Jan Gre­ga­lis — Poko­le­nie, któ­re wszyst­ko Pol­sce oddało

97-let­ni Jan Gre­ga­lis, har­cerz, zesła­niec, żoł­nierz gen. Ander­sa, wal­czą­cy pod Mon­te Cas­si­no, odzna­czo­ny dwu­krot­nie Krzy­żem Walecz­nych, jeden z zało­ży­cie­li SPK w Kana­dzie, dzia­łacz polo­nij­ny, opo­wia­da o swym życiu. Pan Gre­ga­lis prze­zna­czył ostat­nio 200 tys. dol. na fun­dusz na rzecz Zakła­du dla Ociem­nia­łych w Laskach, kate­drę języ­ka pol­skie­go na UofT, pol­skie har­cer­stwo w Kana­dzie oraz Muzeum Orliń­skie­go w Wawel Vil­la. Cześć i Chwa­ła Boha­te­rom.  Dzi­siaj miesz­ka w Wawel Villa.

  Andrzej Kumor: Panie Janie, ma Pan nie­praw­do­po­dob­ny życio­rys, nale­ży Pan do poko­le­nia, któ­re tak dużo dla Pol­ski zro­bi­ło, prze­szedł Pan przez cały szlak umę­cze­nia naro­du pol­skie­go, od Sybe­rii, a następ­nie przez szlak woj­sko­wy razem z Ander­sem, Wło­chy, bitwa pod Mon­te Cas­si­no. Skąd Pan pocho­dzi, gdzie są Pana rodzin­ne strony?

– Uro­dzi­łem się wła­ści­wie w woje­wódz­twie war­szaw­skim, w War­sza­wi­cach, to mała miej­sco­wość, ale ojciec dostał posa­dę na Kre­sach, na Pole­siu – jak mia­łem nie­ca­łe dwa lata, to przy­je­cha­li­śmy na Pole­sie, ojciec tam pra­co­wał cały czas. I od tego cza­su aż do woj­ny wycho­wy­wa­łem się na Polesiu.

Reklama

   — Prze­żył Pan inwa­zję armii sowiec­kiej. Jak to wyglą­da­ło i jak Pan się dostał w ich ręce?

– To było 17 wrze­śnia.   Gdy oni przy­szli, to jesz­cze z począt­ku zacho­wy­wa­li się zupeł­nie w porząd­ku, uwa­żam, jesz­cze nic takie­go nie było. Źle się zacho­wy­wa­li Żydzi. Żydzi od razu two­rzy­li swo­je orga­ni­za­cje i „sypa­li”.

  – Donosili?

– Tak, dono­si­li. Ojciec pra­co­wał w sądzie, to wiadomo.

 – Admi­ni­stra­cja państwowa.

– Tak że był socjal­nie „nie­be­zo­pa­sny” ele­ment. Ojca aresz­to­wa­li po paru mie­sią­cach. Aresz­to­wa­li całą rodzi­nę, wywieź­li razem do Kazach­sta­nu, tzn. ojca, mamę, trzy sio­stry i jed­ne­go bra­ta, naj­młod­sze­go, żona mia­ła trzech bra­ci, któ­rzy byli w obo­zie jeniec­kim i po umo­wie Sikor­ski-Maj­ski zna­leź­li się w II Korpusie

– Jak to się sta­ło, że Pan zna­lazł się na zesłaniu?

– Pole­sie nale­ża­ło, według Rosjan, bo Bia­ło­ru­si. Cho­dzi­ły takie słu­chy, i ponoć potwier­dzo­ne fak­ta­mi, że oni zaczę­li brać do woj­ska, a ja byłem w tym wie­ku, że aku­rat się nada­wa­łem, bo mia­łem już skoń­czo­ne 18 lat. Więc sobie pomy­śla­łem, że do woj­ska sowiec­kie­go nie pój­dę. No i po roz­mo­wie z rodzi­ca­mi posta­no­wi­łem ucie­kać. Mia­łem kole­gę za przy­ja­cie­la, któ­ry miał bra­ta star­sze­go w Brze­ściu. I tak było, że wyje­cha­łem, dosta­łem się do Brze­ścia, byłem tam, ale ten kole­ga, jego brat, oni już nale­że­li do jakiejś orga­ni­za­cji nie­pod­le­gło­ścio­wej. I pew­ne­go dnia przy­szli i aresz­to­wa­li tego mego kole­gę, bra­ta i mnie. Dali mnie do wię­zie­nia, któ­re nazy­wa­ło się Czer­wo­niak, dla­te­go że było z czer­wo­nej cegły zbu­do­wa­ne i było czer­wo­ne, więc wszy­scy nazy­wa­li go Czer­wo­niak. Zaraz po mie­sią­cu czy dwóch – nie pamię­tam już dokład­nie – odbył się sąd i dali nam po pięć lat.

