Zachwycałem się tym, że możemy się spotkać na przykład we wtorek, o pierwszej w południe na lunch! Wtorek! Normalny dzień pracy, gdy wszyscy gonią, śpieszą się, myślą o tym i tamtym, a my siedzimy sobie najspokojniej, popijamy winko i delektujemy się miłą rozmową. We wtorek! W środku dnia!

Byłem w siódmym niebie!

Pamiętałem lata kiedy nie mogłem wziąć ani jednego dnia urlopu, bo cały czas byłem na drodze, dzieci były w szkołach, dom nie spłacony, pożyczki na auta dusiły, a rachunek z Visy powodował stany lękowe!

Dobrze to pamiętałem i tym bardziej delektowałem się moją nowiutką, kochaną emeryturką! Gdybym tylko mógł to każdego ranka całowałbym jej kochane pysio!

Dość szybko po przejściu na emeryturę zorientowałem się, że w tym nowym dla mnie świecie, jest jeszcze jeden temacik – i to temacik, który jak się z biegiem czasu okazywało – stawał się coraz żywszy i aktualniejszy.

Zdrówko.

Operacje kolan, zawały, mini-udary, bóle kręgosłupa, przewlekłe bronchity, starcze astmy, prostaty, problemy z siusianiem, seksem,  zębami, słuchem, pamięcią, artretyzmem itd. itp. Czasami, na szczęście bardzo rzadko, warknął gdzieś jakiś rak, ale ogólnie trzymano się nieźle.

Wszystko to przewijało się tu i tam w rozmowach, czasem półżartem, czasem z niepokojem, ale zawsze z nadzieją, że przecież jakoś to będzie i że jeszcze nie wieczór.

Grano w golfa, biegano po parkach, trenowano na siłowniach, planowano podróże, egzotyczne rejsy na katamaranach i jachtach i robiono mnóstwo rzeczy, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu były atrybutem młodzieży.

Było też jeszcze coś innego – ale na szczęście marginalnego, co trochę burzyło ten sielsko-anielski obrazek.

Otóż w świecie nieograniczonego, wolnego czasu i pewnego komfortu finansowego tu i ówdzie zaczęły się pojawiać dawno skrywane i tłumione nawyki, przyzwyczajenia, a nawet dość niebezpieczne nałogi.

Długo powściągiwane ciągotki i skłonności  rozkwitały w sprzyjających warunkach jak pleśń, która pojawia się na pozostawionym, w wilgotnym cieple, chlebie.

Alkoholizm to jest srogie diablisko, ale jakby zżyte z nami, jakby domowe, znajome, swojskie. Inna rzecz z narkotykami. A te zdarzały się tu i ówdzie.

Nikt o tym wręcz nie mówił, ale „mądrej głowie dość dwie słowie” i z półsłówek,  żartów a nawet zachowań można się było dowiedzieć, że coś-gdzieś idzie nie tym torem co trzeba. Niektórym zaczęło się wydawać, że mają dwadzieścia parę lat i rzucali się w wir zabaw i niebezpiecznych gier z pięknymi Kubankami, dla których poświęcali swoje żony, z którymi przeżyli kilkadziesiąt lat.

Rozwód, sportowy samochód, szalone wakacje i jeszcze szaleńczy seks, a potem w paru przypadkach, dość szybki udar, zawalik, a nawet pogrzeb.

W 1968 roku – na obozie wojskowym w Lublinie – trzymano nas na tak króciutkiej smyczy, że w gruncie rzeczy nie mieliśmy czasu na wypalenie całego papierosa. Cały czas byliśmy diablo zajęci i dowódcy plutonów wyciskali z nas ostatnie poty. Wtedy to usłyszałem z ust szefa naszej kompanii znamienne, bardzo mądre słowa:

– Młody żołnierz nie może mieć zbyt wiele wolnego czasu, bo wtedy zaczyna myśleć, a nie ma nic gorszego niż myślący żołnierz!

