Kie­dyś Soli­dar­ność była potęż­na, pra­wie 10 milio­nów ludzi.

Byłem jed­nym z tych ludzi.

W Hucie Szkła w Wyszko­wie zaczą­łem pra­co­wać we wrze­śniu 1980 r, po zakoń­cze­niu służ­by woj­sko­wej w Mary­nar­ce Wojen­nej (oddział brze­go­wy, 2 lata). Nie przy­się­ga­łem na wiecz­ny sojusz z armią czer­wo­ną, po pro­stu nie wypo­wie­dzia­łem słów któ­re uzna­łem za nie­wła­ści­we, nie­któ­rzy kole­dzy również…

Reklama

Pra­co­wa­łem w gru­pie remon­to­wej. Pra­ca cięż­ka, zwłasz­cza napra­wa maszyn szklar­skich przy wan­nie szklar­skiej — wyso­ka tem­pe­ra­tu­ra, olej, szkla­ne nici – ale pła­ca nie­zła. Nie­któ­rzy dzi­wi­li się dla­cze­go chło­pak po matu­rze (mate­ma­ty­ka 5, inne przed­mio­ty 4) wybrał coś takie­go, ale to pro­ste — chcia­łem być moż­li­wie szyb­ko nie­za­leż­ny, więc musia­łem zarabiać.

Wła­śnie we wrze­śniu zaczął orga­ni­zo­wać się NSZZ Soli­dar­ność. Oczy­wi­ście zapi­sa­łem się. W mojej gru­pie remon­to­wej na sze­ściu tyl­ko jeden nale­żał do pzpr, trzech do Soli­dar­no­ści. Roz­mo­wy bywa­ły „inten­syw­ne”, typo­wo męskie. W 1981 r zda­rza­ły się pogo­to­wia straj­ko­we, byłem wte­dy w stra­ży straj­ko­wej. Cza­sem jeź­dzi­łem do Regio­nu Mazow­sze na ul. Moko­tow­skiej w War­sza­wie, była tam księ­gar­nia z wydaw­nic­twa­mi bez cen­zu­ry i kupo­wa­łem po 2, 3 książ­ki głów­nie histo­rycz­ne. To był wspa­nia­ły czas.

Kole­dzy opo­wia­da­li, że „biu­ro” zaczę­ło ich trak­to­wać jak ludzi, czu­ło się wła­sną war­tość, god­ność. Nie prze­szka­dza­ły już nasze cią­gle brud­ne ubra­nia robo­cze – trud­no było je codzien­nie zmie­niać, zakła­do­wa pral­nia nie nadą­ża­ła z praniem.

Ogło­sze­nie sta­nu wojen­ne­go było jak wal­nię­cie kijem mię­dzy oczy. Poczu­łem się jak czar­ny nie­wol­nik na plan­ta­cji bia­łe­go pana. Żad­nych praw. Nie mogłem się z tym pogo­dzić. Wia­do­mo­ści z Radia Wol­na Euro­pa czy Gło­su Ame­ry­ki były pora­ża­ją­ce. Po zabi­ciu gór­ni­ków z „Wuj­ka” czu­łem się tak, jak­by zabi­li moich bra­ci. Przed Świę­ta­mi, gdzieś w Zakła­dzie na pla­cu spo­tka­łem sze­fa Soli­dar­no­ści – nie został inter­no­wa­ny, nasz Zakład był mały, ok. 250 zatrud­nio­nych. Spy­ta­łem wów­czas czy coś robimy.

Był przy­bi­ty i bar­dzo się zdziwił.

W poło­wie stycz­nia 1982 r zno­wu zapy­ta­łem, wów­czas wyzna­czył mi miej­sce bar­dzo rzad­ko odwie­dza­ne, pod wan­ną szklar­ską. Było tam ciem­no i mogli­śmy spo­koj­nie poga­dać. Zapro­po­no­wa­łem że nama­lu­ję kil­ka pla­ka­tów i roz­wie­szę je na tere­nie Zakła­du. Miał to być  cytat z pio­sen­ki Jana Pie­trza­ka „Żeby Pol­ska była Pol­ską”. Pla­ka­ty dla­te­go, że ich przy­kle­je­nie trwa­ło­by o wie­le kró­cej niż malo­wa­nie farbą.

Zgo­dził się.

Zdo­by­łem kil­ka arku­szy papie­ru for­ma­tu ok 60x40 cm, napi­sa­łem hasło, pod­pis S. Wszyst­ko w ręka­wi­cach, wcze­śniej­sze odci­ski pal­ców wytar­łem. Przy­go­to­wa­łem klej i scho­wa­łem na tere­nie Zakła­du. Nocą ubra­łem się na czar­no, buty z mięk­ką pode­szwą, aby nie stu­ka­ły i wybra­łem się na akcję. Wysze­dłem przez piw­ni­cę z innej klat­ki scho­do­wej w blo­ku (kory­tarz biegł przez całą dłu­gość blo­ku, moż­na było wejść i wyjść z dowol­nej klatki).

