Udało mi się to na szczęście całkiem dobrze i właśnie po wyjściu z tego zaliczenia dowiedziałem się od kolegów o katastrofie. To są może nieistotne szczegóły, ale sprawiły, że akurat te dni pamiętam dobrze. Do dziś.

No więc wieść o wypadku zatrzęsła wieloma ludźmi.

Zginął były minister Tkaczow, dość znany językoznawca Zenon Klemensiewicz, cała rodzina polskokatolickiego duchownego Naumczyka i wielu innych.

Poniżej kontynuacja tekstu

Nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale prawie od razu miało się wrażenie, że władze chcą tej katastrofie nadać inne znaczenie i zasugerować, że jest w niej „drugie dno”.

Kluczową postacią w tej tajemnicy miał być pilot Czesław Doliński, którego zaczęto podejrzewać, że chciał uciec na Zachód.

Pytania, domysły i spekulacje piętrzyły się, ludzie nie wiedzieli w co wierzyć, a w co nie.

Mając to wszystko na uwadze nie mogłem się wręcz doczekać kiedy dotrę na Policę. Koniecznie chciałem zobaczyć miejsce na własne oczy.

W rozmowie z panem Jaroszem, w schronisku na Markowych Szczawinach, chciałem zasięgnąć jego opinii, dowiedzieć się co mówią miejscowi i w ogóle co tu się myśli o wypadku.

Prawdę mówiąc nie wiem do czego te informacje mogłyby mi być potrzebne, ale powodowała mną moja nieuleczalna ciekawość.

Pan Jarosz okazał się kopalnią wiadomości. Piliśmy porter, bo nic innego nie było i gadaliśmy. To była szarpana rozmowa, bo mój rozmówca odrywał się co i rusz i załatwiał przychodzących turystów, ale i tak dowiedziałem się wielu szczegółów. Następnego dnia ruszyłem na Policę.

Dzień był przepiękny. Początek sierpnia w całej swojej okazałości! Czuło się już lekki powiew jesieni, który tak zawsze lubiłem. Niektóre liście zaczynały zmieniać kolor, wszystko było dojrzałe, utuczone, syte i powoli przygotowujące się do jesieni. Mówię o zwierzętach, ptakach, gadach i w ogóle o lesie. W czasie wędrówki, a szczególnie spania pod gołym niebem widziałem, słyszałem i prawie czułem różne łasice, kuny, borsuki, żbiki, sarny i tak dalej, i tak dalej. Gorącą, sierpniową nocą las gadał milionem głosów i jeszcze dziś pamiętam te chwile gdy zasypiałem przy gasnącym ognisku. Mój śpiwór poniszczony już był, jak nieboskie stworzenie. Zwijany, rozwijany, ponaddzierany, brudny od ogniskowego popiołu, ziemi i igliwia. Ciągle jednak jeszcze trzymał ciepło i chłodne przedświty nie były mi groźne.

Wysoko na niebie widziało się szybujące bociany, które powoli przygotowywały się do odlotu. Sierpień to jeszcze lato, ale już jesienne lato. W mijanych wioskach słychać było młockarnie. Żniwa.

Polica to wysoka – jak na Beskidy – góra. Porośnięta lasem. Zbocze gdzie uderzył samolot było bardzo strome. Nie musiałem długo szukać. Trochę poniżej szczytu las był zniszczony, drzewa poprzewalane i porośnięte świeżymi roślinami. Na drzewach widziałem strzępy ubrań, jakieś swetry. To zapamiętałem. Wokół miejsca gdzie samolot zderzył się z ziemią widziałem wiele kawałków metalu, jakieś śmiecie – nawet szczoteczki do zębów.

I pomyśleć, że to było w trzy lata po wypadku. Trzy lata!

