31 stycznia – ale dopiero wieczorem – świat mógł odetchnąć z ulgą, bo wreszcie zakończyły się wybory przewodniczącej koalicyjnej partii Polska 2050, w których kandydowały dwie damy: madame Pełczyńska-Nałęcz i madame Hening-Kloska. Jak się okazało, 40-ma głosami wygrała madame Pełczyńska-Nałęcz, pozostawiając madame Hening-Kloskę w nieutulonym żalu, który jednak przegrana madame starannie ukryła, deklarując niezłomną wolę podążania pod przewodnictwem swojej rywalki ku świetlanej przyszłości. Na początek jednak trzeba będzie “odbudować zaufanie” wyborców, potężnie nadszarpnięte wskutek różnych zagadkowych przyczyn. Klub Parlamentarny Polska 2050 liczy bodajże 32 członków – ale obecne notowania tej partii szorują po dnie i kształtują się na poziomie niecałego półtora procentu poparcia. Gdyby tedy wybory odbyły się teraz, to ani jeden z działaczy (“iluż wielkich działaczów wyjrzało z rozporka? – zastanawiał się poeta), z Wielce Czcigodnym Hołownią Szymonem na czele, do Sejmu by nie wszedł, nie mówiąc już nawet o posadzie wicemarszałka, czy wicepremiera. Bo madame Pełczyńska-Nałęcz najwyraźniej ma chrapkę na posadę wicepremiera w vaginecie obywatela Tuska Donalda. Obywatel Tusk Donald dotychczas bronił się  przed powierzeniem tej posady pani Pełczyńskiej-Nałęcz rękami i nogami, zasłaniając się między innymi niejasną sytuacją w kierownictwie tej koalicyjnej partii.Teraz jednak, gdy sytuacja się wyjaśniła, tego pretekstu już nie będzie mógł użyć, więc jakąś decyzję będzie musiał podjąć. Czy jednak na pewno? Na pewno, to wszyscy umrzemy, podczas gdy obywatel Tusk Donald  nadal będzie mógł odpowiadać na molestowania ze strony pani Pełczyńskiej-Nałęcz wymijająco, choćby z tego względu, że nie może mu ona nic zrobić.

Jak wiadomo, w polityce trzeba mieć z góry przygotowane odpowiedzi co najmniej  na dwa pytania: po pierwsze – co mi dasz, jak ci to zrobię i po drugie – co mi zrobisz, jak ci tego nie dam.  Więc na pytanie: co pani Pełczyńska-Nałęcz może zrobić obywatelu Tusku Donaldu, jeśli nie da on jej stanowiska wicepremiera w swoim vaginecie, odpowiedź brzmi – prawdopodobnie nic. Teoretycznie bowiem mogłaby ona, jako przewodnicząca Polski 2050 podjąć decyzję o opuszczeniu koalicji 13 grudnia. Wtedy vaginet obywatela Tuska Donalda utraciłby większość w Sejmie, a w tej sytuacji Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński, nawet z łoża boleści, na którym aktualnie spoczywa, cierpiąc na zapalenie płuc, mógłby nakazać PiS-owi złożenie wniosku o konstruktywne votum nieufności dla vaginetu obywatela Tuska Donalda, to znaczy – z jednoczesnym zgłoszeniem kandydata na premiera. Teoretycznie taki wniosek mógłby w Sejmie przejść – ale nie wiadomo, czy udałoby się, nawet w łonie PiS, wytypować kandydata na premiera.

Jak wiadomo, z jednej strony ambicje takie wykazuje Mateusz Morawiecki ze swoimi kolaboranty – ale z drugiej strony pomysł ten napotyka w samym PiS-ie silną opozycję ze strony tak zwanych “maślarzy”, na czele których stoją : Tobiasz Bocheński, Jacek Sasin, Patryk Jaki i Przemysław Czarnek – o którym też się mówi, że ma w swoim tornistrze buławę premierowską.  Z tego właśnie względu mogłyby pojawić się nieprzewidziane trudności, w następstwie których do złożenia konstruktywnego wniosku o votum nieufności wobec vaginetu obywatela Tuska Donalda mogłoby nie dojść. Ale nie jest to jedyny powód, dla którego obywatel Tusk Donald może uważać, iż pani Pełczyńska-Nałęcz nic mu nie może zrobić, jeśli nie da jej posady wicepremiera. Jeśli bowiem nawet ona sama postanowiłaby w porywie serca gorejącego zdecydować o opuszczeniu koalicji 13 grudnia, to wcale nie jest takie pewne, że posłowie z jej własnego klubu jej posłuchają. Teraz bowiem są posłami i jeszcze prawie przez dwa lata mogą całą paszczą używać życia i smarować gęby konfiturami władzy.

