Tlą­ca się od począt­ku 2016 roku woj­na Nie­miec prze­ciw­ko Pol­sce o odzy­ska­nie wpły­wów utra­co­nych w roku 2015 na rzecz Sta­nów Zjed­no­czo­nych, roz­go­rza­ła żywym ogniem po spo­tka­niu pre­zy­den­ta Józia Bide­na z Naszą Zło­tą Panią w czerw­cu, a wybu­chła fajer­wer­ka­mi w ubie­głym tygo­dniu, kie­dy to Try­bu­nał Kon­sty­tu­cyj­ny w War­sza­wie, lek­ce­wa­żą­co nazy­wa­ny przez żydow­ską gaze­tę dla Pola­ków oraz licz­nych folks­doj­czów “try­bu­na­łem Julii Przy­łęb­skiej” stwier­dził nie tyl­ko, że kon­sty­tu­cja RP ma cha­rak­ter nad­rzęd­ny nad pra­wem Unii Euro­pej­skiej, ale rów­nież – że nie­któ­re posta­no­wie­nia trak­ta­tu akce­syj­ne­go i trak­ta­tu lizboń­skie­go są z tą kon­sty­tu­cja sprzeczne.

        Pod­nio­sły się peł­ne obu­rze­nia okrzy­ki, zarów­no “aj waj!”, jak i  “ver­flu­cher don­ner­wet­ter!”, eks­per­ci ruszy­li ze sprzecz­ny­mi eks­per­ty­za­mi; jed­ni dowo­dzi­li, że skan­dal i że wstyd, a dru­dzy prze­ciw­nie – że wszyst­ko jest w jak naj­lep­szym  porząd­ku — jak to praw­ni­cy, któ­rzy potra­fią udo­wod­nić wszyst­ko — a Donald Tusk, jako Dele­gat Naszej Zło­tej Pani na Pol­skę pod­niósł raban, że Kaczyń­ski chce wypro­wa­dzić z Unii Pol­skę na manow­ce, w następ­stwie cze­go nikt nie dosta­nie pie­nię­dzy, a Pol­ska skoń­czy na kolej­nym rozbiorze.

        Myślę, że uchwy­cił się tego pre­tek­stu z tym więk­szą skwa­pli­wo­ścią, że przez ostat­nie dwa mie­sią­ce, zamiast powięk­szać w Pol­sce prze­strzeń życio­wą dla Nie­miec, wał­ko­nił się, tem­pe­ro­wał wła­snych pre­to­ria­nów, albo dosta­wał z ich powo­du ata­ków wścieklizny.

        Naj­wy­raź­niej musia­ło to znie­cier­pli­wić Naszą Zło­tą Panią i swo­je­go fawo­ry­ta chy­ba ostro obsztor­co­wa­ła, więc wyrok Try­bu­na­łu Kon­sty­tu­cyj­ne­go obja­wił mu się niczym praw­dzi­wy dar Nie­bios. Zaraz tedy zwo­łał do War­sza­wy, a tak­że do innych miast, zlot folks­doj­czów, pod hasłem zacie­śnie­nia sto­sun­ków Pol­ski z Rze­szą, a nawet przy­łą­cze­nia jej do niej w cha­rak­te­rze Gene­ral­ne­go Gubernatorstwa.

        Folks­doj­cze zja­wi­li sie tłum­nie, wyma­chu­jąc błę­kit­ny­mi fla­ga­mi ozdo­bio­ny­mi 12 zło­ty­mi gwiaz­da­mi, sym­bo­li­zu­ją­cy­mi 12 poko­leń Izra­ela i z przy­jem­no­ścią pod­da­wa­li się psy­chicz­ne­mu rozhuśtywaniu.

        O jego sile świad­czy wystą­pie­nie pani Wan­dy Tra­czyk-Staw­skiej, wete­ran­ki Powsta­nia War­szaw­skie­go, któ­ra do pana Rober­ta Bąkie­wi­cza, odpra­wia­ją­ce­go tuż obok kontr­ma­ni­fe­sta­cję, zwró­ci­ła się z ape­lem: “Milcz chamie!”.