Patro­le mili­cyj­ne w samo­cho­dach były widocz­ne z dale­ka, pie­sze były dosyć gło­śne – stu­kot butów, roz­mo­wy, łatwo je wymi­ja­łem. Skok przez mur i byłem na tere­nie Zakładu.

Wałę­sa do dziś nie wska­zał miej­sca, gdzie prze­sko­czył płot, i jak to zrobił.

Opo­wiem więc jak to zro­bi­łem ja.

Mur sta­no­wi­ły pły­ty beto­no­we wys. ok 2,5 m, uży­wa­ne cza­sem do budo­wy tym­cza­so­wych dróg, na wierz­chu 4 czy 5 linii dru­tu kol­cza­ste­go. Nawet wyspor­to­wa­nej oso­bie jak ja trud­no było to prze­for­so­wać. Aby uła­twić sobie przej­ście, poprzed­nie­go dnia przed „akcją“ prze­rzu­ca­łem z tere­nu Zakła­du na dru­gą stro­nę muru gru­bą deskę lub drew­nia­ną pale­tę. To samo przy murze w Zakła­dzie. Nocą wystar­czy­ło usta­wić deskę lub pale­tę pod kątem ok 60 stop­ni przy murze i wejść na nią. Zosta­wa­ło ok 1 — 1,5 m a to był dro­biazg. Jesz­cze szczyp­ce do cię­cia dru­tu i goto­we. Po przej­ściu zno­wu usta­wie­nie pale­ty z dru­giej stro­ny i dro­ga uciecz­ki gotowa.

Wzią­łem przy­go­to­wa­ne mate­ria­ły i przy­kle­iłem pla­ka­ty: przy szat­niach, sto­łów­ce, pral­ni i na drzwiach biu­row­ca. Następ­ne­go dnia w Zakła­dzie „burza“ – kil­ku­na­sto­oso­bo­wa eki­pa mun­du­ro­wych i cywi­lów, zdję­cia itd. W Zakła­dzie i w mie­ście temat nr 1 przez kil­ka­na­ście dni.

Póź­niej były następ­ne akcje. Zawsze chcia­łem robić je sam. Jed­ne­go razu przy­go­to­wa­łem kil­ka bute­lek z czar­ną far­bą i rzu­ca­jąc roz­bi­łem je na ścia­nie biu­row­ca, gdzie był wyma­lo­wa­ny sym­bol pzpr tzw. „ster­nik” (ok 8x5 m) — za kołem ste­ro­wym facet w czer­wo­nym kom­bi­ne­zo­nie robo­czym, a u góry napis „z par­tią“. Nie­dłu­go póź­niej zama­lo­wa­li go cał­ko­wi­cie. Była też przed biu­row­cem plan­sza — por­tret leni­na – ok 4x3 m, ten dostał pusz­kę czar­nej far­by i zdję­li go.

W jed­nym z budyn­ków został ulo­ko­wa­ny noc­ny obser­wa­tor sb, ale wie­dzia­łem gdzie i łatwo było omi­jać jego obszar obser­wa­cji, zwłasz­cza, że nocą zakład był sła­bo oświe­tlo­ny, a ja byłem szybki.

Na począt­ku mar­ca 1982 r poja­wił się „Szer­szeń” — gazet­ka dru­ko­wa­na nie­re­gu­lar­nie (ok. co mie­siąc). Zno­wu „akcja“ – ok. 30 szt. na zakład, szat­nie, po kil­ka przy sto­łów­ce i pral­ni, ok. 40 po klat­kach scho­do­wych w blo­kach na osie­dlu. Podob­ne  akcje były każ­de­go miesiąca.

Gdzieś w maju 1982 r nastą­pi­ła zmia­na eki­py dru­ku­ją­cej – 2 razy dru­ko­wa­li­śmy z kole­gą na wsi, póź­niej 2 – 3 razy tyl­ko ja. Wystar­cza­ła jed­na oso­ba, a kole­gę łatwo było namie­rzyć. Druk na tzw. „ram­ce” pole­gał na tym: do drew­nia­nej ram­ki for­ma­tu wewnątrz A4 moco­wa­ło się bar­dzo drob­ną siat­kę z two­rzy­wa sztucz­ne­go, następ­nie od jej spodu matry­cę, nale­ża­ło ram­kę z matry­cą od dołu poło­żyć na plik papie­ru A4, na wierzch nanieść nie­co far­by dru­kar­skiej i pocią­ga­jąc przy­rzą­dem do mycia okien roz­pro­wa­dzić far­bę. W zależ­no­ści od jako­ści matry­cy moż­na było wydru­ko­wać 150 do 250 szt. gazetki.

Prze­sta­li­śmy dru­ko­wać, bo poja­wi­ła się pra­sa znacz­nie cie­kaw­sza z War­sza­wy. Cza­sem tyl­ko, jak dzia­ło się coś cie­ka­we­go w moim mie­ście dru­ko­wa­łem nowy numer.

