ni­zmu. Trze­ba rano albo wie­czo­rem napić się piwa, bo kawa zatru­wa organizm.

J.N: Skąd się wzię­ła dobra jakość pol­skiej wód­ki w sto­sun­ku do innych wódek na świecie?

J.K.: To było tak, że było dużo małych zakła­dów i dobry suro­wiec. To jest pod­sta­wo­wa zasa­da. Jako kie­row­nik małe­go zakła­du mogłem czu­wać, patrzeć, doglą­dać codzien­nie jak się robi pro­dukt finalny.

W olbrzy­mich zakła­dach nie wiem czy ktoś jest w sta­nie opa­no­wać kon­tro­lę całe­go cią­gu tech­no­lo­gicz­ne­go, całej pro­duk­cji. W dużym zakła­dzie to będzie tak, suro­wiec to będzie oddziel­ny wydział, tam będzie jeden kie­row­nik, potem sama pro­duk­cja, zno­wu będzie oddziel­ny wydział i następ­ny kie­row­nik, itd.

J.N. Ten dru­gi dział to fermentacja?

J.K. Nie paro­wa­nie i dopro­wa­dze­nie tej masy do eta­pu fer­men­ta­cji. Potem fer­men­ta­cja, zno­wu będzie następ­nym wydzia­łem. Desty­la­cja, będzie zno­wu następ­nym wydzia­łem. Sprze­daż i zbyt, to będzie następ­ny wydział.

J.N. Czy final­ny pro­dukt to była wód­ka w butelce?

J.K. Nie, my pro­du­ko­wa­li­śmy surów­kę, któ­ra póź­niej szła do zakła­dów prze­my­słu spi­ry­tu­so­we­go gdzie doko­ny­wa­no osta­tecz­nej rek­ty­fi­ka­cji. Pro­du­ko­wa­li­śmy półprodukt.

Takich zakła­dów na Dol­nym Ślą­sku było bodaj­że 60, ale jeden gdzie doko­ny­wa­no osta­tecz­nej desty­la­cji i fil­tro­wa­nia pro­duk­tu. Tam czysz­czo­no surów­kę z fuzli, czysz­czo­no ją i dosta­wa­li­śmy wódkę.

J.N.: Wróć­my do cza­sów PRL’u. Jaka była róż­ni­ca mię­dzy wód­ką Czy­stą, a wód­ka Wybo­ro­wą? Dla­cze­go ta wód­ka, wów­czas nazy­wa­na Czy­stą, była gorsza?

J.K: Wybo­ro­wa? W PRLu były bodaj­że 2 zakła­dy, któ­re były wyzna­czo­ne do pro­duk­cji wód­ki naj­wyż­szej jako­ści. Jeden był chy­ba koło Szcze­ci­na, a dru­gi koło Warszawy.

Dam taki przy­kład, w roku 1980 nie pozwo­lo­no prze­ra­biać zbo­ża, ani ziem­nia­ków na wód­ki, na spi­ry­tus. Wte­dy sto­so­wa­no surow­ce, któ­re powin­ny być sto­so­wa­ne jedy­nie do spi­ry­tu­su przemysłowego.

Jakość pro­duk­tu final­ne­go wte­dy strasz­nie spa­dła. Tam było za dużo pota­su i innych związ­ków, któ­re zatru­wa­ły ludzi. Jakość wód­ki była bez­na­dziej­na. Pro­du­ko­wa­no taką że tak powiem Siwu­chę. Śmier­dzia­ła ona spe­cy­ficz­nie. I wte­dy, jak zabra­kło tej wód­ki, i była w 80 roku na kart­ki, to wte­dy moje ser­ce zaczę­ło ponow­nie nor­mal­nie pra­co­wać, że ja tych ludzi nie truję.