         Jesz­cze tego same­go dnia, nie mówiąc już o następ­nym, nie­za­leż­ne media zwią­za­ne z obo­zem zdra­dy i zaprzań­stwa nie mogły się nadzi­wić zuchwa­ło­ści świę­to­kradz­twa ze stro­ny pana Bąkie­wi­cza, że to niby wystą­pił prze­ciw­ko Powsta­niu Warszawskiemu.

        Tym­cza­sem to, że ktoś jest wete­ra­nem tego Powsta­nia, nie zna­czy jesz­cze, że nie może mylić się we wszyst­kich innych spra­wach i w ogó­le – że orien­tu­je się w poli­ty­ce mię­dzy­na­ro­do­wej i wewnętrznej.

        War­to zwró­cić na to uwa­gę rów­nież z tego powo­du, że zarzu­ca­nie Jaro­sła­wo­wi Kaczyń­skie­mu, iż dąży do “pole­xi­tu”, zupeł­nie nie trzy­ma się kupy.

        Tego same­go dnia bowiem Jaro­sław Kaczyń­ski na spo­tka­niu z rol­ni­ka­mi gdzieś na Pod­la­siu, obie­cy­wał im więk­sze dopła­ty bez­po­śred­nie z Unii Euro­pej­skiej. Jak­by tego było mało, to prze­cież Biu­ro Poli­tycz­ne PiS cał­kiem nie­daw­no pod­ję­ło solen­ną uchwa­łę, że o żad­nym “pole­xi­cie” nie może być mowy, a w dodat­ku kil­ka mie­się­cy wcze­śniej Jaro­sław Kaczyń­ski przy pomo­cy Lewi­cy, prze­for­so­wał w Sej­mie raty­fi­ka­cję usta­wy o zaso­bach wła­snych UE, na pod­sta­wie któ­rej Komi­sja Euro­pej­ska zyska­ła dwa nowe upraw­nie­nia: że może zacią­gać zobo­wią­za­nia finan­so­we w imie­niu całej Unii, a tak­że pra­wo nakła­da­nia “unij­nych” podat­ków. Jest to milo­wy krok na dro­dze “pogłę­bia­nia inte­gra­cji” to zna­czy – coraz ści­ślej­sze­go wią­za­nia Pol­ski z Rze… — to zna­czy – oczy­wi­ście z Unią Europejską.

        W tej sytu­acji wygla­da na to, że roz­huś­tu­jąc emo­cjo­nal­nie rze­sze folks­doj­czów, Donald Tusk pró­bu­je ukryć cał­ko­wi­ty brak jakie­go­kol­wiek pomy­słu na pań­stwo, poza tym, by odsu­nąć PiS od wła­dzy i pozwo­lić swo­im pre­to­ria­nom, by oni też umo­czy­li pyski w melasie.

        Jak bowiem wyglą­da orze­cze­nie TK od stro­ny praw­no-trak­ta­to­wej? Pani pre­ses Przy­łęb­ska powo­ła­ła się na usta­no­wio­ną w trak­ta­cie lizboń­skim zasa­dę przekazania.

        Gło­si ona, że UE ma tyl­ko takie kom­pe­ten­cje, jakie prze­ka­żą jej pań­stwa człon­kow­skie i że np. kom­pe­ten­cji w spra­wie orga­ni­za­cji wymia­ru spra­wie­dli­wo­ści  pań­stwa człon­kow­skie jej nie prze­ka­za­ły. To praw­da – ale w trak­ta­cie lizboń­skim jest też usta­no­wio­na zasa­da lojal­nej współ­pra­cy, gło­szą­ca, że pań­stwo człon­kow­skie musi powstrzy­mać się przed każ­dym dzia­ła­niem, któ­re mogło­by zagro­zić urze­czy­wist­nie­niu celów Unii Euro­pej­skiej. Wystar­czy tedy wpi­sać, że pra­wo­rząd­ność – cokol­wiek by to mia­ło zna­czyć —  jest jed­nym z waż­nych celów UE, by pod tym pre­tek­stem Komi­sja Euro­pej­ska i TSUE dyk­to­wa­ły unij­nym ban­tu­sta­nom, co im wol­no, a cze­go nie.

