Czy Pol­skę cze­ka nie­dłu­go sta­tus unij­ne­go człon­ka „dru­giej kategorii”?

Mar­cin Kędzier­ski kre­śli sce­na­riusz poli­tycz­nej kon­so­li­da­cji UE wokół państw Euro­py Zachodniej

        • Pań­stwa nasze­go regio­nu zaczy­na­ją prze­ska­ki­wać eko­no­micz­nie część kra­jów Zacho­du, co nie spo­ty­ka się z przy­chyl­no­ścią samych przeganianych.

        • Rząd PiS‑u nie ma co liczyć, że trud­ne z wewnętrz­nej per­spek­ty­wy poli­tycz­nej ustęp­stwa dopro­wa­dzą do nor­ma­li­za­cji rela­cji z Brukselą.

        • Musi­my roz­sąd­nie przy­go­to­wać się na funk­cjo­no­wa­nie w „nowej” UE, gdzie głos i pozy­cja Pol­ski będą znacz­nie słab­sze niż w przeszłości.

        • Może­my się łudzić, że wystar­czy pozbyć się z rzą­do­wych stoł­ków jed­ne­go Kaczyń­skie­go z dru­gim Zio­brą, aby zako­pać topór wojen­ny mię­dzy War­sza­wą a Bruk­se­lą. Tyle że takie myśle­nie to prze­jaw poli­tycz­nej krót­ko­wzrocz­no­ści. Realizm wska­zu­je bowiem na pogłę­bia­ją­ce się struk­tu­ral­ne róż­ni­ce inte­re­sów mię­dzy kra­ja­mi „sta­rej” a „nowej” UE. Samo odsu­nię­cie PiS‑u od wła­dzy nie­wie­le tutaj zmieni.

        W histo­rii inte­gra­cji euro­pej­skiej zda­rza­ły się okre­sy dobrej pogo­dy, któ­re trwa­ły nie­raz nawet bar­dzo dłu­go. Naj­lep­szym przy­kła­dem może być ostat­nie kil­ka­na­ście lat XX w. i począ­tek nowe­go stu­le­cia – od Jed­no­li­te­go aktu euro­pej­skie­go i wpro­wa­dze­nia tzw. czte­rech swo­bód po unij­ną walu­tę i wiel­kie roz­sze­rze­nie 2004 r. Były jed­nak i burze – nie­wąt­pli­wie ostat­nia deka­da kry­zy­sów, któ­ra roz­po­czę­ła się od kry­zy­su lat 2008–2009 i ban­kruc­twa Gre­cji, a skoń­czy­ła na pan­de­mii COVID-19, może być nazwa­na naj­dłuż­szym sztor­mem w dzie­jach Wspól­no­ty. W 2021 r. deszcz i wiatr usta­ły, choć powie­trze jest nadal cięż­kie i nikt nie wie, czy za hory­zon­tem nie czy­ha kolej­na burza. Mamy, co praw­da, nadzie­ję, że na dobre wró­ci do nas słoń­ce, ale każ­dy sil­niej­szy podmuch wia­tru budzi w nas lęk.

Prze­my do przo­du, a maru­de­rzy, cicho tam

        To pogo­do­we porów­na­nie, jak sądzę, dobrze opi­su­je stan UE pod koniec lata 2021 r. Weszli­śmy w okres peł­ne­go nie­pew­no­ści i nie­po­ko­ju zawie­sze­nia. Coś jed­nak już wie­my. Unia mimo pew­nych per­tur­ba­cji przy pro­ce­sie zama­wia­nia szcze­pio­nek raczej zda­ła egza­min z zarzą­dza­nia kry­zy­sem pan­de­micz­nym. Akcja szcze­pień, choć w naszej czę­ści Euro­py z bar­dzo wie­lu powo­dów nie idzie zgod­nie z ocze­ki­wa­nia­mi decy­den­tów, może być uzna­na za suk­ces. W spo­rej licz­bie państw człon­kow­skich naj­star­sza część popu­la­cji, nara­żo­na na naj­cięż­szy prze­bieg cho­ro­by, jest już w ogrom­nej więk­szo­ści zaszcze­pio­na. Czwar­ta, jesien­na fala oczy­wi­ście spę­dza sen z powiek euro­pej­skim lide­rom, ist­nie­je jed­nak uza­sad­nio­ne prze­ko­na­nie, że nie skoń­czy się maso­wy­mi hospi­ta­li­za­cja­mi i zgonami.

