No to głosowaliśmy do Sejmu RP i do Senatu RP. I  w Toronto, i poza granicami kraju, i w Polsce. W Toronto, w sobotę, 12 października już od rana była kolejka.

Jak zwykle padał deszcz, ale wszystko szło sprawnie, i sprawdzanie paszportów, i komisji wyborczych (dla tych, którzy nie wiedzieli, w której są zgłoszeni), i sprawdzenie na liście, i wydawanie kart do głosowanie i samo głosowanie.

Dzięki temu, że utworzono w Konsulacie RP przy Lakeshore dwie komisje, i dzięki niestrudzonemu oddaniu całej rzeszy woluntariuszy,  przepustowość znacznie się poprawiła. Głosowało się miło, przynajmniej tak ja to odczułam, co wcale nie przeszkadzało jednemu takiemu stojącemu za mną narzekać na panujący bałagan i nieporządek, a stał do zweryfikowania, w której komisji głosuje tuż za mną nie dłużej niż kilka minut. Jak już zaczął psioczyć, że mu nie powiedzieli, że ma przynieść potwierdzenie rejestracji do wyborów, tak jak niektórzy, ci bardziej solidni to zrobili, odwróciłam się do niego i poprosiłam żeby mi nie psuł humoru swoim bezzasadnym narzekaniem w sobotni ranek, kiedy ja oddają się patriotycznemu obowiązkowi i przywilejowi zarazem głosując. Gościa zatkało. Łagodząc całą moją, może ciut nazbyt nerwową reakcję, dodałam, że w wyborach kanadyjskich często czeka się i godzinę na oddanie głosu do urny. Już miał mi coś odwarknąć, ale uniknęliśmy dalszego spięcia, bo za nim ustawił się do sprawdzenia komisji wyborczej mój znajomy, który nie miał parasola, i nie chciał sprawdzać potwierdzającej komisji wyborczej na komórce, żeby mu nie zamokła, bo jak zwykle padał deszcz.



Później dowiedziałam się, że w wielu miejscach poza Polską były długie kolejki, niejednokrotnie ponad godzinne, na przykład w Barcelonie, Rzymie, Nowym Jorku, Londynie. Szczęśliwcy cierpliwie czekali. A co mieli powiedzieć ci, którzy ze względu na odległość nie mogli osobiście brać udziału w wyborach? Okręg wyborczy utworzony przy konsulacie RP w Toronto obejmuje prowincje Ontario (z wyłączeniem Ottawy), Saskachewan, Manitobę i terytorium Nunawut. Jak Polacy z tak dalekich terenów mogą głosować osobiście?  Moja dobra znajoma z Barrie (100 km na północ od Toronto) nie dojechała, bo się czuła nie za dobrze, żeby prowadzić samochód przez dwie godziny i czekać w kolejce. Cóż trudno?

Nie.

Ten problem powinien być rozwiązany, albo 20 milionów Polaków jest integralnie połączonych z Polską, albo program ‘Jest nas 60 milionów’ jest jak zazwyczaj tylko czczą gadaniną i programem dla zwekslowanych dyrektorów z głównego toru politycznego.

Zajrzałam na strony ministerstwa spraw zagranicznych RP (wybory.gov.pl) i tu dowiedziałam się, że w Kanadzie utworzono 8 okręgów wyborczych  z liczbą uprawnionych 7,658.  W sumie na całym świecie utworzono 320 okręgi wyborcze, a uprawnionych do głosowania było 330,629.

Zakładam, że ta liczba uprawnionych to liczba zarejestrowanych, tzn takich, którzy moją ważne polskie dokumenty podróży, oraz uznało, że dojadą do komisji wyborczej i się zarejestrowała. Jest to oczywiście przykład statystyki nie na naszą korzyść, bo wynika z niej, że nas prawie nie ma.

Jedynie 7,658 w Kanadzie. Jeśli ktoś chce z tych statystyk wywnioskować o sile Polonii, to wnioski będą marne dla nas, a zapewne dobre dla tych, którzy od dekad nas rozrabiają i chcą widzieć Polonię słabą i nic nie znaczącą – takie etniczny lud pląsający chochole oberki.

Komu na tym zależy?

Odpowiedzcie sobie sami. A śledzą każdy nasz krok zza węgła, i zacierają ręce jak uda się nas kopnąć w kostkę, a takie słabe liczby, są również słabe dla krajów naszego osiedlenia. Słabeusz w jednym aspekcie politycznym, jest także słabeuszem w innym.

Czyli chodzi o to, abyśmy ani tu, ani tam się nie liczyli. A my? Tak jak byśmy pozwalali się tak traktować. Jeden czytelnik moich felietonów zarzucił mi, że jestem zaściankowa, bo nie widzę szerszego kontekstu, tylko prezentuję lokalny (czyli zaściankowy, albo parafialny) punkt widzenia.

Nic bardziej niesprawiedliwego. Fakt: nie wstydzę się mojej parafii, i tego skąd jestem, bo to nie jest nic do wstydu, a do dumy. A kontekst rozumiem nieźle, nawet ten, który ma być nieczytelny, szczególnie dla zaściankowych.

Wracając do wyborów,  ze wzruszeniem przeczytałam o ojcu jezuicie na posłudze potomkom polskich zesłańców w Tomsku na Syberii, który przemierzył 1,850  kilometrów pociągiem, aby dotrzeć do Irkucka do punktu wyborczego i głosować. Ojciec Ziółek  najpierw się zdenerwował, że nie może głosować korespondencyjnie, a potem postanowił, że i tak i tak wypełni swój patriotyczny obowiązek, a zarazem przywilej, i pojechał z Tomska do Irkucka. Podróż zajęła mu 40 godzin.

Niestety, dalej nie mamy polonijnego przedstawiciela ani w Sejmie, ani w Senacie. Marek Rudnicki  (Katowice/Chicago) nie przeszedł, bo nie mógł. Nie miał szans startując w okręgu Warszawa pomimo bardzo dobrej kampanii wyborczej. I to jest nasz problem do rozwiązania. Tylko z kim, jeśli nie mamy partnera?

Alicja Farmus