Janecz­ka mia­ła uro­dę i pięk­ne wło­sy, podo­ba­ła się. Gdy kie­dyś któ­ryś z kole­gów zbyt natar­czy­wie jej ado­ro­wał, wysła­ła mu kar­tecz­kę z wierszykiem:

Jani­na Kra­mar­ska czy­li Janecz­ka, sio­stra autor­ki Książ­ki Bab­ci. Zmar­ła mło­do w 1941 r.

Z kości stwo­rzy­łeś tego, o Panie,
dla­te­go też każ­de­mu kością w gar­dle stanie.

Na to otrzy­ma­ła odpo­wiedź, nie tyl­ko ona, bo nie wie­dział, któ­ra z pań to napisała:

Pan­na Jasia, Józia, czy inna niewiasta,
że nie z kości stwo­rzo­na, lecz z kiep­skie­go ciasta,
modli się w dzień i wieczór:
Miło­sier­ny Panie, daj­że kość, gdy jest smaczna,
choć i w gar­dle stanie,
a Pan Bóg na to „keine gadanie”.

Potem Janecz­ka wyje­cha­ła na posa­dę do Dąbro­wy Gór­ni­czej, bar­dzo nam jej bra­ko­wa­ło. Rodzi­na też się zmniej­szy­ła, bo w 1930 r. umar­ła bab­cia Felik­sa, a w 1935 r. Antonina.

Mię­dzy kole­ga­mi Maria­na był jeden, wyso­ki blon­dyn z nie­zwy­kłą czu­pry­ną, któ­ry pew­no­ścią sie­bie dziw­nie dzia­łał mi na nerwy.

Dok­tor Jan Any­szek (w środ­ku), mąż autor­ki Książ­ki Bab­ci. Kry­ni­ca. Szczyt Góry Par­ko­wej 1936 r.

Doszło do tego, że goto­wa byłam zawsze mu się prze­ciw­sta­wić, do tego stop­nia, że jeże­li okre­ślił coś jako czar­ne, ja natych­miast stwier­dza­łam, że to jest bia­łe, cho­ciaż wie­dzia­łam, że on ma rację. Po pro­stu na prze­kór. I wyobraź­cie sobie, że ten upar­ciuch zwy­cię­żył w roz­gryw­ce ze mną i po dzie­wię­ciu latach zna­jo­mo­ści, 28 grud­nia 1935, w koście­le PP Nor­ber­ta­nek odbył się ślub Kry­sty­ny i Jana (z powo­du pew­no­ści sie­bie nazy­wa­ne­go Jachu­rem, bo to bar­dzo dum­nie brzmi).

W ten spo­sób zyska­ły­ście dzia­dzia, kocha­ne­go, kocha­ją­ce­go i w ogó­le wyjąt­ko­we­go. Ale zanim to jesz­cze nastą­pi­ło, ofia­ro­wał mi swo­ją wier­ną służ­bę, odpro­wa­dzał na wykła­dy i z wykła­dów, obtań­co­wy­wał na wie­czor­kach i balach, zapra­szał do kina, gdy tyl­ko zdo­był parę zło­tych na bile­ty, w każ­dej sytu­acji był moim rycerzem.

Po skoń­cze­niu stu­diów zamie­rzał poświę­cić się pra­cy nauko­wej, ale gdy zapro­po­no­wa­no mu sta­no­wi­sko leka­rza zakła­do­we­go w Sol­cu Zdro­ju, od razu zorien­to­wał się, że w ten spo­sób pręd­ko stwo­rzy sobie warun­ki do mał­żeń­stwa (bo wte­dy naprzód przy­go­to­wy­wa­no grunt dla rodzi­ny, a potem ją zakła­da­no, a teraz odwrot­nie), zde­cy­do­wał się na wyjazd. W Sol­cu przez wie­le lat nie było sta­łe­go leka­rza, na lato przy­jeż­dżał dr Kaczyński.

W kwiet­niu 1935, kie­dy bro­ni­łam pra­cy magi­ster­skiej, Jachur wyje­chał z Kra­ko­wa, od razu wpadł w wir życia towa­rzy­skie­go. Świet­nie zapo­wia­da­ją­cy się mło­dy czło­wiek zna­lazł powo­dze­nie, panie zaczę­ły go „pod­ry­wać”, ale uda­ło mu się szczę­śli­wie omi­nąć te rafy i docho­wał wier­no­ści swej bog­dan­ce, któ­rej miej­sco­we panie, obser­wu­jąc, co się dzie­je, nie wró­ży­ły dobre­go poży­cia. Jed­na z nich powtó­rzy­ła mi ich „labi­dze­nie” pod moim adre­sem: Co ona robi, prze­cież będzie nie­szczę­śli­wa. Ale kie­dy mnie pozna­ły, zmie­ni­ły zda­nie i orze­kły: Ta nie będzie nie­szczę­śli­wa. Nie wiem, na czym opar­ły ten słusz­ny osąd.