Dziś, gdy patrzę na to z perspektywy tylu lat nie mogę sobie po prostu wyobrazić, jak można było być tak lekkomyślnym przy badaniu miejsca katastrofy i dlaczego zostawiono tyle szczątków. Zresztą może nie mam racji. Ostatecznie to był już bezwartościowy złom. Inna rzecz, że dojście do tego miejsca było naprawdę trudne i ratownikom, którzy tu pracowali należy się wielkie uznanie.

Jak pamiętam ta straszna tragedia wydarzyła się w kwietniu, a kwiecień w Beskidach potrafi być zdradliwy. Noce bywają przenikliwie zimne, czasem śnieżne, wietrzne i w rzeczy samej prawie zimowe. Pierwsi ratownicy – jak mówiono – dotarli do samolotu dopiero w nocy.

W ciemnościach widzieli tu i ówdzie płomienie, czuli wszechobecny zapach paliwa i spalenizny. Wiatr wył potępieńczo i na tym etapie nikt nie wiedział czy są jeszcze jacyś żywi, a jeśli tak to w jakim stanie. Posługiwano się latarkami. Psy ratownicze szczekały co jakiś czas – znak, że natknęły się na ciało. W tych poskręcanych kawałkach stali, w ciągłej obawie, że może jest jeszcze jakiś nieuszkodzony zbiornik paliwa, do którego w każdej chwili mogą dopełznąć płomienie rozpoczęto akcję ratowniczą. Psy szalały bo w ciemnościach natykały się na różne ciała, często schowane pod częściami samolotu, do których nie miały dostępu.

Latarki nie wystarczały, pogoda psuła się w szybkim tempie i w tym stanie rzeczy postanowiono czekać świtu. Z drugiej strony liczono się z tym, że być może, że całkiem być może – nie wszyscy zginęli – że może ktoś potrzebuje pomocy, nie może mówić, ale żyje i czeka w tych ciemnościach na ratunek.

Dwóch ratowników postanowiło zostać i szukać. Inni wycofali się na szczyt gdzie było więcej miejsca, żeby drzemiąc doczekać ranka.

Następnego dnia poznano prawdę. Nikt nie przeżył.


Chodziłem po tym przerażająco stromym zboczu, czepiałem się drzew, ziemia usuwała mi się z pod butów i prawdziwie doceniałem tych, którzy trzy lata wcześniej poszli na ratunek ofiarom wypadku.

Przypominałem sobie niezliczoną ilość plotek, które wówczas krążyły. Wszystko wskazywało na to, że to nie był zwykły wypadek, ale konsekwencja jakichś innych okoliczności. Mówiono o porwaniu, o ucieczce, o przewozie tajemniczych materiałów, może radioaktywnych… Mówiono o szpiegostwie, o ucieczce ze skarbem i tak dalej i temu podobne.

Pewnie, że niczego nie można wykluczyć, ale prawdą było to, że władze zachowywały jakiś dziwny dystans do tych dramatycznych wydarzeń.

Podniosłem z ziemi kawałek metalu. Chciałem go wziąć na pamiątkę, ale zaraz przypomniałem sobie plotki o radioaktywnych materiałach i odrzuciłem go od siebie.

Opuszczałem Policę. Śmierć zebrała tu prawdziwe żniwo.

Jordanów, Rabka i Turbacz już w Gorcach. A kto tam nie był powinien zaraz wszystko rzucić i jechać. Gorce są tak malownicze, że chyba każdy ma ciągoty żeby przenieść się tam na stałe i sycić oczy widokami.

Szedłem lekko, bo moje – wzięte z domu – zapasy żywności dawno się skończyły, a potem kupowałem tylko to co miało wystarczyć na jeden, góra dwa dni. Schudłem jak szczapa i dziś – z perspektywy mojej obecnej wagi – zazdroszczę sam sobie. Idąc nie zakładałem żadnych norm kilometrowych czy czasowych. Po prostu, szedłem, a gdzie doszedłem tam zatrzymywałem się na nocleg.

