Moje wnuki się pytają jak jeździliśmy bez GPS-u, kiedy żadne urządzenie nam nie mówiło  gdzie skręcić?

Ano jeździliśmy jakoś. I to z takim samym skutkiem, bo dojeżdżaliśmy do celu. Zauważyliście, że taka rzecz jak drukowana mapa drogowa, czy przewodnik drogowy stały się przeżytkiem? Jeszcze całkiem niedawno, bez mapy, albo przewodnika drogowego, to nikt w nieznane nie jeździł. Te mapy były od nadużycia poprzecierane na złączach, miały poobrywane rogi, a alfabetyczny zestaw ulic na odwrocie (pisany takim małym drukiem, że nawet lupa nie pomagała w odszyfrowaniu tego w jakim kwadracie na mapie szukana ulica leży) był nieczytelny z wytarcia. Mój mąż przed długą podróżą udawał się do CAA (Canadian Automobiile Association), gdzie jako członek mógł otrzymać szczegółową mapę do celu. Potem jeden siedział z przodu z tą mapą i pilotował kierowcę. Najgorsze były objazdy. No i takie określenia jak ‘turnpike’, czy ‘bypass’. Co to do diabła znaczyło? Oczywiście to było przed czasem, że na każdej komórce była elektroniczna aplikacja tłumacząca z języka na język, która by mi wyświetliła, że turnpike to płatna autostrada, a bypass to objazd.

Moja córka dodatkowo pomięta, że ja kupowałam atlasy drogowe na przecenie, czyli stare i nieaktualne, a potem się złościłam, że rzeczywistość nie jest taka jak w starej mapie. Ale zawsze jakoś dojeżdżaliśmy tam gdzie trzeba. Podobnie było z innymi środkami lokomocji.

Na przykład, na  pociąg ludzie ubierali się odświętnie, nie tak jak dzisiaj w byle co, żeby tylko wygodnie. A przede wszystkim na pociąg przychodziło się na kilka godzin przed odejściem pociągu. Tak na wszelki wypadek, żeby ten pociąg nie odjechał bez nas. Ach, i do pociągu zabierało się jedzenie. Koniecznie jaja na twardo, chleb z kiełbasą z czosnkiem zapakowany w gazetę, i herbatę z mlekiem w butelce. To wszystko wkładało się do starej skórzanej teczki, której rączka była naprawiona drutem. A może to tylko taka moja wizja przeszłości?  Na większych stacjach obnośni sprzedawcy oferowali piwo, mleko dla dzieci, bułki z serem, rzadko owoce. Wagony restauracyjne były tylko w pociągach pośpiesznych. Na dodatek było w nich bardzo drogo, choć niewiele oferowały. Pociągi były bardzo zatłoczone, bo sprzedawano bilety bez względu na ilość miejsc w wagonach. Moje koleżanki kiedyś jechały nad morze przez 12 godzin na stojąco. Po latach kolega z pracy, już Kanadzie, zapytał mnie dlaczego nie pojechały bliżej? Nie mógł tego zrozumieć, że wakacje nad morzem musiały być i koniec. Koszty i trudy podróży się nie liczyły.

Różnice kulturowe, które określają narody. Tak jak inni nie potrafią zrozumieć naszego sentymentu do naszej waluty złotówki. Teraz  kiedy weszła ona do kręgu wymienialnych walut, stała się silna i leży u podstaw polskiej stabilności gospodarczej, to chcą nam ją zamienić na bezpłciowe euro.

Jeszcze niedawno bardzo drogie były loty powietrzne. Na te loty ludzie się specjalnie ubierali, i spijali w czasie lotu, bo kiedyś linie lotnicze oferowały dowolną ilość alkoholu. Z tym, że raczej nie latało się ze swoim jadłem. Kiedyś podróżowało się dostojniej, a na pewno rzadziej. Nie to co dziś, wszyscy obcykani z podróżami na wszystkie strony. Nie tylko GPS, który zastąpił mapy i przewodniki, ale i bilety na pociąg i samolot, a i sprawdzanie lotów odbywa się elektronicznie. A do podróży ubieramy się przede wszystkim wygodnie. I pomyślcie do jakiej uprzywilejowanej  grupy należymy, bo jedynie 3% ogólnej populacji ludzkiej leciało samolotem.

Michalinka