Moja przy­go­da z nur­ko­wa­niem (scu­ba diving) zaczę­ła się, nie­ste­ty, dość póź­no. Prak­tycz­nie dopie­ro tutaj, w Kana­dzie. W Pol­sce mia­łem kil­ku przy­ja­ciół któ­rzy pró­bo­wa­li mnie namó­wić na ten sport, ale per­spek­ty­wa nur­ko­wa­nia w brud­nej (w tam­tych cza­sach) i zim­nej Odrze lub w Bał­ty­ku była mało zachę­ca­ją­ca. Dopie­ro w Kana­dzie, kie­dy poja­wi­ła się szan­sa wyjaz­dów na Kara­iby i woda była taka, jaką lubię (czy­sta i cie­pła), zaczą­łem powra­cać do myśli o nur­ko­wa­niu. Nato­miast, jak więk­szość z nas, naj­pierw przez kil­ka lat pró­bo­wa­łem snor­ke­lin­gu — czy­li obser­wa­cji tego, co dzie­je się pod taflą wody.

To pły­wa­nie po powierzch­ni — z fajecz­ką, w masce i z płe­twa­mi. Prze­łom nastą­pił, gdy wie­le lat temu poje­cha­li­śmy z Agniesz­ką na waka­cje do Mek­sy­ku, na Cozu­mel. To wyspa sły­ną­ca ze zna­ko­mi­tych raf oraz cie­ka­wej fau­ny mor­skiej. Pew­ne­go dnia posta­no­wi­li­śmy dołą­czyć do gru­py wypły­wa­ją­cej łodzią na nur­ko­wa­nie. Byli­śmy jedy­ny­mi oso­ba­mi mają­cy­mi w tym samym cza­sie upra­wiać snor­ke­ling. Kie­dy po 20 minu­tach na łodzi dopły­nę­li­śmy na miej­sce, gru­pa 12 nur­ków wraz z 3 dive masters szyb­ko zanu­rzy­ła się w toni. Nam rów­nież zale­co­no to samo – mie­li­śmy podą­żać za nur­ka­mi (ale oczy­wi­ście po powierzchni).

Cóż było robić… wsko­czy­li­śmy. Ale zanim zdą­ży­li­śmy się obej­rzeć, łódź po pro­stu odpły­nę­ła pozo­sta­wia­jąc nas (na szczę­ście) z jed­nym z człon­ków zało­gi. Był on naszym opie­ku­nem, jed­nak nie miał ani płetw, ani maski. Nie zapo­mnę nigdy uczu­cia prze­ra­że­nia, któ­re towa­rzy­szy­ło mnie i Agniesz­ce w chwi­li, gdy uświa­do­mi­li­śmy sobie naszą sytu­ację. Zosta­li­śmy sami wśród fal, brzeg odda­lo­ny był o ok. 10 km, nie wypo­sa­żo­no nas w żad­ne zabez­pie­cze­nia ani kapo­ki. Jedy­ną naszą szan­są na prze­trwa­nie był boso­no­gi poto­mek Azte­ków. W takiej chwi­li czło­wie­ko­wi życie prze­la­tu­je się przed ocza­mi… Nie było inne­go wyj­ścia — zaczę­li­śmy podą­żać za gru­pą obser­wa­to­rów raf, któ­ra już wte­dy znaj­do­wa­ła się na głę­bo­ko­ści ok. 25 metrów. Z nie­po­ko­jem patrzy­li­śmy na obser­wu­ją­ce nas spo­rej wiel­ko­ści bar­ra­ku­dy. Poto­mek Azte­ków skwi­to­wał nasze — tro­chę roz­pacz­li­we — sygna­ły uśmie­chem i nagle, jak tor­pe­da, zanur­ko­wał (bez maski i bez płetw!) w głąb morza, na jed­nym odde­chu. Oka­za­ło się, że pod wodą doszło do awa­rii sprzę­tu jed­ne­go z nur­ków. Po trzech minu­tach wynu­rzył się z uśmie­chem, co doda­ło nam otu­chy i wia­ry w umie­jęt­no­ści przy­sto­so­waw­cze auto­chto­na. Ten drob­ny incy­dent uświa­do­mił nam, że jed­nak mamy “opie­ku­na” któ­re zna oce­an i rzą­dzą­ce nim siły. Kie­dy po 45 minu­tach łódź wró­ci­ła i po nas, i po nur­ków, zde­cy­do­wa­li­śmy, że następ­nym razem będzie­my upra­wiać jed­nak kla­sycz­ny scu­ba diving a nie snorkeling.

