Po kolacji wigilijnej Pasterka. Jest pięknie, ale w kościele nie ma tłumu, niestety. W drugi dzień świąteczny, po mszy, idziemy na zaplecze klasztorne. Oblaci od lat utrzymują tam formę żywej stajenki. Tym razem z barankiem, kozą, kilkoma kurami i indykiem. Jesteśmy ze znajomymi z kościoła. Pan Andrzej, w słusznym wieku, z laseczką, również jeden z rycerzy św. Jana Pawła II-go, małżonka, „etatowa” lektorka. Oboje, dumni rodzice księdza Stanisława, posługującego w parafii w Wainfleet, koło Niagary w diecezji St. Catherines. Dowiadujemy się, że ksiądz Stanisław jedzie na kilka miesięcy do Rzymu. Zabawi przejazdem tu w Katowicach, ale nas akurat nie będzie. Odprowadzamy ich kawałek w dół ul. Sokolskiej. Budynek obok, dawny hotel robotniczy jest w remoncie.
Pan Andrzej wspomina, że budynek jest przerabiany na hotel dla uchodźców. Szukam w Internecie, ale niczego nie znajduję. Wygląda na to, że system władzy realizuje plan, który nie jest nasz, polski i w swej wrodzonej nieśmiałości oszczędza nam trudnych do przełknięcia wiadomości.

***

Pani Basia postanawia spędzić tegorocznego Sylwestra z klasą i z pompą. Uruchamia rybnickie psiapsiółki z podstawówki i wychodzi na to, że może się uda. Kilka lat remu wylądowaliśmy na super balu aż w Regensburgu. Bal z ponad stuletnią tradycją. Nawet wspomniano gości z Kanady. Potem przyszedł Covid i popsuł nam wiele rzeczy. Sylwestra też. Problem w tym, że ci od psucia, nie zamierzają dać nam spokoju. Redaktor Piekielnik właśnie wspomina nowego wirusa „Nipal”.
Ale, póki co, mamy jechać gdzieś w Góry Sowie, zaraz za Dzierżoniowem. Pensjonat o wdzięcznej nazwie „Magda”. Grupa tamtych znajomych jeździ w to miejsce od dawna, mamy więc szczęście i zaszczyt do nich dołączyć.
Wyjeżdżamy dzień przed Sylwestrem, pogoda świetna. Korzystamy z grzeczności znajomych z Rybnika i z ich samochodu.
Jest wtorek 30 grudnia, rolnicy zorganizowali setki protestów w całej Polsce. Nad naszą autostradą wiadukt. Na nim widać szereg ciągników rolniczych, ludzi i plakaty.
Uśmiechnięty pan premier wspomni potem w migawce telewizyjnej, że spodziewał się większych protestów. Były widać za małe, bo umowa z Mercosur wejdzie jednak w życie. Pan Premier był jednak przypuszczalnie niedoinformowany. Protestujących w Warszawie miało być dużo więcej, ale zapobiegliwy Rafał ich do stolicy nie wpuścił – ponoć wynalazł jakieś przepisy ograniczające liczbę traktorów, które mogą równocześnie jeździć po stołecznych ulicach!
Natomiast Panu Romanowi Z. który rozlał gnojowicę przed posesją ministra rolnictwa, Stefana Krajewskiego, wlepiono dwa miesiące aresztu i grozi mu do pięciu lat więzienia.
W ramach teatrzyku dla narodu tubylczego, KO z PiS-em przekrzykują sią nawzajem odnośnie tego, które ugrupowanie jest winne zaakceptowania przekrętu jakim jest Mercosur.
Jedyny rząd, który się z tego cieszy to rząd niemiecki. Niektórzy, jak redaktor Gadowski, otwarcie mówią, że za Mercosurem stoją nazistowskie pieniądze, bez przeszkód wywiezione przez uciekających przed sprawiedliwością hitlerowców, które zresztą nie były ich, tylko zostały zrabowane w takich krajach jak okupowana Polska. Teraz jest czas, aby te pieniądze, zaczęły pracować dla nowej Rzeszy.

