Rozmowa z Bolesławem Fujarczukiem – Sybirakiem, operatorem w centrali telefonicznej legendarnego Dywizjonu 303, inicjatorem budowy pomnika „Spirala Zwycięstwa”, odznaczonym za swoje zasługi polskimi i brytyjskimi medalami między innymi Krzyżem Oficerskiem Orderu Odrodzenia Polski Polonia Restituta i War Star 1939-1945.

Natalia Łabuz: Miał Pan tylko 15 lat kiedy żołnierze sowieccy zapukali do drzwi Pana rodzinnego domu.

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

Bolesław Fujarczuk: Była godzina 4 nad ranem 10 lutego 1940 roku. Mieszkaliśmy wtedy w wiosce Romanówka. Powiedzieli, żebyśmy zaczęli się zbierać i nic ze sobą nie zabierali, bo tam gdzie będziemy wszystko jest gotowe. Trzeba było wszystko zostawić i szybko opuścić nasz dom.

NŁ: A był to przecież środek zimy.

BF: Był mróz, było bardzo zimno. Saniami zawieziono nas do Szczurowic. Tam była szkoła, w której czekaliśmy 2 dni aż burza śnieżna przejdzie. Potem zawieźli nas do Radziechowa, gdzie załadowano nas do wagonu pociągu towarowego.

NŁ: Do wagonu, w którym panowały nieludzkie warunki.

BF: W wagonach były prycze, dwa poziomy, spaliśmy na deskach. Na środku znajdowała się wycięta dziura, która służyła za toaletę. Drzwi były zablokowane, nie wolno było ich nawet uchylać. Nie pozwolono nam wychodzić, tylko żołnierze sowieccy mogli je otworzyć. Nie było wody do picia, wkrótce ludzie zaczęli chorować, szerzyły się wszy. Było bardzo ciężko.

NŁ: Jak długo trwała ta podróż?

BF: Jechaliśmy tak chyba ze 30 dni, aż dojechaliśmy do Kotlasu. To było ostatnie miejsce gdzie dochodziła kolej, stamtąd zabrano nas sańmi do Kopytłowa, a potem wywieziono nas do Niżna Lupa wgłąb syberyjskiego lasu.

NŁ: Co stało się po przyjeździe?

BF: Ulokowano nas w baraku z innymi rodzinami. Mieszkaliśmy tam wszyscy razem, siedem osób, bez ogrzewania. Wszyscy musieliśmy pracować. Przydzielono nas do wyrębu lasu. Przez 2 lata pracowaliśmy w bardzo ciężkich warunkach. Było zimno, byliśmy głodni. Niestety mój ojciec i dziewięcioletni brat zmarli na Syberii. Mój braciszek Bronisław umarł z wyczerpania i głodu. Pamiętam jak mówił przed śmiercią, że jak będzie ciepło to pójdziemy do lasu, nazbieramy sobie jagód i się najemy. Ojciec oprócz wycieńczenia miał też gangrenę w nodze, bo przytłukł ją sobie przy pracy w lesie i zmarł.

NŁ: To musiało być dla Pana bardzo bolesne.

BF: Musieliśmy pochować ojca. Ja miałem 15 lat, mój brat 13, byliśmy jak dwa szkielety. Pamiętam jak dłubaliśmy i kopaliśmy grób dla ojca w tej zamarzniętej ziemi. Było bardzo dużo śniegu, a ziemia była jak kamień. Nawet na pogrzebie nie mogłem być, musiałem iść do pracy, bo inaczej nie dostalibyśmy chleba. W taki sam sposób chowaliśmy naszego braciszka Bronisława, w tej zimnej ziemi.

NŁ: Był Pan nastoletnim chłopcem, który w przeciągu dwóch lat zaznał wraz z rodziną tyle cierpienia. Czy było coś o czym Pan często myślał, coś co podtrzymywało Pana na duchu?

BF: Jedyna myśl, która mnie nie opuszczała i ciągle krążyła mi po głowie to żeby przed śmiercią najeść się wystarczająco chleba. Jestem gotowy umrzeć, żebym tylko miał wystarczająco chleba.

NŁ: Uczucie głodu było najbardziej dotkliwe.

BF: Głód nas wykańczał, a mając 15 lat, żeby przeżyć musiałem zdobywać się na czyny, którymi dzisiaj niestety nie ma się co chwalić. Czasami człowiek wyżebrał kawałeczek chleba u tubylców lub suchara, którego rozpuszczaliśmy w wodzie. Czasami żeby przeżyć trzeba było ukraść kawałek chleba, tylko często nie było nawet tego. Te przeżycia były bardzo ciężkie. W dodatku niedożywienie spowodowało, że zachorowaliśmy na kurzą ślepotę. Byłem jak niewidomy, po zmierzchu nic nie widziałem. Mama starała się nam pomóc i zdobyć dla nas kawałek mięsa od tamtejszych rolników. Jak gotowała to mięso to nachylaliśmy się nad garnkiem, bo już sama para pomagała nam złagodzić tę chorobę. Wszyscy byśmy się wykończyli, gdyby nie amnestia.