Kry­sty­na Kra­mar­ska-Any­szek i Jan Any­szek. Plan­ty Krakowskie

W listo­pa­dzie przed ślu­bem, roz­wią­zu­jąc razem krzy­żów­kę licz­bo­wą, wygra­li­śmy obraz „Mat­ka Boska bło­go­sła­wią­ca” i to był pierw­szy wspól­nie przez nas posia­da­ny przed­miot do nasze­go domu. Obraz wisi dotych­czas w naszym poko­ju, a oca­lał w cza­sach woj­ny dla­te­go, że pani Maria scho­wa­ła go w zakrystii.

W mię­dzy­cza­sie Marian skoń­czył stu­dia, Janecz­ka była poza Kra­ko­wem, każ­de z nas zaczę­ło orga­ni­zo­wać wła­sne życie, gro­ma­dzić wokół sie­bie gro­no nowych znajomych.

Dr Jan uro­dził się w odle­głej czę­ści Pol­ski i los zagnał go do kra­kow­skiej szko­ły. Wia­do­mo, Kra­ków mia­sto pamią­tek i skar­bów „naro­do­wych”, więc i on zna­lazł tutaj swój „skarb”. A pan­na Kry­sty­na na lote­rii życia wycią­gnę­ła szczę­śli­wy los. Podob­no sta­no­wi­li ład­ną parę i, jak się potem oka­za­ło, dobra­ną. Wese­le odby­ło się pod cho­in­ką, stąd jaka­kol­wiek cho­in­ka sta­no­wi­ła dla mnie zawsze wiel­ką radość i cie­szy­łam się wciąż od nowa, nabra­ła dla mnie jesz­cze więk­sze­go sma­ku. Przy­pa­da­ją­cą na mnie część sło­dy­czy po roze­bra­niu cho­in­ki przy­sła­no mi soli­dar­nie jesz­cze w pacz­ce do Sol­ca. Na wese­lu było trzy­dzie­ści osób z rodzi­ny, dużo mło­dych, pierw­sza z wnu­ków bab­ci wycho­dzi­łam za mąż, co tro­chę odbie­ra­ło mi odwa­gę, ale się dziel­nie trzymałam.

Solec-Zdrój. Od lewej: współ­wła­ści­ciel­ka Sol­ca Zofia Dzia­nott, dok­tor Jan Any­szek, Janecz­ka Kra­mar­ska, xxx, Kry­sty­na Kra­mar­ska-Any­szek, autor­ka Książ­ki Babci.

Na trze­ci dzień po ślu­bie wyje­cha­li­śmy do Sol­ca Zdro­ju, aby zacząć wędrów­kę po nowej dro­dze życia według słów jed­ne­go z tele­gra­mów: Mło­dej Parze Boże złóż dro­gę życia z samych róż. Na dwo­rzec odpro­wa­dzi­li mnie tyl­ko męscy człon­ko­wie rodzi­ny: ojciec, wujek Józek, moi bra­cia, Flor­czy­ki i Ste­fan Sawic­ki, bo dla mamy i sio­stry przy­kra to była chwi­la, jak rów­nież dla mnie. Opusz­cza­łam prze­cież moich naj­bliż­szych w towa­rzy­stwie czło­wie­ka, któ­ry z dale­kie­go świa­ta zja­wił się w moim życiu. Podzi­wia­łam siłę przy­się­gi wypo­wie­dzia­nej przed ołta­rzem a iż cię nie opusz­czę aż do śmier­ci. Chcia­łaś, to masz, mówi­łam sobie w duchu, a łzy krę­ci­ły mi się w oczach. Nie mogłam pła­kać, spra­wi­ła­bym przy­krość czło­wie­ko­wi, któ­ry ofia­ro­wał mi sie­bie. Towa­rzysz mój wysko­czył na któ­rejś sta­cyj­ce i kupił mi gra­na­to­wą bom­bo­nier­kę z czer­wo­ną kokar­dą. Otwo­rzy­łam. W nadzie­niu cze­ko­la­dek sie­dzia­ły roba­ki. Na małej sta­cyj­ce pudeł­ko cze­ko­la­dek leża­ło może od stwo­rze­nia świa­ta, aż wresz­cie tra­fił się ama­tor. Gdy­bym była zabo­bon­na, uzna­ła­bym to za złą wróż­bę, a mnie opa­no­wał wiel­ki śmiech i sytu­acja się roz­ła­do­wa­ła. W Szczu­ci­nie cze­ka­ły na nas konie.