Ludzie w reak­cji na wpro­wa­dze­nie kar­tek i niską jakość wód­ki zaczę­li byle co pić, pili płyn Bory­go, pili dena­tu­rat. Zaczę­li pić jakieś zastęp­cze alko­ho­le uży­wa­ne głów­nie w prze­my­śle. Bab­cia któ­ra nigdy w życiu nie piła wód­ki dosta­wa­ła kart­ki, wów­czas kupo­wa­ła alko­hol żeby sprze­dać potrzebującym.

Jakość wód­ki obni­ży­ła się dla­te­go że nie było dobre­go surowca.

J.N. Z cze­go robio­no tę pod­łą wód­kę w cza­sie sta­nu wojennego?

J.K. Z chle­ba na przy­kład. Pro­du­ko­wa­no też z sor­go, z owo­ców, ze śli­wek, z jabłek.

J.N. Z chleba?

J.K. Wte­dy, trud­no to sobie wyobra­zić, ale w cza­sie sta­nu wojen­ne­go pie­kar­nie, skle­py spo­żyw­cze i zbio­ro­we żywie­nie we Wro­cła­wiu wyrzu­ca­ło oko­ło 20 ton chle­ba tygo­dnio­wo do śmie­ci. I zamiast ten chleb dać świ­niom, czy kurom, czy też tchó­rzo­fret­kom to ktoś tam chy­ba w komi­te­cie woje­wódz­kim par­tii wpadł na pomysł żeby ten chleb wyko­rzy­stać na wódkę.

Robie­nie wód­ki z chle­ba szyb­ko zarzu­co­no, bo przy wytwa­rza­niu suro­wi­cy, wód­ki, z tego zle­ża­łe­go chle­ba wytwa­rza­ło się dużo, powiem w uprosz­cze­niu tru­ci­zny, któ­rą póź­niej trze­ba było jakoś z tego final­ne­go pro­duk­tu wyrzucić.

Inna rzecz to, że wte­dy, w cza­sie sta­nu wojen­ne­go przy­wie­zio­no pro­szę pana z Indii ziar­no sor­go, to jest ziar­no podob­ne do pro­sa. No i trze­ba to było robić nową tech­no­lo­gią, bo pro­ces fer­men­ta­cji zacho­dził ina­czej. Nie wie­dzie­li­śmy jak to paro­wać. Przy­wieź­li nam to zamiast ziem­nia­ków i pole­ci­li robić surów­kę, czy­li wódkę.

J.N. I jaką wód­kę z tego sor­go robiono?

J.K. Osta­tecz­nie dobrą wód­kę. Z tym że zabra­ło tro­chę cza­su dopra­co­wa­nie tech­no­lo­gii pro­duk­cji. Dopra­co­wa­li­śmy tech­no­lo­gię żeby to sor­go fer­men­to­wa­ło. Ale to zaję­ło tro­chę czasu.

J.N.: I ta wód­ka, ta suro­wi­ca z gorzel­ni jedzie do rek­ty­fi­ka­cji, czyli?

J.K.: Rek­ty­fi­ka­cją, nazy­wa się pro­ces desty­la­cji i fil­tro­wa­nia. A szcze­gól­nie cho­dzi o odpro­wa­dze­nie, oddzie­le­nie alko­ho­li wyż­szych, mają­cych spe­cy­ficz­ny zapach.

My w gorzel­niach regio­nal­nych nie mie­li­śmy takich urzą­dzeń do rek­ty­fi­ka­cji. To zna­czy mogli­śmy mieć, ale nie pozwo­lo­no nam tego robić. Do pro­ce­su rek­ty­fi­ka­cji wydzie­lo­ne było kil­ka zakła­dów w Pol­sce. Tam w tych zakła­dach jest desty­la­cja poczwór­na. We Wro­cła­wiu to odby­wa­ło się w zakła­dzie na uli­cy Mono­po­lo­wej 4. W Jele­niej Górze, czy­li w mie­ście pana pocho­dze­nia takie­go zakła­du nie było, cho­ciaż była gorzel­nia w ówcze­snych Cie­pli­cach Ślą­skich. W urzą­dze­niach desty­la­cyj­nych tak zwa­ne fuzle, czy­li odpa­dy, pół­pro­dukt był odpro­wa­dza­ny. Ten pół­pro­dukt był uży­wa­ny w prze­my­śle che­micz­nym, per­fu­me­ryj­nym. w prze­my­śle farmaceutycznym.