        Rów­nie pozy­tyw­ne sygna­ły pły­ną z gospo­dar­ki. Poszcze­gól­ne pań­stwa człon­kow­skie powo­li wygrze­bu­ją się z kry­zy­su. Unia uru­cho­mi­ła spo­ry pakiet wspar­cia dla ryn­ku pra­cy w ramach pro­gra­mu SURE o war­to­ści 100 mld euro, a co naj­waż­niej­sze, zgo­dzi­ła się na uwspól­no­to­wie­nie dłu­gu w posta­ci Fun­du­szu Odbu­do­wy. Wyda­rze­nie to ma bez­pre­ce­den­so­wy cha­rak­ter – jesz­cze 2 lata temu roz­wią­za­nie takie, głów­nie za spra­wą sprze­ci­wu ze stro­ny Ber­li­na oraz państw tzw. oszczęd­nej piąt­ki, wyda­wa­ło się abso­lut­nie nie­re­al­ne. A dziś Komi­sja i Rada zatwier­dza­ją kolej­ne kra­jo­we pla­ny odbu­do­wy będą­ce pod­sta­wą do wypła­ty środ­ków pozy­ska­nych na ryn­kach finan­so­wych przez całą Wspólnotę.

        Co praw­da, Niem­cy upar­cie twier­dzą, że to wyją­tek, ale histo­ria inte­gra­cji uczy nas, że dzie­ja­mi rzą­dzi pra­wo pre­ce­den­su – sko­ro coś raz było moż­li­we, to zna­czy, że może być zasto­so­wa­ne po raz kolej­ny. Jak to czę­sto bywa w życiu, naj­trud­niej­szy jest pierw­szy raz. Zresz­tą cały obszar sze­ro­ko rozu­mia­nej poli­ty­ki fiskal­nej, któ­ra od lat dzie­li­ła pań­stwa człon­kow­skie, jest obec­nie przed­mio­tem postę­pu­ją­cej współ­pra­cy. Od począt­ku roku mamy unij­ny poda­tek od opa­ko­wań pla­sti­ko­wych, w Par­la­men­cie Euro­pej­skim trwa­ją wytę­żo­ne pra­ca nad podat­kiem cyfro­wym i tzw. cłem węglo­wym, a Holan­dia i inne unij­ne raje podat­ko­we zga­dza­ją się na wpro­wa­dze­nie mini­mal­nej staw­ki podat­ku CIT.

        Nawet w tak trud­nej spra­wie, jak kwe­stia poli­ty­ki migra­cyj­nej sły­chać dziś w UE wspól­ny głos – choć jesz­cze w 2015 r. z całej Euro­py sypa­ły się gro­my na Vik­to­ra Orba­na budu­ją­ce­go zasie­ki na węgier­sko-serb­skiej gra­ni­cy, dziś podob­ne roz­wią­za­nie sto­so­wa­ne przez Wil­no i War­sza­wę zysku­je peł­ną akcep­ta­cję, a nawet zachę­tę ze stro­ny Bruk­se­li. Jed­no­cze­śnie w euro­pej­skiej deba­cie publicz­nej uci­chły jesz­cze nie tak daw­no gło­śne hasła „exi­to­we” na Połu­dniu. Moż­na zatem odnieść wra­że­nie, że Unia się kon­so­li­du­je, tak­że wobec poli­ty­ki Chin z jed­nej stro­ny i USA z drugiej.

        Od lip­ca ubie­głe­go roku, kie­dy po ponad 100 godzi­nach nego­cja­cji Rada Euro­pej­ska „klep­nę­ła” unij­ny Fun­dusz Odbu­do­wy, nie sły­chać żad­nych gło­śnych spo­rów mię­dzy pań­stwa­mi człon­kow­ski­mi. Moż­na odnieść wra­że­nie, że UE chce iść odważ­nie do przo­du, cze­go prze­ja­wem jest kon­ty­nu­acja Euro­pej­skie­go Zie­lo­ne­go Ładu poprzez dal­sze wzmoc­nie­nie poli­ty­ki kli­ma­tycz­no-ener­ge­tycz­nej ‒ w koń­cu wszyst­kie pań­stwa człon­kow­skie poro­zu­mia­ły się co do przy­ję­cia zwięk­szo­ne­go celu reduk­cji emi­sji o co naj­mniej 55% do 2030 r.

        Kon­so­li­da­cja, któ­rej jeste­śmy świad­ka­mi, zmie­nia jed­nak cha­rak­ter Wspól­no­ty. Pogłę­bia­nie inte­gra­cji spra­wia, że pań­stwa człon­kow­skie nie­bę­dą­ce z róż­nych powo­dów zain­te­re­so­wa­ne takim kie­run­kiem będą albo scho­dzi­ły na mar­gi­nes, albo wcho­dzi­ły na kurs koli­zyj­ny z Bruk­se­lą. W obli­czu glo­bal­nych wyzwań, takich jak two­rze­nie się post­pan­de­micz­ne­go, glo­bal­ne­go ładu han­dlo­we­go, inau­gu­ra­cja deba­ty o koniecz­no­ści budo­wy nowej archi­tek­tu­ry sys­te­mu świa­to­we­go bez­pie­czeń­stwa czy wspo­mnia­nej już poli­ty­ki kli­ma­tycz­nej, „euro­kra­tycz­ni” lide­rzy Wspól­no­ty nie chcą zako­py­wać się w lokal­nych, nie­istot­nych problemach.