To samo powiedzenie można odnieść do każdej sytuacji, w  której  jest pod dostatkiem czasu, bo wtedy zaczyna się myślenie, przemyśliwanie co by tu zrobić i jakby się dodatkowo rozerwać. Konsekwencje nie dają na siebie długo czekać.



Niemniej  cała ta gigantyczna fala baby-boomers, która weszła w wiek emerytalny trzymała się i trzyma świetnie i w bardzo wielu przypadkach siedemdziesięciolatkowie wyglądają o dwadzieścia, trzydzieści lat młodziej. To jest ogromna różnica w stosunku do czasów naszych dziadków, którzy wyglądali „zawsze staro”.

Zdjęcie, które zamieszczam było zrobione w 1913 roku w czasie wakacyjnej wycieczki promem z Abbazii /dzisiejszej Opatiji w Chorwacji/ do Wenecji. Moi dziadkowie – Franciszek i Wanda Baranieccy. Dziadzio ma 39 lat a babcia 26. Jakżeż inaczej wyglądają dzisiejsi trzydziestolatkowie! Nie mówiąc już o nas – o baby-boomers!

Ponad wszystkimi  przyjemnościami  i rozkoszami wieku emerytalnego stała jedna najważniejsza! Ważniejsza nawet od osławionego podróżowania, golfa, katamaranów i polowań na łosie!

To były wnuki!

Małe tłuścioszki, w których widzimy kolejne przedłużenie naszego własnego życia. Doszukujemy się podobieństw, wykrzykujemy, że to „wypisz wymaluj” nasza progenitura – krew z krwi, kość z kości  i ścięgno ze ścięgna!

Gdy jeszcze pracowałem i dnie całe upływały mi w pogoni za pieniądzem, a wizyty w domu były rzadkie i krótkie, wszystko to wyglądało ździebko inaczej.

Już w czasie pierwszych emeryckich spotkań zorientowałem się jak przeogromną rolę, w tym okresie życia, odgrywają wnuki. Jasna rzecz, że wiedziałem to i wcześniej, ale może „nie do końca”…

W ciągu ostatnich lat mojej pracy coraz częściej bywało, że jakiś trucker wyciągał z kieszeni telefon i mówił:

-Poczekaj,  pokażę ci mojego wnusia! Czy ty wiesz jaki on mądry?!

I zaczynało się pokazywanie zdjęć jakiegoś grubaska, czasem płaczącego, czasem śmiejącego,  a najczęściej w ramionach przeszczęśliwego dziadzia.

Z biegiem czasu, gdy kolega mówił, że coś mi pokaże, z góry wiedziałem, że zobaczę zdjęcia jego wnuczki czy wnuka! Wiedziałem już też,  że kokardka na łysej główce oznacza dziewczynkę, a niebieski kaftanik chłopczyka  i że oglądanie zdjęć obejmie opowiadania o zaletach maleństwa.

– W ogóle nie płacze! A je!!! Żebyś ty wiedział jak on je!!! Nie można go od cyca oderwać!  To chyba po dziadziu – dodawał ze znaczącym przymrużeniem oka.

Zdjęcia wnucząt stały na poczesnych miejscach w truckach, zastępując nawet czasami zdjęcia ślubnych żon.

Jeden z kolegów wyjaśniał mi to z szorstkim rozczuleniem:

-Na moją kobitę to ja się już napatrzyłem i jeszcze napatrzę, a ten mój Kevin to taki słodki!!!  Jeździ ze mną! Mój pomocnik!

Trzeba też powiedzieć, że nie wszystkim było dane, no ale tak to już jest i każde życie jest inne… nie mówię lepsze czy gorsze – po prostu inne.

No więc taki był mniej więcej obraz emerytalnych lat, który prezentowali mi znajomi, koledzy i przyjaciele. Byłem już jednym z nich, bo zrozumiano, że przestałem jeździć raz i na zawsze, i że nie ma mi co mówić o tym, że „muszę” to czy tamto, bo „umrę”!

Jeszcze w ciągu pierwszych tygodni miałem parę propozycji pojechania w trasę – głównie od kolegów, którzy chcieli wziąć parę dni wolnego, a nie chcieli parkować trucka, ale odmawiałem.

