Mam dwa dni na aklimatyzację, bo potem znowu wsiądę do samolotu.
Rutynowo odwiedzamy znane sklepy; jednak będziemy tu przez prawie cztery tygodnie. Na szczęście, tuż przed naszym wyjazdem, przyjadą zmiennicy – Małgosia i Andrzej z Paryża. Odpadnie nam przygotowanie mieszkania do dłuższej nieobecności, bo mamy nadzieję zawitać tu ponownie dopiero gdzieś w marcu.
Nieobecność nie oznacza, że nic się nie dzieje. Zmywarka do naczyń wysiada po drugim użyciu. Zatrzymuje się i czerwona lampka nie przestaje migać. Potem okaże się, że woda zalała płytkę elektroniczną. Technik Boscha przychodzi następnego dnia. Wymiana kosztowałaby 285 €, a potem trzeba by jeszcze ustalić co skąd cieknie. Zmywarka kosztowała 550 € dziesięć lat temu. Decyzja jest prosta – nie będziemy tego naprawiać. Tu jeszcze jedna różnica systemowa. Koszt samej wizyty to 28 €. W Toronto Miele chce za niegwarancyjną wizytę diagnostyczną ponad $250.
Póki co, Pani Basia oświadcza, że nie potrzebujemy wcale zmywarki i będziemy myć naczynia ręcznie. Tak że koniec Boschem. W Toronto padły już dwie zmywarki tej firmy, a w Katowicach wszystko w kuchni jest Boscha. Kombinacja ceny i wyglądu. Mamy tam zmywarkę, podobną, do tutejszej, tyle że nowszy model, lodówkę, płytę grzewczą na gaz i wbudowany piekarnik. Na razie wszystko działa, ale tam też nie przebywamy przez cały czas. Te pół, czy roczne przestoje są równie niebezpieczne dla urządzeń jak nadmierna eksploatacja.

Dopiero w środę idziemy na pierwszy spacer plażą. Morze w tym samym miejscu, ale plaża jakaś skurczona. Tak dzieje się, gdy jest więcej wiatrów i sztormów. Nie doświadczymy takowych w czasie naszego pobytu, ale kilka dni po wyjeździe morze zaleje wszystkie deptaki i pokryje je warstwą piachu czyniąc naszą ścieżkę rowerową praktycznie nieprzejezdną.
Na szczęście miasto jest tu przygotowane na takie okazje podobnie jak Toronto na stopę śniegu.
Naszą stałą trasę, cztery kilometry plażą do falochronu w Cambrils i powrót, pokonujemy dopiero za jakiś tydzień. Tym razem zawracamy w połowie.
Zmywarka to nie jedyny problem techniczny. W maju, przy pomocy administracji, udało się odzyskać pełno kanałów telewizyjnych, które zapewnia standardowy kabel w każdym mieszkaniu. Kilka programów z dziesięcioletnimi filmami jak CSI z Horacio w ciemnych okularach, poprawia humor Pani Basi i zupełnie zaspokaja wakacyjne potrzeby. Ja w takich chwilach idę do mego kąta z pianinem Korga, no chyba, że się wciągnę w akcję.
Pod naszą nieobecność coś się stało i nasze kanały ponownie znikły. Idziemy do administracji, która mieści się kilkaset metrów od naszego budynku. Zgłaszamy problem. Technik ma zadzwonić, jak będzie w okolicy. Poprzednim razem pojawił się następnego ranka.
Próbuję też wykupić abonament telefoniczny na nasz polski telefon, bo od jutra będzie mi potrzebny. Wszystkie karty chcą mi przesłać sms-a z kodem do komórki z Toronto, która tu nie działa. Wszystkie z wyjątkiem Master Card z Canadian Tire. Później znajdę okazję, aby opisać, jak uda mi się (chyba) obejść te zakusy banków, aby każda transakcja przechodziła przez moją komórkę.
Jeszcze wizyta u naszych Argentyńczyków z czwartego piętra. Alejandro, potężny niegdyś facet, trochę ode mnie starszy, jest mocno wychudzony. Najpierw była cukrzyca i rana na nodze, potem przyplątał się rak przełyku zapoczątkowany refluksem. Alejandro pomimo tych problemów, chemioterapii i braku codziennej szklaneczki whisky, nie traci dobrego humoru i nawet dalej prowadzi samochód. Najciekawsze, że wraz nadejściem wychudzonej sylwetki znikła cukrzyca i wszystkie jej powikłania.
Jakiś tydzień później spotkamy się przy windzie i radosna wiadomość – najnowsze badanie potwierdziło zniknięcie komórek rakowych.
Bilet na lot Wizzair kupiłem bez bagażu głównego. Mantulla rycerska i komputer i kilka drobiazgów musi zmieścić się w plecaku.
Pani Basia odprowadza mnie na dworzec autobusowy przy fontannie i pomniku obok McDonalda. Zważywszy nowoczesny charakter pomnika, niesłusznie wyobrażałem sobie, że upamiętnia on coś rewolucyjnego. Google wyprowadza mnie z błędu. Jaume I, którego imię nosi i pomnik i pasaż nadbrzeżny, to król Katalonii, który w roku 1229 wypłynął stąd aby odbić Majorkę z rak Arabów.
Życie jest pełne pokus. Jedna z nich to kanapki z szynką Serrano w kioskach na lotnisku. Kiedyś po 7-8€, mieściły się jakoś w budżecie. Teraz, chyba w ramach doliczenia opłat za CO2 wydzielane przez dzielne świnki, cena poszybowała do kilkunastu Euro.
Ale jest sposób, który już wypróbowaliśmy w maju. Bagietkę kupujemy sami, dodajemy masełko i szynkę kupioną w Mercadonie czy w innym sklepie. Sześć kanapek za dziesięć lub trochę więcej Euro. Pani Basia robi mi kilka na drogę. Bardzo się przydadzą, bo w cenie biletu nie ma nawet wody.
Podróż tanimi liniami trzeba przetrwać. Samolot na czas, ale siedzenia, choć skórzane, mają profil, który zapewnia optymalne zapełnienie kabiny, natomiast komfort jest sprawą drugorzędną.
W Katowicach jestem jednak z drobnym opóźnieniem. Liczyłem, że dotrę do domu przed ósmą i zdążę do sklepu Społem. Pozostaje wizyta w Żabce i paczka gotowych pierożków z patelni. Półki puste i lodówka wyłączona od połowy czerwca. Zupełnie jednak zapomniałem, że Aldi, pół kilometra stąd, był otwarty do dziesiątej.