Reklama

Po powro­cie do Toron­to, prze­peł­nie­ni emo­cja­mi, bły­ska­wicz­nie zapi­sa­li­śmy się na kur­sy w Aqu­arius Scu­ba Cen­tre – pro­wa­dzo­ne przez nasze­go roda­ka, Mar­ka Paszy­na. Szyb­ko się zaprzy­jaź­ni­li­śmy i do dziś pozo­sta­je­my w bli­skim kon­tak­cie, wyjeż­dża­jąc cza­sa­mi na wspól­ne wypra­wy scu­ba diving. Po kil­ku tygo­dniach prak­tycz­nych zajęć (głów­nie w base­nie przy Cen­ten­nial Park) i zda­niu egza­mi­nu teo­re­tycz­ne­go przy­szedł czas na prak­tycz­ny egza­min koń­co­wy. Oczy­wi­ście tutaj, na miej­scu, mie­li­śmy do wybo­ru — Jezio­ro Onta­rio lub Tober­mo­ry na Geo­r­gian Bay. Ale myśl o zim­nej (choć nie­wąt­pli­wie czy­stej) wodzie znie­chę­ca­ła nas do ćwi­czeń prak­tycz­nych. Posta­no­wi­li­śmy więc egza­min koń­co­wy zali­czyć na Kubie. Uzbro­je­ni w cer­ty­fi­kat poświad­cza­ją­cy nasze umie­jęt­no­ści teo­re­tycz­ne wyru­szy­li­śmy na Kubę. Kie­dy poja­wi­li­śmy się w cen­trum nur­ko­wym i sta­ra­li się prze­ko­nać Ala­na – nasze­go instruk­to­ra, że chce­my zdać jedy­nie egza­min koń­co­wy, ten z cynicz­nym uśmiesz­kiem skwi­to­wał nas zda­niem — brzmią­cym w wol­nym tłu­ma­cze­niu — „Nie ze mną te nume­ry, Brun­ner”.  Następ­nie stwier­dził, że w naszym naj­lep­szym inte­re­sie jest, aby­śmy spę­dzi­li z nim peł­ne 5 dni nur­ku­jąc w “praw­dzi­wej” wodzie, a nie tyl­ko w base­nie. Uza­sad­nie­nie było logicz­ne – cer­ty­fi­ko­wa­ny nurek powi­nien nabrać doświad­cze­nia rów­nież w zma­ga­niu się z żywio­łem, spró­bo­wać róż­nych warun­ków pogo­do­wych i nauczyć się reago­wa­nia w nie­prze­wi­dzia­nych sytu­acjach. Z per­spek­ty­wy cza­su patrząc — obo­je jeste­śmy mu ogrom­nie wdzięcz­ni. Dając nam przez te 5 dni nie­praw­do­po­dob­ny “wycisk”, zmu­sza­jąc nas do cią­głych ćwi­czeń (jak zdej­mo­wa­nie sprzę­tu na dnie i odpły­wa­nie na bez­de­chu na 10 metrów, ubie­ra­nie się, zdej­mo­wa­nie i zakła­da­nie maski pod wodą, dzia­ła­nia ase­ku­ra­cyj­ne, poda­wa­nie powie­trza dru­giej oso­bie, itd.).… uzy­skał on cel. Spo­wo­do­wał wyro­bie­nie w nas nawy­ków i odru­chów któ­re, praw­dę mówiąc, dwa razy ura­to­wa­ły mi życie.