J.N. To co nie poszło na wód­kę, było uży­wa­ne w inny sposób?

J.K. Była jed­na zasa­da, pole­ga­ją­ca na tym że 60% pro­du­ko­wa­ne­go w pro­ce­sie fer­men­ta­cji alko­ho­lu było zuży­wa­ne przez prze­mysł far­ma­ceu­tycz­ny, kosme­tycz­ny, che­micz­ny, pro­duk­cja kau­czu­ków syn­te­tycz­nych, itd. A spo­ży­cie w posta­ci wódek, to jest tyl­ko 30% do 40%. W prze­my­śle che­micz­nym w jego pro­duk­cji jest udział alko­ho­li, wyż­szych, niż­szych, itd. Obok alko­ho­lu C2H5OH, mamy 2CH3OH czy­li alko­hol mety­lo­wy, strasz­na tru­ci­zna. Jest buta­nol, izo­pro­py­lo­wy. Alko­hol buta­nol to jest gru­pa 10 czy 12 alko­ho­li, któ­re są śmier­dzą­ce, i są takie, jak olej.

J.N.: Jed­nym sło­wem, kie­dy pędzo­no bim­ber w domu, to w domu nigdy takiej wód­ki się nie wypro­du­ku­je, o takiej jako­ści jak w gorzelni?

J.K.: W domu jest przede wszyst­kim tra­ge­dia taka, że przy małej ilo­ści tego zacie­ru, któ­ry tam fer­men­tu­je i przy małym dopły­wie tle­nu powsta­je olbrzy­mia ilość alko­ho­lu mety­lo­we­go. No i w kon­se­kwen­cji ludzie się strasz­nie tru­ją. Ja jako facho­wiec nigdy nie pró­bo­wa­łem robić alko­ho­lu meto­dą domo­wą i nie piłem bim­bru. Bo gdy­bym w domu zro­bił bim­ber, to od razu z tą par­tią bim­bru, któ­rą zro­bi­łem, bym poje­chał do labo­ra­to­rium żeby zba­da­li na alde­hy­dy, na metyl i na ilość alko­ho­li wyż­szych. Nie moż­na tego spo­ży­wać! Bez bada­nia labo­ra­to­ryj­ne­go nie wol­no bim­bru spożywać!

Przy pro­duk­cji alko­ho­lu tam są droż­dże, czy­li mikro­sko­pij­ne „isto­ty” któ­re pro­du­ku­ją alko­hol, one są zaprzę­ga­ne do pro­duk­cji alko­ho­lu. Moż­na inne rze­czy pro­du­ko­wać przy pomo­cy droż­dży, przy pomo­cy bak­te­rii, czy innych mikro­or­ga­ni­zmów na przy­kład z tego pla­sti­ku, któ­ry pan tu widzi, jeśli zaprzę­gnie­my mikro­or­ga­ni­zmy, to może­my zro­bić pył. Jeśli wytwo­rzy­my odpo­wied­nie śro­do­wi­sko mikro­or­ga­ni­zmów. Trze­ba się za to wziąć, żeby po oce­anach nie pły­wa­ło milion pla­sti­ków. Żeby dziew­czy­na 15-lenia nie szła pod par­la­ment w Szwe­cji i nie pro­te­sto­wa­ła, że kli­mat się ocie­pla i mówi­ła rób­my coś!

Podob­nie jest z alkoholem.

J.N.: Jak było w Pol­sce po sta­nie wojen­nym, czy wró­co­no do pro­duk­cji dobrych alkoholi?