        Z dru­giej stro­ny doświad­czo­ne pan­de­micz­nym kry­zy­sem elek­to­ra­ty w Niem­czech, we Fran­cji, Wło­szech czy w Hisz­pa­nii nie są zachwy­co­ne, że pań­stwa takie jak Pol­ska w wymia­rze gospo­dar­czym wycho­dzą nie­mal suchą sto­pą z pan­de­mii – widać to było cho­ciaż­by po dys­ku­sji wokół spo­rych środ­ków z unij­ne­go Fun­du­szu Odbu­do­wy, któ­re zosta­ły przy­zna­ne War­sza­wie. Tym bar­dziej, że „pol­skie” tele­wi­zo­ry, kuchen­ki czy meble, któ­re tak świet­nie sprze­da­wa­ły się w cza­sie lock­dow­nu, jesz­cze do nie­daw­na były pro­du­ko­wa­ne u nich.

        Zresz­tą w grun­cie rze­czy wypchnię­cie nasze­go regio­nu z pierw­sze­go krę­gu inte­gra­cji, a co za tym idzie pod­wyż­sze­nie kosz­tów trans­ak­cyj­nych dla funk­cjo­no­wa­nia prze­my­słu i zachę­ce­nie go do powro­tu na połu­dnie Euro­py, może jawić się dla prze­cięt­ne­go Wło­cha czy Hisz­pa­na jako roz­wią­za­nie god­ne uwa­gi, tym bar­dziej, że pol­skie fabry­ki są coraz bar­dziej inno­wa­cyj­ne i mogą gwa­ran­to­wać sta­bil­ne, rela­tyw­nie dobrze płat­ne zatrud­nie­nie. Roz­wią­za­nie to jest rów­nie atrak­cyj­ne dla Holen­drów czy Austria­ków, któ­rzy wolą, żeby Hisz­pa­nie pra­co­wa­li i sami zaro­bi­li, niż żeby oni musie­li się na nich zrzucać.

        Wresz­cie nie moż­na zapo­mi­nać, że mecha­ni­zmem wspie­ra­ją­cym kon­so­li­da­cję jest zna­le­zie­nie wspól­ne­go wro­ga. Nie spo­sób ocze­ki­wać, aby były nim USA, Chi­ny czy Rosja, nato­miast Pol­ska, Węgry czy ostat­nio tak­że Sło­we­nia nada­ją się do tej roli wyjąt­ko­wo dobrze, zwłasz­cza że pro­gre­syw­ne spo­łe­czeń­stwa Zacho­du ocze­ku­ją zde­cy­do­wa­nych reak­cji w odpo­wie­dzi na poja­wia­ją­ce się zarzu­ty o łama­nie praw mniej­szo­ści LGBT.

        Trud­no się zatem dzi­wić, że w ostat­nich mie­sią­cach jeste­śmy świad­ka­mi zaostrze­nia spo­ru mię­dzy War­sza­wą, Buda­pesz­tem, Lubla­ną i kil­ko­ma inny­mi sto­li­ca­mi a Bruk­se­lą. Trze­ba sobie jasno powie­dzieć, że poten­cjał kon­flik­tu mię­dzy Wscho­dem a pozo­sta­łą czę­ścią Wspól­no­ty ist­nie­je od same­go momen­tu naszej akce­sji. Nie wybu­chał on jed­nak z kil­ku powo­dów: (1) bra­ku poli­tycz­nej aser­tyw­no­ści państw nasze­go regio­nu, (2) korzy­ści zwią­za­nych z posze­rze­niem ryn­ków zby­tu dla zachod­nio­eu­ro­pej­skich firm, (3) obec­ne­go wśród czę­ści poli­tycz­nych elit Zacho­du poczu­cia powin­no­ści „zadość­uczy­nie­nia” byłym pań­stwom post­ko­mu­ni­stycz­nym lub wresz­cie (4) ist­nie­nia ame­ry­kań­skie­go para­so­la ochron­ne­go, któ­ry sku­tecz­nie stu­dził anty­środ­ko­wo­eu­ro­pej­skie nastroje.

        Sęk w tym, że wszyst­kie wspo­mnia­ne przy­czy­ny w ostat­nich latach, a zwłasz­cza ostat­nich mie­sią­cach, ule­gły zde­cy­do­wa­ne­mu osła­bie­niu. Po pierw­sze, spo­łe­czeń­stwa kra­jów nasze­go regio­nu po kil­ku­na­stu latach funk­cjo­no­wa­nia we Wspól­no­cie i prze­sko­cze­niu w docho­dzie na gło­wę miesz­kań­ców takich państw, jak Gre­cja, Por­tu­ga­lia, a nie­dłu­go tak­że Hisz­pa­nii czy Włoch w natu­ral­ny spo­sób zaczy­na­ją mieć wyż­sze aspi­ra­cje, któ­re z rów­nie zro­zu­mia­łych powo­dów nie mogą się spo­tkać ze zro­zu­mie­niem na Zacho­dzie, zwłasz­cza w dobie glo­bal­nej, gospo­dar­czej zawieruchy.

        Po dru­gie, sal­do korzy­ści i kosz­tów wyni­ka­ją­cych z libe­ra­li­za­cji prze­pły­wów dóbr i usług z per­spek­ty­wy sta­rej UE z roku na rok wypa­da coraz gorzej. To nie przy­pa­dek, że od 2–3 lat w Unii mówi się o powro­cie pro­tek­cjo­ni­zmu mają­ce­go, co praw­da, pomóc ochro­nić zachod­nio­eu­ro­pej­skie „czem­pio­ny” przed kon­ku­ren­cją z Azji, ale jed­no­cze­śnie skut­ku­ją­ce­go pogor­sze­niem się pozy­cji kon­ku­ren­cyj­nej firm z nasze­go regio­nu. Zresz­tą, co świet­nie zro­zu­mie­li Niem­cy, dobre rela­cje poli­tycz­ne nie są warun­kiem koniecz­nym dla utrzy­ma­nia dobrych rela­cji han­dlo­wych z Gru­pą Wyszehradzką.

        Wystar­czy powie­dzieć, że Pol­ska wsko­czy­ła w zeszłym roku do pierw­szej piąt­ki part­ne­rów han­dlo­wych Nie­miec, i to pomi­mo chło­du w poli­tycz­nych rela­cjach mię­dzy Ber­li­nem a War­sza­wą. Jed­no­cze­śnie nie­miec­cy ana­li­ty­cy, któ­rzy jesz­cze jakiś czas temu wzy­wa­li z przy­czyn gospo­dar­czych do tono­wa­nia napięć w rela­cjach z War­sza­wą, dziś opo­wia­da­ją się za ostrzej­szym kur­sem w rela­cjach UE z Pol­ską. Innym prze­ja­wem tego same­go zja­wi­ska jest for­so­wa­na w ostat­nich latach wspól­nie przez Ber­lin i Paryż dyrek­ty­wa o pra­cow­ni­kach dele­go­wa­nych, któ­ra ude­rza w korzyst­ną dla Pol­ski unij­ną swo­bo­dę prze­pły­wu usług.

        Wspo­mnia­na dyrek­ty­wa jest też prze­ja­wem 3. wska­za­ne­go wyżej zja­wi­ska, czy­li koń­ca epo­ki „zadość­uczy­nie­nia”. Ostat­nim sym­bo­licz­nym prze­ja­wem takie­go spo­so­bu myśle­nia, któ­re­go celem było sil­niej­sze włą­cze­nie państw nasze­go regio­nu, była nomi­na­cja Donal­da Tuska na prze­wod­ni­czą­ce­go Rady Euro­pej­skiej. Jak wska­zy­wa­łem już wie­lo­krot­nie we wcze­śniej­szych tek­stach, ostat­nie roz­da­nie klu­czo­wych sta­no­wisk w UE i unij­nych agen­cji szu­ka­ją­cych nowej sie­dzi­by po Bre­xi­cie cał­ko­wi­cie pomi­nę­ło pań­stwa nasze­go regionu.

        W świa­do­mo­ści zachod­nio­eu­ro­pej­skich lide­rów poli­tycz­nych nie ma już cie­nia takie­go inklu­zyw­ne­go wobec Euro­py Środ­ko­wej spo­so­bu myśle­nia, a awan­tu­ry (cho­ciaż­by wokół spo­łecz­no­ści LGBT) utwier­dza­ją ich w prze­ko­na­niu, że nie nale­ży­my do jed­ne­go klu­bu. Moż­na nawet zary­zy­ko­wać stwier­dze­nie, że odej­ście z poli­tycz­ne­go fir­ma­men­tu kanc­lerz Ange­li Mer­kel sta­no­wi koń­co­wą cezu­rę tej epo­ki – każ­dy kolej­ny nie­miec­ki rząd, nie­za­leż­nie od barw par­tyj­nych, nie będzie już uwzględ­niał w swo­ich dzia­ła­niach tej opty­ki, nawet jeśli dla Mer­kel była ona głów­nie fasadą.

        To prze­ko­na­nie o bra­ku przy­na­leż­no­ści do jed­ne­go klu­bu wzmoc­ni­ło wresz­cie doj­ście do wła­dzy Donal­da Trum­pa, któ­ry pró­bo­wał roz­gry­wać Niem­cy i Fran­cję prze­ciw pozo­sta­łym pań­stwom człon­kow­skim. Poli­ty­ka ta reali­zo­wa­na była głów­nie sym­bo­licz­ny­mi gesta­mi doty­czą­cy­mi Pol­ski i innych państw nasze­go regio­nu. Jed­no­cze­śnie pomi­mo rosną­cej iry­ta­cji na Zacho­dzie ame­ry­kań­ski patro­nat wstrzy­my­wał bar­dziej zde­cy­do­wa­ne reak­cje wobec Pol­ski czy Węgier. Obję­cie wła­dzy przez Joego Bide­na zmie­ni­ło jed­nak rady­kal­nie obraz sytu­acji – z jed­nej stro­ny utrwa­li­ło ide­olo­gicz­ny podział mię­dzy Wscho­dem i Zacho­dem, a jed­no­cze­śnie dało UE zie­lo­ne świa­tło do zdy­scy­pli­no­wa­nia swo­ich „nie­sfor­nych” członków.

War­sza­wa i Bruk­se­la na wojen­nej ścież­ce. Z PiS-em u wła­dzy i bez niego

        Mając to wszyst­ko na uwa­dze, nale­ży stwier­dzić, że w naj­bliż­szych mie­sią­cach trze­ba spo­dzie­wać się inten­sy­fi­ka­cji kon­flik­tu w rela­cjach mię­dzy Bruk­se­lą a War­sza­wą, i to na wie­lu fron­tach: pra­wo­rząd­no­ścio­wym, eko­lo­gicz­nym i ener­ge­tycz­no-kli­ma­tycz­nym. Wyjąt­kiem będzie odci­nek migra­cyj­ny, bo tu – jak pisa­łem wyżej ‒ roz­wią­za­nia suge­ro­wa­ne przez UE są opcją domyśl­ną tak­że z per­spek­ty­wy pol­skie­go rządu.

        Dodat­ko­wą oko­licz­no­ścią sprzy­ja­ją­cą jest unij­ny Fun­dusz Odbu­do­wy – po raz pierw­szy UE ma moż­li­wość de fac­to zablo­ko­wa­nia, a co naj­mniej istot­ne­go opóź­nie­nia prze­ka­za­nia środ­ków wyne­go­cjo­wa­nych na szczy­cie. Co istot­ne, nie sta­nie się to na pod­sta­wie tzw. dyrek­ty­wy pra­wo­rząd­no­ścio­wej, któ­ra chwi­lo­wo jesz­cze nie obo­wią­zu­je, ale poli­tycz­nej decy­zji wstrzy­mu­ją­cej akcep­ta­cję pol­skie­go Kra­jo­we­go Pla­nu Odbu­do­wy przez Komi­sję Euro­pej­ską. Nie ma w prak­ty­ce żad­nych ofi­cjal­nych ter­mi­nów, któ­re wią­za­ły­by Komi­sję, dla­te­go prze­ka­za­nie nasze­go KPO do Rady UE będzie naj­praw­do­po­dob­niej wstrzy­my­wa­ne do gra­nic możliwości.

        Doświad­cze­nia przy uru­cha­mia­niu środ­ków z Fun­du­szu Odbu­do­wy dla Pol­ski są zresz­tą dosko­na­łą lek­cją tego, jak wyglą­dać może przy­dział środ­ków euro­pej­skich z głów­ne­go unij­ne­go budże­tu, gdy już wej­dzie w życie dyrek­ty­wa uza­leż­nia­ją­ca wypła­tę środ­ków od speł­nia­nia zasad pra­wo­rząd­no­ści. Ana­lo­gicz­nie bowiem, jak w przy­pad­ku decy­zji o uwspól­no­to­wie­niu dłu­gu, raz zasto­so­wa­ny mecha­nizm wcho­dzi do porząd­ku insty­tu­cjo­nal­ne­go i będzie mógł być sto­so­wa­ny przy poja­wie­niu się odpo­wied­nich okoliczności.

        Trze­ba jed­nak powie­dzieć sobie wprost, że kij w posta­ci wstrzy­my­wa­nia wypła­ty środ­ków z Fun­du­szu Odbu­do­wy jest sza­le­nie sku­tecz­nym narzę­dziem do okła­da­nia pol­skie­go rzą­du, któ­ry swo­ją nar­ra­cję przed coraz szyb­ciej zbli­ża­ją­cy­mi się wybo­ra­mi oparł m.in. na wiel­kich inwe­sty­cjach finan­so­wa­nych z unij­nych pie­nię­dzy. Z tego też powo­du nale­ży spo­dzie­wać się z jed­nej stro­ny dale­ko idą­cych ustępstw ze stro­ny War­sza­wy, a z dru­giej eska­la­cji ocze­ki­wań Brukseli.

        Rząd PiS‑u nie ma co liczyć, że trud­ne z wewnętrz­nej per­spek­ty­wy poli­tycz­nej ustęp­stwa dopro­wa­dzą do nor­ma­li­za­cji rela­cji z UE, tym bar­dziej, że par­tia rzą­dzą­ca w War­sza­wie znaj­du­je się w potrza­sku – nie może zbyt moc­no ustą­pić ze wzglę­du na część elek­to­ra­tu, któ­ry, eufe­mi­stycz­nie mówiąc, nie kocha Bruk­se­li i może „prze­pły­nąć” do Kon­fe­de­ra­cji, a jed­no­cze­śnie nie może też pójść na zwar­cie, bo dla innej czę­ści elek­to­ra­tu kasa z UE jest po pro­stu egzy­sten­cjal­nie waż­na. To wewnętrz­ne roz­dar­cie będzie praw­do­po­dob­nie jedy­nie zachę­cać euro­pej­skie eli­ty, żeby „gnę­bić” PiS kolej­ny­mi zarzutami.