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

***

Ale dojeżdżamy do Lasocina. To podnóże Gór Sowich. Gdzieś nad nami, szczyt Wielkiej Sowy, 1015 m.n.p.m. Jesteśmy na tym terenie pierwszy raz w życiu. Z lekcji geografii pamiętam, że to góry stare. Stąd łagodność zboczy i szczytów porośniętych w większości borem świerkowym.
Nasz ośrodek szykuje się do Sylwestra. Stoły, obrusy, nakrycia, karteczki z nazwiskami – bo jest tu wielu stałych bywalców. Koło baru intrygująca wywieszka „Osobom nietrzeźwym i młodzieży do lat osiemnastu, na kredyt i pod zastaw alkoholu nie sprzedajemy”.
Ośrodek wybudował ojciec obecnej właścicielki „Magdy”. W jednej z sal wiszą jego okazałe trofea myśliwskie. Ale Sylwester jest dopiero jutro. Okazuje się, że jedni z naszej „paczki” mają trochę większy pokój, w zasadzie mały apartament na końcu korytarza. Tam odbywać się będą spotkania – nocne Polaków rozmowy. Poświąteczne ciasta i oczywiście polskie nalewki, chociaż niektóry panowie wolą wódeczkę. Wina nie są specjalnie w cenie więc nasze Vouvray pozostaje na razie w pokoju, czekając na stosowną okazję. Ta wydarzy się w ostatni wieczór przed wyjazdem przy wspólnym obiedzie. Ciekawe, że obsługa ośrodka nie będzie miała problemu z tym, że my chcemy napić się własnego wina przy oficjalnym posiłku. Nawet podają nam kieliszki z baru. Żadnych dodatkowych opłat.
Okazuje się, że warto pojechać do nieodległej Świdnicy i zwiedzić unikatowy kompleks architektoniczny na Placu Pokoju.

Rano jedziemy więc do Świdnicy podsypanymi śniegiem serpentynami. Słońce przebija się przez korony drzew, jest pięknie. Docieramy do Placu Pokoju. Grupa trzystuletnich budynków w wiekowym parku, wszystko okolone murem, a najważniejszy obiekt to Kościół Pokoju. Największa istniejąca luterańska świątynia, na dodatek, wykonana całkowicie z drewna; obecnie wpisana na listę dziedzictwa światowego UNESCO. Luterańskie nabożeństwa odbywają się tu nieprzerwanie od 1657 roku. Okazałe, złocone wnętrze i okazałe organy. Równie okazały jest drzewostan w parku. Najstarsze drzewa pochodzą z pierwszej połowy XIX wieku i rosną wokół kościoła. To 200-letnie lipy, których pnie mają ponad cztery i pół metra obwodu. Na tyłach kościoła zabytkowy cmentarz.
Za nami pojawia się w świątyni niemiecka albo austriacka wycieczka. Ta sama grupa wejdzie potem za nami do kawiarenki przy wejściu do ośrodka. Dość mały lokal, „Barocafe” w którym pięć minut wcześniej nie było nikogo jest w jednej chwili przepełniony. Przed chwilą obsługę stanowiła jedna kelnerka. Widać, że po kilku minutach organizuje pomoc. Potrzebna, tym bardziej że menu jest dość okazałe, łącznie z brunchem, a tamci klienci są wyraźnie głodni i trzeba to wszystko przygotować.

Po drugiej stronie starego miasta usytuowana jest Katedra św. Stanisława Biskupa i Męczennika i św. Wacława Męczennika. Gotycki kościół sięga tradycją XIV wieku. Jeden z największych kościołów Dolnego Śląska szczyci się szóstą, co do wysokości wieżą w Polsce – 101.2 m. (Podaję za Wikipedią).

Centralną sceną, nad ołtarzem jest Matka Boża z Dzieciątkiem, w otoczeniu świętych umiejscowiona pod baldachimem wspartym na siedmiu kolumnach. To barokowa rzeźba Johanna Riedla. Ten barokowy wystrój gotyckiej świątyni pojawił się w okresie 1644 –1776, gdy kościół był w posiadaniu jezuitów, którzy dokonali jego przebudowy. Jest tam też szereg innych rzeźb Riedla. Sam Riedel to niemiecki jezuita i rzeźbiarz, aktywny w tamtym czasie właśnie w Świdnicy.

Zdążymy jeszcze do katedry i nawet do sklepu obuwniczego, otwartego w sylwestrowe popołudnie. Nagle okazuje się, że koleżanka Pani Basi, też Basia potrzebuje wygodnych pantofelków, takich, co to się je zakłada po północy, gdy minie już część oficjalna, ta z szampanem i życzeniami i trzeba dać odpocząć nogom. No i wychodzimy z torbą z butami.
Słońca już nie widać, zaczyna prószyć śnieg i czas wracać, bo sylwestrowy wieczór tuż, tuż…

Bal okazuje się całkiem okazały. Kuchnia też. Wędzony jesiotr i sum i inne niezwykłe wyroby, którymi może szczycić się kuchnia polska. Na stole króluje głównie wódeczka i trzeba uważać, aby tego wszystkiego nie pomieszać. Dwa lata temu, jeden ze stałych gości tak się rozochocił, że wylądował w łóżku szybciej niż planował.
Dobijamy do północy. Jakieś sto dwadzieścia kieliszków z „proseco”, przygotowanych do toastów, czeka już na tacach. O północy okazuje się, że taka nie za duża przecież mieścina funduje sobie sztuczne ognie godne Wersalu.
Jedynym mankamentem wieczoru jest trochę uparty disc jockey, który pomimo słusznego wieku na parkiecie upiera się grać spore dawki „techno”. Pani Basi perswazje słowne i monetarne, pomagają tylko na chwilę. Te trendy nie słabną nawet po północy, kiedy to tradycyjnie powinny królować „pościelówy”.
Disc jockey ma stolik na boku parkietu. Na nim jedzonko, owszem, ale po za tym woda mineralna. Ploty mówią, że chyba rok temu wznosił toasty w zbyt szybkim tempie, więc w tym roku ma „szlaban” na procenty.