Ze schronisk korzystałem rzadko, bo nie chciałem nadwyrężać mojego budżetu dziesięciu złotych na dzień. To było tanie wędrowanie. Miałem taki powszechnie wtedy używany kocher z palnikiem na denaturat, ale denerwowała mnie plastikowa butelka z fioletową trucizną i zapach palnika, więc po wyczerpaniu zapasu butelkę wyrzuciłem i od tego czasu korzystałem tylko z ogniska. Na szczęście wziąłem z domu – za radą pana Kapusty – parę paczek zapałek sztormowych. Paliły się fantastycznie przy każdej pogodzie i dzięki nim urządzałem ognisko prawie bez wysiłku.

Nie ulega dla mnie najmniejszej kwestii, że byłem innym człowiekiem niż dziś! Nie wiem czy teraz wytrzymałbym chociaż jedną taką noc – w jakichś krzakach, na wilgotnej ziemi, przy tlejącym ognisku. Gdzież bym na przykład /cha, cha, cha/ podłączył maszynę, która reguluje mój obecny senny bezdech?!

Ileż razy budziłem się w mokrym śpiworze przy siąpiącym deszczu, który padał, padał, padał jakby nie miał zamiaru przestać! A potem skromniuteńkie śniadanie na sucho bo nie było jak zagotować wody na herbatę i w drogę. Rzeczy miałem niemiłosiernie brudne i chociaż próbowałem robić jakieś przepierki w strumieniach to niewiele to dawało, bo wiadomo jak się pierze w lodowatej wodzie górskiego strumienia.

Co jakiś czas spotykałem wędrowne obozy z różnych szkół, czy organizacji. Zawsze wesołe dzień dobry, krótkie rozmowy i dalej w drogę.

Specjalnie utkwiła mi w pamięci grupa dziewczyn z Krakowa, a jeszcze specjalniej jedna z nich – Zuzia Ż., z którą jeszcze parę miesięcy po powrocie korespondowałem.

Otóż ta Zuzia – studentka UJ – z uwagi na fenomenalną znajomość gór była w grupie prawdziwą kierowniczką. Dziewczyny miały przewodnika, ale to Zuzia rządziła. Góralka z Murzasichla. Tatry znała wybornie. Opowiadała o nich z prawdziwą miłością. Każdą wolną chwilę spędzała na obozach, biwakach i w ogóle wędrowaniu, a na uniwersytecie była szefową Akademickiego Koła Turystycznego.

Zuzia była dobrym przykładem kogoś kto miał bardzo wyraźnie wytyczone plany na przyszłość. Jej życie wiązało się z górami. Chciała pracować w ratownictwie górskim. Z biegiem czasu – mówiła – otworzę schronisko!

Nie wiem jak jej się to udało, bo nasza znajomość rozpłynęła się jak wiele innych. Ostatecznie co to znaczy korespondować? Na dłuższą metę nikt nie miał na to czasu. Mówię o niej jednak dlatego, że w tej ogromnej liczbie spotykanych przeze mnie tak zwanych turystów była absolutnym wyjątkiem. Była prawdziwą miłośniczką gór. Znała je i kochała. A przede wszystkim imponowała mi pewnością tego co chciała robić. Taka determinacja to było coś rzadkiego i cennego.

Gorce przeszły w Pieniny i minęły dwa miesiące od czasu gdy wyjechałem z dworca na ul. Żytniej do Wrocławia a potem do Świeradowa. Dwa miesiące z plecakiem to nie jest żart! Nie chcę przez to powiedzieć, że byłem jakimś wyjątkiem. Na szlaku spotykałem różnych zapaleńców.

