O. Ludwik Stry­czek OMI uro­dził się 3 sierp­nia 1958 w Łące w rodzi­nie chłop­skiej Józe­fa i Łucji z d. Chmiel. W latach 1965–1973 uczęsz­czał do szko­ły pod­sta­wo­wej w Łące. Po jej ukoń­cze­niu uczył się zawo­du elek­try­ka w ZSZ w Psz­czy­nie. W 1974 roku po śmier­ci wuja prze­niósł się do Wisły Wiel­kiej, gdzie przez pięć lat poma­gał owdo­wia­łej ciot­ce w gospo­dar­stwie. Po ukoń­cze­niu zasad­ni­czej szko­ły zawo­do­wej uczęsz­czał do LO dla Pra­cu­ją­cych w Psz­czy­nie, któ­re ukoń­czył matu­rą w 1979 roku. W tym samym roku, 1 wrze­śnia wstą­pił do Zgro­ma­dze­nia Misjo­na­rzy Obla­tów Maryi Nie­po­ka­la­nej. Po rocz­nym nowi­cja­cie na Świę­tym Krzy­żu w Górach Świę­to­krzy­skich przez 6 lat stu­dio­wał w Wyż­szym Semi­na­rium Ojców Obla­tów w Obrze. W grud­niu 1989 roku wyje­chał do Fran­cji celem przy­go­to­wa­nia się do pra­cy na misjach. 15 sierp­nia 1990 przy­był do Kame­ru­nu. Pierw­szą pla­ców­ką misyj­ną było Guider, gdzie pra­co­wał przez 1,5 roku. Po tym okre­sie pod­jął obo­wiąz­ki misjo­na­rza w połu­dnio­wo-wschod­niej czę­ści Kame­ru­nu wśród Pig­me­jów. Po pię­ciu mie­sią­cach przy­był na pół­noc Kame­ru­nu do misji w wio­sce Bidzar. Potem pra­co­wał na misji w mie­ście Tchol­li­re w die­ce­zji Garo­ua. Od 2017 został wysła­ny aby two­rzyć nowo utwo­rzo­ną misję Padar­mę w die­ce­zji Garo­ua w Pół­noc­nym Kame­ru­nie. 1go stycz­nia 2020 w Figu­il obcho­dzo­ne było 50 lecie poby­tu pol­skich Obla­tów w Kamerunie. 

Andrzej Kumor: — Chcia­łem pogra­tu­lo­wać rocz­ni­cy kapłań­stwa i zapy­tać dla­cze­go Afry­ka? Dla­cze­go tam ojciec posta­no­wił pojechać?

O. Ludwik Stry­czek: Powo­ła­nie to jest dar od Pana Boga. Kie­dy posze­dłem do semi­na­rium, to w mojej para­fii wszy­scy się dzi­wi­li, on do semi­na­rium?! — pyta­li.  Byłem takim, moż­na powie­dzieć, nor­mal­nym mło­dzień­cem, jed­nak gdzieś tam zro­dzi­ło się to powo­ła­nie kapłań­skie i powo­ła­nie misyj­ne. Kie­dy posze­dłem do pro­bosz­cza i powie­dzia­łem mu o tym, że  jest to powo­ła­nie misyj­ne, zgro­ma­dze­nie misyj­ne, ten ksiądz dał mi kata­log wska­zu­jąc na ojców Obla­tów; w koń­cu tych ojców Obla­tów wybra­łem. Nie żału­ję. Jed­nak po świę­ce­niach otrzy­ma­łem obe­dien­cję jako eko­nom. Powie­dzia­łem Ojcu Supe­rio­ro­wi w dniu świę­ceń, że na eko­no­ma nie potrze­ba świę­ceń kapłań­skich… Przez 3 lata byłem eko­no­mem. Naj­pierw w Iła­wie przez 10 mie­się­cy, a póź­niej ponad 2 lata w Kod­niu nad Bugiem, w naszym sanktuarium.

        Póź­niej poja­wi­ła się potrze­ba wyjaz­du na misje. Pro­win­cjał ówcze­sny o. Józef Kuc zwró­cił się do mnie, czy cią­gle jesz­cze chcę jechać na misje? Mówię tak, a on, a do Kame­ru­nu? Mówię, nie ma problemu.

        I w 1989 roku opu­ści­łem Pol­skę, poje­cha­łem do Fran­cji i w 1990 roku 15 sierp­nia dotar­łem do Kamerunu .

        – Pierw­sze wrażenia?

        – Lecia­łem sam, musia­łem cały dzień cze­kać na samo­lot w Douala, w mie­ście por­to­wym nad oce­anem. Nie­sa­mo­wi­cie par­no, było to takie uciąż­li­we, ale ja byłem nie­sa­mo­wi­cie zadowolony.

        Póź­niej wzią­łem samo­lot, żeby dole­cieć jesz­cze 2 godzi­ny do pół­noc­ne­go Kame­ru­nu, do Garo­ua, tam ode­brał mnie ojciec Sta­ni­sław Jan­ko­wicz, jesz­cze dzi­siaj żyje, jest już w Polsce.

        Roz­po­czą­łem moją misję w Guider.  Guider to była jedy­na misja w pół­noc­nym Kame­ru­nie gdzie było świa­tło, woda, i tele­fon. Ja się zdzi­wi­łem, że przy­je­cha­łem do luk­su­su, a przy­go­to­wa­łem się do ubó­stwa. Jed­nak po pół­to­ra rocz­nym, sta­żu misjo­na­rza w Kame­ru­nie zosta­łem posła­ny już na misje, gdzie nie było prą­du, gdzie nie było tele­fo­nu, była woda tyl­ko ze stud­ni. I przez moje 30 lat byłem cały czas gdzieś tam w tym buszu. Nawet, pamię­tam, taki ksiądz die­ce­zjal­ny Bar­to­le­meo mówi mi, pro­szę księ­dza, ale wszy­scy jed­nak chcą do tego asfal­tu, gdzieś do mia­sta, a ojciec cały czas w buszu… Ja mu wte­dy odpo­wie­dzia­łem, wiesz dla­cze­go ja jestem w tym buszu, bo nic inne­go nie umiem robić, tyl­ko z tymi pro­sty­mi ludź­mi być, tam sobie radzę. No, nie było świa­tła, ale tam sta­ra­łem się orga­ni­zo­wać, jeże­li cho­dzi o świa­tło, bate­rie sło­necz­ne, jeże­li cho­dzi o wodę to studnie.