Ale targ następnego dnia rano to sama przyjemność. Kurki, rydze i piękne malutkie prawdziwki, klasyczny rogalik z masłem i z żółtym serem.
Mam trochę czasu na te kulinaria, bo spotkanie rycerskie w Krakowie zaczyna się dopiero wieczorem.
Rozmawiam z Panią Basią a ona mi mówi, że może te kurki to mógłbym zabrać z sobą z powrotem! Jak tu przewieźć grzyby w plecaku, który na dodatek powinien zmieścić się pod fotelem w samolocie Wizzair?
Jetlag wychodzi ze mnie w pociągu do Krakowa. Wchodzę zmęczony w podziemny pasaż pełen ludzi i sklepów i myślę o taksówce. Wyjeżdżam schodami ruchomymi do głównego wyjścia, ale tu jest przelotowa ulica i ani śladu taksówek. Ciągle mam w głowie obraz starego dworca sprzed pewno czterdziestu albo więcej lat. Wychodziło się wtedy z małego teraz budynku na rozległy plac, gdzie wszystko było pod ręką i jednym przejściem podziemnym wchodziło się na stare miasto.
Wracam, po drodze EMPIK. Przypomina mi się Kardynał Pell, który czytywał „The Spectator”, brytyjski tygodnik, wychodzący od 1828, którego ja nie miałem nawet nigdy w rękach. Jest tu na półce. Pell, przebywając w więzieniu miał ciągłe kłopoty ze zdobyciem bieżącej prasy. Było to o tyle istotne, że równolegle z procesem jak u Kafki, odbywał się sąd medialny, będący ciągłym starciem nurtów za i przeciw kardynałowi i te nurty nie były bez znaczenia dla samego przebiegu procesu, szczególnie jeśli artykuły publikowano w takich pismach jak wspomniany „The Spectator.
Potem postanawiam jednak poszukać podziemnego przystanku tramwajowego skąd już raz jechaliśmy na Borek Falęcki. Biorą mnie też wyrzut sumienia, że mógłbym- ot tak sobie- wydać 100 lub 200 złotych na taksówkę, podczas gdy jako emeryt jeżdżę tramwajem za darmo.
Przystanków w Łagiewnikach jest kilka, ale usłużni pasażerowie pomagają. Wysiadam przy pasażu spacerowym i chociaż mam pod górkę, zmierzam w kierunku Sanktuarium. Gdzieś tam niedaleko ma przecież być hotel, w którym mam się zameldować. Włączam GPS w telefonie, ale on pokazuje mi 2.8 kilometra. Małe tego, po chwili marszu jest 2.9 km, czyli podążam w złym kierunku. Mam plecak i siatkę z ubiorem rycerskim i jest gorąco. Pytam przygodnie spotkanych sióstr, ale żadna o hotelu nie słyszała.
Nie ma wyjścia, idę według wskazań GPS. Przeprowadza mnie między zabudowaniami Zgromadzenia na ścieżkę wiodącą w kierunku Bazyliki św. JPII. Potem wiaduktem ponad torami kolejowymi w kierunku zabudowań przemysłowych wśród których znajduję hotel Farmona.
Podchodzę powoli w kierunku grupki ludzi. Rozlega się znajmy głos Generała, „Leszek, to ty?”

Jestem więc prawie na miejscu. Prawie, bo tu odbywa się dzisiejsze spotkanie Kapituły Zakonu wraz naszymi kapelanami, ale mój nocleg jest w innym hotelu, oddalonym o 4 kilometry. Na szczęście, jest tu sporo braci zmotoryzowanych więc zdążę się zameldować w tamtym hotelu, zostawić rzeczy i wrócić na czas przed kolacją i spotkaniem.

Leszek Dacko