Więc tak. Jak zwykle wstałam około 7-mej. Tym razem jednak zanim przeszłam do codziennych powinności takich jak karmienie psów i kotów, oraz ranne nic nie robienie przy kawie prawdziwej, zaparzonej po turecku, czyli po polski, udałam się do łazienki wziąć prysznic.

To przecież Wielkanoc!  Wszystko poczeka, aż nie skończę moich porannych oblucji i szykowania się. Popatrzyłam na siebie w lustro – nic dobrego. Po wypluskaniu się i odświeżeniu, postanowiłam nieco sobie pomóc i zaczęłam pracować nad starannym makijażem. Że co? Że nikt nie widzi? Jak to nie widzi, ja widzę, i Bóg w przestworzach doceni moje starania. Przecież pomimo tego całego zawieszania związanego z epidemią koronawirusa Wielkanoc należy obchodzić odświętnie. Założyłam niedzielne szaty – a przepraszam, ubrania. Na koniec oceniłam się w lustrze. Nieźle! Znacznie lepiej niż z samego rana. Wyzwoliłam się z przydeptanego wyglądu człowieka unikającego zarazy. Humor mi się od razu poprawił. Na zastawionym stole wielkanocnym było trochę inaczej.  Były jajka i szynka (ale nie polska), ale nie było kiełbasy. Nie było polskiego chleba, tylko drożdżowy, wypieczony w domu, który akurat teraz sobie siadł w zakalec. A niech tam! Chrzan stał w słoiczku kupionym w sieci ‘No frills’. Pewnie długo będzie czekał na zjedzenie, bo taki jakiś nie tego. Diabeł tkwi w szczegółach – tak i ten chrzan. Niby chrzan, ale nie taki jak potrzeba. Pal licho, ważne że jest.

Po uczestnictwie wirtualnym we Mszy świętej, przyszła pora na wideokonferencję z rodziną. Dostałam link, Weszłam na niego i nic. Telefon. Jesteś tam? Jestem, jestem, ale nic. Potem byłam ja, i jedna z córek (prowadząca wideokonferencję), ale nikogo więcej. Kazali mi się wylogować, i za chwilę spróbować znowu. Tak kilka razy. I w końcu! O cudzie techniki wszyscy widzieliśmy się i słyszeli.

Pomodliliśmy się, i podzielili przeze mnie święconymi jajkami, odebranymi z koszyczków wystawionych na schodki przed domem. Tym razem modlitwa była inna, ale nawiązywała do pokoleń Polaków, abyśmy przeżyli, i byli razem. Tak modliła się moja babcia. Nieważne co straciliśmy, ważne, że przeżyliśmy. Nastał czas, który zmusza nas do refleksji nad tym co naprawdę w życiu ważne.

Rozmowy przy wirtualnym stole.

O sprawach rodzinnych, o tym jak skutecznie unikać zarazy i jak przetrwać ekonomicznie.

Kto stracił pracę, komu skasowano kontrakt, kto nie może wyjechać na Hawaje, jak organizować zakupy grupowo.

O tym jak straszna jest sytuacja w domach spokojnej starości. A to co wiemy to jest jedynie szczyt góry lodowej.

O tym jak zawiodły nas rządy wszystkich szczebli, a głównie federalny, w braku przewidywalności i zabezpieczenia kraju i obywateli. Czyż to nie paradoks, że zakupione w Chinach środki ochronne (Personal Protection Equipement – PPE) takie jak maski, rękawice, gogle, ubrania ochronne zostały w lutym podarowane Chinom jako pomoc w walce z ich epidemią? W marcu nie było ich już gdzie kupić, a transport z Pekinu, nie trafił do Kanady, tylko został zaanektowany na pniu (czyli po naszemu piracko ukradziony) i wywieziony do USA. Nasz premier Justin Trudeau i wicepremier Christia Freeland tylko chrząkali jak o to ich pytano. Dodatkowo nasz premier przejdzie do historii jako ten zalecający (w końcu) maski, aby nie pluć na innych (‘spread the moisture to others’). I jako ten, który apelował, aby nie wyjeżdżać do domków letniskowych, a po apelu zaraz sam pojechał. Tak, tak obostrzenia dotyczą tylko maluczkich.

W Demokratycznej Republice Konga (DRK) nie tylko jest epidemia koronawirusa, ale i eboli. Ta ostatnia trwa od 2017 roku.

Patrząc na statystyki zachorować, dalej nie wiemy czy liczy się to samo. To co wiemy natomiast, to że nie ma statystyk z Indii, gdzie sytuacja jest naprawdę dramatyczna. Wędrówka milionów Hindusów po ogłoszeniu stanu wyjątkowego z dużych miast do rodzinnych wiosek napotkała na kordon nie do przejścia. Wioski nie życzą sobie zarazy, która może być przywleczona przez ich krewnych wracających z wielkich miast.

O dziesiątkach tysięcy Kanadyjczyków ciągle porozrzucanych po świecie, którzy nie mają jak wrócić do domu.

Jak zwykle dobre PR robi Mutter Merkel. Jej drużyna wychwala ją pod niebiosa za wspaniałe dawanie sobie rady z zarazą. Te wystąpienia szczególnie nasiliły się po tym jak Polska za swoją strategię antywirusową została pochwalona przez Światową Organizację Zdrowia (Wold Health Organization – WHO). Niemcy nie potrafią przełknąć tego, że my możemy zrobić coś dobrze, a nawet lepiej niż oni. No i ciągły brak polskiej ekipy PR, która po pochwale z WHO nie wykorzystała momentu, wypisując do wszystkich, jakim to niezwykłym liderem jest  minister zdrowia Łukasz Szumowski. Co czekacie, aż was Niemcy pochwalą? Czekał tatka latka.

I o Katyniu. Moje dzieci, co roku udają się pod Pomnik Katyński u zbiegu ulic Queen i Roncesvalles i zapalają znicze. Jeszcze raz wyjaśniłam dlaczego pomordowano z zimną krwią ponad 20 tysięcy polskich oficerów, tym razem cytując premiera Morawieckiego, że chodziło o wyniszczenie narodu polskiego poprzez eliminację elit.

I Katastrofa Smoleńska. Po dziesięciu latach Rosja ciągle wraku nie zwróciła, a prawda wprost nie jest nazwana. To o to chodzi, żebyśmy nie byli ‘jedno’.  Widać to także wyraźnie na kanadyjskim polonijnym podwórku.

Po godzinnym wirtualnym Śniadaniu Wielkanocnym, rozłączyliśmy się. Każdy udał się do swojej nory, aby przeczekać zarazę. Nigdy w najśmielszych wyobrażeniach nie sądziłam, że spotka nas w życiu taka dziwna Wielkanoc – obchodzona wirtualnie. Ale… Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Taka forma jest niewątpliwie lepsza niż żadna. Liczy się treść przecież. Za to z jaką świeżą radością będziemy celebrować Wielkanoc w przyszłym roku!

Alicja Farmus