Roma zaświeciła lampą do wnętrza. Oczom całej czwórki ukazały się trzy rzędy woreczków. W każdym rzędzie dziesięć woreczków, każdy przewiązany grubym sznurkiem i opatrzony lakową pieczęcią. U góry widniała mała zamknięta szafeczka. Była podwieszona pod sufitem kasy tak jak zamrażalnik w lodówce. Karol zaczął wyjmować powoli mieszki i wkładać je do pudła, które podała Roma. Zostawili kasę przymkniętą i wyszli na górę do mieszkania. W jadalnym pokoju położyli woreczki na stole. Karol wziął jeden z nich ale Marek zaczął wołać ściszonym głosem:

– Nie, nie – wujku – proszę nie zniszczyć pieczęci – trzeba je zachować i zbadać!

Ale to nie było łatwe bo jak tu nie łamać pieczęci – mieszki trzeba było przecież jakoś otworzyć. Pieczęć na jednym była złamana i woreczek był zawiązany w inny sposób niż inne.

Powoli, z uwagą Karol otworzył go i wysypał zawartość na stół. Oczom całej czwórki ukazały się złote monety! Piękne, błyszczące, takie jakie przed przeszło półtora wiekiem wyszły z carskiej mennicy w Sankt Petersburgu. Wielkie, elżbietańskie, dziesięciorublowe imperiały! Marek policzył prędko – było czternaście sztuk. Ale to był ten woreczek z ze złamaną kiedyś pieczęcią. Karol otworzył drugi. Ten był nienaruszony – podobnie jak i pozostałe. Takie same monety. W tym mieszku było ich trzydzieści cztery.

Rysiak szybko porachował. Wychodziło na to, że w sumie jest tysiąc imperiałów. Tysiąc!

To był skarb pana Poletyły, który od stu trzydziestu lat przeleżał w piwnicy domu Freyów pod ich opieką. To były pieniądze przeznaczone w swoim czasie na zakup broni dla walczących powstańców. Nigdy nie dotarły do swojego odbiorcy. Nigdy nie spełniły roli, do której je przeznaczono!

A że złoto ma prawdziwie hipnotyczną siłę więc wszyscy jak jeden patrzyli na nie w milczeniu ze skupieniem i jakby nabożeństwem. Złoto! Patrzyli na nie już wcześniej – wtedy gdy Roma sprzedawała dukaty panu Platerowi i przy innych okazjach widzieli je nieraz – ale nigdy w takiej ilości!

Jedynie Rysiak zachowywał pewną obojętność. Dla niego najważniejsze było to, że przecież przyczynił się do otwarcia kasy – i to znacząco bo bez jego wiedzy technicznej Freyowie mogliby utknąć z tym otwarciem na długo. Teraz słynna kasa była otwarta i nareszcie mógł z poczuciem spełnionego obowiązku wziąć się z czystym sumieniem za restaurację dwóch starych, powstaniowych sztucerów, za które tak drogo zapłacił.

Ale lato 1962 roku i otwarcie kasy nie było końcem epopei skarbu! Wraz ze złotem leżącym na stole w jadalnym pokoju domu Freyów powstawała nieskończona ilość pytań, problemów i kłopotów.

Można też było powiedzieć za Sienkiewiczem, że te carskie imperiały znalezione w starej, wiedeńskiej kasie stojącej od przeszło wieku w dolnej piwnicy dorniewskiej apteki wlały w rodzinne serca niechęć i “zatruły krew pobratymczą”.

 

EPILOG

Lata mijały i nowe wydarzenia zajmowały miejsce dawnych, odchodzących w przeszłość. Jedni umierali, inni się rodzili i czas zacierał pamięć o minionych dniach. Ludzie niechętnie mówili o latach pięćdziesiątych. Ci, którzy wtedy byli dorośli starzeli się i odchodzili. Tak odeszła pani Wanda czy raczej babcia Wandzia.

Umierała w 1969 jako wiekowa bo dziewięćdziesięciotrzyletnia staruszka. Mimo sędziwego wieku do końca zachowała trzeźwość umysłu. Jeszcze na trzy dni przed śmiercią mówiła swojej wnuczce Loni:

– Och Loniu – dziecko moje – był tu u mnie wczoraj lekarz – mówię ci tak przystojny, że gdybym miała dwadzieścia lat to bym się zakochała do utraty tchu!

Karol z Romą też trwali przy łóżku i palili gromnicę ale starej pani smutne twarze nie były potrzebne.

– Zaśpiewajcie mi coś i bawcie się – mówiła – nie macie się co martwić – miałam dobre życie a teraz już na mnie czas – prawdę mówiąc nie mogę się doczekać spotkania z moim Franiem – czeka na mnie biedaczysko już tyle lat!

Pani Wanda umarła w grudniu 1969 – prawie dokładnie na rok przed odejściem z publicznego życia jej ukochanego przywódcy Władysława Gomułki, w którego tak wierzyła i ufała do końca.

