W dzieciństwie bardzo denerwował mnie mój dziadek, bo mówił na przykład ‘gienerał’, ‘gieografia’, a o mojej kuzynce z Wielkopolski mówił ‘gienjusz’. Na dodatek ta kuzynka miała na imię Genia, a on wymawiał ‘Gienia’.

Ta ‘gienialność Gieni’ mnie najbardziej denerwowała, bo tym samym dziadziuś mnie wykluczał z dzieci ‘gienjalnych’. Ileż ja się napracowałam, żeby zdobyć przychylność dzidziusia. A ten nie i nic. Tak jakbym była powietrzem. No cóż kuzynka mieszkała z dziadziusiem, a ja nie. Więc nie widział jaka byłam ‘gienjalna’. Suma summarum, i kuzynka i ja, skończyłyśmy całkiem, całkiem – ale czy ‘gienjalnie?’. Nie wiem, a dziadziusia zabrakło, żeby ocenić.

I pomyśleć, to zaledwie kilkadziesiąt lat, a tyle zmian. Dodatkowo pełno nowych słów, zwrotów, zapożyczeń. Część przyjmujemy naturalnie, część nas złości.
Od 1 stycznia 2026 r. obowiązują zreformowane zasady pisowni. Mają one ujednolicać  i upraszczać, ale z tego co widzę ułatwiają tylko pisanie z wielkiej litery. Na przykład teraz jestem Torontonianką, a przedtem byłam torontonianką. I tam jeszcze takie inne zawijasy (a nie uproszczenia) takie jak łączna pisownia cząstek ‘nie’ z imiesłowami i przymiotnikami, np. ‘nielepszy’. Nie ma co lamentować, bo obie formy –  i stara i nowa – są dopuszczalne do 2030 roku. A potem co? Kara? Nie wiem jak to wszystko wpłynie na polszczyznę naszych dzieci urodzonych poza Polską? Podejrzewam, że nie wpłynie. Podobnie jak i na polszczyznę wielu innych – nawet tych mieszkających w Polsce.

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

Dlaczego o tym piszę? Bo zazwyczaj zmiany językowe przebiegają niezauważalnie. Są adaptowane do języka najczęściej z potrzeby w ciągu czasu. Do niedawna takie słowa jak komputer, sieć, internet, forum miały inne znaczenie i nie były słowami codziennego użytku. Tak jak biedny spychany na margines Kanadyjczyk, który do niedawna nie wiadomo kim był, a najlepiej żeby go wcale nie było. Zgodnie z jakimś szatańskim planem (do końca nie wiadomo czyim)  mieliśmy być pierwszym ponadnarodowym krajem.

Koniec końców nic z tego nie wyszło, bo Kanadyjczycy stworzyli się w Kanadyjczyków sami – czego jaskrawym dowodem był Konwój Wolności – luty 2022. Tak, tak, to już cztery lata temu. Cały świat nas podziwiał. Bez względu na to po której stronie się było – czy za konwojem, czy przeciw, trudno było uwierzyć, że jak Kanada długa (5514 km w osi wschodnio-zachodniej, i szeroka (4634 km w osi północno-południowej) nie było osoby obojętnej. A tu zima siarczysta. A nam to nic nie przeszkadzało. Nawet ci do tej pory wykluczeni, tacy jak my – Polonia, byliśmy zaangażowani – i to jak! Sama stałam na wiaduktach przejazdu konwoju z flagą kanadyjską. I na samo wspomnienie tego zrywu jedności Kanadyjczyków, łzy mi w oczach stają. To są dobre łzy, łzy łączności. A tych emocji Kanadyjczyków,  zgodnie czyimś szatańskim  planem przemodelowania społeczeństw. miało nie być.

A potem wybrano ponownie (II kadencja po przerwie) na prezydanta US Donalda Trumpa, który od samego początku deklarował rozszerzenie imperium poprzez przyłączenie Grenlandii, Kanady, Kuby, Wenezueli, części Meksyku, Panamy.  Wtedy ci, którzy zgotowali nam (Kanadyjczykom) los eksperymentu społecznego, odwrócili kota ogonem, i zaczęli się odwoływać do Kanadyjczyków – ach ratujcie – co? Nasze posady rządowe.
Piszę o tym dlatego, aby zilustrować, że zmiany są integralną częścią naszego życia. Nie tylko my się starzejemy, ale i język, także ideologie. Co prawda niektóre są wyjątkowo żywotne, jak na przykład marksizm w środowiskach akademickich. No ale większość akademickich elit żyje we własnym sztucznym świecie mało powiązanym z rzeczywistością.
A skłoniła mnie do tej refleksji lektura książki ‘Lenin’, Ferdynanda Ossendowskiego, drukowana w odcinkach w Gońcu.