Jesie­nią 1982 r zaczą­łem jeź­dzić do War­sza­wy po pra­sę, nie­któ­re tytu­ły płat­ne, były też płat­ne książ­ki, kase­ty z muzy­ką Pie­trza­ka, Gin­trow­skie­go i Kacz­mar­skie­go, znacz­ki pocz­to­we. Pierw­szy raz mia­łem tram­wa­jem nr 4 prze­je­chać z pla­cu dwor­ca Wileń­skie­go o ile pamię­tam 6 przy­stan­ków, wysiąść i cze­kać o okre­ślo­nej godzi­nie. Było umó­wio­ne hasło. Przy­wo­zi­łem łącz­nie 150 – 200 szt, wię­cej bezpłatnych.

Pra­sa to „Wia­do­mo­ści”, „Tygo­dnik Mazow­sze”, „Głos”, „Wola”, były też wydaw­nic­twa Soli­dar­no­ści Wal­czą­cej i KPN. Dobrym kamu­fla­żem było umiesz­cza­nie ich w pudeł­ku po butach. Uma­wia­li­śmy się na następ­ny raz w innym miej­scu, spo­ty­ka­łem się zawsze z inny­mi oso­ba­mi. Jeź­dzi­łem pocią­giem 2 razy w mie­sią­cu. Po przy­jeź­dzie umiesz­cza­łem to w schow­ku. W moim 2‑piętrowym blo­ku był strych ok 1,5 m wyso­ko­ści na całej powierzch­ni dostęp­ny. Wysy­pa­ny był tro­ci­na­mi. Wcho­dzi­łem tam i na 2 – 3 dni zosta­wia­łem przy­sy­pa­ne tro­ci­na­mi. Na dachu każ­dy miał ante­nę tele­wi­zyj­ną, czę­sto trze­ba było popra­wiać jej usta­wie­nie, więc wcho­dze­nie na dach było czymś zwyczajnym.

Póź­niej dzie­li­łem na dwie czę­ści – jed­ną dla moich akcji, dru­gą roz­pro­wa­dzał kole­ga. Uma­wia­li­śmy się w pra­cy na dzień i godzi­nę, spo­ty­ka­li­śmy się w piw­ni­cy jego blo­ku, wcho­dzi­łem z innej klat­ki scho­do­wej, zwra­cał mi pie­nią­dze zapła­co­ne w Warszawie.

Kie­dyś wio­sną 1983 r dojeż­dża­jąc do sta­cji w moim mie­ście zauwa­ży­łem na pero­nie dwóch face­tów, wyglą­da­li na sb.

Wysze­dłem z dru­giej stro­ny pocią­gu i omi­ną­łem sta­cję. Od tej pory wyska­ki­wa­łem wcze­śniej. Pociąg dojeż­dża­jąc do mia­sta nie­co zwal­niał na moście przez rze­kę Bug, zaraz po jego minię­ciu wyska­ki­wa­łem. Gorzej było jesie­nią i zimą, było ciem­no i nie zawsze moż­na było zauwa­żyć roz­sta­wio­ne wzdłuż torów co ok. 100 m beto­no­we słup­ki, gdy­bym na któ­ryś z nich wpadł i ktoś doniósł­by  do sb to było­by źle.

Na począt­ku 1983 r w toa­le­cie męskiej w biu­row­cu ktoś napi­sał dłu­go­pi­sem wier­szyk „13 grud­nia roku pamięt­ne­go wylę­gła się wro­na z jaja czer­wo­ne­go”. Kole­ga poznał jego cha­rak­ter pisma, bo sie­dzie­li w poko­ju „biur­ko w biur­ko“ i doniósł sb. Zamknę­li face­ta na kil­ka mie­się­cy, przy­pusz­cza­li że to on robił „akcje”. Oczy­wi­ście to nie był on, bo i „akcje” nie usta­ły. Dostał wyrok bodaj­że 1,5 roku w zawie­sze­niu na 2 lata. Moje akcje trwały.

W 1983 r prze­sze­dłem do pra­cy w dzia­le Głów­ne­go Tech­no­lo­ga. W hucie jakaś maszy­na dozna­ła awa­rii. Było to pierw­szy raz i nikt nie wie­dział co robić. Wpa­dłem na pomysł, zro­bi­łem co trze­ba i maszy­na ruszy­ła. Nie­dłu­go póź­niej jeden z pra­cow­ni­ków dzia­łu Głów­ne­go Tech­no­lo­ga prze­szedł na eme­ry­tu­rę i mnie zapro­po­no­wa­no to wol­ne miej­sce. I tak zosta­łem kon­struk­to­rem zacho­wu­jąc swo­ją dobrą płacę.

W 1984 r pomy­śla­łem o czymś innym. Fla­gi w maju wisia­ły tyl­ko do 2, 3 Maja zawsze było pusto. Gdzie mogła­by wisieć dłu­żej w nasze Świę­to? Tyl­ko na kominie.

Nocą z 2 na 3 Maja prze­sko­czy­łem mur i wsze­dłem na komin. Nie patrzy­łem w dół. Szcze­ble ze sta­lo­wych prę­tów mia­ły coś ze 30 lat, były prze­rdze­wia­łe. Gdy spoj­rza­łem w górę byłem gdzieś powy­żej poło­wy  komi­na, jakieś 4 pię­tro. Poja­wi­ła się myśl — jak wej­dziesz wyżej to spad­niesz i zgi­niesz. Może to mój Anioł Stróż?

