W moim małym ogró­decz­ku w koń­cu się zazie­le­ni­ło na dobre. Tak to już jest, że po dłu­giej, zde­cy­do­wa­nie zbyt dłu­giej, zimie ocze­ku­je­my z nie­cier­pli­wo­ścią wio­sny. A wio­sna koja­rzy nam się z utę­sk­nio­nym cie­peł­kiem, sło­necz­kiem, śpie­wem pta­ków. No i z krót­kim rękaw­kiem, a może i spoden­ka­mi?  Więc psio­czy­my, że zim­no. Napraw­dę? Zim­no? 9 stop­ni Cel­sju­sza, to nie zim­no w porów­na­niu do minus 9 stop­ni. Ale za chłod­no na krót­ki ręka­wek, i nie zawsze dosta­tecz­nie cie­pło, aby siąść na ulu­bio­nej ławecz­ce. No chy­ba, że jest się z Walii, albo innej czę­ści Albio­nu, gdzie face­ci poka­zu­ją swo­je bicep­sy nawet w zimie. Mia­łam takie­go kole­gę Walij­czy­ka w pra­cy, któ­ry w naj­tęż­szy mróz para­do­wał w krót­kim rękaw­ku po down­town Toron­to. To fakt, że u nich zimy łagod­niej­sze niż u nas. A u nas to mam na myśli i u nas w Kana­dzie, i u nas w Pol­sce. Ten facet wzbu­dzał powszech­ne zain­te­re­so­wa­nie w tym krót­kim rękaw­ku w down­town Toro­no­to w zimie. Prze­stał, gdy mróz zro­bił się napraw­dę siar­czy­sty i mu się te odsło­nię­te bicep­sy groź­nie zaczer­wie­ni­ły. Nigdy się nie przy­znał do tego czy je sobie odmro­ził. A że nosił w takie zim­no ręka­wicz­ki, to wzbu­dzał jesz­cze więk­sze zaniepokojenie.

Ręka­wicz­ki i koszul­ka z krót­kim ręka­wem, brzmi jak bia­łe skar­pe­ty fro­te i san­da­ły, albo kwia­tek do kożu­cha. Więc w koń­cu zro­bi­ło się zie­lo­no w moim ogró­decz­ku, a zmia­ny zacho­dzą tak szyb­ko jak w kalej­do­sko­pie. Nawet dobrze oka nie zmru­żysz, a już z rana co inne­go się kolo­ro­wi. A więc prze­bi­śnie­gi już daw­no prze­kwi­tły. Małe dzi­kie hia­cyn­ty też. Żon­ki­le, nar­cy­zy i tuli­pa­ny już po peł­nym roz­kwi­cie. U sąsia­da magno­lia jesz­cze gubi płat­ki kwia­tów. Duże i cięż­kie, mię­si­ste. Jest ich tyle! Zda­je się, że sły­chać jak spa­da­ją na tra­wę. Szcze­gól­nie po desz­czu. Pac, pac, pac.

I już nie wiem, czy mi się zda­je, czy napraw­dę je sły­szę? A może chcą mi coś powie­dzieć? Kto po nocy cho­dził po moim ogród­ku? Nie­któ­rzy są mi zna­ni. To wie­wiór­ki wyko­pu­ją­ce cebul­ki roślin. A niech tam, bo to tak przy­jem­nie obser­wo­wać je jak barasz­ku­ją na gałę­ziach, szcze­gól­nie mło­de. A może szo­py pra­cze (raco­ons)?  E, nie. Te to wolą mysz­ko­wać w kubłach na śmie­ci i odpad­ki. Mam też swo­je­go ulu­bień­ca – opo­sa. Opos nosi swo­je małe w tor­bie i jest noma­dem, ale się koło moje­go ogró­decz­ka krę­ci. Uda­ło mi się go kil­ka razy zoba­czyć. Ach i szczu­ry, któ­re skądś się przy­plą­ta­ły – pew­nie do kom­po­stow­ni­ka. Sąsiad mówi, że to muskrat (piż­mak) miesz­ka­ją­cy z tyłu moje­go ogro­du na bagnie. Wczo­raj spraw­dza­łam co z moich roślin nie prze­ży­ło – z regu­ły jest coś takie­go, co na wio­snę nie odbi­je, ale i takie­go, co pomi­mo wysił­ków żeby się tego pozbyć i tak odro­śnie. Kil­ka lat temu zasa­dzi­łam kil­ka bulw topi­nam­bu­ru, nazy­wa­ne­go też ‘jeru­sa­lem arti­cho­ke’, czy ‘sun cho­ke’. Tego to wyple­nić za żad­ne skar­by się nie da. Jest taki żart kana­dyj­ski. Na pyta­nie, jakich metod użyć, aby pozbyć się jeru­sa­lem arti­cho­ke z pola, odpo­wiedź jest pro­sta: sprze­dać pole. Ha, ha, ha!

Ale ja moje­go domu z ogro­dem nie zamie­rzam sprze­da­wać. Trud­no, będzie­my żyli razem: my i jaru­sa­lem arti­cho­ke, po pol­sku nazy­wa­ny topi­nam­bur (z fran­cu­skie­go topi­nam­bo­ur) . To nawet ład­niej brzmi: my i topi­nam­bu­ry – tak tajem­ni­czo. Topi­nam­bur stał się w Pol­sce mod­ną bul­wą, głów­nie ze wzglę­du na swo­je wła­ści­wo­ści dobre dla cukrzy­ków. I w koń­cu zakwi­ta­ją kon­wa­lie  – znak, że zim­na Zoś­ka (15 maja) już za nami, a wio­sna opóź­nio­na o co naj­mniej dwa tygo­dnie. A jak tam w waszym małym ogródeczku??

Micha­lin­ka