J.K.: Tak wró­co­no do pro­duk­cji według sta­rych recep­tur, ale już wte­dy powo­li poja­wi­ły się zaląż­ki kapi­ta­li­zmu. Zaczę­to zamy­kać małe gorzel­nie ponie­waż rząd wyszedł z zało­że­nia, że są nie­opła­cal­ne. I tak to się toczy­ło do lat dzie­więć­dzie­sią­tych kie­dy to zamknię­to więk­szość małych gorzel­ni. Znisz­czo­no wów­czas cały prze­mysł tych małych gorzel­ni, taki jaki my go znaliśmy.

J.N. Mam inne pyta­nie. Jest ono zwią­za­ne z wyciecz­ką na pierw­szym roku stu­diów, połą­czo­nej z wykła­dem na temat tech­no­lo­gii pro­duk­cji piwa. Była to wyciecz­ka do ówcze­sne­go zakła­du “Bro­war Lwó­wek Ślą­ski”. I wów­czas dyrek­tor tegoż bro­wa­ru poka­zał nam, że zaczę­to spro­wa­dzać z ówcze­sne­go Zacho­du tak zwa­ne przy­spie­sza­cze fer­men­ta­cji. Na czym ich dzia­ła­nie polega?

J.K. Nie ma poję­cia przy­spie­szacz fer­men­ta­cji. Jest tyl­ko coś co powo­du­je że fer­men­ta­cja zamiast 72 godzi­ny,  będzie trwa­ła dobę.

J.N. Na czym to polega?

J.K.: To są związ­ki che­micz­ne, któ­re powo­du­ją, że droż­dże zamiast pra­co­wać 72 godzi­ny będą pra­co­wać 24 godziny.

J.N.: Czy tak jak jest przy piwie, jest podob­nie przy pro­duk­cji wódek?

J.K.: Przy pro­duk­cji wódek jest podob­nie. Zresz­tą przy pro­duk­cji chle­ba też jest podob­nie. Te środ­ki, o któ­rych pan mówi to są tak zwa­ne ulepszacze.

J.N.: Czym róż­nią się wód­ki te któ­re ostat­nio weszły na rynek, jak na przy­kład wód­ka Belve­der od wódek niż­szej jakości.

J.K. Dobre fir­my pro­du­ku­ją przede wszyst­kim z dobrych surow­ców, a nie z byle cze­go. Ponad­to docho­dzi tu poczwór­na, lub potrój­na desty­la­cja surów­ki, któ­rą się otrzy­mu­je jako pro­dukt pod­sta­wo­wy. Ponad­to jest kon­tro­la jakości.

J.N.: Kon­tro­la jako­ści ma miej­sce w laboratorium?

J.K.: Pra­ca w labo­ra­to­rium w gorzel­ni jest bar­dzo odpo­wie­dzial­na. I trze­ba myśleć i nie cudo­wać. Nie da się oszu­kać pew­nych pro­ce­sów tech­no­lo­gicz­nych domo­wy­mi metodami.

J.N. Wyda­je mi się, na pod­sta­wie wódek, któ­re piłem, że naj­gor­sze wód­ki pro­du­ku­ją Niem­cy. Dla­cze­go tak jest? Prze­cież z kolei piwa nie­miec­kie nale­żą do najlepszych?

J.K.: Wyda­je mi się że Niem­cy nie mają tra­dy­cji w pro­duk­cji wódek. Opo­wiem taka aneg­do­tę. W mojej gorzel­ni, zatkał się filtr w kolum­nie rek­ty­fi­ka­cyj­nej. Aku­rat wów­czas byłem poza zakła­dem. Powia­do­mio­no mnie o tej awa­rii przez tele­fon. Powie­dzia­łem żeby to zosta­wić, nie ruszać. Powie­dzia­łem że jak wró­cę następ­ne­go dnia to będzie­my powo­li otwie­rać kolum­nę. Nie pocze­ka­no na mnie. Nastą­pił wybuch. Dobrze że nikt nie został poważ­nie poparzony.