Naj­waż­niej­szym jed­nak nawy­kiem, jaki wyro­bił w nas Alan jest zacho­wa­nie spo­ko­ju. Opa­no­wa­nie to klu­czo­wa spra­wa w warun­kach eks­tre­mal­nych. Kie­dy dzie­je się poważ­ne­go pod wodą — na 20 czy 30 metrach — natu­ral­nym odru­chem jest  natych­mia­sto­we wynu­rze­nie się. To może być w pew­nych sytu­acjach osta­tecz­ność, ale takie zacho­wa­nie może skoń­czyć się kalec­twem lub śmiercią.

Naj­po­waż­niej­szy pro­blem, jaki może poja­wić się w cza­sie nur­ko­wa­nia to awa­ria sprzę­tu (nagły brak powie­trza do oddy­cha­nia) albo brak powie­trza na sku­tek nad­mier­ne­go jego zuży­cia. Ta pierw­sza sytu­acja przy­da­rzy­ła mi się oso­bi­ście, kie­dy nur­ko­wa­li­śmy z Agniesz­ką na wra­ku okrę­tu RMS Rho­ne na Bry­tyj­skich wyspach dzie­wi­czych (BVI). Kie­dy wpły­nę­li­śmy do wra­ku na głę­bo­kość ok. 20 metrów, poczu­łem nagle, że powie­trze nie dopły­wa do moje­go ust­ni­ka. Nie mając cza­su do stra­ce­nia dopły­ną­łem do Agniesz­ki, któ­ra była ode mnie w odle­gło­ści ok. 10 metrów — i sko­rzy­sta­łem z jej zapa­so­we­go ust­ni­ka (nazy­wa­ne­go potocz­nie okto­pus). Zagro­że­nie minę­ło. Znów mogłem oddy­chać. Muszę przy­znać, że nigdy w życiu wcze­śniej (ani póź­niej) powie­trze nie sma­ko­wa­ło mi tak dobrze… Było to cen­ne doświad­cze­nie życio­we. Co się fak­tycz­nie wyda­rzy­ło pod wodą…? Nur­ko­wa­łem wów­czas na poży­czo­nym sprzę­cie i regu­la­tor  — nie będąc wła­ści­wie kon­ser­wo­wa­ny – odmó­wił dzia­ła­nia. W Scu­ba Cen­ter usły­sza­łem tyl­ko “sor­ry man” — ale ta nie­for­tun­na przy­go­da mogła mnie kosz­to­wać życie. Od tej pory nur­ku­ję tyl­ko z wła­snym regu­la­to­rem (suge­ru­ję zakup sprzę­tu  naj­wyż­szej jako­ści), któ­ry jest spraw­dza­ny co 2 lata. Dzię­ki regu­lar­nej opie­ce ser­wi­so­wej mam pełen kom­fort psy­chicz­ny i praw­do­po­do­bień­stwo powtó­rze­nia takiej „przy­go­dy” jest w zasa­dzie zero­we. Od tego cza­su nur­ku­ję rów­nież w sys­te­mie “bud­dy”, czy­li z dru­gim nur­kiem, by w sytu­acjach kry­zy­so­wych mieć wspar­cie innej osoby.

