Troszcząca się w pszczyńskim szpitalu o zdrowie pszczyńskiej populacji kobiet (dam, panien, dziewcząt, dziewczynek) para lekarzy, postanowiła, zdaje się, stetoskopy i fartuchy rzucić precz.

        Pewnie za przyczyną tego ich ponadprzeciętnego zatroskania, z jakiego ponoć słynie szpital w Pszczynie. Zuchy prawdziwe: tak uczynili, jak postanowili. Mało tego. Wspomniana para, powodowana tyleż troską co niecierpliwością, pozbyła się najwyraźniej również reszty odzienia, tym samym okazując światu swoje walory.

        Nie wiem, czy obfite, to nieistotne, w każdym razie jakości niestety wątpliwej. Kolokwialnie rzecz ujmując: dali ciała, decydując czekać na śmierć dziecka w łonie matki, zamiast zareagować jak należy na pogarszający się błyskawicznie stan zdrowia kobiety. W rezultacie tych zaniechań, młoda kobieta zmarła, choć umrzeć nie musiała, a kurz wzbudzony w Pszczynie uniósł się i wzbił wysoko. Gdzie teraz trwa, niczym smog. Czy tam inny zły duch. Nie dziwota zatem, iż tak zwani politycy zwęszyli okazję. Łupy zwęszyli. W podobnych okolicznościach tak zwani politycy szybko łączą kropki. Korzystają, wzniecając ogień. Mało tego. Kto może, usiłuje na tej tragedii dopchać się bezpośrednio do ogniska, by “własne ideowe półgęski uwędzić”. Czy jakoś podobnie. Przy czym kto spóźniony więc dopchnąć się bliżej płomienia nie może, napiera tym bardziej.

        Ale politycy, tak zwani politycy, to jedno, zaś efekty ich działań to zupełnie inna kwestia. Weźmy kobiety, zalęknione śmiertelnie, bo jakiś lekarz nieborak w Pszczynie pośladki obnażył, obowiązków nie dopełniając. Zamiast z całych sił w obnażone kopnąć, obcasem pokaleczyć, zamiast ślepia wydrapać winowajcy, nowoczesne kobiety wyszły na ulice, a tam dawaj warczeć postępowo. Dawaj szczekać. Dawaj kąsać. Słyszałem, że niektórzy chłopcy kobiety tej proweniencji podobno wykorzystują masowo, ale nigdy się z nimi nie wiążą.

        No dobrze, a na kogóż to warczą nowocześnie, na kogo jakże postępowo szczekają, kogo kąsać usiłują? Bo na właściwe drzewo na pewno nie. Kto ich jakże słusznym gniewem kieruje? Kto barykady sprzeciwu wznosi, protesty wzmaga i zamieszanie popiera? Politycy. To jest, tak zwani politycy.

W INTERESIE KOBIET

        Dajmy na to Nowacka Barbara, posłanka Koalicji Obywatelskiej, pamiętne rozstrzygnięcie Trybunału Konstytucyjnego nazwała expressis verbis wyrokiem na kobiety: “To przebierańcy i politycy wydali wyrok na kobiety” – powiedziała. Zabrakło “przebierańców w togach”. Pojawią się przy innej okazji, bez obaw. Pojawiła się już “przerażająca atmosfera” na oddziałach patologii ciąży, przekształconych jakoby w “sale tortur”. Pojawił się też, a jakże: “Bezmiar okrucieństwa powodowany ustawą”. Ustawą, uznaną za: “Drut przeciwko Polkom rozciągnięty wokół całej Polski przez fanatyków”. Rzecz jasna, drut kolczasty. Czy tam ostrzowy. Koncertowo rozciągnięty, concertiną zwany. I rzecz jasna, paplając wszystko powyższe, Nowacka Barbara: “Staje po stronie kobiet”. Wyjąwszy oczywiście kobietę Kaję Godek, która: “Szerzy nienawiść do feministek”. Zapewne więc z tego powodu pani kobieta Nowacka nawołuje: “Niech pani Godek zajmie się swoim życiem i swoim sumieniem, i odczepi się od Polek”.

        Przy tym wszystkim, Nowacka Barbara wierzy: “W ludzkie odruchy ludzi z PiS-u”. Wierząc zaś, staje również: “Po stronie praw człowieka i praw do wyboru”. Tak, że ten, tego. Podsumowując: “Bardzo smutne, co się wydarzyło z Polską tylko dlatego, że Kaczyński chciał się przypodobać grupie fanatyków i kazał Przyłębskiej wydać wyrok na kobiety”.