Innym razem pra­cow­nik poszedł czy­ścić z osa­dów kadź, a wła­ści­wie zbior­nik do fer­men­ta­cji.  Po chwi­li wycią­ga­ją go pół­mar­twe­go. Póź­niej zmarł. Nie zosta­ły speł­nio­ne nor­my BHP, czy­li nie wywie­trzo­no pomiesz­cze­nia. Ponad­to tego dnia było bar­dzo gorą­co ponad 40 stop­ni. Źle prze­wie­trzo­ne pomiesz­cze­nie, słab­sze zdro­wie, wyso­ka tem­pe­ra­tu­ra spo­wo­do­wa­ły ze doszło do wypadku.

Dla­cze­go o tym mówię?

Pro­ce­sy pro­duk­cji wód­ki wyda­ją się dosyć pro­ste, ale jed­nak bra­ki w kul­tu­rze, bra­ki w tra­dy­cji, spo­wo­do­wa­ły to, że albo alko­hol jest niskiej jako­ści, albo zda­rza­ją się wypad­ki, albo i jed­no i drugie.

J.N.: Jak dobie­ra­ło się pra­cow­ni­ków w gorzel­ni? Pan skoń­czył poli­tech­ni­kę z kie­run­kiem che­mia. A inni?

J.K. Jak ktoś nie mógł zna­leźć pra­cy to szedł albo do gorzel­ni, albo do PGR‑u.

J.N.: Dla­cze­go do gorzelni?

J.K.: Nie było pra­cow­ni­ków, a trze­ba było pra­co­wać w dzień i w nocy ze wzglę­du na cha­rak­ter pracy.

Gorzel­nia to był jedy­ny zakład w komu­nie, któ­ry musia­łeś trak­to­wać jak swój pry­wat­ny. Jed­na kon­tro­la wjeż­dża­ła na teren zakła­du, a dru­ga wyjeż­dża­ła. Jak nie kon­tro­la z mili­cji, to urząd skar­bo­wy, jak nie urząd skar­bo­wy to SANEPID, jak nie SANEPID to z dyrek­cji okrę­go­wej, jak nie z dyrek­cji okrę­go­wej to z mini­ster­stwa, jak nie z mini­ster­stwa to z komi­te­tu PZPR, i tak jed­ni z dru­gi­mi po butel­kę przyjeżdżali.

J.N. Rozu­miem, komu­nizm prze­wi­dział koro­na­vi­ru­sa, i inne pla­gi egip­skie, na któ­re trze­ba zakład powi­nien być sta­ran­nie przygotowany.

J.K.: Moja sekre­tar­ka, pani Kry­sia mia­ła peł­ne ręce peł­ne robo­ty i sil­ną gło­wę. To był jej atut. Tam gdzie dia­beł nie może to wysy­ła­łem panią Kry­sie. Ona się uśmie­cha­ła, parzy­ła rary­tas, czy­li kawę na kart­ki, i kon­tro­la wyjeż­dża­ła. Innej rady nie było, bo bym się stał alko­ho­li­kiem. Trze­ba było się ratować.

J.N.: Jed­nym sło­wem, Mię­dzy­na­ro­do­wy Dzień Kobiet trwał cały rok z prze­rwa­mi na dożyn­ki i obcho­dy 22 Lipca.

J.K. Przed tym zanim zosta­łem kie­row­ni­kiem gorzel­ni, byłem przez 5 lat inspek­to­rem kon­tro­li pro­duk­cji w gorzelniach.

Byłem jed­nym z inspek­to­rów. Kon­tro­lo­wa­łem 60 gorzel­ni, któ­re były w całym daw­nym woje­wódz­twie wro­cław­skim, to zna­czy tym sta­rym woje­wódz­twie wro­cław­skim któ­re było jed­nym z 17 woje­wództw, zanim woje­wódz­twa zosta­ły podzie­lo­ne na 49 małych woje­wództw, prak­tycz­nie na cały Dol­ny Śląsk.

J.N.: Jaka była róż­ni­ca mię­dzy wód­ka­mi któ­re szły na eks­port a tymi któ­re były sprze­da­wa­ne w kraju?

J.K.: Suro­wiec musiał być lep­szy, ale par­tie zapew­ne były bada­ne pod wzglę­dem jakości.