NŁ: Wraz z amnestią pojawiła się szansa na opuszczenie tej „nieludzkiej ziemi”.

BF: Mówiono nam, żebyśmy zostali, bo trwa wojna, ale nie posłuchaliśmy komendanta. Opuściliśmy Sybir. Po kilku tygodniach dotarliśmy do Uzbekistanu, gdzie organizowały się oddziały Polskiej Armii. Ja bardzo chciałem dostać się do Armii Generała Władysława Andersa. Uporczywie, codziennie próbowałem.

NŁ: Nie chcieli Pana przyjąć?

BF: Miałem tylko 17 lat i byłem chodzącym szkieletem.

NŁ: Ale nie poddał się Pan?

BF: Bardzo chciałem być jednym z żołnierzy. Codziennie stawałem w kolejce, aż któregoś dnia jeden z oficerów powiedział „Weź go on tutaj codziennie przychodzi”. Tak zostałem przyjęty do 23 Pułku Piechoty 2-go Korpusu pod dowództwem Generała Andersa.

NŁ: I wtedy wyruszył Pan w misję?

BF: Nie od razu, ale w pewnym momencie żołnierze zaczęli wyjeżdzać do Iranu. Ja niestety nie mogłem wyjechać wraz ze swoją jednostką, bo zachorowałem na tyfus. Próbowałem, myślałem, że dam radę, ale wyszedłem na zbiórkę i zemdlałem. Zostałem skierowany na kwarantannę. Warunki były beznadziejne, spaliśmy na cementowej podłodze we własnym ubraniu. Byłem w bardzo słabym stanie, ale przetrwałem, chyba tylko dlatego, że byłem młody. W końcu udało mi się wyjechać ostatnim transportem z generałem Andersem. Najpierw dotarłem do Iranu, gdzie dali nam mundury żołnierskie, wykąpali nas, ogolili i nakarmili. Po dwóch, trzech tygodniach wyruszyliśmy do Iraku.

NŁ: To w Iraku został Pan przyjęty do lotnictwa?

BF: W Iraku wydano rozkaz ogłaszający przyjęcie do lotnictwa. Żeby dostać się do jednostki, trzeba było mieć ukończone dwie klasy Gimnazjum. Nasz dowódca powiedział, żeby wystąpili ci którzy chcą się przenieść do lotnictwa. Nikt się nie zgłosił. Wtedy dowódca zapytał: „Fujarczuk dlaczego ty nie występujesz?”. Ja mu odpowiedziałem: „Panie poruczniku trzeba mieć dwie klasy Gimnazjum skończone, a ja skończyłem tylko 7 klasę w 1939 roku”. On powiedział Ty się zgłoś, a ja Ci dam korepetycje i się przygotujemy do tego egzaminu. Egzamin zdałem i wyruszyliśmy w podróż.

NŁ: Do Anglii?

BF: Podróż trwała trzy miesiące. Przez kraje środkowego wschodu, Kanał Sueski, Durban, Capetown w południowej Afryce. Stamtąd przedostaliśmy się do Anglii Liverpool i do stacji zbornej Polskiego Lotnictwa Blackpool.

NŁ: I tam został Pan przydzielony do legendarnego Dywizjonu 303?

BF: To był 1943 rok, zostałem przydzielony do obsługi naziemnej Dywizjonu 303 w Norholt. Byłem chyba jedynym z tej grupy, który miał szczęście dostać się do tego bardzo słynnego oddziału.

NŁ: Co Pan zapamiętał z tego dnia?

BF: Nie mogłem uwierzyć w to, co się wydarzyło. Człowiek w tak krótkim czasie z takiego rynsztoku życiowego jaki przeżył na Sybirze, znalazł się w Anglii. Poczułem wolność. Później miałem też tam dużo przyjemnych przeżyć. Na przykład, po paru miesiącach w Dywizjonie, ci którzy nie mieli bliskich, mogli wyjechać na urlop do angielskich rodzin, które zapraszały polskich lotników. Ja się zgłosiłem i dostałem się do bardzo bogatej rodziny. Zabrali mnie i kolegę Rolls-Roycem do pałacu. Właściciele zajmowali się produkcją piwa. Człowiek nie chciał uwierzyć, jakie warunki oni mieli. Poczułem się jakbym z piekła wstąpił do nieba.

NŁ: Powróćmy jeszcze do Pana pracy w Dywizjonie, czym się Pan tam zajmował?

BF: W Dywizjonie 303 byłem operatorem w centrali telefonicznej, gdzie zawiadamiałem pilotów, dawałem sygnał do gotowości udziału w bitwie. Piloci zawsze musieli być w pełnej gotowości. Każdy z nas miał bardzo ważną funkcję. Byłem bardzo dumny z tego, że mogę być częścią tej załogi.

NŁ: Co mówiono o pilotach Polakach?

BF: Wszyscy im zazdrościli odwagi i ich bojowego nastroju. Oni trzymali się razem, walczyli o Polskę. Byli zawsze gotowi. Nie bali się.

NF: Czy Pan się czegoś bał?