        Proszę? Że nie istnieją ludzie aż tak durni? Ależ istnieją, istnieją. Z tym koniecznym dopowiedzeniem, że u pani Nowackiej to żadna głupota. U niej to wyrachowanie. Nowacka, uważam, jest kobietą złej woli. Oszustką intelektualną. Nawet jeśli – co też należy przyznać – z oczu dobrze jej patrzy. Ewidentnie stara się, by tak właśnie patrzeć, a dla tak zwanego polityka to dziś umiejętność trudna do opanowania, choć niezbędna. Doprawdy kręcić trzeba umieć tak, żeby wyszło na “niekręcenie”.

W STRONĘ ŚWIATŁA

        A propos kręcenia. Nawiązując do wypadku w Pszczynie, Pan Powracający postanowił, że: “Dzieje się w ostatnich latach, miesiącach, rzecz bardzo niebezpieczna. Rządzącym ideologia myli się z ludźmi. Prawo wprowadzone przez tak naprawdę przez religijną sektę pani Kai Godek, sektę, która opanowuje polski Kościół i niestety także obóz władzy…” – i tak dalej, i tak dalej. Byli “fanatyczni ideologowie”, była tychże ideologów: “Presja powodująca ludzką śmierć”. Znalazło się “nieludzkie prawo” (aborcji zapewne bardzo ludzka jest), znalazło się: “Nieludzkie, bardzo ideologiczne podejście do kwestii ciąży, matki, płodu”.

        Nie ma Pan Powracający wątpliwości, kto odpowiada za śmierć śp. pani Izy, a jednocześnie rozgrzesza lekarzy. Coś nieprawdopodobnego. To nie lekarze są winni, to władza i prawo. Proszę posłuchać: “Tak naprawdę to prokurator, a nie lekarz prowadzi ciążę. Lekarz, który chce ratować życie kobiety, musi zastanawiać się, czy nie pójdzie siedzieć. Czy go pan Ziobro nie wsadzi do więzienia za to, że ratuje zagrożone życie kobiety. W przypadku pani Izy ta sprawa jest ewidentna”.                 Coś nieprawdopodobnego, powtórzę.

        Czemu Pan Powracający “idzie na rympał”? Na bezczelnego? Bo że idzie, to jasne. Otóż czyni tak, ponieważ wie, że na ten spacer może już sobie pozwolić. Albowiem wszystko co widać – i co donoszą mu jego specjaliści od tresury społecznej – wszystko mówi mu, że odbiorców przekazu daje się już traktować niczym zniewolonych mentalnie idiotów. Zatem dokładnie tak ich traktuje. “Jeśli będzie was tam dużo”, podkreślił Pan Powracający, wtedy: “To daje taką nadzieję, że z tego mroku, jaki rozpostarł się nad Polską, i którego autorzy są powszechnie znani, wyjdziemy w stronę światła”.

        Nie ma to, tamto: aż mnie po grzebiecie ciarki przeszły. Zaiste, idźcie w stronę światła, skoro pragniecie, ale nigdy już do Polski nie wracajcie.

MARSZ, MARSZ, MARSZ

        Kto trzyma na smyczy słowa Pana Powracającego, domyślamy się. Więcej niż domyślamy, wiemy to. Zatem do ustalenia pozostaje, dlaczego na to pozwalamy. I wystarczy na ten temat, boć nasz przyszły los wykuwa się gdzie indziej, niż nam to wskazują persony nowackopodobne. Dość szczegółów innymi słowy, przejdźmy do ogółu. Jedenasty listopada zobowiązuje.

        A zaczniemy od wskazania, iż każdy naród ma takie elity, jakich ludzi dopuszcza do reprezentowania siebie. Nie mówię tu o działaniu, co należy rozumieć jako czynny udział w procesie wyborczym, tylko o świadomych zaniechaniach w obszarze wartości. Oto prawdziwe źródło narodowej degeneracji i stąd bierze się zobojętnienie członków tego czy innego narodu w sytuacjach dla danego narodu krytycznych. Jak to ujmował śp. Roger Scruton: “Ilekroć zezwalasz, by przestępstwo nie zostało właściwie ukarane, stajesz po stronie zła”.

        Gromadząc się pod wskazanym sztandarem, weźmy do rąk odgłos, wydany z trzewi Hanny Gill-Piątek (ostrożnie proszę brać!), wiceprzewodniczącej partii “Polska 2050”. Partii zmierzającej po władzę krokiem marszowym. Pod wodzą Szymona Hołowni. Zdaniem posłanki, Marsz Niepodległości: “To jest wyrażana na ulicach Warszawy nienawiść”. Powyższe wydaje się być stanowiskiem wspólnym zarówno dla ugrupowania Hołowni, jak i ugrupowań znajdujących swe miejsca po stronie reprezentowanej przez panią posłankę, a także po stronach zbliżonych do Pana Powracającego. Tak, Marsz Niepodległości jest wyrazem nienawiści. Do wrogów polskości. Ten wymiar nienawiści niczego nie ujmuje cnocie przyzwoitości.