        – Misjo­narz, jeśli zaczy­na, to zaczy­na od szpi­ta­la, szko­ły, a potem jest Pan Bóg, tak?

        – Misjo­narz jest od wszyst­kie­go. Naj­pierw jest to naucza­nie, to gło­sze­nie Dobrej Nowi­ny o zba­wie­niu czło­wie­ka przez Boga, a póź­niej jest zdro­wie, szkol­nic­two, spra­wie­dli­wość, pokój. Tam po pro­stu nie zamy­ka­ją się drzwi na misji; „pro­szę ojca, moja żona od 2 dni rodzi, trze­ba ją zawieźć do szpi­ta­la”. Gdy byłem w takiej misji Tchol­li­re to naj­bliż­szy szpi­tal był 90 km, żad­ne­go asfal­tu… Oczy­wi­ście trze­ba tę żonę zawieźć, póź­niej, jeże­li widzi się jakie­goś mło­dzień­ca jakąś dziew­czy­nę, że jest w kapli­cy poza Eucha­ry­stią, poza jakimś wspól­nym nabo­żeń­stwem, to zawsze trze­ba zapy­tać o co cho­dzi, jakie masz pro­ble­my? „Pro­szę ojca moja rodzi­na miesz­ka 200 km stąd nie ma pie­nię­dzy, ze szko­ły mnie wyrzu­ci­li, z liceum”, bo tam trze­ba pła­cić w liceum. To wte­dy czło­wiek spraw­dza, czy rze­czy­wi­ście trze­ba pomóc i czy to jest praw­dzi­we i wten­czas poma­ga się, albo „pro­szę ojca, moja rodzi­na miesz­ka 100 km dalej i już mi się skoń­czy­ła żyw­ność, kuku­ry­dza, nie mam co jeść”, to wte­dy idzie się do spichlerza…

        Misjo­narz nigdy nie może powie­dzieć, że nie ma, że nie może, że nie wie, jak pomóc, zawsze trze­ba umieć zara­dzić.  Naj­pierw trze­ba powie­dzieć, że umiem, że mogę, no i zawsze… tam jest ten palec Boży, że zawsze to wycho­dzi na dobre.

        Na przy­kład, spo­tka­łem takie­go mło­dzień­ca, któ­ry nigdy nie miał pro­ble­mu w szko­le pod­sta­wo­wej i dyrek­tor mówi pro­szę księ­dza, on musi iść do liceum na infor­ma­ty­kę, bo on jest nie­sa­mo­wi­cie zdol­ny z mate­ma­ty­ki. Po liceum ten mło­dzie­niec chciał pójść do semi­na­rium, jed­nak kie­dy powie­dział bisku­po­wi, że ten dyrek­tor powie­dział, iż jest dobry z mate­ma­ty­ki i musi zro­bić infor­ma­ty­kę to biskup mówi, idź i rób infor­ma­ty­kę. Cała rodzi­na bar­dzo bied­na, jego dwaj bra­cia i sio­stra, to byli inwa­li­dzi, tak że poma­ga­łem temu chło­pa­ko­wi przez stu­dia. Zro­bił infor­ma­ty­kę, dzi­siaj już jest księ­dzem, jest pro­bosz­czem die­ce­zji, wszyst­kie doku­men­ty wszyst­kie jakieś pla­ka­ty robi, ma licen­cjat z infor­ma­ty­ki. Dla mnie to jest taka mała duma, bo mu pomo­głem w cza­sie liceum, póź­niej mu poma­ga­łem na studiach.

        – Ojcze Ludwi­ku na czym pole­ga bie­da tam­tych ludzi, jak­by to ojciec porów­nał z bie­dą tutaj? Cze­go im trze­ba naj­bar­dziej, a cze­go nam trze­ba najbardziej?

        – Chcę powie­dzieć, że do Kana­dy przy­je­cha­łem na 7 tygo­dni i tak się sta­ło, że zosta­łem tutaj 16 mie­się­cy, już chy­ba teraz w czerw­cu wyja­dę; co zauwa­ży­łem, że w tym Kame­ru­nie to życie tych ludzi jest pro­ste, jed­nak jest nie­sa­mo­wi­cie rado­sne, to jest takie pierw­sze spoj­rze­nie. Tam jest ten sens życia, tam jest to bra­ter­stwo, tam jest ta wspól­no­ta, to sąsiedz­two, w Kame­ru­nie nie ma ani jed­ne­go domu star­ców, ci star­cy żyją obok swo­ich rodzin, ze swo­imi rodzi­na­mi, a jeśli rodzi­ny nie ma, to miesz­ka w wio­sce i wio­ska się nim zaj­mu­je. W Kame­ru­nie nie ma żad­ne­go sie­ro­ciń­ca. Są, ale są to tyl­ko sie­ro­ciń­ce przy misjach kato­lic­kich. Sio­stry zakon­ne, księ­ża, jakieś zgro­ma­dze­nia, pań­stwo­we­go sie­ro­ciń­ca żad­ne­go nie ma. Do takie­go sie­ro­ciń­ca do sio­stry Miriam  gdzie jest teraz ponad 100 sie­rot przy­wo­żą dziec­ko i ta sio­stra nie może powie­dzieć, że nie ma miej­sca, że nie ma żyw­no­ści, nie może zapy­tać się czy ty jesteś muzuł­ma­ni­nem, poga­ni­nem, pro­te­stan­tem czy kato­li­kiem, po pro­stu przyj­mu­je to dziec­ko. I to jest też cza­sa­mi może nie­szczę­śli­we, że ta rodzi­na; mat­ka zmar­ła przy poro­dzie, rodzi­na odda­je dziec­ko do sie­ro­ciń­ca i bar­dzo czę­sto ojciec zosta­wia dziec­ko, cho­ciaż w wie­lu przy­pad­kach przy­wo­zi tam do tych sióstr worek ryżu albo worek orzesz­ków ziem­nych, aby dziec­ko mia­ło co jeść.