Po krótkim czasie sprawy się wygładziły, wyciszyły i pamięć o latach pracy powoli blakła i płowiała. Pewnie, że cały pierwszy rok – na widok trucka – serce biło mi odrobinę silniej, ale to może raczej dlatego, że przepełniała je radość z podjętej decyzji.



Pojawiły się jednak sprawy, które trochę nieoczekiwanie wypełniły z naddatkiem nadchodzące miesiące.

Zanim opowiem o sprawach, które dość niespodzianie wypełniły pierwszy rok mojej emerytury, muszę wspomnieć o dwóch miniproblemach, które przewijały się wśród tych – co tu dużo gadać – starzejących się ludzi.

-Twój chłop przeszedł na emeryturę?! Jak ty z nim teraz wytrzymasz???

-To teraz będzie ci zawracał głowę dwadzieścia cztery godziny na dobę!!!

-Jest na emeryturze? Pewnie się będzie do wszystkiego wtrącał! No i cały czas tylko jeść i seks! Jak ty to zniesiesz???

Tego typu pytania i wykrzykniki pojawiały się tu i tam, w rozmowach, na spotkaniach i przy wszelkiej możliwej okazji.

Chłop w domu! Co ty zrobisz? Całe życie do góry nogami!

A „chłopy” siedziały sobie cichutko, bo co one w ogóle mogły powiedzieć? To były kobiece pogaduszki, babskie pytania i sama esencja kobiecości,  bo wiadomo, że „kobieta kobietę zrozumie kochana!”

Aleksander Woysym-Antoniewicz, dobry pisarz tekstów piosenek miał o tym swoją dość specyficzną opinię. Piliśmy wódkę w barze Wygodny na rogu Hibnera i Rutkowskiego. Aleksander, dużo ode mnie starszy, znał się z wódką od lat. W końcu zmogła go na początku lat siedemdziesiątych, ale wtedy – w latach 1969-1971 spotykaliśmy się dość regularnie.

Mówił tak:

– A wiesz synku co mnie najbardziej wścieka?

-Pewnie to, że nie mają dziś nóżek w galarecie – odpowiadałem trochę naiwnie.

-Taaak, to też, ale najbardziej ze wszystkiego wścieka mnie babska solidarność! Cholerna babska solidarność, której my mężczyźni nigdy nie byliśmy i nie jesteśmy w stanie zrozumieć, ani tym bardziej wprowadzić w życie! I w walce z tą babską solidarnością nie mamy żadnych szans!

Tak mówił Aleksander Antoniewicz – artysta, znawca życia i ludzi. Muszę przyznać, że wiele się od niego nauczyłem. Odszedł wiele lat temu i leży sobie spokojnie na bródnowskim cmentarzu, ale wspominam go czasami, nasze wspólne pijaństwa i rozhowory do późnej nocy. A nad ranem szliśmy na Główny, bo tam w bufecie mozna było dostać pomidorową z kluskami i piwo. Aleksander mówił, że to „stawia na nogi”.

No więc razem z tymi obawami o to jak to będzie z chłopem w domu pojawiał się temat przestrzeni życiowej, czyli jak tu się mówi „space”.

-Nie ma mowy! Musi ci dać „space”! I to dużo! Niech siedzi w garażu, bo inaczej to cały czas będzie się do garów wtrącał!

Muszę podkreślić, że moja Żona dzielnie te rady, uwagi i pytania znosiła.

-Mamy basement… – tłumaczyła.

W gruncie rzeczy nigdy mi wcześniej nie przyszło do głowy, że mógłbym być ciężarem dla swojej  ślubnej Żony, ale wszystko co usłyszałem w czasie różnych spotkań dało mi co nieco do myślenia i w pierwszych dniach emerytury przemykałem cichutko pod ścianami…Wszelkie strachy i ostrzeżenia jakoś się u nas nie sprawdziły i po dziś dzień absolutnie nie wtrącam się „do garów”.