        Zresz­tą, gdy­bym był na ich miej­scu, sam zadał­bym sobie pyta­nie, czy sko­ro wresz­cie sto­sun­ko­wo tanim kosz­tem moż­na pozbyć się uciąż­li­we­go rzą­du w War­sza­wie, dla­cze­go tego nie zro­bić. Jedy­ne, co by mnie powstrzy­my­wa­ło, to tyl­ko fakt, że kolej­na kaden­cja PiS‑u w War­sza­wie sta­no­wi dosko­na­ły pre­tekst, aby odpo­wie­dzial­ność za struk­tu­ral­ne roz­cho­dze­nie się Wscho­du i Zacho­du zrzu­cić na Pol­skę. Nie wyklu­czam, że po pro­stu nie ma to już więk­sze­go zna­cze­nia i liczy się suk­ces tu i teraz, a oba­le­nie rzą­du PiS‑u nie­wąt­pli­wie moż­na było­by w co naj­mniej w kil­ku kra­jach sprze­dać jako sukces.

        Wyobraź­my sobie jed­nak (nie jest to już wyjąt­ko­wo trud­ne zada­nie), że rząd PiS‑u stra­ci nie­dłu­go wła­dzę i przej­mie ją obec­na opo­zy­cja. Nie­za­leż­nie od kon­ste­la­cji, nowy rząd będzie zde­cy­do­wa­nie bar­dziej pro­eu­ro­pej­ski i nale­ży spo­dzie­wać się natych­mia­sto­we­go wyga­sze­nia kon­flik­tu wokół pra­wo­rząd­no­ści czy spo­rów wokół rze­ko­mych „stref wol­nych od LGBT”. Tyl­ko że to w zasa­dzie było­by na tyle.

        Swo­bo­da prze­pły­wu usług, poli­ty­ka prze­my­sło­wa, poli­ty­ka ener­ge­tycz­no-kli­ma­tycz­na, poli­ty­ka wzglę­dem Rosji itd. – mimo naj­szczer­szych chę­ci twar­de inte­re­sy pol­skie­go pań­stwa i ocze­ki­wa­nia nasze­go spo­łe­czeń­stwa zde­rza­ją się w tych obsza­rach z aktu­al­ną poli­ty­ką UE. Ana­lo­gicz­nie wyglą­da sytu­acja ze stre­fą euro – napraw­dę trud­no mi sobie wyobra­zić, aby pol­skie par­tie kie­ru­ją­ce się ocze­ki­wa­nia­mi wybor­ców odwa­ży­ły się wyjść z postu­la­tem przy­ję­cia nad Wisłą wspól­nej euro­pej­skiej waluty.

        To zaś ozna­cza, że choć zmia­na wła­dzy w Pol­sce nie­wąt­pli­wie ochło­dzi tem­pe­ra­tu­rę spo­ru na linii War­sza­wa-Bruk­se­la, i będzie on o wie­le bar­dziej „este­tycz­ny”, to same napię­cia będzie bar­dzo trud­no wyeli­mi­no­wać. Sta­nie się tak tym bar­dziej, że zmia­na wła­dzy w Pol­sce de fac­to przez „zagra­ni­cę” i coraz trud­niej­sze warun­ki człon­ko­stwa w UE (ogra­ni­cze­nie swo­bód prze­pły­wu na ryn­ku wewnętrz­nym, ogra­ni­cze­nie środ­ków z fun­du­szu spój­no­ści, rosną­ce kosz­ty ener­gii itd.) uru­cho­mią w czę­ści nasze­go spo­łe­czeń­stwa, w tym tak­że wśród zwo­len­ni­ków opo­zy­cji, emo­cje polexitowe.

        Kon­klu­zja jest sto­sun­ko­wo pro­sta – kon­so­li­da­cja w gro­nie państw zachod­nio­eu­ro­pej­skich, i to nie­za­leż­nie od sytu­acji poli­tycz­nej w War­sza­wie, będzie pogłę­bia­ła z jed­nej stro­ny pro­ces struk­tu­ral­ne­go wypy­cha­nia Pol­ski z UE, a z dru­giej będzie wzmac­niać nastro­je anty­unij­ne w pol­skim spo­łe­czeń­stwie. Co praw­da, praw­do­po­do­bień­stwo pole­xi­tu uwa­żam za bar­dzo niskie, ale trze­ba mieć świa­do­mość, że z per­spek­ty­wy Pol­ski ta „nowa”, skon­so­li­do­wa­na Unia będzie się cha­rak­te­ry­zo­wać postę­pu­ją­cym ogra­ni­cza­niem swo­bo­dy prze­pły­wu na ryn­ku wewnętrz­nym, niż­szy­mi trans­fe­ra­mi środ­ków z unij­ne­go budże­tu i wresz­cie bar­dzo poważ­ny­mi kosz­ta­mi spo­wo­do­wa­ny­mi trans­for­ma­cją ener­ge­tycz­ną, na któ­rą dosta­nie­my tyl­ko czę­ścio­wą rekom­pen­sa­tę. Trze­ba się liczyć tak­że z tym, że w tej „nowej” UE jesz­cze mniej niż obec­nie będą się liczyć z naszym gło­sem, np. w spra­wie rela­cji z Rosją.