        Patrząc na Kana­dę, naj­pierw powiem, że zapew­niam was o mojej modli­twie. Gdy­bym był tyl­ko 7 tygo­dni tutaj, to bym nie odczuł tych róż­nych pro­ble­mów wasze­go codzien­ne­go życia, jed­nak po tych 16 mie­sią­cach widzę i doświad­czy­łem waszych pro­ble­mów, waszej bie­dy, któ­ra przede wszyst­kim odno­si się do… Jeste­ście bez­rad­ni wobec znie­wo­le­nia moral­ne­go, któ­re przy­cho­dzi z góry przez rząd, przez jakieś orga­ni­za­cje, cza­sa­mi nie wia­do­mo jakie. W Kame­ru­nie jesz­cze jest ochro­na natu­ral­na życia. W Kame­ru­nie przy­je­cha­ło 2 panów i upra­wia­li sobie na pla­ży miłość Kame­ruń­czy­cy to zoba­czy­li, no nie­ste­ty — powiem — ci  pano­wie zosta­li zamor­do­wa­ni, zasy­pa­ni pia­skiem. U nas tego robić nie będzie­cie… Póź­niej, kie­dy woda odkry­ła ich cia­ła, to zaczę­to mówić, że w Kame­ru­nie nie ma tole­ran­cji i że po pro­stu pew­ne spo­so­by miło­ści nie są tole­ro­wa­ne, że Kame­run jest nietolerancyjny.

        To jest bar­dzo przy­kre tutaj w Kana­dzie, to co się dzie­je i powiem wam, że będę się modlił, dzię­ku­ję za wspa­nia­łych ludzi, któ­rych spo­tka­łem z was, któ­rzy bro­nią war­to­ści chrze­ści­jań­skich, war­to­ści pra­wa natu­ral­ne­go i nie dzi­wię się wie­lu rodzi­nom, któ­re w ostat­nim cza­sie opusz­cza­ją Kana­dę, wra­ca­ją do Pol­ski. Nie dzi­wię się, cho­ciaż dla star­szych osób może to jest dobre wyj­ście, jed­nak dla młod­szych, dla dzie­ci, to te dzie­ci nie wia­do­mo w przy­szło­ści czy będą mia­ły ten korzeń.

        – Czy ta bie­da tutej­sza też wcho­dzi do Afry­ki, do Kame­ru­nu? Jest też tam narzu­ca­na, lan­so­wa­na, promowana?

        – Ta bie­da tego świa­ta współ­cze­sne­go już jest lan­so­wa­na i wie­lu bisku­pów ma ten pro­blem, że jakaś orga­ni­za­cja z kra­ju dobro­by­tu mówi, pomo­że­my wam wybu­do­wać ośro­dek zdro­wia, ale pod warun­kiem, że tam w tym ośrod­ku zdro­wia będzie to, to i to; pomo­że­my wam wybu­do­wać liceum, szko­łę pod­sta­wo­wą, ale tam będzie taki pro­gram i to, co my wam damy. I wie­lu bisku­pów stoi przed dyle­ma­tem, wie­le zgro­ma­dzeń, nasze oblac­kie też, stoi przed dyle­ma­tem czy te pie­nią­dze przy­jąć czy te pie­nią­dze odrzu­cić. Na szczę­ście, jesz­cze nie sły­sza­łem żad­ne­go przy­pad­ku, żeby któ­ryś biskup jakieś zgro­ma­dze­nie przy­ję­ło pie­nią­dze, w któ­rych jest zawar­ty waru­nek, że my wam damy pro­gram naucza­nia do szko­ły, że w ośrod­ku zdro­wia musi­cie wyko­ny­wać rze­czy, któ­re są nie­mo­ral­ne i nie­zgod­ne z pra­wem naturalnym.

        – Czy zda­niem Ojca to nie jest tro­chę taki nowy impe­ria­lizm świa­ta, któ­ry uwa­ża sie­bie za lep­szy, bar­dziej roz­wi­nię­ty, no i wia­do­mo, bogat­szy; narzu­ca­nie kra­jom, któ­re wciąż zacho­wu­ją natu­ral­ne pra­wo, w któ­rych jest radość, któ­rej tutaj nie ma. To jest bar­dzo cie­ka­we, że pomi­mo tych wszyst­kich udo­god­nień, dobro­by­tu i tych wszyst­kich libe­ral­nych wol­no­ści, to tam jest radość, a tutaj trze­ba jej dobrze szukać?

        – Coraz bar­dziej jestem prze­ko­na­ny, że w świe­cie rzą­dzi gru­pa ludzi, któ­ra ma pie­nią­dze i rzą­dzi pie­niądz, rzą­dzi biz­nes, że odrzu­ca się Boga i tyl­ko pie­niądz wcho­dzi w grę.  Tutaj chciał­bym wspo­mnieć o takim przy­pad­ku, to było gdzieś pod koniec lat dzie­więć­dzie­sią­tych, wie­czo­rem przy­cho­dzi do mnie gru­pa ludzi, któ­rych w ogó­le nie zna­łem,  tro­chę się wystra­szy­łem. Co się oka­za­ło, to byli chrze­ści­ja­nie z kościo­ła pro­te­stanc­kie­go, lute­rań­skie­go, przy­szli, przed­sta­wi­li się mówią, pro­szę ojca, nasz kościół, nasi bra­cia ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych zaofe­ro­wa­li nam nie­sa­mo­wi­tą pomoc do stwo­rze­nia, wybu­do­wa­nia potęż­ne­go ośrod­ka zdro­wia, szpi­ta­la i szko­ły pod­sta­wów­ki oraz liceum, pod jed­nym warun­kiem, że przyj­mie­my, jako pasto­ra kobie­tę. W naszej wspól­no­cie powstał dia­log, krzyk i w koń­cu zaczę­li­śmy gło­so­wać. Cała star­szy­zna prze­gło­so­wa­ła, nie chce­my pie­nię­dzy, nie przyj­mie­my pasto­ra — kobie­ty. Cała mło­dzież, prze­gło­so­wa­ła; chce­my pie­nią­dze, a czy to będzie męż­czy­zna, czy kobie­ta pasto­rem to obo­jęt­ne, naj­waż­niej­sze są pie­nią­dze. To jest taki dowód, że pie­niądz, coraz bar­dziej ogar­nia życie, ser­ca, Bóg jest poza, i pie­niądz rzą­dzi i sta­no­wi swo­je prawa.

        – Jakie wyzna­nia są w Kamerunie?

        – Kame­run jest więk­szy powierzch­nią od Pol­ski, ale ma mniej lud­no­ści, gdzieś 20 — 22 milio­ny, w Kame­ru­nie jest ponad 230 róż­nych języ­ków; nie dia­lek­tów — języ­ków. Kame­run ma nie­sa­mo­wi­tą mozai­kę kli­ma­tycz­ną, od kli­ma­tu tro­pi­kal­ne­go, po sahel i nawet na samej pół­no­cy prze­cho­dzi już w pustynię.

