W dzi­siej­szym świe­cie nie mamy już wie­dzy, żeby móc sta­no­wić o sobie samych,  nie­praw­daż? Wie­dzę taką mają leka­rze epi­de­mio­lo­dzy, któ­rzy mówią naszym poli­ty­kom, co mają robić; na przy­kład, czy zakła­dać masecz­ki, czy nie zakła­dać, zamy­kać zakła­dy pro­duk­cyj­ne, otwie­rać, co w nich pro­du­ko­wać i w jaki sposób.

W zasa­dzie nawet kwe­stie podat­ko­we są poza wszel­ką dys­ku­sją, bo par­tie z lewa i z pra­wa posta­wio­ne zosta­ły pod ścia­ną z napi­sem „dawaj i płać”.

Wyglą­da na to, że dotych­cza­so­wy sys­tem poli­tycz­ny ska­so­wał sam sie­bie, a pra­cu­ją­cy z domu posło­wie to zbęd­ny przeżytek.

Zresz­tą, czy demo­kra­cja kie­dy­kol­wiek mia­ła sens? Wszyst­kie dyk­ta­tu­ry z nią wygry­wa­ły pod wzglę­dem szyb­ko­ści podej­mo­wa­nia decy­zji i for­ma­tu sta­wia­nych wyzwań (und mor­gen die gan­ze Welt). Prze­cież jest to sys­tem kosz­tow­ny, mało wydaj­ny, do tego obar­czo­ny wie­lo­ma błę­da­mi, a rzą­dzą­ce eli­ty muszą się w nim teatral­nie gim­na­sty­ko­wać, aby uzy­ski­wać w nim popar­cie dla tego, co musi być zro­bio­ne. Czy nie było­by łatwiej uspra­wie­dli­wić wszyst­ko „nauko­wą koniecz­no­ścią”, wobec któ­rej wszel­ka opo­zy­cja to jedy­nie fake news? Niech nam żyje koniecz­ność epi­de­micz­na! Niech żyje!  Czym więc mogli­by­śmy się  jesz­cze róż­nić w świe­tle dyk­ta­tu pan­de­micz­ne­go? No, choć­by kolo­rem mase­czek!  Zrób­my sobie na ten temat referendum!

Tak więc w bar­dzo pro­sty spo­sób, eli­ty zosta­ły wypo­sa­żo­ne w nowy sys­tem rzą­dze­nia — sys­tem, o któ­rym marzy­ły od daw­na. Wresz­cie nie będą się musia­ły przej­mo­wać nami — nie­do­ro­bio­ną gawie­dzią z duży­mi pre­ten­sja­mi; wresz­cie wska­żą nam, gdzie nasze miej­sce, a my prze­stra­sze­ni truch­ci­kiem tam  pokłu­su­je­my. A jak będzie­my pod­ska­ki­wać to przyj­dzie dru­ga fala, a może trzecia…

Trze­ba się pod­po­rząd­ko­wać, trze­ba przy­zwy­cza­ić się do nowej nor­mal­no­ści!  Wszyst­kim wyj­dzie to na dobre! Nie będzie­my, jak daw­niej hasać po pla­ne­cie wte i we wte bez celu, nie będzie­my włó­czyć się po jakichś odle­głych zakąt­kach, nie będzie­my się nie­od­po­wie­dzial­nie gro­ma­dzić, by odpra­wiać pry­mi­tyw­ne gusła.

Gdy kapła­ni pan­de­mii zrów­na­ją nas pod wiru­so­wy sznu­rek, Zie­mia odży­je, kli­mat się schło­dzi, a pin­gwi­ny znów będą uśmiech­nię­te. A przy oka­zji ile pro­ble­mów spo­łecz­nych się poroz­wią­zu­je! Wszak mniej ludzi, to mniej pro­ble­mów, zwłasz­cza mniej ludzi star­szych, ułom­nych, tych wszyst­kich, któ­rzy i tak nada­wa­li się pod eutanazję.

Ach, o ileż pięk­niej­szy będzie ten świat post pan­de­micz­ny! Cze­kam nań z utę­sk­nie­niem, nasz pre­mier  dodał nam otu­chy i napeł­nił nadzie­ją, że jutrzen­ka jest bli­sko, mamy plan i nasza pro­win­cja będzie się „otwie­rać” — w trzech nauko­wo uza­sad­nio­nych eta­pach; naj­pierw „tro­chę”, potem „bar­dziej”, a na koń­cu „jesz­cze bar­dziej”, ale dokład­nie nie wia­do­mo kie­dy i jak, no i do koń­ca nie wia­do­mo czy rze­czy­wi­ście, bo „wirus nie­prze­wi­dy­wal­ny jest”.  Kur­cze, mam wra­że­nie, że ja to wszyst­ko już kie­dyś przerabiałem…

Andrzej Kumor