BF: Pewnego razu siedząc przy aparacie radiowym w centrali, zauważyłem na oknie odłamek bomby, którą rzucili na nasze lotnisko. Gdyby ten odłamek przeszedł przez okno, mógłby mnie zabić. Miałem dużo szczęścia.

NŁ: W Dywizjonie był Pan do 1944 roku i co stało się później?

BF: Jak zaczęła się inwazja zostałem przeniesiony na 9–miesięczny kurs radiooperatora pokładowego w Halton i Cranwell. W 1946 roku jako sierżant zostałem oddelegowany do dowództwa I-szej grupy bombowej w Bawtry. Pracowałem tam przy obsłudze dywizjonu brytyjskiego przykładowo kiedy dywizjon wykonywał tzw. „lot dziękczynny”, czyli odlatywał do Stanów Zjednoczonych to nadzorowaliśmy ten proces do momentu, aż amerykańska kontrola przejęła nawigację. W 1947 roku zostałem przeniesiony do Dunholme Lodge do Biura Demobilizacyjnego i tam dostałem awans na starszego sierżanta.

NŁ: Po czym przyszedł czas na emigrację do Kanady.

BF: Byłem przekonany, że do takiej Polski jaka nastała po zakończeniu wojny nie będę wracał. Mieliśmy szczęście, że mój ojciec, który zmarł na Sybirze był w Kanadzie przed I wojną światową. Mojej mamy siostra też tutaj była. Na początku było ciężko. Później dostałem pracę u Forda. Kupiliśmy mały domek, gdzie zamieszkaliśmy wszyscy razem.

NŁ: Nawet po latach na emigracji, Pan i Pana bracia nigdy nie zapomnieli o Ojczyźnie.

BF: Tak, aktywnie angażowaliśmy się między innymi w budowę Kościoła Św. Kazimierza na Roncesvalles, St Catharines of Sienna w Mississaudze. Należałem do Stowarzyszenia Polskich Kombatantów w Kanadzie, wstąpiłem też do Polskiego Skrzydła „Warszawa” w 1951 roku, do którego należało wielu asów polskiego lotnictwa, między innymi Janusz Żurakowski i Bolesław Orliński i inni. Do Polskiego Skrzydła należę do dnia dzisiejszego.

NŁ: Brał też Pan udział w budowie Centrum Polskiej Kultury im. Jana Pawła II w Mississaudze.

BF: Ksiądz Bąk, który był bardzo przedsiębiorczym człowiekiem, stworzył grupę, do której należeli także moi bracia Karol i Staszek. Było nas w sumie 10 osób. Mieliśmy budować kościół w Mississaudze. Kiedy zaczęto budowę, pojawiła się oferta kupna ziemi graniczącej z kościelną parcelą. Ksiądz zwołał naszą dziesięcioosobową grupę i powiedział, że musimy zebrać pieniądze. W kwietniu 1982 r. została utworzona Fundacja Maksymiliana Kolbe, której pierwszym osiągnięciem było właśnie zakupienie tej ziemi. Wspólnymi siłami wraz z Polonią wybudowaliśmy Centrum. Bardzo ważne jest to, że w statusie Fundacji jest zapisane, że Centrum Jana Pawła II nie może zostać sprzedane dopóki przynajmniej jeden Polak żyje w Kanadzie.

NŁ: Ale Pan nie ustaje w działaniach, ostatnio zaangażował się Pan w budowę pomnika, który ma stanąć na terenie Centrum Jana Pawła II

BF: Kilka lat temu powstał pomysł budowy pomnika, który zapoczątkowałem z Janem Gasztoldem, byłym prezesem Stowarzyszenia Lotników Polskich Skrzydło „Warszawa”. Później do inicjatywy włączył się też śp. Marceli Ostrowski, pilot, strzelec pokładowy 301. Dywizjonu Bombowego Ziemi Pomorskiej, odznaczonego za swoje zasługi m.in. orderem Virtuti Militari.

NŁ: Komu ten monument będzie dedykowany?

BF: Chcemy upamiętnić bohaterów służących w Polskich Siłach Powietrznych u boku RAF podczas II wojny światowej: polskich pilotów, personel naziemny i Pomocniczą Służbę Kobiet. Jest to ważne szczególnie tutaj na Ziemi Kanadyjskiej, gdzie zamieszkuje bardzo dużo Polaków i gdzie po wojnie osiedliło się wielu uczestników bitwy o Wielką Brytanię. Tutaj mieszkał i działał między innymi as lotnictwa, pierwszy dowódca Dywizjonu 303 Zdzisław Krasnodębski czy pilot i dowódca Bolesław Orliński i inni zasłużeni piloci. Będzie to pamiątka dla tych, którzy zapłacili najwyższą cenę, oddali swoje życie i tych którzy narażali się w walce o wolność.

NŁ: Walce o wolność, którą możemy się teraz cieszyć dzięki właśnie takim bohaterom.

BF: Dlatego ten pomnik będzie dowodem i świadectwem naszego bohaterstwa. Bardzo zależy mi na tym, żeby polska historia została przekazana kolejnym pokoleniom. Dzięki temu nasza polskość będzie silniejsza i to poświęcenie nie zostanie zapomniane.