Przy­je­cha­li­śmy na miej­sce póź­nym wie­czo­rem wśród nie­przej­rza­nych ciem­no­ści. Po dro­dze mija­li­śmy trzy bra­my z cho­iny i róż­nych ozdób posta­wio­ne przez miesz­kań­ców Sol­ca dla uczcze­nia mło­dej pary. Przy każ­dej pan mło­dy opła­cał się skła­da­ją­cym życze­nia (taki to był wyna­la­zek). Wresz­cie dotar­li­śmy do nasze­go dom­ku i nie mogli­śmy uro­czy­ście do nie­go wkro­czyć, bo słu­żą­cy pana dok­to­ra zabrał klucz i ulot­nił się. Wobec tego do pierw­sze­go wła­sne­go miesz­ka­nia weszłam tyl­nym wej­ściem. To mógł­by być dru­gi zły omen, ale na szczę­ście nie wie­rzę w prze­są­dy, co i wam radzę. W parę minut potem wezwa­no moje­go męża do cho­re­go. Była już noc. Wyszłam na ganek, w ota­cza­ją­cych mnie ciem­no­ściach sta­łam zagu­bio­na, myśląc o tajem­ni­czej przy­szło­ści; z dale­ka dola­ty­wa­ło szcze­ka­nie psów.
Na dru­gi dzień, gdy wśród skrzyń, paczek i pakun­ków usi­ło­wa­li­śmy zro­bić jaki taki porzą­dek, przy­był do nas z wizy­tą współ­wła­ści­ciel Sol­ca, Dadyś Daniew­ski, stu­dent WSH w Pozna­niu. Kon­we­nan­som musia­ło stać się zadość. Jako kawa­ler on pierw­szy nas wizy­to­wał, aby umoż­li­wić nam udział w wiel­kiej kola­cji, któ­ra mia­ła się odbyć po syl­we­stro­wym polowaniu.

Potem przy­szedł pro­boszcz i po pro­stu zabrał nas do sie­bie i do kościo­ła na nabo­żeń­stwo koń­czą­ce rok 1935. Ks. Sta­ni­sław Jezier­ski bar­dzo ser­decz­nie opie­ko­wał się nami, jak rodzi­ną. Gdy pew­ne­go dnia zbyt dłu­go ocze­ki­wa­li­śmy w koście­le na mają­cy odbyć się ślub, a było zim­no, ksiądz zapro­wa­dził mnie na ple­ba­nię, napo­ił gorą­cym mle­kiem i z powro­tem pozwo­lił iść do kościo­ła. W Nowy Rok na wspo­mnia­nym przy­ję­ciu pozna­łam tam­tej­sze zie­miań­stwo. Czu­łam się onie­śmie­lo­na, jako oso­ba cał­kiem nowa i nale­żą­ca do naj­młod­szych w towa­rzy­stwie, ale bar­dzo zręcz­nie posa­dzo­no mnie przy sto­le. Sąsia­dem moim był kle­ryk L. Cze­chow­ski, mój rówie­śnik, i Dady­sie, a ksiądz pro­boszcz ser­decz­nie mi matkował.

Książ­ka Bab­ci. Solec-Zdrój. Od lewej: Ste­fan Kra­mar­ski, dok­tor Jan Any­szek, Janecz­ka Kra­mar­ska, współ­wła­ści­ciel Sol­ca Andrzej Dzia­nott, Kry­sty­na Kramarska-Anyszek.

Tak zaczę­ło się nasze nowe życie. Jachur miał sta­le pacjen­tów. Przy­jeż­dża­li z odle­głych wio­sek, na wozach z podusz­ka­mi, z pie­rzy­na­mi, do innych musiał jechać. Bywa­ły takie dni, że prze­sia­dał się tyl­ko z wozu na wóz, a każ­da wizy­ta zaj­mo­wa­ła mu kil­ka godzin, co gor­sza czę­sto zda­rza­ły się takie noce, że na kil­ka godzin zosta­wa­łam sama w dużym sze­ścio­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu, bo słu­żą­cy sypiał na wsi u mat­ki. Mnie, któ­ra zawsze mia­łam poko­ik wspól­ny z sio­strą, samot­ność w nocy w obcym miej­scu napeł­nia­ła ogrom­nym stra­chem. Okrę­ca­łam rękę różań­cem, nacią­ga­łam koł­drę na gło­wę i obla­na zim­nym potem zasy­pia­łam tak moc­no, że powra­ca­ją­cy mąż mało nie wyła­mał drzwi, żeby dostać się do domu. Jego łomot koja­rzył się ze sna­mi i przy­spa­rzał jesz­cze strachu.