        Do I woj­ny świa­to­wej Kame­run był kolo­nią nie­miec­ką i są jesz­cze pozo­sta­ło­ści sta­rych budow­li albo też posa­dzo­nych przy dro­gach drzew; Niem­cy je posa­dzi­li tak pod sznu­rek. Po I woj­nie świa­to­wej,  naj­pierw Kame­run był prze­zna­czo­ny jako kolo­nia dla Pol­ski, jed­nak póź­niej, chy­ba Fran­cja się temu sprze­ci­wi­ła i Kame­run został kolo­nią część fran­cu­ską i część angiel­ską. Dla­te­go też dzi­siaj mamy w świe­cie dwa kra­je, Kame­run i Kana­dę, gdzie obo­wią­zu­ją języ­ki urzę­do­we angiel­ski i fran­cu­ski. Jeśli cho­dzi o wie­rze­nia; do II woj­ny świa­to­wej pół­noc­ny Kame­run był uwa­ża­ny za zisla­mi­zo­wa­ny na 100%, jed­nak ta woj­na II woj­na świa­to­wa też tam się toczy­ła, też w kolo­niach, i żoł­nie­rze fran­cu­scy odkry­li, że w pół­noc­nym Kame­ru­nie więk­szość ludzi jest poga­na­mi, a nie muzuł­ma­na­mi, dla­te­go  w 1946 r. Waty­kan wysy­łał Obla­tów do pół­noc­ne­go Kame­ru­nu. W tym roku przy­pa­da 75-lecie, jak misjo­na­rze obla­ci fran­cu­scy dotar­li do pół­noc­ne­go Kamerunu.

        Na połu­dniu, pal­lo­ty­ni nie­miec­cy byli już wcze­śniej, ale oni tyl­ko się ogra­ni­cza­li do połu­dnio­we­go Kame­ru­nu. Cały pół­noc­ny Kame­run jest podzie­lo­ny na suł­ta­na­ty muzuł­mań­skie. Jest admi­ni­stra­cja pań­stwo­wa, ale są suł­ta­na­ty muzuł­mań­skie. Bar­dzo dużo pogan, na przy­kład Gida­rów ‚to jest takie ple­mię, któ­re entu­zja­stycz­nie przy­ję­ło chrze­ści­jań­stwo, ale jed­nak z wiel­kim cier­pie­niem, bo suł­tan muzuł­mań­ski we wszyst­kich wio­skach kazał palić kapli­ce, kazał burzyć kapli­ce i jak ludzie się zbie­ra­li na modli­twę, jak póź­niej wra­ca­li do domu to byli bici i szy­ka­no­wa­ni. Trze­ba tam było te kil­ka­dzie­siąt ład­nych lat, żeby w koń­cu powsta­ła ta koabi­ta­cja to współ­ży­cie muzuł­ma­nów z katolikami.

        Dzi­siaj, w Kame­ru­nie nie ma problemu.

        – A bojów­ki Boko Haram?

        – Dziś w pół­noc­nym Kame­ru­nie 1/3 to są muzuł­ma­nie, 1/3 to są chrze­ści­ja­nie, kato­li­cy, pro­te­stan­ci, a 1/3 to jesz­cze są poga­nie. Na połu­dniu Kame­ru­nu więk­szość jest chrze­ści­ja­na­mi. Trze­ba też dodać, że te wszyst­kie sek­ty szcze­gól­nie sek­ty ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych z kra­jów boga­tych tam docie­ra­ją. Na przy­kład, świad­ko­wie Jeho­wy są pra­wie wszę­dzie, oni mają te doku­men­ty, przez te doku­men­ty docie­ra­ją do ludzi i tych ludzi wie­rzą­cych sobie zbierają.

        Jeże­li cho­dzi o Boko Haram to jest to sek­ta muzuł­mań­ska, któ­ra  chce,  aby przy­naj­mniej w pół­noc­nym Kame­ru­nie powsta­ło pań­stwo muzuł­mań­skie; pół­noc­ny Kame­run, Nige­ria, Niger,  Czad. To jest przy­kre, jeże­li w Kame­ru­nie było kil­ka zama­chów i do takie­go zama­chu bio­rą dziew­czyn­kę dwu­na­sto- czter­na­sto­let­nią nakła­da­ją na nią peł­no ładun­ków zapro­wa­dza­ją do cen­trum, na tar­go­wi­sko, gdzie jest naj­wię­cej ludzi i zdal­nym pilo­tem, ktoś naci­ska i te ładun­ki wybu­cha­ją, ta dziew­czyn­ka stra­ci życie i jest peł­no zabi­tych i peł­no ludzi, któ­rzy są ranni.

        Takie wybu­chy były na tar­gu, takie wybu­chy były w barze, póź­niej były też pogło­ski, że pój­dą do kościo­łów. Mie­li­śmy jed­no Boże Naro­dze­nie; cały Adwent i Boże Naro­dze­nie, że jeże­li przy­szedł ktoś modlić się do kościo­ła i nikt go nie znał, to trze­ba było tego czło­wie­ka wypro­wa­dzić. Mie­li­śmy jed­no Boże Naro­dze­nie gdzie Paster­ka musia­ła się odbyć przed godzi­ną 18.

        – Żeby nie było ciem­no, żeby roz­po­znać ludzi?

        – Żeby nie było ciem­no, żeby nie przy­szli, żeby nie było zama­chu. Jak byłem na misji w Gou­ra tam byłem tyl­ko 13 mie­się­cy i pro­bo­stwo, ple­ba­nia było 7 km od gra­ni­cy z Nige­rią. Tam już w Nige­rii to Boko Haram bar­dzo moc­no dzia­ła­ło. Kie­dyś przy­je­chał do mnie mój pro­win­cjał, prze­ło­żo­ny i powie­dział słu­chaj masz 10 dni na spa­ko­wa­nie się i wyje­cha­nie z misji. Kie­dy zawo­ła­łem moją Radę Para­fial­ną, moich chrze­ści­jan i oznaj­mi­łem, że muszę opu­ścić misję, no to oni mówią, pro­szę ojca, ojciec nie wie, ale my już ojca od mie­sią­ca pil­nu­je­my dzień i noc. Cho­dzi­ło o to że Boko Haram pory­wa­ją bia­łe­go, porwa­li  Fran­cu­za, Hisz­pa­na, czy nawet pory­wa­ją czar­nych i póź­niej chcą oku­pu i ten okup słu­ży im na zakup broni.