        A przecież w tych okolicznościach tak zwanej przyrody, Polacy maszerują w nieznaną przyszłość jak po ostrzu noża. Do tego bez powszechnej świadomości, kto i dlaczego nimi gra i o co. Po mojemu, taki marsz nie może skończyć się w fotelu przed kominkiem, w towarzystwie strzelających sosnowych polan. Czy tam z ogrzewającą zziębnięte dłonie szklanką herbatą lipowej z cytryną.

CYKLON ZMIAN

        Zbigniew Herbert przestrzegał: “Gdy gnębiona jest podmiotowość 40-milionowego narodu, a naród ów nie zbuntuje się, to oznacza, że niegodny jest żyć wolnym i czekają go straszliwe konsekwencje”. Pewnie tak właśnie jest. A co, jeśli naród nie wie, że jest gnębiony? Że od dekad, od pokoleń, wciąż okrada się go, oszukuje, frymarczy wartościami fundamentalnymi dla narodowej tożsamości? Gdy wartości te obala się i opluwa, w finale redefiniując po swojemu? Co wtedy dzieje się z takim narodem?

        Tak czy owak, dosłownie na naszych oczach sprawdza się wieszczenie poety. Można rzec: straszliwe konsekwencje są już z nami. Więcej, boć wiatr zmian zdaje się przekształcać w cyklon, a ten wygląda na przerażająco silny. W dostatecznym stopniu silny i porywczy, by Polaków wyrywać z korzeniami – gdziekolwiek korzenie Polacy byliby zapuścili. Czy tam porywczy na tyle, by korzenie powyrywać z Polaków. Może już je powyrywał?  Życie bez korzeni jest oczywiście możliwe, lecz jest również nadzwyczajnie skomplikowane. Każdy ma prawo wiedzieć kim jest, na czyich ramionach stoi, jakie traumy odziedziczył i po kim. Każdy powinien móc wskazać “ojców swego ojca”. W przeciwnym razie skąd mielibyśmy wiedzieć co czynić, by ogon przywar, którym przodkowie nas obciążyli, odrąbać w odpowiednim miejscu?

        “Gęsi przydaliby się” – mawiał jeden z mych dziadków wujecznych, nim go banderowcy w kieracie nie przemielili na krwawy ochłap. O, tak, w kontekście jakichkolwiek zagrożeń, stadko gęsi warto uznać za równie cudowny przyrząd, co wydawane przezeń gęganie ostrzegawcze. Jak pamiętamy, swego czasu prozaiczne gęganie okazało się skutecznym środkiem w konfrontacji Rzymian z bandą Galów, łupiących stolicę Cesarstwa, a usiłujących wedrzeć się na Kapitol.

        Jaka szkoda, że gęsi podobnych do mnie nikt na koszt państwa nie weźmie i karmić nie będzie.

DŁONIE RZYMU

        Zresztą pal sześć karmę. Mało tego, nikt przystrojonych należycie, mnie i gęsi, w lektykach nie usadzi, w procesji nie poniesie. Choć tamte gęsi, proszę sobie wyobrazić, noszono. Proszę posłuchać, to naprawdę historia fascynująca. Zwłaszcza gdy uwzględnimy zaskakującą puentę.

        Otóż w 390 roku przed Chrystusem, podczas oblężenia Rzymu, strażą cytadeli kapitolińskiej dowodził niejaki Marcus Manliusz. Tymczasem Rzym plądrowały hordy barbarzyńców. Jak pisze Tytus Liwiusz (“Dzieje Rzymu od założenia miasta”), ów Manliusz jako pierwszy usłyszał gęganie i trzepot skrzydeł gęsi, dobiegające od strony obwarowań. Usłyszał, zrozumiał i poradził sobie znakomicie. Pod jego przewodem Galów pogoniono z Rzymu precz, a po dwóch zaledwie latach kapitan rzymskiej cytadeli i obrońca Rzymu, uhonorowany przydomkiem “Capitolinus”, pełnił już urząd Konsula Republiki Rzymskiej. Wspomniany Liwiusz określił go mianem pierwszego “populara” w dziejach Rzymu.

        A oto puenta: cztery lata później pierwszego populara zrzucono ze Skały Tarpejskiej (to według Liwiusza), bo tak Rzymianie karali winnych krzywoprzysięstwa, cudzołóstwa i zdrady stanu, bądź uwięziono, a następnie ścięto (to inne świadectwa). I już. I tym sposobem, niemal dwa i pół tysiąca lat temu, odszedł z ziemskiego łez padołu wielki obrońca Rzymu, dłońmi Rzymian zamordowany, Marcus Manlius Capitolinus, gdzie oby, prawda, wśród bogów swych pozostając, żył wiecznie.

        …A za tydzień dalszy rozważań o stanie państwa – naszego państwa, nie Imperium Romanum. Już za tydzień albowiem będziemy wiedzieć więcej.

Krzysztof Ligęza

Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl