Mój wypad w Bieszczady do Tatr Wysokich – krainy Łemków i Bójków był niezapowiedziany, bo dzisiaj z uwagi na koronowirusa taka wycieczka niewskazana.

Ale wspomnę to co przeżyłam dwa lata temu. Przyroda sięgała zenitu, wypoczynek wspaniały, pomimo nawet kilkudniowej niesprzyjającej pogody. Stacjonowaliśmy w Bazie Centralnej WOPR , na samym cyprze Polańczyka.
Dzięki przynależności mojego znajomego do Bieszczadzkiego WOPR-u. opłynęliśmy wszystkie zatoczki aż do Przystani Szeryfa, dalej było już niebezpiecznie, pływały kłody drzew spływające z górnej partii rzeki.
Odwiedziłam m.in. Płw. Jawor, wchodziłam na wysoką chwiejącą się wieżę, odwiedzilismy pustelnika mieszkającego samotnie w pustelni na płw. Horodek i o mało nie wpadliśmy na malutką wyspę okresówkę, która pokazywała swój szczyt w Solinie, bo stan wody był dużo niższy.

A im dalej na płd-wschód tym dziksza panowała przyroda, góry wyższe, mniejsze zaludnienie. Wieś od wsi oddalona, stały z rzadka osady i pojedyncze sioła, a pozostałości po opuszczonych wsiach zarosły drzewami. Akcja Wisła przeprowadzona w 1947 roku w związku z działalnością bandy UPA. sprawiła, że Łemkowie i Bójkowie zostali przesiedleni do ZSRR oraz na Śląsk, Pomorze i Mazury. Tylko niewielka część tej ludności po 1956 roku wróciła do Bieszczad.

Jednego pięknego poranka, wyjechaliśmy na poszukiwanie przygody,
i dokonania zakupu sera z mleka owczego, być w Bieszczadach i nie zjeść bunca byłoby grzechem.

Udaliśmy się na jedną z wyższych partii gór, przez Wołkowyję, Baligród, Jabłonki, Cisna, Przystup, Smerek, Wetlina i szlakiem Przełęczy Wyżnej dotarliśmy do jednej z bacówek.
Przywitał nas podhalański owczarek pilnujący stoiska, baca siedział w oddalonej bacówce, bo ni stąd ni zowąd deszcz zaczął padać. Wyszedł grubszy baca zza górki i psa do siebie przywołał. Na stole leżały najróżniejsze kształty oscypek, i feta w słoikach, i miód. Baca bunca już nie miał, ale podpowiedział gdzie można kupić – Krysia, może mieć bunca, bo do nas to i Słowacy przyjeżdżają. I wijącą serpentyną zjechaliśmy w dół na drugą stronę tej samej góry, a potem znów w górę do pani Krysi, a bacówka jej stała na uboczu.
Rzeczywiście droga była podlejsza, niebezpiecznie a po deszczach, tak naprawdę zrobiło się wąsko jakoś i ślisko, już bunca mi się odechciało, i tej bryndzy i żętycy. Jak zjeżdżaliśmy znowu w dół i w dół, myślałam, że serce mi wyskoczy ze strachu, bo jak minąć się na wąskiej dróżce z innym samochodem, w bok przepaść za przepaścią, a potem znów pod górę piąć się, na szczyt tej samej góry tylko z drugiej strony.

Bacowa Krysia okazała się pomimo 66 lat osobą energiczną. Bacówka stała tuż przy dróżce, służyła jej za schronienie przed złą pogodą, a także była miejscem przerobu mleka owczego na sery. W środku po jednej stronie szopy było palenisko, komina nie było, a dym mocno drażnił oczy i gardło. Z bacówki miała też dobry widok na pastwisko, które było opłotkowane, i stało na nim kilka małych szałasów, a stada pilnował wynajęty młody juhas.
Mówiła, że przybyła do Bieszczad aż z Podhala i jest tu na wypasach od maja do początku września, na zimę wraca ze zwierzętami w rodzinne strony. Mówiła, że ludzie z nizin są grubszej postury i nogi mają grubsze, i dlatego chodzić po górach im trudniej, a także i zwierzęta są tęższe.

Pomimo swojego wieku łażenie po górach dla niej jest pestką, z samego ranka jak tylko się obudzi udaje się do krzyża stojącego na jednej z polan i przy nim modli się do Boga.

Po próbie smakowej bunca, kupiłam półtora kg sera, z czego większość spałaszowałam w ciągu jednego dnia, ależ fajnie chrzęścił pod zębami i nie zapychał gardła tak jak nasze białe sery, lekko się go przełykało, niesamowity łagodny smak, a posypany solą był jeszcze smaczniejszy.

Góralka opowiadała, że wysokogórskie słońce, ostry klimat i właściwości paszy zapewniają zwierzętom odporność i sprawność organizmu. Do zdjęcia nie chciała stanąć, ale dopytałam się pomalutku jak wygląda produkcja bunca.

Zlane do „pucierzy” słodkie owcze mleko rańsze i wieczorne klaruje się czyli doprowadza się do ścięcia białka w mleku. Powstały skrzep parzy się przez kilka minut w temp. 70 .C , później odcedzone na płótnie, bunc przybiera postać dużego kanciastego chleba. Odciągnięta serwatka nosi nazwę żętyca, i jest bardzo dobrze się sprzedaje, nadzwyczaj smaczna.

Najsmaczniejszy ser jest z wiosennego wypasu owiec, licząc od maja do nocy św. Jana, smak sera jest wprost niebiański.

– Z Panem Bogiem – powiedziała nam nam na odchodne.

Piękne są Bieszczady, oczy same obracają się w każdą stronę. Było na co popatrzeć, i podziwiać ciągle to nowe widoki, bo za każdym zakrętem kryło się coś nowego, coś innego. A kiedy słońce wyszło zza chmur, i jego promienie przechodziły tak partiami po górach, tak z wolna, to naprawdę, proszę mi uwierzyć, widok niesamowity, nie potrafię opisać tego piękna. Wiem tylko jedno, przyroda zdała swój egzamin i to zdała na podwójną piątkę.

Celina Rapa
bibliotekarz