        Od kil­ku lat w Garua w pół­noc­nym Kame­ru­nie jest potęż­ny kon­tyn­gent wojsk ame­ry­kań­skich. Od kie­dy te woj­ska przy­by­ły do Kame­ru­nu każ­de­go dnia wypusz­cza­ją kil­ka­dzie­siąt dro­nów i te dro­ny prze­świe­tla­ją lasy, busz i te wio­ski i dzię­ki tym woj­skom w Kame­ru­nie uspo­ko­iło się. Sły­szy­my, że w Nige­rii, tam jest woj­na, oni tam robią co chcą, i nie wia­do­mo dla­cze­go —  pre­zy­den­tem jest muzuł­ma­nin — nie wia­do­mo dla­cze­go nie mogą sobie tam z tym pora­dzić i w tym ostat­nim cza­sie bar­dzo wie­le było zabójstw księ­ży, chrześcijan.

        – Mówi­li­śmy o tym że wspól­no­ta w Kame­ru­nie jest sil­na, a jakie są pro­ble­my; są sie­ro­ty,  jak to jest z tymi wię­za­mi rodzin­ny­mi, czy to dalej jest,  jak w pogań­stwie, czy te ślu­by, rodzi­na jakoś się zako­rze­ni­ły wśród ludności?

        – W pogań­stwie, takim pięk­nym wyra­że­niem pogań­stwa jest, jak męż­czy­zna jedzie na ośle, a żona idzie obok nie­go, na gło­wie ma peł­no baga­ży i w rękach trzy­ma peł­no baga­ży i sąsiad pyta, gdzie idziesz, a on mówi, no wiesz, moja żona jest cho­ra już 3 dni mi nie przy­go­to­wa­ła posił­ku i pro­wa­dzę ją do szpitala.

        Tak jest wła­śnie w pogań­stwie, że on jedzie na ośle, a ta żona cho­ra z żyw­no­ścią, z drew­nem na opał idzie pie­szo i to wszyst­ko niesie.

        Jeże­li cho­dzi o chrze­ści­jań­stwo, to ta rela­cja rodzin­na się zmie­nia, ten mąż i ta żona miesz­ka­ją razem, jedzą z jed­nej miski pra­cu­ją na tym samym polu. Dzie­ci są z nimi, a nie, jak w pogań­stwie, że syn nale­ży do ojca, a dziew­czy­na nale­ży u mat­ki. W chrze­ści­jań­stwie są to po pro­stu nasze dzie­ci i tutaj na tej płasz­czyź­nie bar­dzo wie­le się zmie­ni­ło, bar­dzo wie­le. W pogań­stwie jeże­li ten szef osa­dy pogań­skiej nie da zna­ku, że moż­na iść do pola siać; że moż­na iść robić zbio­ry z zasia­ne­go ziar­na, to tam nikt do tego pola nie pój­dzie; w  chrze­ści­jań­stwie jest wol­ność. W pogań­stwie na pew­no dziew­czy­na nie pój­dzie do szko­ły. Mamy wie­le kło­po­tów, że mło­de rodzi­ny chrze­ści­jań­skie mają zako­do­wa­ne, że dziew­czy­na nie potrze­bu­je szkoły.

        – To tam widać, że chrze­ści­jań­stwo, to jest sza­cu­nek dla kobie­ty; to co femi­nizm tutaj w libe­ral­nym spo­łe­czeń­stwie zachod­nim zarzu­ca tra­dy­cyj­nym war­to­ściom chrze­ści­ja­nom, że kobie­ta jest jakoś przez nie znie­wo­lo­na, to widać jak bardzo…

        — Chrze­ści­jań­stwo pod­no­si god­ność kobie­ty i daje jej ten sam stra­tus, któ­ry ma męż­czy­zna. Mają inne role, ale mają ten sam sta­tus. I ta kobie­ta jest z tym męż­czy­zną; ona nie jest z tyłu, ona jest z boku i to jest wła­śnie pięk­ne w chrze­ści­jań­stwie i tutaj to bar­dzo moc­no widać.

        – Ojciec jest pierw­szy raz w Ame­ry­ce, w Kanadzie?

        – Pierw­szy raz, ja się nie­sa­mo­wi­cie tej Kana­dy bałem, bo to mówią taki świat współ­cze­sny, nowo­cze­sny; nie­sa­mo­wi­cie się bałem, jed­nak teraz jestem nie­sa­mo­wi­cie wdzięcz­ny za tę ser­decz­ność oka­za­ną mi tutaj przez naszych wier­nych. Nie mia­łem żad­ne­go przy­pad­ku, że ktoś na mnie się obru­szył, czy zapy­tał, po co tutaj przy­je­cha­łem, nie­sa­mo­wi­ta ser­decz­ność no a teraz pyta­ją, dla­cze­go ojciec wyjeż­dża, dla­cze­go ojciec jesz­cze nie zosta­nie. Ten czas myślę, że wyko­rzy­sta­łem dobrze, bo kie­dy mia­łem wra­cać 15 kwiet­nia i ojciec Janusz mówi mi  2 tygo­dnie wcze­śniej nie pole­cisz, bo są odwo­ła­ne loty, posze­dłem do poko­ju popła­ka­łem się bo cały pro­gram mi runął, kie­dy po 3 tygo­dniach mówi, nie pole­cisz, bo nadal nie ma lotów, to zaczą­łem się zasta­na­wiać. Pro­win­cjał w Kame­ru­nie się zgo­dził, i pro­win­cjał w Kana­dzie się zgo­dził, żebym został sobie tutaj na rok i uło­ży­łem tutaj taki pro­gram w Kana­dzie, że bar­dzo wie­le cza­su poświę­ci­łem na naukę języ­ka. W moim wie­ku, a mogę być już dziad­kiem, ci co uczy­li mnie języ­ka mówi­li i ty dziad­ku chcesz się nauczyć angiel­skie­go; ja dzi­siaj nie mówię po angiel­sku, ale Mszę świę­tą odpra­wię, od Wiel­ka­no­cy u sióstr kla­we­ria­nek odpra­wiam w ponie­dział­ki i sobo­ty msze po angiel­sku, bre­wiarz sobie odmó­wię po angiel­sku cho­ciaż trud­no z wymo­wą, bo tutaj w domu mówi się po pol­sku. Tro­chę tego angiel­skie­go liznąłem.

