Nie było Zochny, nie było pana Konstantego i w sumie nic go nie cieszyło, ale po jakimś czasie doszedł do siebie, bo młodość ma swoje prawa, a jeśli do tego  wokół płynie wartkie, bujne życie wielkiej restauracji, to żałoba – nawet bardzo głęboka i szczera – nie trwa długo.

A ruch w interesie był niebywały. Ludzie czuli zbliżającą się wojnę i folgowali sobie we wszystkim. Tak jakby chcieli powiedzieć „raz maty rodyła” i używali życia póki można.

Lokale były przepełnione i pomimo rzek alkoholu, muzyki i parady wykwintnych dań czuło się narastające napięcie, które na przekór rzeczywistości próbowano zagłuszać. W ciągu dnia było kopanie rowów, gromadzenie zapasów, obmyślanie planów, ale wieczorami zapominano  o wszystkim i bawiono się bez umiaru.

Chociaż zazwyczaj ruch w interesie słabł w czasie wakacji, to w tym roku było inaczej. Wielu nie wyjechało na wiligiaturę tłumacząc  pokrętnie, że chcą spróbować lata w mieście, podczas gdy w rzeczywistości chcieli być bliżej swojego banku i domu. Ostatnie tygodnie sierpnia były więc w Europejskim tak ruchliwe, że Witek i jego koledzy dosłownie padali ze zmęczenia. Inna rzecz, że kieszenie puchły im od napiwków, a czasu na ich wydawanie nie było.

Żeby jako tako podołać niewyspaniu i obłędnie długim godzinom pracy, Witek zaczynał dzień od kawy z koniakiem, a dodatkowo zaraz po przyjściu do pracy robił sobie na szybko wódczane śniadanko.

„Takie coś stawia na nogi” mówiono wśród kelnerów, ale chyba nie wszystkich, a w szczególności na pewno  nie Witka, bo duży kieliszek wódki zmieszany z dwoma żółtkami  nie tylko go nie „stawiał”, lecz prawie „kładł”. Słaniał się więc przez dłuższą chwilę i walczył z omdleniem. Kawa, koniak, wódka i te nieszczęsne żółtka powodowały w jego żołądku taką rewolucję, że oblewał go zimny i gorący pot. Mimo to trzymał fason i powtarzał za innymi, że nie ma jak takie śniadanie!

Wiadomą jest rzeczą, że jeśli chodzi o wódkę, to jedni mogą, a inni nie i nic się na to nie poradzi. Witek na pewno nie mógł. Po każdym większym piciu chorował jak potępieniec i przysięgał, że więcej nie będzie, ale wiadomo jak się takie przysięgi mają do rzeczywistości – zwłaszcza gdy się ma dwadzieścia lat.

 

Cały ten zwariowany ruch restauracyjny runął pierwszego września. Jeszcze w przeddzień tego apokaliptycznego dnia, zdarzyli się tacy, którzy w dość głupkowaty sposób chcieli zademonstrować „zimną krew” i „spokojnie” przyszli do restauracji na obiad, ale strach, niepewność i ciągłe komunikaty sprawiły, że w rzeczywistości , nikt już nie myślał o filet mignon w sosie winno-grzybowym, czy pieczonym bekasie w winogronach, tylko próbował się skupić na nadchodzącej wojennej pożodze i na tym co – na miłość Boską – będzie!

Witek Korona dobrze sobie ten czas zapamiętał.

Ogólna nerwowość, wyjazd władz, ewakuacja ministerstw i urzędów, brak policji  i zasypane papierami ulice.

Bombardowania, barykady, ulice pocięte rowami, pierwsze pożary, syreny i walące się budynki, radiowe komunikaty i desperacko biegający ludzie – wszystko to było jakąś niezrozumiałą gehenną, która przeszła jakiekolwiek oczekiwania.

Nic już nie było ważne, bo dramat wzmagał się z minuty na minutę.

Krwawa obrona miasta, ciągłe naloty, ogólny rozgardiasz, łzy i ginący ludzie! Cóż wobec tej monstrualnej zmiany znaczyły dawne emocje, sprawy, marzenia i namiętności? Nic, albo prawie nic! Teraz ważne było przetrwanie!



Wielu wyjechało na wschód, ale Witek został.

Był przekonany, że powinien zostać, i że tu, w Warszawie,  będzie bardziej potrzebny niż na zatłoczonych drogach, którymi rzesze spanikowanych ludzi dążyły ku jakimś punktom zbornym, gdzie jakoby miano z nich organizować zbrojne oddziały.

W rzeczywistości jego przekonanie o pozostaniu w mieście wzięło się z pierwszych, gorączkowych rozmów z Dusią, która pracowała jako pomoc w hotelowej kuchni. Pochodziła z Woli i jej rodzicom życie nie słało się różami. Podobnie jak Witek, wcześnie musiała się z rodzinnego domu zabierać i iść do roboty. Jak trzeba to trzeba i poprzez różne knajpy gdzie pracowała jako pomywaczka i kuchenna pomoc do skubania drobiu, wylądowała w Europejskim.