Czy z tej dro­gi da się jesz­cze zawrócić?

        Pozo­sta­je zatem zadać fun­da­men­tal­ne pyta­nie: na ile ta kon­so­li­da­cja (lub jak to się czę­sto okre­śla pogłę­bio­na inte­gra­cja) jest pro­ce­sem trwa­łym i nie­unik­nio­nym? Czy fak­tycz­nie po ponad deka­dzie sztor­mów UE wkra­cza w okres pokry­zy­so­wej sta­bi­li­za­cji, tyle że w węż­szym gro­nie? Wbrew prze­ko­na­niu czę­ści eks­per­tów, w tym auto­rów rapor­tu Nowy roz­dział. Trans­for­ma­cja Unii Euro­pej­skiej a Pol­ska, taki kie­ru­nek pro­ce­sów inte­gra­cyj­nych nie jest ani pew­ny, ani nawet bar­dzo praw­do­po­dob­ny (choć na mar­gi­ne­sie war­to się zgo­dzić z auto­ra­mi, któ­rzy w rapor­cie w zasa­dzie nic nie piszą o Pol­sce, praw­do­po­dob­nie słusz­nie zakła­da­jąc, że w takiej nowej UE nie będzie zwy­czaj­nie dla nas miejsca).

        Prze­słan­ka sto­ją­ca za taką tezą jest sto­sun­ko­wo pro­sta – pan­de­mia bar­dzo wyraź­nie wzmoc­ni­ła posta­wy indy­wi­du­ali­stycz­ne, i to zarów­no na pozio­mie jed­no­stek, jak i całych państw. To praw­da, że mało kto w Euro­pie kry­ty­ku­je dziś Unię, ale wyni­ka to głów­nie z fak­tu, że spo­łe­czeń­stwa w poszcze­gól­nych pań­stwach człon­kow­skich bar­dzo moc­no skon­cen­tro­wa­ły się na wewnętrz­nej poli­ty­ce i kom­plet­nie nie inte­re­su­je ich to, co dzie­je się poza granicami.

        Doty­czy to zwłasz­cza Nie­miec, w któ­rych za mie­siąc odbę­dą się wybo­ry par­la­men­tar­ne koń­czą­ce erę Ange­li Mer­kel. Kto­kol­wiek przyj­dzie po niej, nie będzie mieć nawet poło­wy jej euro­pej­skie­go gra­vi­tas. Ta świa­do­mość pew­nie w nie do koń­ca uzmy­sło­wio­ny spo­sób (ale jed­nak) towa­rzy­szy nie­miec­kim wybor­com, dla któ­rych ani poli­ty­ka zagra­nicz­na, ani poli­ty­ka euro­pej­ska w obec­nej kam­pa­nii nie odgry­wa­ją żad­nej roli. Kam­pa­nia toczy się bowiem wokół pro­ble­ma­ty­ki COVID-19, zmian kli­ma­tycz­nych (zwłasz­cza w kon­tek­ście ostat­niej kata­stro­fal­nej powo­dzi) oraz sze­ro­ko rozu­mia­nej wia­ry­god­no­ści poli­ty­ków. Dys­ku­sji o Pol­sce, pra­wo­rząd­no­ści czy refor­mie stre­fy euro, któ­re były jesz­cze obec­ne w poprzed­niej kam­pa­nii, teraz ze świe­cą szukać.

        Ana­lo­gicz­ne zja­wi­sko da się zaob­ser­wo­wać we Fran­cji, któ­ra powo­li przy­go­to­wu­je się do pla­no­wa­nych na kwie­cień przy­szłe­go roku wybo­rów pre­zy­denc­kich. Choć w 2017 r. Macron wyko­rzy­stał w kam­pa­nii kar­tę anty­środ­ko­wo­eu­ro­pej­ską, to jed­nak w obli­czu współ­cze­snych pro­ble­mów Fran­cji trud­no będzie uciec do przo­du nie tyl­ko od pan­de­mii, ale przede wszyst­kim od peł­za­ją­ce­go sta­nu zagro­że­nia dla bez­pie­czeń­stwa wewnętrz­ne­go, spo­wo­do­wa­ne­go nara­sta­ją­cym napię­ciem wśród imi­gran­tów zamiesz­ku­ją­cych obrze­ża fran­cu­skich metro­po­lii, któ­re w ostat­nim cza­sie coraz czę­ściej sta­ją w ogniu. Trud­no bowiem zlek­ce­wa­żyć cho­ciaż­by popar­cie więk­szo­ści spo­łe­czeń­stwa dla wio­sen­ne­go listu byłych gene­ra­łów piszą­cych o gro­żą­cej Fran­cji woj­nie domo­wej, nawet jeśli auto­rzy to tyl­ko byli, nie­wie­le zna­czą­cy dowód­cy wojskowi.