        – To przy­da się w Kamerunie?

        –  Jak mówię, Kana­da i Kame­run są kra­ja­mi, w któ­rych obo­wią­zu­je angiel­ski i fran­cu­ski. Cała mło­dzież, któ­ra cho­dzi do szko­ły pod­sta­wo­wej uczy się fran­cu­skie­go i angiel­skie­go. Mówię po fran­cu­sku, bo jestem w stre­fie fran­cu­skiej, a my mamy też misje w stre­fie angiel­skiej, czy w Nige­rii, to mogę sobie poje­chać już do tej stre­fy angielskiej.

        Do Kana­dy przy­je­cha­łem, jako jed­na wiel­ka ruina od stro­ny fizycz­nej,  nie mogłem się poru­szyć, bo tam więk­szość moje­go cza­su, moich prze­jaz­dów, robię moto­cy­klem po tych wer­te­pach i mój krę­go­słup był kom­plet­nie zje­cha­ny, a teraz się czu­ję wyśmienicie.

        Kie­dy popro­si­łem ojca Janu­sza, abym poszedł sobie spraw­dzić, zęby — nie bola­ły mnie, ale tak spraw­dzić  —   pan den­ty­sta poro­bił zdję­cia i mówi ojciec nie ma tutaj uzę­bie­nia,  ojciec ma w ustach gra­bie, nie napra­wiał żad­ne­go zęba, tyl­ko uzu­peł­niał i teraz mam uzę­bie­nie,  wyda­je mi się, że mam też inny uśmiech na twa­rzy, cze­go mi wcze­śniej brakowało.

        Tak że z tej Kana­dy wyjeż­dżam z samy­mi taki­mi korzy­ścia­mi. Przy­je­dzie tutaj, jeże­li dosta­nie wizę, ojciec Jan Kob­zan on będzie misjo­na­rzem w Mis­sis­sau­dze, któ­ry jest rok dłu­żej w Kame­ru­nie niż ja, wspa­nia­ły misjo­narz. Zoba­czy­cie, jak przy­je­dzie to też, no po pro­stu, jed­na wiel­ka ruina.

        – Tym się tam pła­ci na misjach?

        – Tak, tym się pła­ci, no bo nie ma dróg, a do den­ty­sty nie idzie się na prze­gląd, nie idzie się do leka­rza na jakieś tam bada­nia okre­so­we, tam tego jesz­cze nie ma, tyl­ko się idzie do leka­rza, jak coś boli.

        – Do cze­go Ojciec wra­ca, jak wyglą­da ta misja i   jak moż­na pomóc, jakie są tam potrzeby?

        – Do cze­go wra­cam, jak sły­sze­li­ście, ojciec Janusz to już powie­dział, że zosta­łem mia­no­wa­ny wice­pro­win­cja­łem pro­win­cji kame­ruń­skiej.  Przez 30 lat byłem w buszu i tyl­ko w buszu i teraz się oka­zu­je, że z buszu, z misjo­na­rza będę „urzęd­ni­kiem”. To jest na pół­no­cy Kame­ru­nu w tym regio­nie pół­noc­nym głów­nym mia­stem jest Garo­ua, my tam mamy pro­win­cję w pół­noc­nym Kame­ru­nie, ale jako wice­pro­win­cjał to wia­do­mo, że będę jeź­dził, odwie­dzał misje.

        – Ilu Pola­ków tam jest na misjach?

        – Nas tyl­ko zosta­ło czte­rech Pola­ków, ale takich dziel­nych misjo­na­rzy. Nasza pro­win­cja oblac­ka ma naj­wię­cej kle­ry­ków w Kame­ru­nie, to jest mło­da pro­win­cja. W die­ce­zji Garo­ua, gdzie pra­co­wa­łem przez 30 lat nie ma ani jed­ne­go kapła­na, żebym nie był na jego świę­ce­niach. W ubie­głym roku nie było świę­ceń, tak że chy­ba jak wró­cę teraz, to będę na świę­ce­niach. Ci wszy­scy, jak ja to mówię, to są nasi chłop­cy, nasi syno­wie, nasi kapła­ni, któ­rzy wzra­sta­li pod naszym okiem.

        Takie rado­ści misyj­ne; kie­dy będę wra­cał do Kame­ru­nu 29 lip­ca to w Bruk­se­li na lot­ni­sku doje­dzie do mnie z Madry­tu  ośmio­let­ni chło­pak Kame­ruń­czyk Chri­stian Laupambe.

        W 2018 r. 14 wrze­śnia przy­szli do mnie dziad­ko­wie z tym chło­pa­kiem, miał taką potęż­ną narośl na szyi no i tego chło­pa­ka tam wozi­łem do szpi­ta­la, robi­li­śmy bada­nia i to wie­le kosz­to­wa­ło. Póź­niej lekarz pro­wa­dzą­cy, Afry­kań­czyk, mówi pro­szę ojca, jest wszyst­ko goto­we do ope­ra­cji, jak podał mi cenę, no to tak mi się zro­bi­ło gorz­ko, pomy­śla­łem sobie skąd ja dosta­ną te pie­nią­dze. Powie­dzia­łem, Panie Jezu wszyst­ko co mogłem, zro­bi­łem jed­nak tych pie­nię­dzy, no gdzie ja mogę zna­leźć; pytam się, czy ta ope­ra­cja się uda, a ten lekarz mi odpo­wia­da, albo się uda, albo się nie uda. I dla­te­go taki roz­go­ry­czo­ny wró­ci­łem na naszą pro­ku­rę misyj­ną, tam gdzie nocu­je­my, gdy przy­jeż­dża­my do mia­sta  i taki roz­go­ry­czo­ny tak nie wie­dzia­łem co z sobą zro­bić, taki zły na Pana Boga, i w tym momen­cie ktoś mnie woła, odwra­cam się, taki pan Emi­lio, lekarz Hisz­pan, któ­re­go gdzieś tam 20 lat wcze­śniej widzia­łem, byli­śmy na tym samym tere­nie, i on tam zało­żył ośro­dek zdro­wia. Mówię, Emi­lio chodź popatrz na tego chło­pa­ka, a on mówi daj mi go, ja ci go wyle­czę. Teraz zostaw, mówię, posta­no­wi­łem go odwieźć do domu. Niech Pan Jezus się sam zaj­mie sprawą.