Przy­mo­co­wa­łem dru­tem drą­żek z fla­gą do szcze­bla i zsze­dłem. Następ­ne­go dnia jak zwy­kle sze­dłem do pra­cy. Przede mną kil­ka osób i sły­szę krzyk „jest, jest, wisi”. To „ucie­szył” się zakła­do­wy sekre­tarz pzpr. Fla­ga zosta­ła zdję­ta ok. godz 14 przez face­ta, któ­ry za to dostał pod­wyż­kę i flasz­kę wód­ki. Nikt jed­nak nie chciał jej z nim wypić .

W czerw­cu 1984 r wpa­dłem dosyć głupio.

Wra­ca­jąc z pra­cy na drzwiach mojej klat­ki scho­do­wej wisia­ło jakieś obwiesz­cze­nie. Szarp­ną­łem ręką, zwi­ną­łem w kul­kę i rzu­ci­łem do kosza na śmie­ci. Zdą­ży­łem tyl­ko umyć się, mia­łem jeść obiad jak wpa­dła eki­pa sb. Mnie kaj­dan­ki na ręce, do „suki”, komen­da mo i na „dołek”. Cela ok 4x4 m, w poło­wie od ścia­ny do ścia­ny drew­nia­ny podest sze­ro­ko­ści ok 2 m, wyso­ko­ści ok 60 cm, otwar­te zakra­to­wa­ne okien­ko. W nocy zim­no, kla­wisz nie pozwa­lał zamknąć okienka.

W domu i w pra­cy oczy­wi­ście rewi­zja. Mia­łem książ­ki, ale kupio­ne ofi­cjal­nie w 1981 r. więc uwa­ża­łem je za legal­ne. Były też 2 – 3 gazet­ki, któ­re zamie­rza­łem umie­ścić w archi­wum na stry­chu, mia­łem też pod dywa­nem w poko­ju matry­cę – za kil­ka dni zamie­rza­łem dru­ko­wać. Oba­wia­łem się tyl­ko jed­ne­go – jak znaj­dą matry­cę to kil­ka lat za krat­ka­mi bez „zawia­sów” pewne.

Po jakimś cza­sie pro­wa­dzą mnie na górę. W poko­ju „wita“ mnie były kole­ga ze szko­ły. Skoń­czył edu­ka­cję na 3 kla­sie tech­ni­kum. Matoł. Mówi, że wpa­dłem, jest rewi­zja w domu, żebym się przy­znał itp. Kla­sycz­ny idio­ta. Ja rżnę głu­pa. Nie wiem o co chodzi.

Po jakimś cza­sie wcho­dzi następ­ny prze­słu­chu­ją­cy. Zna­leź­li nie­le­gal­ne wydaw­nic­twa. Jak to wytłu­ma­czę? Zwy­czaj­nie. Inte­re­su­je mnie histo­ria. Kie­dyś kupi­łem kil­ka ksią­żek, ale to było legal­ne. A gaze­ty nie­le­gal­ne? Zna­la­złem w szat­ni i na klat­ce scho­do­wej (prze­cież sam je tam umiesz­cza­łem 🙂 🙂 ). Matry­cy nie znaleźli.

Dosta­łem do celi jedze­nie nie do spo­ży­cia. Jakaś nie­świe­ża  kaszan­ka, czer­stwy chleb itp. Nie jem. Co, zakła­dasz gło­dów­kę? — pyta kla­wisz. Mówię – jestem czło­wie­kiem, a nawet pies, by tego nie tknął.

Przez 48 godzin nic nie jadłem. Przy­no­si­li też zbo­żo­wą kawę, nie chcia­łem tego pić (może nasi­ka­li?), chcia­łem wody i ją dosta­łem. W nocy zim­no. Mia­łem tyl­ko koszu­lę. Następ­ne­go dnia zno­wu prze­słu­cha­nie. Przy­znaj się! Do cze­go? Jak macie dowo­dy to sąd oce­ni. Wypu­ści­li mnie dokład­nie po 48 godzi­nach. Do dziś pamię­tam smak obia­du, chle­ba, her­ba­ty w domu.

Moja ś. p. mama była zanie­po­ko­jo­na. Pro­si­ła, abym prze­stał. Ale nie mogłem. Mój ś. p. ojciec powie­dział tyl­ko „robisz co chcesz, ale pil­nuj się, bo cię zała­twią“. Ś.p. mama zawsze cze­ka­ła na mnie, jak mia­łem wyjść z „doł­ka“. Cza­sem nawet kil­ka godzin. Pro­si­łem — nie przy­chodź, jest zim­no, mar­z­niesz. Odpo­wia­da­ła „chcę abyś wró­cił do domu“.

Póź­niej były kolej­ne „48 godzin“, rewi­zje, prze­słu­cha­nia. Kie­dyś usły­sza­łem od cho­rą­że­go sb, że bar­dzo chęt­nie by mnie sko­pał. Pogróż­ki, wyzwi­ska. Pra­wie wca­le nie odzy­wa­łem się ale „goto­wa­ło się“ we mnie. W nocy w celi zim­no. Nic nie jem.

