Pierwszą ofiarą wojny jest prawda. W wersji dla grzecznych dzieci wygląda to tak, że Stany Zjednoczone musiały zareagować uderzeniami wyprzedzającymi, ponieważ – jak to powiedział Marco Rubio „Izrael, planował uderzenie na Iran, a wówczas Iran uderzyłby odwetowo w amerykańskie bazy w regionie i liczba ofiar byłaby znacznie wyższa”. Wiem, że to jest słabe uzasadnienie i jakoś nie trzyma się kupy, ale jakieś jest. To jednocześnie dowód na to, kto ma rzeczywistą moc sprawczą, oraz jaki ogon kręci psem.
W wersji dla mniej grzecznych jest bowiem jasne, że premier Izraela wymógł na Trumpie uruchomienie machiny militarnej, mimo że wciąż trwały negocjacje.
Netanjahu, który od 30 lat ostrzega, że Iran jest „o krok” od wyprodukowania bomby powiedział tym razem w wywiadzie dla Fox, że Iran był o krok od wybudowania bardzo potężnych bunkrów, w których przez nikogo nie niepokojony mógłby budować broń jądrową oraz rakiety, a więc był to ostatni moment, by uderzyć. Czas na pewno Izraelowi przecieka przez palce, bo pies, a raczej dojna krowa, gwałtownie słabnie i możliwe, że są to ostatnie chwile żeby mogła jako tako wierzgnąć.
Trudno oceniać, czy uderzenia były tak skuteczne jak zaplanowano, jasne jest, że irański odwet działa i to dosyć efektywnie. Iran od pokoleń przygotowywał się na tę ewentualność. Ponoć ma zdecentralizowane dowodzenie po to, by móc walczyć po dekapitacji. Dawniej uderzenia w przywództwo należały do wojennego no-go, dzisiaj Amerykanie i Izrael uznają je za centralny punkt wojowania. Zamordowany w Teheranie ajatollah Chamenei ochoczo dał się zmartyrnizować. Zresztą dla zdeklarowanych szyitów ten rodzaj odejścia z tego padołu – a Chamenei miał swoje lata i był chory na raka prostaty – należy do najbardziej upragnionych. Napastnicy liczyli – sądząc po niedawnych zamieszkach – że będzie to sygnał, by ludność rzuciła się na władzę. Najwyraźniej się przeliczyli.
Iran to silne państwo o światowych powiązaniach i jego sojusznicy, choć z pewnością sami do walki nie wejdą, traktują wojnę jako proxy-starcie z USA.
Na tym froncie zarówno Amerykanie jak i Żydzi rzucą do walki o wiele więcej niż na Ukrainie, a zatem jest to dobra okazja to poznania zalet i wad ich uzbrojenia i taktyki. Chiny patrzą z łagodnym uśmiechem i dzielą się informacjami z Irańczykami, a chińskie satelity naprowadzają irańskie rakiety.
Trump zgodził się na akcję militarną sądząc, że uda się szybko osiągnąć cele. Wcześniej podczas kampanii wyborczej sam tłumaczył, że wojna z Iranem wydrenuje amerykańskie aktywa, a on „nie jest tym prezydentem, który rozpocznie III wojnę światową”.
Obecne starcie jest dla USA największym „sprawdzam” przy geopolitycznym, pokerowym stoliku. Karty idą na stół. Zobaczymy ile są warte.
Na razie okazało się, że amerykańska pomoc w obronie przeciwrakietowej i przeciwlotniczej skoncentrowała się na Izraelu, a kraje Zatoki Perskiej obsługiwane są marginesowo. Katar za 11 mld dol. kupił sobie system Patriot a dzisiaj USA nie mogą dostarczyć do niego rakiet, bo są potrzebne gdzie indziej.
Tymczasem ataki odwetowe Iranu eskalują. Iran zamknął też Cieśninę Ormuz, atakuje też cele w Emiratach. Paradoksalnie ataki te leżą w długofalowym interesie Izraela, który nie chce mieć żadnego konkurencyjnego ośrodka finansowo-inwestycyjnego, na który ZEA zaczęły w regionie wyrastać. Ponoć trwają obecnie rozmowy z irackimi Kurdami w sprawie operacji w Iranie, nie wiadomo czy dadzą się nabrać, bo USA już raz wystawiły ich do wiatru obiecując państwowość po kampanii przeciwko państwu islamskiemu.
Wszystko to syjoniści planowali od lat. Wielki Izrael jest w budowie. Czy projekt zostanie zrealizowany zależy jednak od Pekinu – na ile Państwo Środka zaangażuje się w pomoc dla Iranu – to ukształtuje naszą najbliższą przyszłość.
Andrzej Kumor
.jpg)

































































