Nasi Rycerze św. Jana Pawła II-go zorganizowali weekendowy wypad do Krynicy i okolic. Byliśmy tam, w podobnym składzie w 2021, w czasach Covidowego „jądra ciemności”. Krynica nie była wtedy zupełnie pusta, ale wynajmowanie domów czy ośrodków, przebywanie w lokalach odbywało się niejako pokątnie. Pamiętam, poszliśmy wtedy na słynne tutaj pierogi z rydzami i trzeba było spożywać je na dworze. Innym razem poszliśmy do kawiarni, zarekomendowanej zresztą przez znajomego. Posadzono nas w odległym kątku pustego lokalu, z dala od okien i tak raczyliśmy się; Pani Basia kawusią a ja grzanym winem.
Jednym ze znaków czasu były też tajemnicze telefony do właścicieli różnych domów wczasowych. Pytano, czy właściciel nie chciałby już sprzedać swego ośrodka? O takich telefonach opowiadała nam właścicielka miejsca, w którym wtedy przebywaliśmy.

Tym razem nie ma tego problemu. Jest natomiast inny. Jak tam dojechać? Osób bez samochodu jest coraz mniej a nam pozostaje pociąg. Trasa przez Kraków, Tarnów, 6 godzin. Nie mamy tu opcji. O siódmej rano wyjeżdżamy do Krakowa. Tam przesiadka. Za Tarnowem wjeżdżamy w Sądecczyznę. Jest pięknie, ośnieżone pagórki i dalsze szczyty. Linia jest zelektryfikowana, ale jedzie się powoli. W końcu Piwniczna, w której byłem z rodzicami kilka razy na wakacjach, Muszyna i dojazd do Krynicy. Już na stacji okaże się, że w tym samym pociągu było też kilka innych osób z naszej grupy.
Świeże powietrze i góry niejako nas elektryzują. Instalujemy się w pokoju i pędzimy do centrum. Najważniejszy to wejść na Górę Parkową. Dzisiaj, bo jutro nie będzie czasu. Ścieżek od strony miasta jest wiele i dochodzimy do szczytu jeszcze przed zmierzchem. Powrót na mszę i na kolację i to co w rycerskiej gwarze nazywa się „Rozmowami Nikodemowymi”.

Najważniejszy jest dzień jutrzejszy, bo napakowany atrakcjami.
Najpierw kulig. W pewnym miejscu przesiadamy się z autokaru na sanie. Trochę zawodu, bo w wyobraźni to sanie ciągnięte przez konie, a tu kulig nowoczesny i zmotoryzowany. Sanie wielkie, na kilkanaście osób i traktor. Ponad pół godziny jazdy przez las na polanę rozległej Jaworzyny Krynickiej. Na szczycie -14 C°, ale nie ma wiatru. Jest jednak mgła i nici z widoku Tatr Wysokich. Są za to dwa paleniska z rusztem do pieczenia kiełbasek. Nie zapomniano też o nalewkach, choć to we własnym zakresie.
W pewnej chwili, pojawia się koło nas pies. Chyba ze schroniska, które jest obok. Kręci się koło rożnów. Pani Basia podaje mu kiełbaskę, ale pies obwąchuje i nie rusza. Zje dopiero pokrojoną na mniejsze kawałki. Ciekawe, że pokręci się jeszcze trochę i po chwili pójdzie do siebie. To chyba taki kuligowy rytuał, który odprawia. Przychodzi się pożywić i jak się naje to sobie idzie.
Powrót trochę się opóźni, bo nasi traktorzyści-górale jadą wpierw po inną grupę a dopiero potem odwiozą nas na dół.
Teraz następny etap, jedziemy na Słowacką stronę do Vrbova (po polsku Wierzbów). Tam znajduje się siarkowy park geotermalny. Chętni idą na kilka godzin pławić się w ciepłej wodzie. Najgorętszy odwiert daje wodę o temperaturze 59 C°. Według Wikipedii wody wykazują działanie lecznicze w przypadku schorzeń kostno-stawowych, skórnych, układu nerwowego, sercowo-naczyniowych, górnych dróg oddechowych z astmą i alergicznych.
Nie spróbowaliśmy, bo Pani Basia wychodziła akurat z przeziębienia, a ja nigdy nie czułem się za dobrze w gorącej wodzie więc takowych atrakcji unikam. Na szczęście, dla nie pływających przygotowano plan B, czyli wyjazd do pobliskiego Popradu. Nic nie może być proste, więc kierowca autobusu zrobi trzy pętle wokół centrum, bo autobus nie może tam legalnie wjechać. W końcu rozmawia z jakimś człowiekiem na przejściu dla pieszych, nagina trochę przepisy i przycupniemy na parkingu obok kościoła, zresztą zamkniętego. To styczeń więc o czwartej jest już szaro. Na rozległym placu nie ma żywego ducha. Kierowca pilnuje autobusu, który jest zaparkowany tam, gdzie nie powinien, a my wchodzimy do kawiarenki obok. Pyszne ciasta i napoje, ale nasza grupa to chyba jedyni klienci tego popołudnia. Płacimy polską kartą bankową i działa.
Potem jeszcze obiad w drodze, w Szałasie u Franka w Starej Lubowli. Przepisowe knedliczki z gulaszem i piwo.