Nawet już nie pamię­tam ile razy mnie zabie­ra­li na 48 godz. Cza­sem dosta­wa­łem kwit depo­zy­to­wy, czę­ściej sły­sza­łem „wypier…j“.

Razem z kil­ko­ma zna­jo­my­mi jeź­dzi­łem do War­sza­wy do kościo­ła św. Sta­ni­sła­wa Kost­ki wysłu­chać mszy św. i homi­lii Bł. księ­dza Jerze­go. Atmos­fe­ra była wspa­nia­ła. Póź­niej były demon­stra­cje. Kie­dyś zoba­czy­łem nie­za­po­mnia­ny widok, jak ZOMO ucie­ka gubiąc tar­cze i pałki.

Było tak — po jed­nej stro­nie wów­czas pla­cu Komu­ny Pary­skiej a obec­nie Wil­so­na „falan­ga“ ZOMO, na całej sze­ro­ko­ści po kil­ka sze­re­gów. W odle­gło­ści ok 50 m od nich tysią­ce demon­stran­tów z fla­ga­mi, okrzy­ki, hasła. Jest gru­pa z Gdań­ska z cha­rak­te­ry­stycz­ny­mi napi­sa­mi „gdań­skim goty­kiem“ fla­ga­mi „Gdańsk“ i Soli­dar­ność. W tę lukę wbie­ga chło­pak z pol­ską fla­gą. Z boku „falan­gi“ wyjeż­dża „suka“ , wcią­ga­ją chło­pa­ka do środ­ka i odjeż­dża­ją. Rusza­ją Gdańsz­cza­nie aby go odbić, za nimi inni. Nie zdą­ży­li. ZOMO wie­je bez tarcz i pałek. Póź­niej dowie­dzia­łem się, że następ­ne­go dnia chło­pak został zna­le­zio­ny nad Wisłą. Miał poła­ma­ne kości, ale prze­żył. Potem jeź­dził na wóz­ku inwalidzkim.

Byłem na pogrze­bie Bł. księ­dza Jerze­go. Było nas ok. 500 tys. Szli­śmy od kościo­ła po mszy św. do cen­trum, rotun­dy. Było cicho. Z boku uli­cy tysią­ce ZOMO, pan­cer­ki. Atmos­fe­ra była taka, że naj­mniej­szy incy­dent, a goły­mi ręka­mi roze­rwa­li­by­śmy ZOMO na strzę­py. Póź­niej przez kil­ka lat nale­ża­łem do Służ­by Porząd­ko­wej przy Jego Grobie.

W lecie 1985 r przy­pad­kiem pozna­łem świet­ną dziew­czy­nę. Nie­wy­so­ka, zgrab­na, szczu­pła blon­dyn­ka z kędzie­rza­wy­mi wło­sa­mi i ład­ną buzią. Spo­tka­li­śmy się 2 lub 3 razy.

Po kolej­nym zatrzy­ma­niu na 48 godzin pro­wa­dzą mnie na prze­słu­cha­nie, a tu z poko­ju sąsied­nie­go do poko­ju prze­słu­chań wyła­zi ONA. Ta moja zna­jo­ma. Tam poje­dyn­czo cho­dzi­li tyl­ko z SB. To był koniec znajomości.

Inna cie­ka­wost­ka. Razem z 3 kole­ga­mi gra­li­śmy w bry­dża spor­to­we­go. Wra­ca­jąc z bry­dżo­we­go spo­tka­nia ok 1.00 w nocy, gdy docho­dzi­łem do domu z gra­na­to­we­go fia­ta 125 p wysia­dło dwóch face­tów. Jeden zapy­tał – nie boisz się cho­dzić sam nocą? Wal­nął mnie w twarz, prze­wró­ci­łem się, ale zdą­ży­łem wstać zanim mnie dopa­dli. Pierw­sze­go, gdy wsta­wa­łem, wal­ną­łem gło­wą w twarz, dru­gie­go ręką w szczę­kę i nie cze­ka­jąc na ciąg dal­szy zwia­łem do domu.

To była naucz­ka. Wie­dzia­łem, że na mnie polu­ją. Zaczą­łem jeź­dzić na kurs kara­te do War­sza­wy. W każ­dą sobo­tę i nie­dzie­lę po 2 godz. inten­syw­ne­go tre­nin­gu i tak przez bli­sko 2 lata.

W paź­dzier­ni­ku 1985 r zosta­łem na uli­cy zatrzy­ma­ny przez patrol MO i zawie­zio­ny na komen­dę. Nicze­go przy mnie nie zna­leź­li. Prze­słu­cha­nie, w nocy i dzień w celi zim­no. Oskar­żo­no mnie o malo­wa­nie haseł i roz­le­pia­nie ulo­tek na budyn­kach w Wyszko­wie. 48 godzin w celi, póź­niej kole­gium ds wykro­czeń, wyrok – grzyw­na 22 000 zł.