W tym samym roku Karol przeszedł wreszcie na dobrze zasłużoną emeryturę i zabrał się za organizowanie przeprowadzki do Warszawy. Rodzice Romy też już nie żyli a dorniewski dwór przeznaczono w całości na ochronkę dla sierocych dzieci. Dobrze, że tak się stało.

W sumie nic ich już z Dorniewem nie trzymało. Tylko groby i może wspomnienia wśród których to o kasie przywoływali rzadko i niechętnie.

Lata siedemdziesiąte należały w całości do młodej generacji. Córki Musi – Tereska i Zosia miały już dzieci, Witek pracował jako inżynier w Hucie Katowice i tym tylko żył i oddychał!

Pułkownik Jacek Woźniak przeszedł na wcześniejszą emeryturę i wraz z Dusią zajmowali się z entuzjazmem wnukami, którymi – aż czterema – obdarzyła ich córka Marylka.

Hela odwiedziła Polskę dopiero w 1978 . Była już wdową – dla ścisłości trzeba powiedzieć – powtórną wdową. Jej szwajcarski mąż zostawił jej piękne mieszkanie w Luzernie i na okrasę jeszcze piękniejsze konto w Luzerner Kantonalbank. To z resztą nie wszystko bo po śmierci Zosi – matki Józia – dostał się Heli w testamencie dom, w którym Zosia mieszkała samotnie po śmierci syna. Jednym słowem Hela w swoim siedemdziesiątym drugim roku życia była bardzo majętną osobą. Jej przyjazd do Polski zelektryzował całą rodzinę i przyjęć nie było końca. Historię o kasie i skarbie pana Poletyły wysłuchała z miłym ale dość roztargnionym uśmiechem i skwitowała takimi słowami:

– No cóż – nie muszę wam mówić, że to co mogło przypadać tak na mnie jak i na naszego zmarłego brata Józia – należy do was. Nic mi po tym. Nie ma o czym mówić. Mam nadzieję, że cała ta historia wyszła wam na zdrowie i ułatwiła wiele spraw… nieprawdaż?

Ale na to pytanie nikt z obecnych nie odpowiedział.

Stan wojenny 1981 roku zastał Karolów już w Warszawie. Przeprowadzka była jednym wielkim trzęsieniem ziemi! Dorniewska apteka – jak to parę razy mówiłem – to była nieogarniętą kopalnią staroci, bibelotów, obrazów – niekiedy bardzo cennych, książek a nade wszystko nieprzeliczonych aptecznych rupieci. Wiele z nich okazało się muzealnymi eksponatami, które Karol oddawał do różnych muzeów i domów pamięci.

Najcenniejsze wzięły dzieci i wnuki, które ozdabiały nimi swoje nowoczesne mieszkania. Obrazy to był specjalny temat wymagający paru słów wyjaśnienia. Otóż tuż po śmierci matki Karola Roma zaczęła myśleć i przyzwyczajać męża do wyjazdu z Dorniewa. Oboje mieli już blisko siedemdziesiątki i wielki, stary dom przerastał ich siły. Dosłownie! Apteka płaciła co prawda dość spory czynsz, który w pewnej mierze wystarczał na naprawy i reperacje ale oprócz apteki byli jeszcze dwaj inni lokatorzy, ciągłe pretensje, żądania i skargi. Po prostu przyszedł czas aby pomyśleć o niewielkim, w miarę nowoczesnym mieszkaniu z bieżącą wodą, centralnym ogrzewaniem i szczelnymi oknami.

Myśleli nawet czy nie wyprowadzić się do Musi – do Krynicy ale Dusia – słysząc o tych planach zadecydowała kategorycznie, że tylko Warszawa – nic innego! Żadna Krynica! Wtedy też stanęła sprawa obrazów. Było wiele – pewnie około czterdziestu a oprócz tego drugie tyle sztychów, szkiców i małych akwareli. A że obrazy należały do rodziców więc sprawa stanęła ponownie na forum rodzinnym.

Znowu też odżyły dawne złe spoojrzenia, jad i “łakomstwo”. Także i to minęło.

W czerwcu 1980 Karolowie opuszczali Dorniewo. Opuszczali na zawsze. W Warszawie czekało na nich skromne mieszkanie, w którym mieli spędzić zbliżająca się starość.

Zostawiali stare, dwuwiekowe gniazdo, które pamiętało wzloty i upadki, narodzenia i śmierci, smutki i radości rodu Freyów. Wraz z nim, w głębokich piwnicach zostawała samotna, pusta, ledwo przymknięta kasa, którą przed przeszło studwudziestu laty przywieziono z Wiednia. Przez wszystkie te lata strzegła skarbu, który stał się klinem wbitym w szacowną rodzinę; rysą, której ślad zaznaczył się nawet w dalszych pokoleniach.

za tydzień kolejna część Tryptyku podkarpackiego: Grzech Szymona Kaltera