 – Pięć lat łagru?

– Łagru. Jak jesz­cze sie­dzia­łem na Czer­wo­nia­ku, ale przy­szedł Lele­wel, wnuk Lele­we­la tego wiel­kie­go, jak go nazy­wam. Wnu­ka też zamknę­li. I on sie­dział razem w tej celi, gdzie ja sie­dzia­łem, a to była cela na pięć – sześć osób, ale tam sie­dzia­ło pra­wie trzy­dzie­ści. No i on sie­dział i opo­wia­dał nam oczy­wi­ście o swo­im dziadku.

Ale mnie potem wywieź­li, a Lele­wel jesz­cze został, wywieź­li do Kotlasu.

      – Gdzie to jest, jaki to rejon?

– Przed Ura­lem na pół­no­cy. Oni tam budo­wa­li kolej. Przed­tem jesz­cze,  wybu­do­wa­li Kanał Bia­ło­mor­ski. Tam bar­dzo dużo ludzi zgi­nę­ło. W każ­dym razie nas tam dali, do Kotla­su, potem nad rze­kę Peczo­rę, bo tam jedy­ne środ­ki prze­miesz­cza­nia się to była woda, nie było dróg jesz­cze ani kolei, myśmy dopie­ro zaczy­na­li budo­wać tę kolej. Wywieź­li nas do taj­gi, tam gdzie mie­li ten odci­nek kolei budo­wać, bo kolej już docho­dzi­ła już z połu­dnia i z zacho­du. Dali nam sie­kie­ry, pił­ki – nazy­wa­ły się „łuczok” – powie­dzie­li, tu wasz dom.

        – I trze­ba było go wybudować?

– Naj­pierw zaczę­li­śmy budo­wać sza­ła­sy z gałę­zi. W każ­dym razie jakoś żeśmy się koło sie­bie zro­bi­li, i wyci­na­li­śmy drze­wa, tam gdzie mia­ła kolej iść. Pięk­ne modrze­wie tam rosły, pięk­ne lasy. Myśmy to wyci­na­li wszyst­ko, potem jak już wycię­li­śmy pewien odci­nek, to trze­ba było wyrzu­cić z zie­mi wszy­stek torf, bo szyn nie moż­na kłaść na tor­fie, bo się ugi­na itd. Tak że myśmy z począt­ku wycię­li, potem wyrzu­ca­li­śmy ten torf. W nie­któ­rych miej­scach było tego tor­fu mało, a w nie­któ­rych był on głę­biej, tak że trze­ba było wyrzu­cać. Ci na górze mie­li jesz­cze zno­śnie, ale ci coraz niżej… Robi­li takie tara­sy, że się sta­ło na tara­sie i wyrzu­ca­ło się zie­mię do góry. I nie­któ­rzy, co tu dużo mówić, byli w wodzie po kola­na, ci na dole. No i potem stam­tąd zała­do­wa­li nas na rze­kę Peczo­rę. Zła­do­wa­li nas na bar­ki na tej rze­ce i wieź­li nas w stro­nę Morza Bia­łe­go. Nie wiem, co myśmy mie­li tam robić, ale te bar­ki zamar­z­ły i już żeśmy sta­li ład­nych parę dni chy­ba. I wten­czas – to był już rok 1942 – umo­wa Sikor­ski – Maj­ski była.

      – Czy­li ile lat był Pan w tajdze?

– Posła­li mnie tam pod koniec 40 roku.

 – Czy­li od tego cza­su do amne­stii tam Pan pracował?

– Potem, jak stam­tąd jecha­łem, to jecha­łem trzy mie­sią­ce, bo to pół­noc Rosji aż pra­wie do gra­ni­cy per­skiej, to kawał dro­gi.  Tam jak żeśmy zamar­z­li, już jak była umo­wa Sikor­ski – Maj­ski, to mówi­li, że my już nie jeste­śmy „zaklu­cze­ni”, tyl­ko jeste­śmy „towa­risz­czy”. I jakoś bar­ki ruszy­ły i myśmy z powro­tem pły­nę­li do Kotlasu.