        Po 2 — 3 tygo­dniach, ten lekarz jesz­cze był w Kame­ru­nie, zna­lazł mój tele­fon, dzwo­ni, mówi, słu­chaj, nasza fun­da­cja bie­rze jed­no dziec­ko na rok z Kame­ru­nu na lecze­nie do Hisz­pa­nii, do Madry­tu. Mamy całą wiel­ką listę, jed­nak zna­my się tyle lat, a ja ci nigdy nic nie zro­bi­łem. Dla­te­go posta­no­wi­łem to dziec­ko zabrać do Madry­tu na ope­ra­cję, pod jed­nym warun­kiem,  że wyro­bisz mu pasz­port, wizę i pozwo­le­nia u pre­fek­ta, sze­fa regio­nu, że on pole­ci do tej Hisz­pa­nii bez rodzi­ców. Ja mówię, nie ma pro­ble­mu, zała­twię. Kie­dy on wyje­chał do Madry­tu, ja zaczą­łem wyra­biać pasz­port, powiem wam, że w pew­nym momen­cie zaczą­łem wąt­pić, to jest nie­sa­mo­wi­cie trud­ne, bo tam­ci urzęd­ni­cy myśle­li, że ja chcę to dziec­ko ukraść, wywieźć z Kame­ru­nu do Euro­py, w koń­cu sfi­na­li­zo­wa­łem wszyst­ko i ten chło­pak wyje­chał 31 grud­nia 2019 roku do Hisz­pa­nii na ope­ra­cję. Miał wró­cić w maju ubie­głe­go roku, z powo­du covi­du jest jesz­cze w Hisz­pa­nii, ope­ra­cja się uda­ła i pan Emi­lio, ten lekarz, mówi pro­szę ojca, ta ope­ra­cja nigdy by mi się nie uda­ła w Kame­ru­nie, bo trze­ba było żeby ten chło­pak 3 dni był pod respi­ra­to­rem, ten guz był tak bar­dzo moc­no wci­śnię­ty. A pod koniec ubie­głe­go roku rodzi­na przez księ­dza, któ­ry jest tam na tej misji, gdzie byłem, zaczę­ła mnie oskar­żać, że jej ukra­dłem dziec­ko. W tym samym cza­sie z Hisz­pa­nii dosta­łem wia­do­mość od Emi­lio, któ­ry mówi, słu­chaj myśmy już mie­li dzie­siąt­ki dzie­ci na ope­ra­cji, ale taki chło­pak, takie dziec­ko, jak ten jesz­cze takie­go nie mie­li­śmy; nie tęsk­ni, uśmie­cha się, z wszyst­ki­mi się zaba­wi, wszyst­ko zje, jest nie­sa­mo­wi­ty. I ten dr Emi­lio mówi, że ta rodzi­na, u któ­rej on jest, nie ma dzie­ci i chce to dziec­ko zaadoptować.

        A ja wra­cam do Kame­ru­nu więc oświad­czam panu leka­rzo­wi Emi­lio, że ten chło­pak musi ze mną wró­cić! Dok­tor mówi, słu­chaj,  my przy­je­dzie­my do Kame­ru­nu w listo­pa­dzie to dziec­ko przy­wie­zie­my… Ja mówię, Emi­lio, ty jesteś tyle lat w Kame­ru­nie, prze­cież wiesz, jeże­li ja się zja­wię bez tego dziec­ka, to jeże­li nie zosta­nę otru­ty, to naj­praw­do­po­dob­niej pój­dę do wię­zie­nia, że ukra­dłem dziec­ko. On  mówi, masz rację no i teraz spo­ty­ka­my się w Bruk­se­li na lot­ni­sku, on przy­wo­zi to dziec­ko, Chri­stia­na i wra­ca­my do Kame­ru­nu, a jeże­li będą go chcie­li póź­niej zaadop­to­wać, to mogą sobie przy­je­chać w listo­pa­dzie poroz­ma­wiać z rodzi­ca­mi, zabrać dziecko.

        To są takie małe rado­ści misjo­nar­skie,  takie małe cuda.

        Tutaj chcę dodać jesz­cze, że leci ze mną do Kame­ru­nu pan Rafał Kober­ste­in, oso­ba świec­ka, nie­żo­na­ta, 43 lata, będzie tam jako świec­ki misjo­narz z Kana­dy, Polak, będzie­my zakła­dać szko­łę sto­lar­ską, szko­łę ślu­sar­ską i kra­wiec­ką szko­łę zawo­do­wą i technikum.

        Pan pytał mnie o naj­więk­sze potrze­by dla naszej pro­win­cji w Kame­ru­nie to jest wie­le; i zdro­wie, szkol­nic­two, for­ma­cja kle­ry­ków, ale ja bym pole­cił pro­jekt naszej szko­ły tech­nicz­nej; sto­la­rzy, ślu­sa­rzy, i kra­wiec­two, któ­ry  roz­pocz­nie się od 1 wrze­śnia tego roku. Już jeden pro­jekt zło­ży­łem na  roz­po­czę­cie tej szko­ły  u sióstr kla­we­ria­nek, ale to jest taka kro­pla w morzu. Wra­cam do Kame­ru­nu 29 lip­ca, pan Rafał Kober­ste­in przy­la­tu­je do Kame­ru­nu 18 sierp­nia, aby od wrze­śnia zaczynać.

        On będzie się zaj­mo­wał sto­lar­nią. Sto­lar­nia już jest wybu­do­wa­na i jeże­li­by ta szko­ła tech­nicz­na wyszła, to będzie następ­ny taki mój cud w życiu misjo­nar­skim. Pole­cam, panie Andrze­ju, pro­jekt tej szko­ły tech­nicz­nej u obla­tów, bo to jest pry­wat­na szko­ła oblacka.

        70% popu­la­cji Kame­ru­nu to jest mło­dzież, tam jest peł­no dzie­ci, tam nie widać star­ców, ale nie ma szkół tech­nicz­nych, są pod­sta­wów­ki, są licea kla­sycz­ne, nie ma szkół tech­nicz­nych, a jeże­li są to jest ich mało, a jeże­li są, to pro­wa­dzą je bra­cia szkol­ni, jakieś inne kon­gre­ga­cje,  jeże­li cho­dzi o pań­stwo, pań­stwo jesz­cze nie jest przy­go­to­wa­ne, aby dać tym ludziom for­ma­cję zawo­do­wą, techniczną .