Na Witka dawno już oko miała, ale jak mówiła „wstydno jej było” pierwszej zaczynać, żeby ktoś nie pomyślał, że kuchennej dziewczynie coś się w głowie przewraca.

Niby prosta i wstydliwa, ale od samego początku wojny wstąpił w nią duch, którego istnienia w sobie nawet się nie domyślała.

To było pierwszego września i pierwsze bomby spadły już na miasto, gdy zderzyli się ze sobą w drzwiach. Rozgardiasz i panika szerzyła się z szybkością stepowego pożaru. Akurat kończyła się nocna zmiana gdy usłyszeli samoloty, gwizd bomb i przerażające wybuchy. Wpadli na siebie przy wyjściu i przez moment ich twarze znalazły się tak blisko  siebie, że gorący oddech dziewczyny musnął jego usta. Przez ten króciutki moment poznali się jakby na nowo. Na nowo, bo przecież znali się… Wiedział, że Dusia jest w kuchni, widział ją, nawet czasami coś powiedział, ale to było wszystko. Teraz, gdy wpadli na siebie i oboje chcieli coś powiedzieć, przeprosić i może roześmiać się nagle, przez jedną chwilę, zajrzeli sobie w oczy i dusze.

Świat się zatrzymał i nie było już wokół nich szaleństwa wojny, powszechnych krzyków i biegnących ludzi.  Wydało się im – i to obojgu jednocześnie – że są sami. Na całym Bożym świecie – sami!

I nigdzie już nie biegli,  tylko przycupnęli pod murem i nawet nie słyszeli jęków i wybuchów bomb i walących się domów. Potem przemykali się wzdłuż murów do domu, ale co jakiś czas przystawali żeby znowu popatrzeć sobie w oczy i to były częste i długie przystanki.

Następnego dnia nie poszli do pracy i nawet nikt o tym nie myślał, bo nieustanne komunikaty i ryk pikujących samolotów oznajmiał zmianę wszystkiego. Wszyscy wiedzieli, że nic, dosłownie nic, nie będzie już takie jak kiedyś.

Potem usłyszeli o wyjeździe prezydenta, rządu i naczelnego wodza i wezwanie  do obrony miasta. Apelowano też do wszystkich zdolnych do noszenia broni o natychmiastowe opuszczenie miasta i udanie się na wschód, gdzie mieli zostać zmobilizowani. Z tym, dość dziwnym apelem, nie wszystko było jasne, bo nikt nie wiedział gdzie ma iść i gdzie się zgłaszać, ale i tak następnego dnia wielu zaczęło opuszczać Warszawę. Ale nie Witek.

Był już siódmy września i Witek bił się z myślami co robić, ale Dusia nie miała żadnych wątpliwości czy rozterek.



-Nigdzie nie pójdziesz – mówiła – tu jesteśmy potrzebni! Tu się trzeba bić i walczyć! Będziesz uciekał jak inni?! – szeptała żarliwie z ogniem w oku.

Został i jak się okazało dobrze zrobił. Dusia miała rację i następujące po sobie wypadki tylko tę rację potwierdzały, bo już na drugi dzień po południu zaczął się atak na Wolę i oboje byli na ulicy, na barykadzie.

e pierwsze dwa tygodnie września, a potem rozpaczliwe dni aż do  kapitulacji Miasta były dla nich niewyobrażalną mieszaniną miłości i codziennych dramatów.

W tym powszechnym szaleństwie śmierci, walki, poświęcenia i chęci przetrwania ich miłość wrzała jak ukrop. Byli koło siebie i dla siebie, a przede wszystkim mieli ogromną nadzieję, że przeżyją. Mimo szalejącemu wokół piekłu tak właśnie myśleli.

Chociaż nie można nawet mówić o nadziei, bo po prostu mieli pewność, że wyjdą z tego diabelskiego wiru historii, cali i ciągle szczęśliwi.

Atak na Woli był tego ciężką próbą, bo w którymś momencie stracili się z oczu i prawie wpadli w panikę, ale zaraz potem zobaczyli się znowu – akurat wtedy, gdy Witek rzucał butelkę na czołg. Dusia była wniebowzięta. Patrzyła z za węgła i zakochała się kolejny raz!

A trzeba powiedzieć, że w Witka wstąpił jakiś szaleńczy duch wojowniczy i rzucał się jak zwariowany tam gdzie tylko było potrzeba.

Po sześciu latach w kawiarniano-restauracyjnych pieleszach, gdzie praca była uregulowana, jedzonko – i to niezłe – na stole, a napiwki zastępowały niemal pensję, poczuł się jak dziki zwierz wypuszczony nagle z klatki.

Nabierał powietrza wolności, aż do zawrotu głowy, a że to powietrze było wojenne, krwawe, dzikie, rozwichrzone i pełne świeżej miłości, więc chodził, a raczej biegał z radością, entuzjazmem i bez lęku.

Zmiana nastąpiła później, gdy już po kapitulacji i wkroczeniu do Miasta zwartych oddziałów Wehrmachtu, codzienna nędza przydusiła do ziemi wszystkich, którzy zostali w zrujnowanej Warszawie. Zostali i jeszcze żyli, a to było ważne, bo te cztery wrześniowe tygodnie zostawiły tysiące trupów i kalek. Żyli z głębokim przeświadczeniem, że dadzą radę.

