Znam „Ścianę Wschodnią” jako nowoczesny pasaż mieszkaniowo-handlowy przy ulicy Marszałkowskiej, zbudowany w latach 1962–1969 według projektu Zbigniewa Karpińskiego i Jana Klewina. Potem rozpoczęto projekt – niejako – bliźniaczej „Ściany Zachodniej”, która nie doczekała się realizacji.
Odkrywam jednak, że pojęcie „Ściana Zachodnia” używane jest także w odniesieniu do województw w obszarze Ziem Odzyskanych. Okazuje się, że z jakiegoś powodu wiele z tych terenów nie nadąża gospodarczo za resztą Polski. W „Dzienniku Gazeta Prawna” można odnaleźć dość stary już artykuł „Ściana zachodnia, czyli Polska C: rośnie dystans do średniej krajowej”. Mowa tu o województwach zachodniopomorskim, lubuskim, opolskim oraz warmińskim, które odstają gospodarczo od reszty Polski.
Ciekawe, że jako jeden z hamulców rozwojowych wymieniano m.in. niedostateczne inwestycje w poprawę żeglowności na Odrze, którą to koncepcję równocześnie ubija się w ramach unijnych (czytaj niemieckich) zaleceń o ochronie środowiska. Ciekawe też, że w tej – zdawałoby się polskiej debacie – aktywnie uczestniczą niemieckie instytucje środowiskowe!
Pan Robert Bąkiewicz, który z racji zaangażowania w Ruch Obrony Granic, często przebywał na tych terenach, niejednokrotnie wspominał, że wpływy niemieckie są tu wyraźnie widoczne, łącznie z sympatią niektórych polskich lokalnych władz samorządowych.
I ponownie, Robert Bąkiewicz poinformował, że muzeum w Kostrzyniu uczciło 314 rocznicę urodzin Fryderyka II, króla pruskiego i pomysłodawcy rozbiorów Polski.
Z kolei, przed Muzeum Narodowym w Gdańsku stoi pomnik ku czci Willego Drosta, członka NSDAP. Jego imieniem nazwano również gdański tramwaj. Okazuje się, że dziś jeździ tam jeszcze kilka innymi tramwajów, których patroni, jak Erich Volmar byli w partii Hitlera od początku lat 30-tych.
Jest jeszcze Marek Tylikowski. Według Bytomskiego Portalu Informacyjnego, to działacz Koalicji Obywatelskiej i przewodniczący Mniejszości Niemieckiej w Bytomiu. Pan Marek musi dobrze wykonywać swoją misję, skoro w zeszłym roku spotkał się w Berlinie z samym kanclerzem, Friedrichem Mertzem. Nosił wtedy na sobie szalik z napisem „Beuthen O-S” (niemiecka nazwa Bytomia i skrót od „Oberschlesien” – Górny Śląsk).
Dla porządku, odnotujmy też RAŚ, z panem Kohutem na czele i mamy fragment obrazu jak Polska jest rozgrywana na „niemieckim froncie”.
***
Nasz syn sprawił sobie nowe koła do roweru. Te stare nie są wcale takie stare, poza tym pasują do Bianchi w Katowicach i jeszcze są ze dwie klasy lepsze od tych, aktualnie zamontowanych na rowerze. Lecą Fedexem. Największy problem to Urząd Celny, bo nie wiadomo, na ile zostaną oclone? W końcu wychodzimy na niecałe 300 złotych, co nie jest źle dla kółek ważących 800 g mniej niż obecne. To może wydać się śmiesznie mało, ale to prawie 10% wagi roweru. Nasz Bianchi waży obecnie ok. 8.5 kg.
Koło tylne zawiera interfejs dla przerzutki i ten został zmieniony ze SRAM na Shimano. Niesiemy rower i koła do okolicznego warsztatu. Okazuje się, że wymiana kół pójdzie gładko. To znaczy, że tak Patryk, jak i „The 11” – sklep rowerowy w Toronto wykonali super robotę.
Jest jeszcze sprawa przechowania roweru. Poprzednio, wyjeżdżając z Polski, zostawiłem go w sklepie w Rybniku. Teraz decyduję się na pozostawienie go w domu. Kupuję specjalny wieszak marki „Hiplock”, z zamkiem na klucz. Cena jest też specjalna, bo 700 złotych. Cztery kołki rozporowe o średnicy 12 mm zostają wkręcone w ścianę. Na pomoc przychodzi Pan Jasiu. Musi przynieść specjalną wiertarkę profesjonalną z silnikiem o zwiększonej mocy. W zwykłej wiertarce silnik spaliłby się w kilka minut. Inną zaletą wieszaka jest to, że rower wisi pod sufitem i nie zabiera cennego miejsca na podłodze.