        – Czy Kame­ruń­czy­cy pyta­ją się cza­sem o kraj, z któ­re­go ojciec pocho­dzi, inni misjo­na­rze pocho­dzi­li, jak to jest z tą Pol­ską, bo był Jan Paweł II, to chy­ba jest to koja­rzo­ne z naszym krajem?

        – Panie Andrze­ju, bar­dzo ład­ne pyta­nie i nie mam pro­ble­mu z odpo­wie­dzią, ponie­waż w Pol­sce mamy pięk­ne semi­na­rium, któ­re kie­dyś było peł­ne, teraz jest mniej powo­łań i w poło­wie chy­ba jest puste, w Kame­ru­nie mamy dyle­mat budo­wać semi­na­rium, roz­bu­do­wy­wać, albo wysy­łać kle­ry­ków do innych państw, gdzie mogą stu­dio­wać z innymi.

        Mamy już dwóch kapła­nów, któ­rzy odby­li swo­je stu­dia for­ma­cyj­ne od filo­zo­fii przez teo­lo­gię w Pol­sce. Już są kapła­na­mi w Kame­ru­nie Dwóch semi­na­rzy­stów od 3 lat jest w Pol­sce, za 2 lata skoń­czą stu­dia i zosta­ną wyświę­ce­ni. Całe stu­dia odby­wa­ją po pol­sku. W tym roku wyjeż­dża do Pol­ski następ­nych dwóch Kame­ruń­czy­ków, jak się dowie­dzia­łem przed­wczo­raj od pro­win­cja­ła kame­ruń­skie­go, już jest taka umo­wa, że każ­de­go roku będzie wysy­ła­nych dwóch kle­ry­ków do Pol­ski; dwóch kle­ry­ków jest każ­de­go roku wysy­ła­nych do Rzy­mu. Wzię­ta jest ta opcja, żeby nie roz­bu­do­wy­wać, jeże­li w Pol­sce moż­na stu­dio­wać, jeże­li moż­na stu­dio­wać w Rzy­mie, jeże­li moż­na stu­dio­wać we Fran­cji. Nasi kle­ry­cy kame­ruń­scy bar­dzo szyb­ko uczą się języ­ka pol­skie­go i to jest też taki ewe­ne­ment, że ten nasz język z jed­nej stro­ny moż­na powie­dzieć jest trud­ny, ale bar­dzo szyb­ko się go uczą.

        Trze­ba jesz­cze dodać, że ta pol­ska for­ma­cja księ­ży jest nie­sa­mo­wi­ta i kie­dy tych pierw­szych dwóch wró­ci­ło do Kame­ru­nu, widać że byli w Pol­sce, jest to uło­żo­ne, jest to takie pra­we, poboż­ne. Jeden i dru­gi zosta­li odpo­wie­dzial­ni w die­ce­zji, jeden za litur­gię; jeże­li są jakieś więk­sze uro­czy­sto­ści, to są odpo­wie­dzial­ni za litur­gię i wia­do­mo, że ta litur­gia będzie dopię­ta na ostat­ni guzik .

        –  Dzię­ku­ję i życzę wie­lu Łask Bożych,  żeby Ojciec jesz­cze dłu­go mógł tam dzia­łać, pra­co­wać i miał tę wła­śnie misjo­nar­ską satys­fak­cję, bo chy­ba nie ma wię­cej satys­fak­cji niż te dusze, któ­re się do Pana Boga prowadzi.

        – Tak, to jest nie­sa­mo­wi­ta satys­fak­cja, że czło­wiek cie­szy się, za każ­de 10 chrztów mam 10 kur, ochrzczę 200 ludzi mam 200 kogu­tów żywych, takich z podwór­ka, to jest nie­sa­mo­wi­ta satys­fak­cja, nie­sa­mo­wi­ta satys­fak­cja jeże­li się pomaga.

        Pomo­głem takie­mu Zage Ema­nu­el w stu­diach, on aku­rat robił stu­dia nie­miec­kie­go już jest pro­fe­so­rem w liceum, uczy języ­ka nie­miec­kie­go, poma­ga­łem mu przez całe stu­dia, cza­sa­mi było to już męczą­ce, cza­sa­mi tych pie­nię­dzy bra­ko­wa­ło, co mogłem, pomo­głem i kie­dy on już skoń­czył, dostał pra­cę — oni naj­pierw muszą dwa lata pra­co­wać bez pie­nię­dzy odda­ją dla pań­stwa, że sko­rzy­sta­li, dopie­ro po 2 latach otrzy­mu­je pierw­szą pen­sję i on, kie­dy otrzy­mał pierw­szą pen­sję, Ema­nu­el Zage, dzwo­ni do mnie i tam coś mówi o pie­nią­dzach, a ja mówię, słu­chaj Emma­nu­el jestem zmę­czo­ny, jestem w mie­ście, mam tutaj cho­rych i nie chcę roz­ma­wiać i już mnie nie proś o pie­nią­dze, odło­ży­łem słu­chaw­kę. On mi wten­czas wysłał mes­sa­ge „pro­szę ojca, otrzy­ma­łem pierw­szą pen­sję i ją prze­zna­czam z wdzięcz­no­ści za to, co ojciec zro­bił, ojcu, aby ojciec mógł zno­wu pomóc innym”. To było 300 000 naszych tam pie­nię­dzy to jest gdzieś 450 euro. To jest nie­sa­mo­wi­ta suma i powiem, że w tym momen­cie tak mi łzy pocie­kły. To jest ten jeden przy­pa­dek, ale wszy­scy, kie­dy osią­gną, kie­dy doj­dą do cze­goś, mówią, pro­szę ojca, tutaj pro­szę, żeby ojciec zno­wu pomagał.

        I to są nie­sa­mo­wi­te rado­ści. Bar­dzo dzię­ku­ję panie Andrze­ju za spo­tka­nie, ja nigdy takie­go wywia­du nie robi­łem, więc nie wiem jak to tam wszyst­ko będzie, jesz­cze raz dzię­ku­ję za mój pobyt, za ser­decz­ność  tutaj w Kana­dzie i tak jak powiem w przy­szłą nie­dzie­lę w kaza­niu, wygra­we­ro­wa­li­ście na moim ser­cu wasze­go Ducha chrze­ści­jań­skie­go, misyj­ne­go, któ­re­go wy macie w waszych ser­cach. Szczęść Boże!