J.N.: Ile kosz­to­wa­ło wów­czas wypro­du­ko­wa­nie litra spi­ry­tu­su w Sta­nie Wojen­nym w sto­sun­ku do ceny w sklepie?

J.K.: My sprze­da­wa­li­śmy do zby­tu za 2 zło­te z litr, a w skle­pie wów­czas pól litra kosz­to­wa­ło 82 zło­te. Wów­czas tak zwa­na akcy­za wyno­si­ła 70% póź­niej 80%.

J.N.: A z wódek zagra­nicz­nych kto pro­du­ku­je naj­lep­sze wódki?

J.K.: Wów­czas z tego, co widzia­łem w Pewek­sie i to co było w skle­pach, to Rosja­nie pro­du­ko­wa­li naj­lep­sze wód­ki. Smir­noff był dłu­go naj­lep­szą wód­ką. Ksią­żę Smir­noff sprze­dał Ame­ry­ka­nom licen­cję na produkcję.

J.N. Czy mógł­by pan powie­dzieć o samej pro­duk­cji, o wyzwa­niach jakie się poja­wia­ły w trak­cie pro­duk­cji surówki? 

J.K.: U nas, w naszej gorzel­ni, było tak, 3 tony ziem­nia­ków paro­wa­ło się, czy­li gorą­ca para pod ciśnie­niem 4 atmos­fer goto­wa­ła ziem­nia­ki. Następ­nie tą masę się schła­dza­ło, następ­nie prze­no­si­ło się ją do tak zwa­nej zacier­ni, doda­wa­ło się słód, czy­li skieł­ko­wa­ny jęcz­mień. To masę się mie­sza­ło z wodą, doda­wa­ło się tro­chę for­ma­li­ny żeby zabić bak­te­rie kwa­su mlekowego.

I tak powsta­wał tak zwa­ny zacier. Póź­niej się to schła­dza­ło do 60 stop­ni Cel­sju­sza. I do tej ilo­ści zacie­ru doda­wa­ło się 62 kg sło­du na 4,000 kg tak przy­go­to­wa­ne­go zacie­ru. I nastę­pu­je scu­kro­wa­nie, ponie­waż skro­bia to są wie­lo­cu­kry, i trze­ba ją roz­ło­żyć do jed­no­cu­krów: na glu­ko­zy i mal­to­zy. I tę masę się schła­dza i to dopie­ro pod­le­ga fermentacji.

Skro­bia jako taka nie pod­le­ga fer­men­ta­cji i dla­te­go jak bim­ber w domu jest robio­ny, to zasad­ni­czy błąd pole­ga na tym że ta skro­bia jest nie­roz­ło­żo­na, ponie­waż tam nie ma enzy­mów, któ­re są potrzeb­ne do roz­ło­że­nia skro­bi na cukry proste.

Tę masę się schła­dza do 30 stop­ni Cel­sju­sza i do tego doda­je się droż­dże, tak zwa­ną mat­kę droż­dżo­wą. I to zno­wu wszyst­ko się mie­sza. Zacier­nia ma takie mie­sza­dło, i to się mie­sza i mie­sza. I póź­niej powsta­je zacier do fer­men­ta­cji. Przy schło­dze­niu do 20–25 stop­ni prze­pom­po­wu­je się ten zacier do takie­go zbior­ni­ka fer­men­ta­cyj­ne­go o pojem­no­ści oko­ło 20 tysię­cy litrów. No i w tym zbior­ni­ku ta masa fer­men­tu­je przez 72 godziny.

Po 72 godzi­nach, jak już nie sły­chać bąbel­ków, nie wydzie­la się dwu­tle­nek węgla, bo w każ­dej fer­men­ta­cji on się wydzie­la, to następ­nie idzie to wszyst­ko na apa­rat destylacyjny.

Tak przy oka­zji, w nie­któ­rych zakła­dach wyko­rzy­sty­wa­no ten dwu­tle­nek węgla do pro­duk­cji tak zwa­ne­go suche­go lodu.