Nato­miast dru­gi, czę­sty powód bra­ku powie­trza – jego nad­mier­ne zuży­cie — jest łatwy do unik­nię­cia. Po pierw­sze, każ­dy apa­rat nur­ku­ją­cy jest wypo­sa­żo­ny w mano­metr poka­zu­ją­cy ilość pozo­sta­łe­go w butli powie­trza. Kie­dy roz­po­czy­na­my nur­ko­wa­nie, typo­wy poziom wyno­si 3000 PSI. Jed­nak gdy w butli pozo­sta­je 1500 PSI, ozna­cza to, że powo­li powin­ni­śmy zacząć wypły­wać na mniej­szą głę­bo­kość (im głę­biej nur­ku­je­my tym szyb­ciej zuży­wa­my powie­trze). Kie­dy docho­dzi­my do 750 PSI (uwa­ga nowi­cju­sze!), nie powin­ni­śmy znaj­do­wać się głę­biej niż 10 metrów. Jeśli ciśnie­nie w butli kształ­tu­je się na pozio­mie 500 PSI (jest to okre­śla­ne jako “rezer­wa”), to szyb­ko powin­ni­śmy się zna­leźć się na głę­bo­ko­ści 5 metrów i pozo­stać tam przez mini­mum 3 minu­ty, aby azot zgro­ma­dzo­ny w cza­sie nur­ko­wa­nia w naszej krwi miał czas “odpa­ro­wać”. Jeśli ktoś nur­ku­je, obser­wu­je sta­le mano­metr i pamię­ta te pro­ste zasa­dy, może czuć się w kwe­stii dostęp­no­ści powie­trza bez­piecz­ny. Czę­sto zda­rza się, że nur­ko­wie bez doświad­cze­nia zuży­wa­ją znacz­nie wię­cej powie­trza. Wyni­ka to ze spo­so­bu oddy­cha­nia (zbyt szyb­ko) albo z ich nad­mier­nej ruchli­wo­ści. Nur­ko­wie z dłuż­szym sta­żem oddy­cha­ją bar­dzo powo­li, wcią­ga­jąc powie­trze jed­nym szyb­kim i krót­kim odde­chem, ale uwa­ga — wydech powi­nien być bar­dzo powol­ny i mak­sy­mal­nie dłu­gi. Doświad­cze­ni nur­ko­wie nie pły­wa­ją “jak zwa­rio­wa­ni” (góra i dół, do przo­du i do tyłu). Ich ruchy są powol­ne i dobrze prze­my­śla­ne — wów­czas zuży­cie powie­trza jest bar­dzo racjo­nal­ne. Owszem, zda­rza się, że musi­my pły­nąć pod prąd. Wte­dy zuży­cie potra­fi wzra­stać gwał­tow­nie. Dla­te­go waż­ne jest pla­no­wa­nie kie­run­ku – by sta­rać pły­nąć z prą­dem. Dla wła­sne­go bezpieczeństwa.

Nigdy nie zapo­mnę naszej przy­go­dy w Egip­cie, któ­ra, choć zabaw­na, mogła skoń­czyć się tra­gicz­nie. Było to 12 lat temu, nur­ko­wa­li­śmy z gru­pą z Kana­dy w Morzu Czer­wo­nym. Morze to sły­nie z prze­pięk­nych nur­ko­wań, ale też nie­zwy­kle moc­nych prą­dów. Czę­sto nur­ku­je się tuż przy brze­gu — na tak zwa­nych ścia­nach. Brzeg przy­po­mi­na urwi­sko i głę­bo­kość tuż przy brze­gu może się­gać nawet kil­ku­set metrów! Napór prą­du mor­skie­go jest tak sil­ny, że kie­dy wsko­czy­my do wody, musi­my natych­miast zejść na 15 — 30 metrów i wów­czas prąd nas nie­sie wzdłuż ścia­ny z dużą pręd­ko­ścią (czę­sto szyb­ciej niż bie­gną­cy czło­wiek), ale przy mini­mal­nym wysił­ku. Całą dyna­mi­kę wyko­nu­je prąd mor­ski. Przy takiej szyb­ko­ści nale­ży uwa­żać, by nie pogu­bić part­ne­rów („bud­dy”).  I tak pły­nąc w Morzu Czer­wo­nym, nagle natra­fi­li­śmy na… nur­ka z gru­py, któ­ra pły­nę­ła przed nami. Była to mło­da dziew­czy­na, “owi­nię­ta” wokół poje­dyn­cze­go, ster­czą­ce­go kora­low­ca. Wyglą­da­ło to wpraw­dzie zabaw­nie, ale było nie­bez­piecz­ne. Kie­dy ją odcze­pi­li­śmy, oka­za­ło się, że nie mia­ła już sił na poko­na­nie prą­du, któ­ry rzu­cił ją na ten koral. Tkwi­ła na nim zawie­szo­na przez 10 minut, despe­rac­ko pró­bu­jąc się uwol­nić i poko­nać żywioł. Gdy­by nie nasza inter­wen­cja, histo­ria ta mogła­by skoń­czyć się napraw­dę tragicznie.