Zdję­cie pod­pi­sa­ne przez Janecz­kę Kra­mar­ską, sio­strę autor­ki Książ­ki Bab­ci: Solec-Zdrój 18.VII.1936. Sie­dzą (od lewej): kapi­ta­no­wa Waw­rzec­ka, ja. Sto­ją: Zula Pre­isów­na, p. Hala Przy­by­szew­ska, kapi­tan Waw­rzec­ki, mgr. Kry­sia (to o sio­strze, Kry­sty­nie Kra­mar­skiej-Any­szek — przy­pis wnuczka).

Pań­stwo Dzia­not­to­wie od pierw­szej chwi­li chcie­li, aby­śmy się czu­li jak naj­bar­dziej swoj­sko. Pra­wie wszyst­kie zimo­we wie­czo­ry spę­dza­li­śmy u nich. Był brid­ge albo bilard z grzyb­kiem zagry­za­ny figa­mi. To dru­gie odpo­wia­da­ło mi; ruch, pre­cy­zja ude­rze­nia, no i te figi. W kar­ty usi­ło­wa­no mnie nauczyć, w bri­dża i w pre­fe­ran­sa. Ale trud­no, nie lubię mate­ma­tycz­nych zawi­ło­ści i zupeł­nie mi ten rodzaj roz­ry­wek nie odpo­wia­da. Jako kibic czy­ta­łam książ­ki albo zwi­nię­ta w kłę­bek zasy­pia­łam; podob­no byłam świet­nym kibicem.

Nie ist­nia­ły żad­ne godzi­ny przy­jęć, cho­rzy zja­wia­li się wte­dy, kie­dy uda­ło im się dotrzeć do leka­rza, a dok­tor przyj­mo­wał ich zawsze, wsta­wał od nie­do­do­pi­tej szklan­ki her­ba­ty, prze­ry­wał roz­mo­wę nie­mal wpół sło­wa. Leczył wszyst­kie dole­gli­wo­ści, ban­da­żo­wał, cero­wał, wyj­mo­wał zagu­bio­ne w cie­le igły, skła­dał poła­ma­ne kości, wyry­wał zęby i trzy­mał do chrztu cho­re dzie­ci, stąd sam nie wie, ile ma chrze­śnia­ków (potem je spi­sy­wa­łam). Z wyrwa­nych zębów mogła­bym sobie wybru­ko­wać nie­li­chą ścież­kę do nasze­go domu. Jachur pra­co­wał bar­dzo cięż­ko. Prze­nie­sio­ny z asep­tycz­nych warun­ków szpi­tal­nych, musiał leczyć z taką samą odpo­wie­dzial­no­ścią jak jego miej­scy kole­dzy w warun­kach zaprze­cza­ją­cych nie­raz wszel­kiej higie­nie. Bywa­ło, że wszedł­szy do cha­łu­py wie­szał okry­cie u powa­ły, bo nie widział czy­ste­go miej­sca. Pamię­tam, jak kie­dyś wezwa­ny do cho­rej z nie­ty­po­wy­mi obja­wa­mi, posta­wił dia­gno­zę i wysłał do szpi­ta­la w Kra­ko­wie. Za kil­ka dni przy­szedł list od pro­fe­so­ra z gra­tu­la­cja­mi z powo­du tak świet­ne­go roze­zna­nia. Bar­dzo cie­szy­li­śmy się tym sukcesem.

Wie­le godzin na dobę spę­dza­łam w ocze­ki­wa­niu na powrót męża, ter­min był trud­ny do okre­śle­nia. Taka jest rola żon wiej­skich leka­rzy. Ja nato­miast pra­cy mia­łam nie­wie­le, zwa­żyw­szy że chło­pak przy­cho­dził do pomo­cy w sprzą­ta­niu i otwie­ra­niu drzwi. Dużo czy­ta­łam, robót­ki róż­ne wyczy­nia­łam i pisa­łam listy. Odby­wa­li­śmy dłu­gie spa­ce­ry po lesie.