Apa­rat desty­la­cyj­ny jest olbrzy­mią kolum­ną z pół­ka­mi. Z góry spły­wa zacier, a od dołu poda­wa­na jest para, któ­ra pod­no­si tem­pe­ra­tu­rę do 102 stop­ni Celecjusza.

J.N.: Jak pan oce­nia sprze­daż pol­skich firm mono­po­lo­wych? 90% pol­skich firm mono­po­lo­wych jest w rękach obce­go kapitału.

J.K.: Z tego co wiem z tych 60 gorzel­ni na tere­nie daw­ne­go woje­wódz­twa wro­cław­skie­go zosta­ły dzi­siaj 4. Byłem kie­row­ni­kiem gorzel­ni w Zarzy­sku koło Ole­śni­cy przez 12 lat. Ta gorzel­nia była wów­czas pod­łą­czo­na pod Pań­stwo­we Gospo­dar­stwo Rol­ne, a wła­ści­wie pod kom­bi­nat rolno-spożywczy.

J.N.: Jakie były pro­ble­my przy pro­duk­cji surówki?

J.K.: Pierw­szy pro­blem był taki ze nie otrzy­my­wa­li­śmy pra­wi­dło­wej ilo­ści surów­ki z tej przy­go­to­wa­nej masy zacie­ru. Moż­na się zapy­tać dlaczego?

Powo­dów mogło być wie­le. Albo droż­dże nie były dobre, albo nie­wła­ści­we bak­te­rie się dosta­ły, nawet z powie­trza, któ­re prze­rwa­ły pro­ces fer­men­ta­cji. Nie otrzy­my­wa­nie wystar­cza­ją­cej ilo­ści surów­ki z przy­go­to­wa­nej ilo­ści zacie­ru to był pod­sta­wo­wy pro­blem, któ­ry powsta­wał w produkcji.

J.N. Skąd przy­cho­dzi­ły drożdże.

J.K.: Z labo­ra­to­riów. Były dwa labo­ra­to­ria w Pol­sce. Jed­no labo­ra­to­rium w War­sza­wie, a dru­gie, dru­gie było.… no nie pamię­tam w tej chwi­li gdzie ono było.

J.N.: A więc wszyst­kie droż­dże, wszyst­kie skład­ni­ki potrzeb­ne do pro­duk­cji wód­ki  były wypro­du­ko­wa­ne w Polsce?

J.K.: Tak, wszyst­ko, co było potrzeb­ne do pro­duk­cji wód­ki na naj­wyż­szym pozio­mie świa­to­wym było wypro­du­ko­wa­ne w Pol­sce Tyl­ko bra­ko­wa­ło odpo­wied­nie­go mar­ke­tin­gu tej wód­ki poza Pol­ską. Dla­te­go nale­żą się duże sło­wa uzna­nia dla Pio­tra Miel­żyń­skie­go wła­ści­cie­la fir­my PMA (Peter Miel­żyń­ski Agen­cies) za wypro­mo­wa­nie wód­ki na ryn­ku kanadyjskim.

J.N.: Pre­zy­dent Bia­ło­ru­si Łuka­szen­ko w jed­nym ze swo­ich wypo­wie­dzi zale­cał żeby na koro­na­vi­rus jako śro­dek zapo­bie­gaw­czy, lecz­ni­czy sto­so­wać wód­kę, zale­cał 50 gra­mów dzien­nie. Zale­ca więc picie alko­ho­lu. Jak piję piwo LECH to mnie boli gło­wa, a jak piję piwo LEŻAJSK to mnie gło­wa nie boli. co mam zrobić?

J.K.: Pić wię­cej piwa LEŻAJSK.

        — Dzię­ku­ję za pora­dę jed­ne­mu z nie­licz­nych fachow­ców w bran­ży gorzel­nic­twa, któ­ra ma wie­lo­wie­ko­wą tra­dy­cję pro­duk­cji w Polsce.

Janusz Niem­czyk