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

***

Jesteśmy jeszcze w Katowicach. Tu w dalszym ciągu ksiądz chodzi po kolędzie. W tym roku nawet z ministrantami, którzy ochoczo wyśpiewują. Pani Basia ma pytanie – to o siedmioramienny świecznik, który od lat pojawia się z boku ołtarza w okolicach początku grudnia. Ksiądz odpowiada, że to tradycja, którą już zastał przychodząc do naszej parafii.

***

Wybieramy się na obiad do znajomych. Trójka dzieci. Co im przynieść? Pani Basia wpada na pomysł – „Calvin and Hobbes” po polsku. Szukamy w Internecie. Okazuje się, że jest. Zamawiamy, paczka przychodzi dzień przed wizytą. Trzy tomiki, po jednym dla każdego dziecka. Trochę ryzykujemy, bo nie mamy pewności czy może już nie mają tych książek. Ale udaje się.
Pamiętamy, że „Calvin and Hobbes” wzbudzał zachwyt naszych chłopaków, nie wspominając o nas samych. Ogółem 19 tomów wydano między 1987 a 2001. Te daty są bardzo ważne, bo to gwarancja, że w tych książkach nie ma żadnych chorych tematów, pogubionej seksualności i pochodnych.

Bill Watterson był definitywnym idealistą z charakterem. Zakończył wydawanie komiksu, nie mogąc dogadać się wydawcą, który typowo chciał skomercjalizować bohaterów. Bill nie zgodził się uważając, że to obniżyłoby rangę komiksu i ominęło go około 300-400 milionów dolarów. Pomimo tej decyzji, jego majątek jest wart tyle samo.
Po obiedzie wśród dzieci zapadnie niepokojąca cisza. Ale to tylko „Calvin and Hobbes”. Czytelnictwo w najlepszym tego słowa znaczeniu.

***

World Economic Forum (WEF) 2026. Odbyło się 19-23 stycznia 2026 r. To już 56-ta edycja. Trochę czasu już minęło, ale może warto przyjrzeć się „polonicom”, tym bardziej, że były znaczne.
Miało tam miejsce „Leaders Forum powered by Poland”. Głównymi partnerami byli: Autopay, Grupa Żabka i Adamed.
Autopay to specjaliści od płatności bankowych.

Żabka, choć założona w 1998 roku w Poznaniu, przez Mariusza Świtalskiego, to obecnie siedzibę ma w Luksemburgu a jej właścicielem jest od 2017 roku amerykańskie CVC Capital Partners. Jej obecnym sukcesem jest przejmowanie polskich sklepów małoformatowych i tym samym drenowanie polskiego rynku z gotówki, która płaci dywidendy udziałowcom CVC. Obecnie posiadają ponad 12 000 sklepów. W Katowicach, obok nas, w promieniu 500 m są trzy Żabki.
Adamed to polska firma farmaceutyczna. 100% udziałów w spółce posiada drugie pokolenie rodziny Adamkiewicz.
Wśród pozostałych partnerów byli m.in.: Ministerstwo Cyfryzacji, PKO BP, Orlen i Centralny Port Komunikacyjny.
Partnerem instytucjonalnym była Konfederacja Lewiatan, organizator Europejskiego Forum Nowych Idei, a partnerem akademickim – Uniwersytet Warszawski.

Głównym partnerem medialnym „Leaders Forum powered by Poland” była grupa Ringer Axel Springer (RAS). Projekt wspierały medialnie również TVP World i TVP Info.
W ramach WEF działały też inne grupy jak „World Woman Davos”, której partnerem medialnym był także RAS Polska. W ten sposób, media niemieckiego pochodzenia były w Davos reprezentantem naszego kraju. Ciekawe też, że jakimś sposobem, widoczna jest na szeregu fotografii pani Jolanta Kwaśniewska.
Nie wiem, dlaczego akurat Adamed i kilka innych firm zostało tak naprawdę zaproszonych do Davos? Sprawdzam jednak podobne informacje o InPost. W 2023 szef tej firmy był też w Davos. Na początku 2026 Inpost został sprzedany. Nie wiem, czy istnieje tu jakiś związek, ale drapię się w głowę.