***
Szykują się nam kolejne przenosiny, tym razem do słonecznej Hiszpanii. Po raz pierwszy zobaczymy jak ta słoneczność wygląda na początku lutego. Konsultacje z tamtejszymi znajomymi nie są zachęcające – bywa sztormowo, ale kupujemy bilety.
Zanim jednak dojedziemy na lotnisko, stajemy przed faktem, że powinniśmy przetransportować do miejsca docelowego trochę więcej niż to co się mieści w jednej walizce i w kuferkach podręcznych. W sukurs przychodzi nieoceniony Pan Robercik z Salou, i poleca nam InPost. Powoli dochodzi do nas, że paczkomat, który jest za ścianą Społem, sto metrów od nas, obsługuje także przesyłki tejże firmy.
System oferuje możliwość posłania paczek do kilku krajów europejskich w tym do Hiszpanii. Cenowo i odnośnie szybkości dostarczania przesyłek InPost jest bezkonkurencyjny. Sprawdzamy i w naszym Salou jest kilka miejsc, gdzie możemy paczkę odebrać. No i pakujemy pudła. Jedno wysyłamy kilka dni przed wyjazdem, a drugie wyjeżdżając na lotnisko. Już w Hiszpanii dowiemy się, że InPost został kupiony przez FedEx. Kolejna gwiazda na firmamencie polskiego biznesu zgasła.
***
Jeszcze w przeddzień wyjazdu rejestruję się u Wizzair a aby uzyskać karty pokładowe. Okazuje się to być arcytrudnym zadaniem. Pewne selekcje na ekranie po prostu nie reagują na dotyk gładzika Appla. Muszę dopiero użyć telefonu, aby przejść przez odprawę. Problemem jest mój starzejący się, choć w dalszym ciągu sprawny komputer. Mój Mac pracuje z systemem Monterey ale firma wypuściła już kilka nowszych systemów operacyjnych jak Sequoia czy Tahoe, których nie jestem w stanie zainstalować. Podobno mikroprocesor w moim komputerze jest za stary.
Aplikacje on-line, jak te Wizzair’a są widocznie zaprojektowane dla nowszych systemów operacyjnych niż ten na moim komputerze.
Wychodzi na to, że będę musiał wpłacić do „Applowej” kiesy kilka tysięcy za nowego Maca, o ile będę chciał dalej używać ich komputera. I o to chodzi.
Ponoć rzeczywistość jest jednak trochę bardziej przychylna. Jacyś życzliwi ludzie opracowali oprogramowanie, które pokonuje pułapki zastawione przez techników wielkiej firmy. Pozwalać ma ono zainstalować nowsze wersje system operacyjnego na komputerze jak mój. Piszę w trybie przypuszczającym, bo taka aktualizacja to spore przedsięwzięcie i wolę jej spróbować po powrocie do domu.
To jednak nie koniec kłopotów. Wizzair informuje, że samolot jest przepełniony i zachęca, abym za stówę zgodził się polecieć w inny dzień. Nie zgadzam się, to oczywiste, ale już wiadomo, że jutro mogą być kłopoty przy rejestracji. Intuicja podpowiada, że trzeba być na lotnisku jak najwcześniej, aby uniknąć najbardziej pospolitej – w takiej sytuacji – pułapki, czyli bycia spóźnionym na odprawę.
Przyjeżdżamy do Pyrzowic ponad dwie godziny przed czasem, ale już od wejścia na terminal widać problem. Olbrzymia kolejka do rejestracji. Każda osoba z nartami w pokrowcu i sporym bagażem. Cała wycieczka. Jadą na wakacje do Andory. Przyszliśmy na czas, ale jesteśmy i tak w ogonie. Ale to nie koniec. Co chwilę pojawia się jakiś kolejny pasażer, też z nartami i z plecakiem albo wielką walizą no i oczywiście wykazując się instynktem stadnym próbuje dołączyć do grupy, która jest z przodu. Spotyka się z przyjaznymi okrzykami zachęty ze strony stada i mniej przyjaznymi okrzykami z mej strony. Bez pomiaru ciśnienia wiem, że mi się podnosi.
Ale odprawa przechodzi w końcu gładko, choć chwilę wcześniej głos z megafonu zachęci pasażerów, aby na ochotnika zrezygnowani z lotu, bo jest nas więcej niż miejsc w samolocie.