W dn 11 Listo­pa­da 1985 r odby­ła się w koście­le p. w. św. Woj­cie­cha msza św. w inten­cji Ojczy­zny, po czym uczest­ni­cy ok. 100 osób chod­ni­kiem prze­szli z wień­cem na cmen­tarz. Szli­śmy obok komen­dy mili­cji i domu par­tii. Wie­niec nio­słem ja.

Widzie­li to rów­nież kapu­sie i sb z budyn­ków, mimo zga­szo­nych świa­teł były widocz­ne ich pyski. Jak roze­szli­śmy się do domów, nastą­pi­ły rewi­zje i zatrzy­ma­nia na 48 godz. Zno­wu byłem w celi. Tym razem z kole­gą. Prze­słu­cha­nia. Naj­pierw on. Po jakimś cza­sie wra­ca i bio­rą mnie. Nie odzy­wam się. Jeden z sb, porucz­nik, powie­dział „jak nie będziesz gadał to twój brat będzie miał wypa­dek a ty możesz poje­chać do lasu i nie wró­cić”. To był praw­dzi­wy cze­ki­sta, widać było po oczach.

Tym razem do celi odpro­wa­dza mnie szef sb. Po otwar­ciu celi mówi tak, aby usły­szał mój kole­ga „to tak jak się umó­wi­li­śmy. Oczy­wi­sta i pry­mi­tyw­na pro­wo­ka­cja. Po wyj­ściu od razu posze­dłem do bra­ta i powie­dzia­łem to, co usły­sza­łem o nim. Po jakimś cza­sie powie­dział mi, że rze­czy­wi­ście jakiś  gra­na­to­wy fiat 125p jeź­dził za nim. Brat był kie­row­cą samo­cho­du cię­ża­ro­we­go, jeź­dził wol­niej od samo­cho­du osobowego.

Ale pod­czas prze­słu­chań zna­leź­li „mię­cza­ka“. Zeznał, że widział jak wyj­mu­ję fla­gę naro­do­wą z napi­sem Soli­dar­ność i wie­szam ją na Pomni­ku ku czci żoł­nie­rzy zamor­do­wa­nych przez cze­ki­stów w 1920 r. Pierw­szy raz widzia­łem, jak facet ok. 190 cm wzro­stu i ok 100 kg wagi dygo­ce jak gala­re­ta. Rze­czy­wi­ście to ja przy­go­to­wa­łem fla­gę, ale powie­sił ktoś inny, nie­co wcze­śniej, przed zło­że­niem wień­ca. Na pod­sta­wie jego zezna­nia zosta­łem ska­za­ny na grzyw­nę 32 000 zł. Mój kole­ga rów­nież został ska­za­ny w innej swo­jej roz­pra­wie. Po latach — w 1992 lub 1993 r — „mię­czak“ pod­szedł do mnie na uli­cy i prze­pra­szał. Mówił, że pod­czas rewi­zji zna­leź­li u nie­go nabój z kałasz­ni­ko­wa — „pamiąt­kę“ z woj­ska, oskar­żą go o ter­ro­ryzm i tra­fi za krat­ki na co naj­mniej 10 lat. A za kil­ka­na­ście dni miał się żenić. Co mia­łem powie­dzieć? Wyba­czy­łem i poszli­śmy na piwo.

Poje­cha­łem do War­sza­wy na uli­cę Mio­do­wą, gdzie był punkt pomo­cy. Skie­ro­wa­li mnie do adwo­ka­ta, któ­ry bez­płat­nie wystę­po­wał w obro­nie mojej i kole­gi na roz­pra­wach. Stwier­dzi­li, że zaj­mu­ją się tyl­ko roz­dzia­łem darów rze­czo­wych, a nie pomo­cą finan­so­wą. Pra­wie wszyst­kie pie­nią­dze na grzyw­ny dla nas zosta­ła przez zna­jo­mych i nie­zna­jo­mych zebra­na w kościo­łach. Tro­chę od rodzi­ny i zapła­co­ne. Łącz­nie  moja kara to ok. 5 moich ówcze­snych pensji.

W 1986 r zno­wu zatrzy­ma­nia „na 48„ – rewi­zje w pra­cy i domu, prze­słu­cha­nia, pogróż­ki. Pra­wie wca­le nie odzy­wam się. Piję tyl­ko wodę. W dzień i w nocy zim­no. Zno­wu – żad­nych kwi­tów z zatrzy­ma­nia, tyl­ko „wypier.…j”.

Kil­ka dni po wyj­ściu z kolej­ne­go zatrzy­ma­nia mój szef, Głów­ny Tech­no­log, mówi „Muszę pana zwol­nić. Ale żeby nie miał pan kło­po­tów ze zna­le­zie­niem pra­cy to będzie za poro­zu­mie­niem stron. Tyle mogę dla pana zro­bić”. Nie mam do nie­go żalu.

Polo­wa­li na mnie od lute­go 1982 r i nic. Zbie­ra­li opr… od sze­fów. Nic nie mogli mi udo­wod­nić, ale coś musie­li wykombinować.