Dla przypomnienia akademickim lewakom, kogóż też mają za swojego idola – dalej Lenina.  Ferdynand Ossendowski  (książka Lenin ukazała się pierwotnie w roku 1931) używa w książce takich  słów jak: ‘energja’, ‘chemja’, ‘ironja’, ‘genjalność’.
A także ‘skomplikowanemi, dokładnemi maszynami, poruszanemi elektrycznością’.
Tak jakby dziadziuś odezwał się zza grobu. Mówił całkiem podobnie. A mnie wszystkie te słowa elektroniczny słownik wyświetla na czerwono, że niby są błędne. Nie nie są. Tak się kiedyś (poprawnie) mówiło.  A jeśli ktoś tak mówi dzisiaj? Nie zapominajmy, że główną funkcją języka jest komunikacja. Powołam się tu na autorytet profesora Jerzego  Bralczyka. Jest on powszechnie uznawany za jeden z najważniejszych autorytetów w dziedzinie języka polskiego. Jest wiceprzewodniczącym Rady Języka Polskiego. Jerzy Bralczyk: Słowo o słowie (Dziennik Polski, 24 lutego 2006)
Owszem, dzisiaj i ja także, choć należę do starszego pokolenia, skłonny jestem mówić “inteligentny”. Mówię “geniusz”, mówię “algebra”, a nie “algiebra”. Mówię “generał”, nie “gienerał”. Kiedyś jednak nawet w wymowie bardzo starannej mieliśmy miękkie “gie”. Mało tego, kiedyś mieliśmy nawet samo “j”, zamiast dzisiejszego “gie”. Kiedyś był “jenerał”, potem “gienerał”, aż wreszcie “generał”. Kiedyś “jeniusz”, potem “gieniusz”, potem dopiero “geniusz”.
Zatem może to nie tendencja, może to archaizm? Być może w środowisku artystycznym sięga się po tę dawną wymowę… Bo to czasem dobrze, bo to czasem modnie. Jeśli to tylko kwestia mody, to nie pochwalałbym tego. Jeśli jednak to kwestia pewnej tradycji, odniesienia się do niej… No cóż, mnie to się może nawet podobać. Poprawna wymowa – “inteligentny”. Jednak jeśli usłyszymy “inteligientny”, nie potępiajmy.

No chyba, że…Moja przyjaciółka z uniwerku, jeśli uważała, że jest głupi, to mówiła o nim ‘inteligienty’. Akcentując to ‘gie’. Zdaje się, że chodziło jej głównie o to, że takie miękkie ‘gie’, a tym samym zasady języka przechodziły także między stanami. I to ci ‘niżsi’, dalej używali polszczyzny, takiej jak kiedyś elity. Aż doczekaliśmy czasów, kiedy  język jest także przenoszony z warstw niższych do wyższych. To wyjaśnia wiele, szczególnie w mowie potocznej elit.
A to ciekawe. W naszym alfabecie jest ciągle ‘gie’, a nie ‘ge’. Widać alfabet się nie poddał, bierzmy z niego przykład.
Zmiany w języku zachodzą wolniej. Zmiany w polityce często są błyskawiczne, ale politycy uważają (przynajmniej wielu z nich), że my mamy krótką pamięć. Mamy. Także w sprawach języka codziennego. Te stare archaiczne wyrażenia często nas rażą – a nie powinny.
A w polityce galimatias całkowity, co powinno, a co nie powinno. Minister Sikorski (ale nie z tych Sikorskich) poucza ambasadora US, że Stany nie powinny się wtrącać w wybór prezydenta w Polsce (poparły Nawrockiego), ale to że UE z Ursulą Von der Leyen robiła wszystko żeby wygrał Tusk, już ingerencją w wewnętrzne sprawy Polski nie jest.
Właśnie dobiegła końca doroczna konferencja bezpieczeństwa w Monachium. W zeszłym roku wiceprezydent J.D. Vance ostro skrytykował Unię i Europę, za co został odsądzony od czci wiary w Europie – dlatego tak na niego buczeli i gwizdali podczas otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Mediolanie?

W tym roku sekretarz stanu Marco Rubio powiedział niewiele, tylko ładnie – dostał stojące owacje.  Zmienia się język, układ norm politycznych. Nie wiemy tylko jeszcze gdzie tak naprawdę wylądujemy? Czy na ‘ge’, czy dalej na ‘gie’?

Alicja Farmus, 
Toronto, 16 lutego, 2026