Wspo­mnia­łem wcze­śniej o nagłych wynu­rze­niach. Czę­sto są one wyni­kiem pani­ki. Ludzie róż­nie reagu­ją na róż­ne mor­skie stwo­rze­nia, ale zwie­rzę­ciem, któ­re wywo­łu­je cią­gle naj­wię­cej obaw jest rekin. Pro­szę mi wie­rzyć — pani­ka i gwał­tow­ne wynu­rze­nie na widok reki­na zawsze skoń­czy się źle. Nato­miast jeśli się zre­lak­su­je­my i będzie­my bar­dzo spo­koj­nie obser­wo­wać pły­wa­ją­ce wokół nas reki­ny — nie wyko­nu­jąc żad­nych gwał­tow­nych ruchów — to może­my czuć się bez­piecz­ni. Nie wszy­scy widzą, że ludzie nie są ulu­bio­nym menu reki­nów.  Owszem, zda­rza­ją się ata­ki, ale te śmier­tel­ne bar­dzo rzad­ko i naj­czę­ściej przez pomył­kę. Zwy­kle rekin, kie­dy znaj­du­je­my się w męt­nej lub wzbu­rzo­nej wodzie, może nas wziąć za fokę, któ­re to bar­dzo lubi. Z ponad 120 zna­nych gatun­ków reki­nów tyl­ko 6 jest zna­nych ze — zwy­kle przy­pad­ko­wych — ata­ków na ludzi. Trzy naj­bar­dziej groź­ne gatun­ki to Gre­at Whi­te, Tiger Shark i Bull Shark. Rocz­nie na całym świe­cie przy­pi­su­je im się 60 śmier­tel­nych ata­ków na nur­ków, zwy­kle wła­śnie przez przy­pa­dek. Dla porów­na­nia – czy wie­dzą Pań­stwo ile osób ginie co roku na pla­żach od spa­da­ją­cych orze­chów koko­so­wych? Ponad 300!  Ale prze­cież nikt nie wypo­wia­da woj­ny koko­som… Koma­ry i moski­ty rocz­nie zabi­ja­ją oko­ło 725,000 osób. Jed­nak nie ucie­ka­my z krzy­kiem na widok koma­ra. Nato­miast sza­cu­je się, że to ludzie zabi­ja­ją każ­de­go roku pomię­dzy 100 do 200 milio­nów reki­nów. To jest (przy tym niż­szym zało­że­niu) ponad 11,000 reki­nów co godzi­nę. Zatem — kto tu jest potwo­rem? Ja oso­bi­ście pły­wa­łem z reki­na­mi i to w dużych sta­dach – i nie przy­da­rzy­ła mi się żad­na nie­bez­piecz­na sytu­acja. Reki­ny są z natu­ry cie­kaw­skie, i cza­sa­mi nawet pró­bu­ją się ocie­rać o nur­ka, ale nigdy nie doświad­czy­łem z ich stro­ny agre­sji. Nato­miast raz przy­da­rzy­ła mi się dość nie­ty­po­wa sytu­acja. Nur­ko­wa­łem wte­dy z gru­pą nur­ków na Coco Island, sły­ną­cej z dużej licz­by reki­nów. Pew­ne­go dnia zauwa­ży­li­śmy na powierzch­ni wody ogrom­ne poru­sze­nie. Woda się wręcz kotło­wa­ła, dostrze­gli­śmy też nur­ku­ją­ce pta­ki i wiel­ką kło­dę drze­wa. Kie­dy pod­pły­nę­li­śmy bli­żej, oka­za­ło się, że wokół tego duże­go frag­men­tu drze­wa powstał… mały