         I wła­śnie to robią, naka­zu­jąc Pol­sce roz­pę­dzić Izbę Dys­cy­pli­nar­ną Sądu Naj­wyż­sze­go. W tej sytu­acji nie wia­do­mo czy zasa­da prze­ka­za­nia nie zosta­ła wła­śnie pozba­wio­na zna­cze­nia przez zasa­dę lojal­nej współ­pra­cy, a to zna­czy, że insty­tu­cje UE zwy­czaj­nie zmie­rza­ją do dyktatury.

        O co zatem może tak napraw­dę w tym kon­flik­cie cho­dzić? Myślę, że o to, czy Pol­ska, podob­nie jak Węgry, któ­re też zna­la­zły się na nie­miec­kim celow­ni­ku, będzie funk­cjo­no­wa­ła w Unii Euro­pej­skiej na coraz bar­dziej rygo­ry­stycz­nych warun­kach nie­miec­kich, czy też ura­to­wa­ne zosta­ną przy­naj­mniej jakieś reszt­ki partnerstwa.

        Naj­więk­szą zgro­zę w euro­pej­sach wzbu­dzi­ła wzmian­ka o nie­zgod­no­ści nie­któ­rych posta­no­wień trak­ta­to­wych z kon­sty­tu­cją. Ale w naszym fachu nie ma stra­chu, bo wystar­czy przy­po­mnieć sobie pewien precedens.

        Oto UE przy­ka­za­ła pań­stwom człon­kow­skim wpro­wa­dze­nie tzw. “euro­pej­skie­go naka­zu aresz­to­wa­nia”, to zna­czy – wyda­wa­nia wła­snych oby­wa­te­li sądom inne­go pań­stwa człon­kow­skie­go UE, o ile tyl­ko ono tego zażą­da. Pol­ska zno­we­li­zo­wa­ła w tym kie­run­ku kodeks postę­po­wa­nia kar­ne­go i pię­ciu deli­kwen­tów zosta­ło w tym try­bie pod­da­nych eks­tra­dy­cji, aż dopie­ro adwo­kat szó­ste­go zwró­cił uwa­gę, że w kon­sty­tu­cji jest art. 55, któ­ry sta­no­wi, że “eks­tra­dy­cja oby­wa­te­la pol­skie­go jest zakazana”.

        I co się wte­dy sta­ło? Wte­dy pre­zy­dent Lech Kaczyń­ski prze­for­so­wał w Sej­mie… zmia­nę kon­sty­tu­cji! Zatem i teraz uwa­gi pani pre­zes Przy­łęb­skiej, że są nie­zgod­no­ści mię­dzy zapi­sa­mi trak­ta­to­wy­mi a kon­sty­tu­cją, nie muszą mieć jakichś dra­ma­tycz­nych konsekwencji.

   Ale na wypa­dek, gdy­by mia­ły, war­to przy­po­mnieć art. 50 trak­ta­tu lizboń­skie­go. Sta­no­wi on, że człon­kow­skie ban­tu­sta­ny UE mają – jak to było zapi­sa­ne w sowiec­kiej kon­sty­tu­cji o repu­bli­kach związ­ko­wych ZSRR — “pra­wo wycho­da”. Owszem – ale tyl­ko na wła­sne życze­nie, to zna­czy, że żad­ne­go ban­tu­sta­nu nie moż­na z Unii Europ­pej­skiej wyrzu­cić wbrew jego woli, to zna­czy – bez jego wła­sne­go wniosku.

        W tej sytu­acji klan­gor pod­nie­sio­ny przez Donal­da Tuska gwo­li emo­cjo­nal­ne­go roz­huś­ty­wa­nia folks­doj­czów, nie ma żad­ne­go uzasadnienia.

                Sta­ni­sław Michalkiewicz