***

Czytamy kilka aktualnie wydanych książek. Jedna z nich to „Zakazana Historia Polski” Grzegorza Brauna (Mamy tom I-szy i II-gi). Koncepcja rozwoju państwa polskiego przedstawiona przez Pana Brauna może zarazić pewnym optymizmem. Bazuje to zapewne na odrobinie dumy narodowej jaka nam pozostała, po tamtej odleglejszej historii, w której nasi przodkowie, a szczególnie ich przywódcy, zdawali się podejmować w miarę dobre decyzje, a przede wszystkim nie dawali się wykiwać ościennym cwaniakom.

W końcu, jednak niedołężność państwa z dodatkiem połączonych sił zewnętrznych, zdołały doprowadzić organizm państwowy do śmiertelnego upadku. Przykładowo, przed powstaniami istnieliśmy jako okrojona struktura państwowa, ale w formie całkiem stabilnej, która, według Pana Brauna mogła przeczekać do lepszych czasów; za przykład podawane są Czechy. Niestety, zintrygowani przez prusaków, ruskich i angoli, – którym ten nasz, dość odległy przecież kraj, zawsze zawadzał i pewnie zawadza – wykrwawiliśmy się w trakcie powstań z najlepszego co było w narodzie, pomagając ościennym krajom nas ograbić, a po ostatniej wojnie komunie zaistnieć, w różnych formach, de facto, aż do teraz, i ten mechanizm działa bezbłędnie. Tacy jak my, wyjechali w czasach po-solidarnościowej beznadziejności. Tusk skutecznie pozbył się kilku milionów zdolnych i energicznych, całkiem przecież niedawno. W zamian za to, cichcem i po kryjomu sprowadza nam kwiat emigracyjny skąd popadnie. Czekamy na tom-III-ci.

***

Spędzam kolejny tydzień delegacyjnie w firmie pod Paryżem. Siedzę właśnie w pizzerii w centrum handlowym w Velizy bo wieczorem trzeba gdzieś coś jeść. Pizza się spóźnia – ponoć jakaś awaria w kuchni. Różowe „Prosecco”, które zamówiłem jako „apéro”, już się skończyło – została tylko pamiątkowa fotka kieliszka na tle czarnego stolika. Prosecco smakowo całkiem nieźle; lekko kandyzowana czereśnia pomieszana z morelą. Bąble jednak nazbyt ulotne; tu Włosi nigdy nie dogonią prawdziwych tworów wtórnej fermentacji z Eperney i okolic.

Zabijam czas podglądając Internet. No i popsuli mi humor. Właśnie napatoczył się filmik ilustrujący, jak Unia wprowadza na rynek mąkę i białko z owadów, Największy dylemat to czy ta moja pizza też ma wsad oszczędnościowy z jakiegoś mączniaka czy konika polnego? Pizza w końcu się pojawia, da się jeść, ale do pełnego entuzjazmu daleko. Podlewam ją suto oliwą (ponoć na rynku też jest sporo oszukanej), ale przynajmniej nie wspomina o tym film. Montepulciano też wydaje się trochę cienkie, ale jakiego Montepulciano mogę spodziewać się, gdy cena wynosi 5 Euro za kieliszek?
Pewne źródła wskazują, że np. w 2025, roczna produkcja mąki z owadów wynosiła ponad 120 000 ton w samej Europie (są to dane niepełne), ale tego nigdzie nie widać, więc pytanie co się z tymi półfabrykatami dzieje? Gdzie są upychane? Czy tylko jako karma dla zwierząt? Pewno nie. Ci, którym nie jesteśmy w stanie patrzeć na ręce, mogą dodawać takiej mączki do wypieków, do mąk, makaronów, itp.

***

Istnieje też sporo materiałów mających za zadanie przekonać nas do wartości tego pożywienia. FAO pracuje nad tym od 2003 roku. Ogólnie, podstawowy argument to fakt, że jeśli są one częścią ekosystemu to nadają się do jedzenia. Jesteśmy też przekonywani, że jeśli Afryka, Azja i Ameryka Południowa uczyniła owady częścią swej diety, to inni też mogą, a nawet powinni. Ekonomiści pokazują, że produkcja białka z owadów jest kilkukrotnie tańsza niż z soi.
Jeśli jedwabniki produkują jedwab a pszczoły miód, to jest to też wystarczająco logiczny argument za spożywaniem owadów.
Ogólnie, tylko nierozgarnięci, nieuświadomieni, nie otwarci na nowoczesność, czytaj zakute pały na prawicy nie chcą niczego zrozumieć.

Leszek Dacko