Nie wiemy jak to w końcu zostało rozwiązane. Już na bramce, tłocząc się do autobusu, słyszeliśmy jakieś donośne głosy, ale nie wiadomo czy to było to czy może coś innego.
Wielu zapewne pamięta słynny przypadek lotu United Airlines UA3411 z Chicago, O’Hare, z 9 kwietnia 2017. United uznawały wtedy zasadę, że załoga podróżująca miała pierwszeństwo przed pasażerami co przekładało się na potencjalną eksmisję, nawet już z pokładu, jeśli inne metody” marchewki” nie zadziałały. Gdy po wszystkich pokojowych zachętach, w dalszym ciągu brakowało dwóch miejsc dla załogi, nastąpiło losowanie. Jednym z wyselekcjonowanych był lekarz z Louisville, 69-letni David Dao. Pan Dao odmówił opuszczenia samolotu, argumentując, że następnego dnia ma dyżur w szpitalu. Wtedy załoga wezwała straż lotniskową. Ta dosłownie wywlekła go z samolotu. Na oczach pasażerów, polała się krew z rozbitej głowy. Wiele osób sfilmowało zajście i znalazło się ono w sieci. Pasażer, oprócz rany na głowie, miał wybite dwa zęby i złamany nos. Zrobiło się głośno. Incydent kosztował CEO United Oskara Munoza, pozycję prezydenta firmy, a z panem Dao, który postanowił wytoczyć liniom proces, zawarto szybko porozumienie, którego warunki nie są nikomu znane. O innych konsekwencjach tego incydentu można dowiedzieć się z Internetu.
***
Po kilku dniach pobytu w Hiszpanii wracam na tydzień do Paryża. Pogoda jest fatalna. Prawie codziennie pada. Zmieniam buty dwa razy na dzień. Te mokre wkładam na kaloryfer w łazience, a w drugich chodzę i tak na zmianę. Łykam 4-5 gramów witaminy C dziennie. Jakoś mnie to trzyma, ale kryzys przyjdzie po Środzie Popielcowej.
Udaje mi się wyjść wcześniej z pracy i jadę z Velizy do Paryża. Okazuje się, że na Concordzie tego wieczora są dwie msze z posypywaniem głów popiołem. Ciekawe, że rodaków sumienie rusza kilka razy do roku. To jeden z tych dni, następne to pewno będzie święcone w Wielką Sobotę.
Wchodzę do kościoła i wgniatam się w tłum. W zasadzie to miałem w planie odwiedzenie konfesjonału, ale ten akurat czynny jest po drugiej stronie kościoła. Daję sobie spokój. Po jakichś pięciu minutach zaczynam rozpoznawać, że tłum w środku kościoła jest mniej gęsty. Przepycham się dalej, po chwili nawet mogę się oprzeć o ławkę.
Obrządek Środy Popielcowej odbywa się pod koniec liturgii słowa. I ponowna niespodzianka. W ławce obok zwalnia się miejsce siedzące. Otóż spora część rodaków przyszła tylko na posypanie głów popiołem, na samą mszę braknie im czasu. Kościół się przerzedza.
Jeszcze witam się z lokalnymi rycerzami św. Jana Pawła II-go i jadę do domu. Następny dzień jest w porządku, ale w piątek rano budzę się z bólem gardła. Jutro rano mam lecieć z powrotem do Barcelony.
Dzień w pracy to już męczarnia, z rosnącymi bólami mięśni i głowy. Wieczorem zmuszam się jeszcze do wizyty w aptece. Kupuję jakieś medykamenty. Wracam do hotelu i pakuję walizkę. Będę musiał wstać po trzeciej rano, aby dojechać na lotnisko na samolot o siódmej.
Nie mam przy sobie termometru, ale po powrocie zmierzę temperaturę i będzie ponad 39 stopni C.
Załatwiam sobie maskę na usta, bo kaszlę, a muszę jakoś przetrwać pobyt na lotnisku i potem prawie dwie godziny w samolocie.
Na koniec jeszcze dwie godziny w autobusie do Salou.
Pani Basia mierzy mi temperaturę i robimy test covidowy – ten jest na szczęście ujemny. Po trzech dniach, Pani Basia ma jednak takie same objawy. Wyłącza ją to praktycznie na dwa tygodnie. Kasuję następną delegację do Paryża. Nasz super pobyt w Hiszpanii zamienił się w mały przysłowiowy szpital.
Leszek Dacko
































