Truckerzy są okropnie gadatliwi. Nie raz i nie dwa widziałem przypadkowe spotkania dwóch kierowców i nadziwić się nie mogłem ile też mają sobie do powiedzenia. Inna rzecz, że w dużej mierze sam taki byłem i pewnie nadal jestem.

Dwóch truckerów mija się na parkingu truck stopu. Mówią „hi”, „how ye doin?” czy coś w tym rodzaju i ten niewinny kontakt  prawie zawsze przekształca się w małą pogawędkę, a ta z kolei w dłuższą rozmowę, która czasami trwa dobrą godzinę! Albo dłużej!

Rozmowy przy truckach, przy zakładaniu plandek, przy czekaniu na załadunek, a przede wszystkim rozmowy „przy kawie” są nieodłącznym atrybutem zawodu. To właśnie o nich śpiewa znany „truckerski” bard  Dave Dudley, że gadają o ładunkach, kobietach i o tym jak szybko mogą  jechać ich trucki.

No więc w którymś momencie mojego uważniejszego rozglądania się po emeryckim świecie uderzyło mnie to, że starsi ludzie są także niesłychanie rozmowni. Zupełnie tak jak truckerzy, a może nawet bardziej.

U truckerów można to sobie tłumaczyć tym, że przez długie godziny są sami ze sobą, i że gdy wreszcie spotkają podobną sobie duszę nie mogą się od niej oderwać i muszą wygadać.

U emerytów, czy w ogóle u starszych ludzi ich gadatliwość może się brać, podobnie jak u truckerów, ze spokojnej chęci wygadania się przed kimś, kto jest „z tej samej półki”. Być może bierze się  także z wreszcie osiągniętego spokoju i relaksu! Mamy czas, możemy pogadać! Mamy dużo czasu!

To gadanie najczęściej dotyczy przeszłości. Jakżeż inaczej? Miło powspominać, pogadać o tym co się przeżyło, co się dokonało i gdzie się było. To jest esencja spotkań w parku, przy herbatce czy na barbeque. Inna rzecz, że czasem ta gadatliwość może wymęczyć do cna.

W czasie moich spacerów spotykam różnych ludzi mniej więcej w moim wieku. Prawie wszyscy niesłychanie łatwo nawiązują kontakt i zaczynają rozmowę. Rzadko o coś pytają. Lubią mówić!

I zauważyłem jak bardzo potrzebują tego żeby ktoś ich słuchał. I broń Boże nie przerywał, bo boją się, że zapomną o czym chcieli powiedzieć. I jeszcze jedno – prawie zawsze chcą powiedzieć wszystko. O pracy, rodzinie, polityce i przeżytych latach.

Widząc to, w czasie takich spotkań, staram się słuchać, co szczerze mówiąc nie przychodzi mi za łatwo, ale dzięki temu dowiaduję się ogromnie dużo. Zdarzają się wśród nich perły, o których warto napisać. Niezliczona ilość światów, wspomnień, przeżyć i wrażeń.

W czasie tych rozmów poznaję wietnamską wojnę, hippisowskie szaleństwa lat sześćdziesiątych, kanadyjskie  warunki pracy w początkach lat siedemdziesiątych i tyle innych. Wszystko to widziane z kanadyjsko-amerykańskiej perspektywy, a więc jakżeż innej, niż nasza – polska,  w tamtych latach.

Warto pogadać z emerytem!

Pierwsze tygodnie mojej emerytury upłynęły jak po masełku. Naturalnie pojechaliśmy na  wakacje, które w rzeczywistości były  wakacjami od permanentnych wakacji, pospotykaliśmy się z przyjaciółmi na różnych lunchach, nie-lunchach w najbardziej zwariowanych porach, jak na przykład w poniedziałek o 11 przed południem, cha, cha, cha, żeby podelektować się możliwością spotkania w takich godzinach i  powoli, ale to bardzo powoli zabrałem się za różne zaległe sprawy. To wszystko trwało do czasu, gdy nagle – jak to się mówi „Deus ex Machina” – uderzyła w nas wiadomość o ciężkiej chorobie matki mojej Żony.