No więc następnego dnia po wejściu Niemców poszli z Dusią z powrotem do Europejskiego, ale tam rzeczy miały się całkiem inaczej niż przed  miesiącem i nie było gości tylko wszędzie  nieopisany bałagan, gruzy i zniszczenia. Sprzątano tu i tam, próbowano coś organizować, ale ludziom wszystko leciało z rąk i serca do roboty nie mieli.

Trochę inaczej było, o dwa kroki przez ulicę, w Bristolu, który jakoś nie ucierpiał, ale tam rozlokowali się już Niemcy i restauracja pełna była mundurów i wrzaskliwych rozmów.

Zaraz też dawni koledzy zaczęli go ciągnąć do pracy, ale Witek aż się wzdrygnął na samą myśl.

-To miałbym teraz nalewać wino tym, przed którymi jeszcze parę dni wcześniej broniłem Miasta??? I aż się żachnął ze złością.

Wziął jednak oferowaną mu starkę i wypił „na pohybel” najeźdźcom.

Na tym się oczywiście nie skończyło, bo jak wrócił do siebie na Piwną, Dusia czekała już z jaką taką kolacją. Byli też jej rodzice, gar kapuśniaku i dwie flaszki wódki. Ich dom na Woli zmiażdżyła bomba lotnicza w pierwszym dniu ataku.



Zjadł, popił i wyszedł przed dom. Usiadł przed bramą. Niedaleko majaczyły kikuty Zamku, a wszędzie czuć było spaleniznę i odór końskich trupów.

-Skąd tyle koni? – myślał bezładnie – dlaczego one?

Wyszczerzone zębiska, pokręcone nogi, wydarte całe kawały mięsa i szarpiące je psy, które nagle wyległy z jakichś zakamarków, w których przycupnęły w czasie nalotów…

W czasie kolacji matka Dusi mówiła coś o konieczności organizowania jedzenia i o jakiejś swojej rodzinie w Karczewie, w Piasecznie i Górze Kalwarii, u której można by było coś dostać, ale wszystko to – może pod wpływem wypitej wódki – kołatało się leniwie w Witkowej głowie – bez jakiegokolwiek planu czy chęci działania.

Dwie tylko rzeczy wypełniały go do ostatniej komórki – miłość do Dusi i chęć walki. I to walki ulicznej, od domu do domu, wśród kurzu walących się domów i serii z karabinów. Tak jak na Woli. Nie mógł się uwolnić od myśli, że pierwszy raz w życiu zrobił coś naprawdę ważnego. Jego dotychczasowe prace, podawanie słodyczy i kawki, a nawet późniejsza, wymarzona  praca w wielkim hotelu i ostatecznie zdany egzamin kelnerski – wydały mu się niewiele znaczącymi sprawami. Miał uczucie, że marnował czas, i że dopiero teraz, gdy wszystko się zawaliło poczuł, że żyje. I to jak! A do tego miał dziewczynę! W tym momencie przemknęła mu przed oczyma wyobraźni buzia Zochny…

A może tak mu się tylko wydawało? Może to wódka tworzyła dziwne obrazy przeszłości, które żadną miarą nie przystawały już do tego co się stało i czym żyli od początku września.

Siedział. Była cisza. Wreszcie nie słychać było obłędnych gwizdów bomb, strzałów i syren! Wydawało mu się nagle, że widzi, starą cukiernię Lardelliego, piękne klientki, koleżanki we wdzięcznych fartuszkach, a nawet węglarza, który zepchnął go kiedyś ze swojego wozu. Wszystko to jawiło się jak inny, niewiarygodnie daleki świat, co do którego nawet nie był pewny, czy rzeczywiście kiedyś istniał.

Nad tym wszystkim, w zamroczonej wódką głowie, przebijała się jedna myśl, która rosła, potężniała i wydawało się, że przysłoni wszystko inne.

To było poczucie upokorzenia i niesprawiedliwości.

Jak to może być – myślał – bandyta wpada do mojego domu,  morduje mi rodzinę, niszczy to co mam, a potem, nagle, tylko dlatego, że jest silniejszy, poddaję się mu i podpisuję akt kapitulacji ?!?!

Czy to się w ogóle mieści w głowie – myślał gorączkowo – jak można było poniżyć się do tego stopnia, żeby w ogóle zgodzić się na jakiekolwiek układy z bandytą???

A teraz ten bandzior będzie się wylegiwał w moim łóżku i jadł moją żywność???

I w tym momencie przypomniał sobie niemieckich oficerów i ich szczekliwe rozmowy w Bristolu! Polskim Bristolu!

Nagle zobaczył szybko idącą postać. To Oleś, kumpel z sąsiedniej kamienicy. Nie widzieli się od tamtych, pierwszych dni. Nawet nie wiedział, czy Oleś żyje i gdzie się podziewa, a teraz zobaczył go idącego szybkim krokiem od strony Rynku.