***

Następnego ranka na śniadaniu jesteśmy dość późno. Już wcześniej szukaliśmy kościoła, w którym można by uczestniczyć we mszy noworocznej. Ale to teren, na którym jest sporo odmian kościołów jak ten, luterański, który zwiedzaliśmy dwa dni wcześniej, na dodatek, brakuje chyba katolickich księży. Niektóre z pań pojechały bohatersko na mszę na 9-tą rano, a my wyruszamy trochę później. Idziemy spacerem w kierunku kościoła pw. Św. Bartłomieja, który jest najbliżej. Obok tablica informacyjna. Jego początki sięgają końca XIV wieku więc historia imponująca. Mszy tu dzisiaj jednak nie będzie.
Wracamy w kierunku ośrodka i kierujemy się w górę drogi. Tędy można by w końcu dojść na Wielką Sowę. Nie mamy na to szans, ale wchodzimy choć trochę w las. Mijamy gajówkę, na słupie znaki turystyczne z kolorami szlaków i odległości. Wybieramy kierunek najbliższy, „Stara Jodła”, to 20 minut, a po śniegu trochę więcej. Mijamy znajomych z ośrodka i w końcu dochodzimy do polany. Z boku wiata dla turystów ze sporym stołem i dwoma ławami. Obok jakiś facet z rowerem.
Podchodzimy i zagadujemy; Mieszka niejako po drugiej stronie grzbietu górskiego w Kamionkach i faktycznie przyjechał tu rowerem. Pożyczonym od kumpla, bo jest tu tylko na trochę. Na stałe mieszka w Danii i jest operatorem dźwigów, takich najwyższych, do specjalnych zadań. Wymieniamy kilka słów o Grenlandii. Zaczyna się ściemniać a i nasz rozmówca musi jechać – jest ubrany lekko, więc powinien być w ciągłym ruchu. Żegnamy się.

***

Dopiero kilka tygodni temu usłyszałem nazwisko – prof. Ryszard Szubartowski. Kto to taki? Licealny profesor informatyki z Gdyni, ściślej III-go Liceum Ogólnokształcącego im. Marynarki Wojennej RP w Gdyni.
Na opublikowanej (https://mycompanypolska.pl/artykul/23-najbardziej-wplywowych-polakow-w-ai/13174) w 2023 roku liście 23 najbardziej wpływowych Polaków w AI znalazło się trzech absolwentów gdyńskiej „Trójki”. Oprócz profesora Szubartowskiego, wymieniane jest także nazwisko profesora matematyki Wojciecha Tomalczyka. Absolwenci to: Filip Wolski, Szymon Sidor czy Jakub Pachocki, współtwórca słynnego ChatGPT.
Jak to się dzieje, że taka pokaźna grupa, łamie wszelkie zasady statystyczne i bez specjalnego zaplecza wkracza w ścisłą światową czołówkę informatycznej rewolucji naszych czasów?
Warto obejrzeć film „Mistrz”. https://www.youtube.com/results?search_query=mistrz
Prof. Szubartowski wyjaśnia tam jak działa system edukacji, w stosunku do tego, jak powinien.
Używając języka pokrewnemu matematyce można by powiedzieć, że system zajmuje się przepychaniem przez proces edukacyjny statystycznego środka krzywej Gaussa, podczas gdy geniusze siedzą na jej obrzeżu, które się najczęściej odrzuca, bo nie pasuje do większości. Profesor Szubartowski zajmował się więc takimi wyrzutkami procesu edukacyjnego.
Ile olimpiad matematycznych wygrali wychowankowie profesora?
Odpowiedź jest porażająca: Przez ostatnie 25 lat zdobyli 126 medali (w tym 22 złote) na najważniejszych olimpiadach informatycznych na świecie.
Do finałów doszło ich 280-ciu.

Jakub Pachocki wspomina, że kilka lat temu, w liczącym 50 osób zespole Open AI, było aż dziesięciu Polaków, w tym pięciu z Gdyni – wszyscy od “Mistrza”. Oni nazywają Szubartowskiego „Wielki Szu”.

Jest jednak pewien negatyw w tej pięknej historii. Otóż, ci geniusze nie pracują w Polsce. System, który pomógł im osiągnąć najwyższy poziom wiedzy i umiejętności nie jest w stanie stworzyć zaplecza, w którym takie kwalifikacje można by w pełni wykorzystać. Za to robią to inni!

Leszek Dacko