eko­sys­tem. Zgro­ma­dzi­ły się tam ogrom­ne ławi­ce ryb, róż­no­rod­nych — od bar­dzo małych do dra­pież­ni­ków. Posta­no­wi­li­śmy zanur­ko­wać i zoba­czyć ten nie­sa­mo­wi­ty eko­sys­tem z bli­ska. Wsko­czy­li­śmy do oce­anu, by powo­li dopły­nąć bli­żej. I kie­dy znaj­do­wa­li­śmy się w odle­gło­ści ok. 60 metrów od ogrom­nej kuli ryb­nej, na nasze powi­ta­nie wypły­nę­ło z niej… kil­ka reki­nów!  I tu wyda­rzy­ła się rzecz nie­sa­mo­wi­ta –  one zaczę­ły nas odpy­chać deli­kat­ny­mi dotknię­cia­mi nosów, jak­by mówi­ły: “kole­dzy to nasz obiad – nie płyń­cie dalej”. Usza­no­wa­li­śmy “życze­nie” reki­nów i obser­wo­wa­li­śmy całą ucztę z dystan­su. To oso­bli­we zja­wi­sko sfil­mo­wa­li­śmy, i mogą je Pań­stwo zoba­czyć na ser­wi­sie YouTu­be – wystar­czy wpi­sać w wyszu­ki­war­kę „cza­plin­ski Costa Rica”.

Ja oso­bi­ście zali­czy­łem pew­nie ponad 1000 nur­ko­wań (daw­no prze­sta­łem liczyć) w róż­nych miej­scach na świe­cie. Każ­de nur­ko­wa­nie jest inne, i nawet kie­dy nur­ku­je się w tym samym miej­scu, za każ­dym razem widzi się inne stwo­rze­nia, inne for­ma­cje czy kolo­ry. Nur­ko­wa­nie nauczy­ło mnie sza­cun­ku dla oce­anu. Wspo­mnia­łem wcze­śniej o kil­ku eks­tre­mal­nych sytu­acjach, ale zwy­kle są one rzad­ko­ścią. Im dłu­żej się nur­ku­je i zacho­wu­je zdro­wy roz­są­dek, tym ten sport jest łatwiej­szy i bez­piecz­niej­szy. Owszem, cza­sa­mi spo­ty­ka się, potocz­nie mówiąc „koza­ków”, któ­rzy lek­ce­wa­żą logi­kę oraz pro­ste kano­ny bez­pie­czeń­stwa. Bo nur­ko­wać każ­dy może… jeden lepiej, dru­gi gorzej. Pro­blem jed­nak pole­ga na tym, że naj­czę­ściej ludzie pró­bu­ją zostać nur­ka­mi pod­czas waka­cji. Nie­rzad­ko po jed­no­dnio­wym, szyb­kim kur­sie w base­nie są bra­ni na głę­bo­ką wodę. Jest to dobry począ­tek, ale nie­ste­ty, nie każ­dy miał szczę­ście tra­fić na takie­go Ala­na jak my. Im się nie uda­ło. Cza­sa­mi ludzie bez doświad­cze­nia mówią w Scu­ba Cen­ter nie­praw­dę co do ilo­ści zali­czo­nych nur­ko­wań. Wyda­je się im że zyska­ją sza­cu­nek i po pro­stu “zaszpa­nu­ją”. Takie prak­ty­ki mogą dopro­wa­dzić tyl­ko do nie­szczę­ścia. Będąc nie­daw­no na Kubie, w dro­dze na nur­ko­wa­nie przy­słu­chi­wa­łem się roz­mo­wie dwóch Rosjan — oczy­wi­ście pro­wa­dzo­nej po rosyj­sku. A ponie­waż nasze­mu poko­le­niu język ten nie jest obcy, nad­sta­wi­łem uszu. Zro­zu­mia­łem — prze­chwa­la­li się ilo­ścią zali­czo­nych nur­ko­wań. Patrzy­li na mnie z kpi­ną śmie­jąc się: “popatrz, dzia­dek też prze­szedł nur­ko­wać! Ha ha ha!” Jed­nak kie­dy wsko­czy­li­śmy do wody, oka­za­ło się że ci “gie­ro­je sowiet­sko­wo soju­za” są zupeł­nie nie­do­świad­cze­ni i po 5 minu­tach w wodzie zosta­li ode­sła­ni przez dive maste­ra z powro­tem na łódź. W ocze­ki­wa­niu na nur­ku­ją­ca gru­pę (w któ­rej był rów­nież „dzia­dek ha ha ha!” ) prze­sie­dzie­li w niej godzi­nę, “dzie­ląc się z Nep­tu­nem” zawar­to­ścią swo­ich żołąd­ków. W dro­dze powrot­nej byli cisi i przy­po­mi­na­li zbi­te­go psa. Morał z tej histo­rii jest oczy­wi­sty: oce­an zawsze doko­na selek­cji natu­ral­nej, i by nie być ofia­rą, nale­ży pod­cho­dzić do nie­go z sza­cun­kiem, nie­ustan­nie ćwi­czyć i roz­wi­jać swo­je umie­jęt­no­ści. Rów­nież dla przy­jem­no­ści, nie tyl­ko po to, by nie stać się prze­gra­nym w tej nie­rów­nej walce.

Nie­ste­ty, przez lata nur­ko­wa­nia zauwa­żam wyraź­ny wpływ zanie­czysz­czo­ne­go śro­do­wi­ska i dzia­łal­no­ści ludz­kiej na stan zdro­wot­ny raf oraz na fau­nę. Eks­plo­atu­je­my oce­an bez roz­sąd­ku i nisz­czy­my rafy bez opa­mię­ta­nia. Zro­zu­mia­łe jest, że w nie­któ­rych miej­scach na świe­cie ludzie żyją dzię­ki rybom i darom morza, ale nie potra­fię pojąć cze­mu nurek wypo­sa­żo­ny w kuszę zabi­ja ryby, ot tak, dla spor­tu. Nie­ste­ty, nie są to rzad­kie sytu­acje. Tyl­ko jaki to sport? To rybo­bój­stwo! Na szczę­ście więk­szość nur­ków jest inna. Jakiś czas temu odkry­łem w sobie zami­ło­wa­nie do krę­ce­nia fil­mów pod­wod­nych. Nie zabi­jam, uwiecz­niam nie­zwy­kłe pięk­no, któ­re mia­łem szan­sę zoba­czyć. Jeśli nisz­cze­nie raf będzie postę­po­wa­ło tak szyb­ko jak to ma miej­sce obec­nie, nasze przy­szłe poko­le­nia będą mogły poznać rafy wyłącz­nie z fil­mów. Mam nadzie­ję, że się mylę, ale szan­sa oglą­da­nia nie­sa­mo­wi­tej i bar­dzo boga­tej fau­ny oraz buj­nych raf kora­lo­wych i dzie­le­nie się tym z inny­mi, moim zda­niem spo­wo­du­je, że wie­le osób zacznie myśleć podob­nie jak ja. I ta moja “cegieł­ka” w uświa­do­mie­nie ludziom jakie bogac­two natu­ry może­my stra­cić, jest dla mnie ogrom­nie ważna.

PS. Zapra­szam Pań­stwa do obej­rze­nia moich fil­mów – wystar­czy w wyszu­ki­war­kę na Youtu­be “maciek cza­plin­ski” oraz “domator56”.