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

Tymczasem ewentualne wyjście z koalicji oznaczałoby ryzyko nawet przyspieszonych wyborów, a przy fatalnych notowaniach Polski 2050, oznaczałoby to wyautowanie się z kręgów władzy na własną prośbę. Wprawdzie nie ma takiej rzeczy, której nie można by zrobić dla Polski – ale wydaje mi się, że  większość posłów Polski 2050, a może nawet wszystkich innych, nie jest jeszcze na to gotowa. Może kiedyś, w lepszych czasach – ale teraz jeszcze nie. Skoro tedy my to wiemy, to obywatel Tusk Donald wie to jeszcze lepiej – a w tej sytuacji pani Pełczyńskiej-Nałęcz nie pozostanie nic innego, jak prowadzić Polskę 2050 ku świetlanej przyszłości – ale w ramach koalicji 13 grudnia. Czy z tego powodu nasz nieszczęśliwy kraj też odetchnie z ulgą, czy też pogrąży sie jeszcze bardziej w beznadziejności – trudno zgadnąć. Tym bardziej, że po stronie opozycji sytuacja też nie jest do końca jasna – kto czym dyszyt – jak mówią Rosjanie.

Oto 31 stycznia odbył się w Łochowie na Podlasiu Kongres Inicjatyw Narodowych, Gospodarczych i Samorządowych (KINGS) pod egidą Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna. Na Kongres przybyło około 700 uczestników, a więc mniej więcej tylu, ilu członków liczy cała Polska 2050, nawet jeśli połączyć ją z Polską 2051, której jeszcze nie ma. Judenrat “Gazety Wyborczej”, a także jego filie w postaci “OKO-Press” podniosły klangor, że w Łochowie urządzili sobie swój sabat “faszyści”, zmuszając właściciela obiektu do składania wyjaśnień. Nawiązał to tego w swoim przymówieniu inaugurującym Kongres Grzegorz Braun, przypominając, jak to prawie 100 lat temu, w roku 1926 Biuro Polityczne sowieckiej partii bolszewickiej postanowiło zwalczać patriotów polskich przy pomocy oskarżeń o “faszyzm”. Jak się okazuje, współczesna żydokomuna w Polsce po przewodnictwem pana red. Michnika, który stalinowskie przykazania wyssał z mlekiem matki i mleczem ojca, kontynuuje tę bolszewicką linię w najlepsze. Kontynuacja jest zatem większa, niż mogłoby się wydawać i kolejne pokolenie żydokomuny próbuje wdeptać w ziemię kolejne pokolenie polskich patriotów. Jednak poza przysłaniem funkcjonariuszy Propaganda Abteilung pod przewodnictwem zasłużonego w podobnych operacjach i znanego z żarliwego obiektywizmu pana Wojciecha Czuchnowskiego, żadnych przeszkód żydokomuna na razie nie stawiła. Najwyraźniej czeka na ruchy ze strony siepaczy obywatela Żurka Waldemara, by samego Grzegorza Brauna wtrącili do lochu, a Konfederację Korony Polskiej – zdelegalizowali.

W tej sytuacji jednym z ważniejszych paneli dyskusyjnych był panel poświęcony sądownictwu – co z nim zrobić – w którym wziąłem udział.
Zaproponowałem tam, by usunąć patologię z sądownictwa dzięki wprowadzeniu weryfikacji niezawisłych sędziów co 5 lat – podczas każdorazowych wyborów prezydenckich. Jeśli sędziowie już nie mogą wytrzymać, by sami się wybierali, sami rekomendowali, sami się oceniali i sami się rządzili – to proszę bardzo – ale każdy z nich co 5 lat musiałby poddać się weryfikacji przez obywateli, którzy przecież muszą ich utrzymywać. Taki  sędzia musiałby dostarczyć o sobie przynajmniej dwie informacje: jak długo trwały u niego sprawy od otwarcia przewodu sądowego do wyrokowania oraz – ile wyroków uchylono mu w drugiej instancji. I jeśli nie uzyskałby w głosowaniu w swoim okręgu sądowym przynajmniej bezwzględnej większości głosów obywateli głosujących – wylatywałby z sądownictwa bez żadnego odwołania. Bat na sędziów nie powinien być bowiem włożony w ręce rządu – bo to też patologia, podobna do tej, kiedy sędziowie nie mają nad sobą nikogo i robią co chcą, a państwo musi im płacić. Wskazałem też na jeszcze jedną konieczność – na konieczność usunięcia bezpieczniackiej agentury ze środowiska sędziowskiego, bo jej istnienie jest nie do pogodzenia z oczekiwaniem bezstronności.

Tymczasem istnieją poważne poszlaki wskazujące na obecność prawdopodobnie licznej agentury Wojskowych Służb Informacyjnych i Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego  w środowisku sędziowskim. Być może na kolejnym spotkaniu pana prezydenta z szefami służb mogłaby zapaść decyzja, by służby sędziów-konfidentów trwale wyrejestrowały – bo na dobrowolną lustrację – jak już wiemy – ze strony sędziów liczyć nie można.

  Stanisław Michalkiewicz