Była wtedy moda na zbieranie punktów na odznakę GOT – Górską Odznakę Turystyczną. Wymagania były dość surowe. Odznaka miała bodaj cztery klasy. Popularna, brązowa, srebrna i złota. Wszystkie w dwóch wersjach – mała i duża. Na koniec były też dwie odznaki „za wytrwałość”. Mała i duża. Ta duża to już było naprawdę Coś i bardzo niewielu mogło się nią szczycić. Bardzo niewielu! Były ograniczenia czasowe, odległościowe, trudnościowe. Wszystkie szczegóły i regulaminy można dziś znaleźć w internecie. W czasie moich poprzednich wycieczek zbierałem podpisy i pieczątki w kolejnych schroniskach i punktach weryfikacyjnych, żeby tę listę przedstawić później do zatwierdzenia i przyznania odznaki, ale potem zeźliła mnie ta biurokracja i przestałem. Do dzisiejszego dnia mam jeszcze arkusz z 1971 roku z potwierdzeniami. To było na rok wcześniej. Byliśmy wtedy z moim bratem na dwutygodniowej wycieczce właśnie w Beskidach.

Potem przestałem bawić się w te głupoty niemniej byli tacy, którzy to lubili i dochodzili do wspaniałych wyników. Właśnie w Pieninach spotkałem jednego z nich – posiadacza dwóch dużych odznak „Za Wytrwałość”. To był rekordzista i zebranie odpowiedniej ilości punktów potrzebnych do uzyskania dwóch takich rarytasów zabrało mu wiele lat. Starszy człowiek w staroświeckich pumpach, grubych skarpetach i „przedwojennej „ wiatrówce.

Fizycznie czułem się dobrze, ale dwa miesiące w ruchu, noce pod gołym niebem i – co tu dużo gadać – marne jedzenie sprawiły, że zacząłem tęsknić za normalnym życiem. To była bardzo paskudna chwila. Właściwie cały dzień. Miałem kryzys i chciałem wracać.

Walczyłem ze sobą, ale słabo. Tłumaczyłem sobie, że już wystarczy, że miałem długie wakacje, że czas iść do pracy i tak dalej. W takim kryzysie nic nie cieszy a w głowie tętni obsesyjna myśl powrotu.

„Po co ja to robię?” – pytałem samego siebie – „po co? Nie mam nic do udowodnienia! A poza tym jestem zmęczony jak pies, brudny jak świnia i żyję jak jakiś dzik! Przecież powinienem iść do pracy, a nie łazić po lasach!”

Stres ma to do siebie, że jest odporny na wszelkie tłumaczenia. Starałem się myśleć inaczej i przywołać to wszystko co skłoniło mnie do tych długich wakacji, ale to nie pomagało. Kryzys trzymał mnie za gardło i byłem o krok od pójścia na dworzec PKS i kupienia biletu do Warszawy.

„A w Warszawie – rozmarzałem się masochistycznie – mam łazienkę, w której będę siedział trzy godziny a potem ubiorę się w czyste rzeczy i pójdę spacerkiem po Nowym Świecie…”.

Widać nie było jeszcze jednak ze mną tak źle, bo przemogłem się i żeby się trochę uspokoić usiadłem na brzegu Dunajca naprzeciwko skały Kotunia. Tuż obok była mała przystań kajakarska. Siedziałem zmarnowany, przygnębiony i brudny w niezmienianej od wieków koszuli, zarośnięty i głodny.

I wtedy stał się cud. No może nie taki wielki ale zawsze. W pewnej chwili podszedł do mnie starszy człowiek pytając czy nie szukam noclegu. To było powszechne. Wszyscy mieli kwatery do wynajęcia. Górale budowali tak zwaną bazę turystyczną, powstawał nowe domy, czasem bardzo wygodne. Kwatery były z wyżywieniem albo bez – zwyczajnie – jak to w uzdrowiskowych miejscowościach bywa.

-A ile by to kosztowało? -20 złotych za noc. A na jak długo potrzebujesz?

-Co ja potrzebuję – powiedziałem trochę rozdrażniony – to umyć się porządnie i wyprać rzeczy w gorącej wodzie. I zjeść coś.

-No to chodź ze mną.

Z moich dzięsieciozłotowych dniówek, które założyłem sobie na początku, miałem zaoszczędzone kilkadziesiąt złotych, bo było parę dni kiedy nie wydałem ani złotówki. Pomyślałem więc, że akurat teraz jest czas żeby je wydać.