Każ­dy zakład miał swo­je­go „opie­ku­na” z sb. Odwie­dzi­łem wszyst­kie zakła­dy w moim mie­ście i wszę­dzie było podob­nie. „Tak, mamy wol­ne miej­sca. Pro­szę doku­men­ty z poprzed­nich miejsc pra­cy, świa­dec­two ukoń­cze­nia szko­ły. Aaa, pan Cabaj. Nie­ste­ty nie może­my pana przyjąć”.

Tyl­ko w jed­nej fir­mie skie­ro­wa­no mnie do sze­fa pro­duk­cji a on powie­dział „jak pana przyj­mę to mnie zwol­nią, a pan i tak nie będzie tu pra­co­wał”. Przy­naj­mniej postą­pił uczci­wie. Odwie­dzi­łem też 2 warsz­ta­ty pry­wat­ne. Jeden z wła­ści­cie­li jak usły­szał moje nazwi­sko powie­dział tyl­ko „do widze­nia”. Dru­gi „jak pana przyj­mę to zamkną mi warsztat”.

Rodzi­ce ren­ci­ści, pie­nię­dzy mało, rachun­ki trze­ba pła­cić. Zno­wu poje­cha­łem do War­sza­wy na ul. Mio­do­wą. Oka­za­ło się, że nie zaj­mu­ją się taki­mi spra­wa­mi jak moja. Cie­ka­we, co dzia­ło się z pie­niędz­mi, otrzy­my­wa­ny­mi z Zacho­du na pomoc takim jak ja. Nikt nigdy nie roz­li­czył się z nich. Przy­naj­mniej dosta­łem na recep­tę leki na ser­ce dla zna­jo­me­go, któ­rych nie było w aptece.

Tro­chę pie­nię­dzy zebra­li dla mnie zna­jo­mi i zawsze będę im za to wdzięczny.

Zakoń­czy­łem swo­je wyjaz­dy po pra­sę i „akcje”. Powo­dów było kil­ka. Pra­sa i książ­ki nie cie­szy­ły się już takim zain­te­re­so­wa­niem, jak wcze­śniej. Ja czu­łem się psy­chicz­nie wykoń­czo­ny po ponad 4 latach aktyw­no­ści. Sio­stry przy spo­tka­niach mówi­ły mi, że zmie­ni­łem się na nie­ko­rzyść. No i w koń­cu uzna­łem, że jak nie prze­sta­nę to: albo zamkną mnie w psy­chia­try­ku albo rze­czy­wi­ście wywio­zą do lasu – i już.  Uzna­łem, że zro­bi­łem tyle, ile mogłem.

Po ponad 3 mie­sią­cach od zwol­nie­nia z pra­cy ktoś ze zna­jo­mych powie­dział mi, że w Kobył­ce pod War­sza­wą jest Prze­my­sło­wy Insty­tut Maszyn Budow­la­nych, spró­buj tam. Poje­cha­łem z papie­ra­mi. I zosta­łem przy­ję­ty jako młod­szy kon­struk­tor. Był to zespół kon­struk­to­rów, pra­cu­ją­cych dla MON‑u.

Cie­ka­wost­ką jest, że nasze rysun­ki w kal­ce po prze­tłu­ma­cze­niu opi­sów na rosyj­ski były prze­ka­zy­wa­ne tzw. „dorad­com” z zsrr. Aby doko­nać cza­sem potrzeb­nych zmian na rysun­kach musie­li­śmy wyko­ny­wać je na papie­ro­wych kopiach po 8 szt. każ­de­go rysun­ku, nie wol­no było wyko­ny­wać nowych rysun­ków na kal­ce tech­nicz­nej. Wszy­scy byli­śmy wściekli.

Po ok. 2 mie­sią­cach po powro­cie do domu z pra­cy mama mówi „zno­wu byli, zosta­wi­li wezwa­nie na komen­dę. Nie chcia­łam przy­jąć ale powie­dzie­li, że dosta­nę kole­gium, a po cie­bie i tak przyj­dą. W pra­cy powie­dzia­łem że jestem cho­ry i idę do leka­rza. Posze­dłem póź­niej na komen­dę. Spo­dzie­wa­łem się, cze­go chcą. W dowo­dzie oso­bi­stym była pie­cząt­ka zakła­du pra­cy. Dowo­du nie chcia­łem poka­zać, ale zno­wu – będzie kole­gium, zapła­cisz, a my i tak dowie­my się, gdzie pra­cu­jesz. Dowód poka­za­łem i tym razem wró­ci­łem do domu.