        W prze­ci­wień­stwie do Nie­miec i Fran­cji, któ­re trwa­ją w przed­wy­bor­czym zawie­sze­niu, Wło­si i Hisz­pa­nie nie szy­ku­ją się w per­spek­ty­wie naj­bliż­sze­go roku do wybo­rów, choć oczy­wi­ście nie spo­sób ich cał­ko­wi­cie wyklu­czyć, gdy zwró­ci­my uwa­gę na sytu­ację na ich sce­nach poli­tycz­nych. Nie zmie­nia to jed­nak fak­tu, że tak­że w Rzy­mie i Madry­cie tema­ty­ka unij­na niko­go spe­cjal­nie nie zaj­mu­je – jeśli tyl­ko przyj­dą środ­ki z Fun­du­szu Odbu­do­wy, a prze­cież nikt o zdro­wych zmy­słach w Bruk­se­li nie pozwo­li na ich wstrzy­ma­nie, deba­ta poli­tycz­na toczyć się będzie nadal wyłącz­nie wokół spraw kra­jo­wych, a przede wszyst­kim nie­udol­no­ści rzą­du w wal­ce z pan­de­mią i jej gospo­dar­czy­mi skut­ka­mi (Wło­chy) czy też trwa­ją­cych już lata kło­po­tów ze stwo­rze­niem więk­szo­ścio­we­go rzą­du i nara­sta­ją­cy­mi emo­cja­mi sepa­ra­ty­stycz­ny­mi (Hisz­pa­nia).

        To wszyst­ko jed­nak ozna­cza, że obec­nie nikt nie zaprzą­ta sobie gło­wy pro­ble­ma­ty­ką inte­gra­cji. Dopó­ki nie poja­wią się nowe pro­ble­my na pozio­mie wspól­no­to­wym, jak cho­ciaż­by kolej­ny kry­zys migra­cyj­ny, zadłu­że­nio­wy lub kolej­na fala pan­de­mii, to będzie moż­na żyć w grun­cie rze­czy medial­nym wra­że­niem, że w UE nie ma żad­nych więk­szych pro­ble­mów i zmie­rza­my ku głęb­szej integracji.

        Sęk w tym, że taki stan z natu­ry może być bar­dzo chwiej­ny, a w wypad­ku poja­wie­nia się na hory­zon­cie kło­po­tów anty­unij­na emo­cja może powró­cić rów­nie szyb­ko, jak szyb­ko zosta­ła zga­szo­na miliar­da­mi euro z Fun­du­szu Odbu­do­wy. Jeże­li dodat­ko­wo oka­za­ło­by się, że koniecz­ne jest pod­ję­cie dzia­łań wyma­ga­ją­cych ogól­now­spól­no­to­wej soli­dar­no­ści, to może­my być świad­ka­mi otwar­cia wrót pie­kiel­nych, gdzie „exi­to­we” hasła z dru­giej deka­dy XXI w. jawić się będą jako nie­win­ne igraszki.

        W tym sen­sie wia­ra w unij­ną kon­so­li­da­cję, nawet w zawę­żo­nym skła­dzie, jest obar­czo­na bar­dzo wie­lo­ma zna­ka­mi zapy­ta­nia, a klu­czo­we dyle­ma­ty ostat­nich lat, doty­czą­ce nara­sta­ją­cych podzia­łów mię­dzy Pół­no­cą a Połu­dniem, pozo­sta­ją jak naj­bar­dziej w mocy. Moż­na więc powie­dzieć, że 2021 r. to raczej oko cyklo­nu niż pora­nek po burzy – kie­dy tyl­ko nas minie, cze­ka nas powrót hura­ga­no­wej pogody.

        Nie ozna­cza to wca­le, że powin­ni­śmy trzy­mać kciu­ki za kolej­ny euro­pej­ski kry­zys, bo ze wzglę­du na nasze gospo­dar­cze uza­leż­nie­nie i sła­bość poli­tycz­ne­go poten­cja­łu może­my bole­śnie odczuć jego skut­ki i nie dostać cho­ciaż­by małe­go wspar­cia. Jedy­ne zatem, co nam pozo­sta­je, to roz­sąd­nie przy­go­to­wać się na funk­cjo­no­wa­nie w „nowej” UE, gdzie głos i pozy­cja Pol­ski będą znacz­nie słab­sze niż w prze­szło­ści, i zna­leźć w tej nowej Unii opty­mal­ny modus ope­ran­di, a jed­no­cze­śnie wymy­ślić spo­sób na prze­ko­na­nie pol­skie­go spo­łe­czeń­stwa, że takie człon­ko­stwo dru­giej kate­go­rii będzie wciąż lep­sze niż pole­xit. Wszyst­ko to z peł­ną świa­do­mo­ścią, że oby­dwa te zada­nia będą bar­dzo trud­ne do wykonania.

Mar­cin Kędzierski

https://klubjagiellonski.pl/