Czekamy, niecierpliwimy się, zima wydaje się nie kończyć, potem cieszymy się bardzo pierwszymi dniami z plusową temperaturą. A potem ani się obejrzymy, jak tulipany i narcyzy już przekwitły. Nie zdążyliśmy się nimi nacieszyć, uchwycić momentu zakwitania. Tak było i w tym roku. Mam taką samosiejkę przed oknem. Wygląda na dziką wiśnię. Jest krępa, rozrośnięta, powiedziałabym siadła. Korę ma błyszczącą i intensywnie brązową. Rodzi małe bardzo kwaśne wisieńki z dużymi pestkami. Jak się człowiek uprze to może z tego zrobić sok. Kilka lat temu zrobiłam, aż mnie nie nastraszyli, że w takim syropie to sam niezdrowy, ba! zabójczy, cukier. To przestałam. Można te wisieńki zamrozić. A kompot w zimie z nich wychodzi iście wiśniowy. Nie wiem jak i kiedy się ta samosiejka wysadziła. Ale musiało to być przynajmniej kilka lat nieuwagi ogrodnika, aż nagle pojawił się przy płocie pięknie kwitnący na wiosnę krzaczek. Zostawiliśmy, a niech sobie rośnie. Nie było wiadomo co to jest. Dzieci pytały co to za drzewko, i czy można jeść owoce? Nie wiemy. Ale sami spróbowaliśmy. Skoro przeżyliśmy bez żadnych ubocznych objawów w postaci bólu brzucha, biegunki czy halucynacji, doszliśmy do wniosku, że jeść można. Choć trudno, bo owoce są naprawdę bardzo kwaśne i cierpkie zarazem. Naszym kanadyjskim dzieciom wychowanym na słodkich czereśniach i na dorodnych lekko kwaśnych wiśniach, takie samosiejskie wiśnie bardzo, ale to bardzo wykrzywiały twarze. A samosiejka i tak nic sobie z tego nie robiła, tylko rosła i robiła się gęsta w sobie. Co roku jakieś ptaki wiły sobie w jej gęstej koronie gniazda. A to drozd, a to robin, a to kardynał. O tym, że zalęgły się kardynały dowiedziałam się, jak mi rozentuzjazmowane dzieci opowiadały jak to pan kardynał karmił panią kardynał nasionami moich olbrzymich słoneczników wysianych do pojemniczków. A było tych pojemniczków prawie 50. W poprzednim roku udało mi się wyhodować gigantyczne słoneczniki, więc chciałam powtórzyć. Ale mi się nie udało, bo para kardynałów wyjadła mi prawie wszystkie kiełkujące już słoneczniki. Potem dzieci pokazały mi obrazki kardynałów gdzie pan kardynał karmi swoją narzeczoną ziarnkami prosto do dziobka. Taki rodzaj tańca zalotnego. Od tego czasu mam mnóstwo kardynałów w ogrodzie. Łatwo je dostrzec, bo są bardzo (szczególnie panowie) kardynałowe. Co prawda nie należą do śpiewaków, ale ich pisklęta jak wylatują z gniazda, wydają charakterystyczny gwizd, więc słyszę, że jest ich – to tu, to tam – sporo. Z wysadzania olbrzymich słoneczników zrezygnowałam. Poniosłam klęskę. Przecież nie będę walczyć z kardynałami w ich tańcu zalotnym. W tym roku, ani się obejrzałam, a moja pięknie kwitnąca samosiejka przekwitła. Ale ponieważ jest tuż przed moim oknem przy którym piszę książki, to zdążyłam uchwycić jej pierwsze dni rozkwitu. A potem jakoś tak zrobiło się busy, że zobaczyłam, jak już kwiaty opadły, a liście jeszcze się nie pojawiły. Jak mogłam to przeoczyć?  I nic covid na tempo życia nie pomógł. Wcale go nie zwolnił. Czas mknie do przodu jak zwariowany, nie zważa na żadne covidy. Dobrze, że są pewne rzeczy, które nie ulegają zmianie nawet w czasie zarazy, takie jak pędzące czasy, czy drzewko samosiejka – nawet jak za szybko przekwita. Niepomne na rewolucję cowidową, biegną swoim własnym rytmem. Uczmy się od nie zwalniając swojego kroku.

MichalinkaToronto@gmail.com Toronto, 14 maja, 2021




Poniżej kontynuacja tekstu