Po kil­ku dniach od tego zda­rze­nia szef mówi mi „musi­my przejść się”. W dro­dze mówi „coś pan tam naroz­ra­biał, wezwa­li mnie do dyrek­cji, a tam jakiś facet wypy­tu­je o pana, każe obser­wo­wać”. Mówię, że to nic kry­mi­nal­ne­go, że to jakieś dur­ne podej­rze­nia o kon­takt z Soli­dar­no­ścią. Wię­cej do tego nie wra­cał. Po tej roz­mo­wie następ­ne­go dnia moja kole­żan­ka z poko­ju, gdzie pra­co­wa­li­śmy, zosta­ła wezwa­na do dyrek­cji, wra­ca pod­eks­cy­to­wa­na i mówi „ale tam musia­łeś naroz­ra­biać, jakiś taj­niak sie­dzi w dyrek­cji, wypy­tu­je o cie­bie, każe obser­wo­wać”. Zno­wu mówię to samo – podej­rze­wa­ją mnie o kon­tak­ty z Soli­dar­no­ścią, żad­nych kry­mi­na­łów. W Insty­tu­cie żad­nych nowych kon­tak­tów z Soli­dar­no­ścią nawet nie pró­bo­wa­łem nawią­zy­wać, uni­ka­łem też roz­mów na ten temat – łatwo mogli uznać mnie za kapu­sia, nikt prze­cież tam mnie nie znał. Po latach z mojej „tecz­ki“ w IPN dowie­dzia­łem się, że był donos na mnie o tre­ści m. in. „wycho­dzi wcze­śnie rano, wra­ca póź­nym popo­łu­dniem a więc pra­cu­je“. Było też wie­le innych.

Mia­łem dobrą pra­cę i jak bym ją stra­cił zno­wu został­bym sam z kło­po­ta­mi. Zawie­si­łem swo­ją aktywność.

Jesz­cze jeden „incy­dent“. W dniu, kie­dy byłem ska­zy­wa­ny w pierw­szym kole­gium, przed moją roz­pra­wą była inna. Kie­row­cy księ­dza (nie upo­waż­nił mnie do poda­nia nazwiska).

Wra­ca­jąc do War­sza­wy na dro­dze przed moim mia­stem jakiś gra­na­to­wy Fiat 125p pró­bo­wał go zatrzy­mać. Nawet zajeż­dżał mu dro­gę. Nie zatrzy­mał się a po wjeź­dzie do mia­sta zgło­sił się na komen­dę mo. Został oskar­żo­ny i ska­za­ny. Ale prze­żył on i ksiądz.

Zna­ne powie­dze­nie „Obyś żył w cie­ka­wych cza­sach“ potwier­dzi­ło się całkowicie.

Rze­czy­wi­ście, było „cie­ka­wie“.

Po 1989 r mia­ło być nor­mal­nie, demo­kra­tycz­nie i uczci­wie. Nie było.

Naj­pierw „spa­wacz“ — tak nazy­wa­li­śmy Jaru­ze­la z racji noszo­nych przez nie­go ciem­nych oku­la­rów — został wybra­ny przez Sejm gło­sa­mi RÓWNIEŻ posłów  Soli­dar­no­ści i został pre­zy­den­tem RP.

„Nasi“ posło­wie gło­so­wa­li za wybo­rem czer­wo­ne­go zbrod­nia­rza. Potem był „Bolek“ — kapuś, „Kwas“ — pija­ny na gro­bach naszych Boha­te­rów. Potem wspa­nia­ły Ś. P. Lech Kaczyń­ski. Wyda­wa­ło się, że ludzie zaczę­li myśleć. Ale zja­wił się „Gajo­wy“ wła­żą­cy na fotel w par­la­men­cie Japo­nii i gada­ją­cy w USA o bigosowaniu.

Teraz zno­wu jest ktoś wła­ści­wy na wła­ści­wym miej­scu jako Pre­zy­dent RP. Jest rząd, sku­tecz­nie dba­ją­cy o kon­kret­ne nasze interesy.

Opo­zy­cja wobec rzą­du jest potrzeb­na w każ­dym kra­ju. Powin­na jed­nak przed­sta­wiać kon­kret­ne roz­wią­za­nia kon­kret­nych pro­ble­mów i nie łasić się do „moż­nych“ tego świa­ta w innych kra­jach dla swo­ich pry­wat­nych korzy­ści. U nas opo­zy­cja nazwa­ła się „total­ną“ i negu­je wszyst­kie roz­sąd­ne  pro­po­zy­cje nie przed­sta­wia­jąc wła­snych. Bez­czel­nie oszu­ku­je, kła­mie „w żywe oczy“. Ogrom­ne cham­stwo w wypo­wie­dziach i dzia­ła­niach. Chce wła­dzy  „total­nej“ ?? To już było i nie wró­ci. Nie­na­wiść zawsze przy­no­si zło. Ich IQ nie pozwa­la aby to zro­zu­mieć. Tacy już są.

Nie było ich na uro­czy­sto­ściach set­nej rocz­ni­cy odzy­ska­nia Nie­pod­le­gło­ści. Nie było ich pod­czas uro­czy­sto­ści set­nej rocz­ni­cy zwy­cię­stwa nad bol­sze­wic­ką bar­ba­rzyń­ską hor­dą. Jest sędzia z „kasty“ mówią­ca publicz­nie „chcę zemsty“.

Jakieś logicz­ne wnioski ?

Oby nie spo­tka­ły nas zno­wu „cie­ka­we czasy“.

Przy oka­zji —  Ser­decz­nie pozdra­wiam wal­czą­cych o wol­ność na Bia­ło­ru­si !! Życzę Wytrwa­ło­ści i Powo­dze­nia !! Wie­rzę, że wywal­czy­cie sobie WOLNOŚĆ !!

             Jerzy Cabaj