  – Po trzech mie­sią­cach dotarł Pan do Kujbyszewa?

– Tak, tam się rząd pol­ski two­rzył, przed­sta­wi­ciel­stwo rzą­du pol­skie­go z Lon­dy­nu. No ale jak to wszę­dzie w począt­kach i w Rosji, był strasz­ny bała­gan. Róż­ne słu­chy cho­dzi­ły, każ­dy co inne­go mówił. Pora­dzi­li nam, żeby­śmy szli na połu­dnie dalej. No i myśmy szli z Kuj­by­sze­wa dalej na połu­dnie. Ja dosze­dłem do Samar­kan­dy, Samar­kan­da, nie wiem, w jakim sta­nie była, już nie pamiętam.

Wie­dzie­li­śmy, że armia się two­rzy, i szu­ka­li­śmy spo­so­bu, żeby dalej się dostać, więc poje­cha­li­śmy do Buzu­łu­ku. W Buzu­łu­ku miej­sca nie było, bo już wszyst­ko było zapeł­nio­ne, bo wszy­scy Pola­cy z całej Rosji sunę­li na połu­dnie, żeby do woj­ska się dostać. Ale nam pora­dzi­li, że w Guza­rze two­rzy­ła się 11. Dywi­zja Pie­cho­ty, że tam może. Więc ja mia­łem kole­gę, razem wyru­szy­li­śmy do Guza­ru. Kie­dy żeśmy tam dotar­li, wybu­chła epi­de­mia tyfu­su pla­mi­ste­go, wszy. Bo w Rosji, jako że to kul­tu­ral­ny kraj, w każ­dym więk­szym mie­ście na sta­cji była „woszo­boj­ka” i woda, „kipia­tok”.

     – Jak dzia­ła­ła „woszo­boj­ka”?

– To był spe­cjal­ny budy­nek i oni tam goto­wa­li wodę i robi­li parę. Ubra­nia się zdej­mo­wa­ło i dawa­ło do pary, i to mia­ło zabi­jać wszy. Ale to nie zabi­ja­ło, tyl­ko roz­ju­sza­ło je jesz­cze bar­dziej i były bar­dziej agre­syw­ne potem.

 – Czy­li przy­jął się Pan tam do woj­ska, do tej dywi­zji pie­cho­ty Pana zapisali?

–  Nie. Ja zacho­ro­wa­łem na tyfus, ale że wszyst­kie szpi­ta­le były peł­ne, wszyst­kie budyn­ki, któ­re moż­na było wyko­rzy­stać dla tych cho­rych z epi­de­mii, były zaję­te, to nas na dwo­rze dali, pod murem, pod ścia­ną nas poukła­da­li i tak żeśmy leże­li. Nie było ani ter­mo­me­tru, o żad­nych lekar­stwach nie było mowy.

 – Czy­li czym leczo­no? Niczym nie leczo­no, tyl­ko Pan leżał?

– Tak, leża­łem tyl­ko. No ale byłem mło­dy i jakoś wytrzy­ma­łem to. Wytrzy­ma­łem, przeszedłem.

        – Jak Pan wyzdro­wiał, to wzię­li Pana do woj­ska, czy już woj­ska nie było?

– Jak wyzdro­wia­łem, to tam się two­rzy­ła szko­ła pod­cho­rą­żych, więc posze­dłem do szko­ły, pamię­tam 28 mar­ca, bo to moje uro­dzi­ny aku­rat, 43 roku.

        – Pan został podoficerem?

– Nie. Wyje­cha­li­śmy do Kra­sno­wod­ska, to port nad Morzem Kaspij­skim, tam zała­do­wa­li nas na bar­ki i popły­nę­li­śmy do Per­sji, miej­sco­wość nazy­wa­ła się Ahwaz.

  – Prze­szedł Pan cały szlak bojo­wy II Kor­pu­su, z 3. Dywi­zją Strzel­ców Karpackich?

– Tak.

        – Wal­czył Pan o Mon­te Cas­si­no, Anko­nę, ale co Panu naj­bar­dziej utkwi­ło z tego szla­ku bojowego?

– Naj­bar­dziej, jak zosta­łem cięż­ko ranny.

     – W jakich okolicznościach?

– Wten­czas już byłem pod­po­rucz­ni­kiem, mia­łem plu­ton w Bri­si­gie­la w Ape­ni­nach we Wło­szech. Była strasz­na pogo­da, śnieg i deszcz padał, takie nie wia­do­mo co. Roz­mie­ści­łem plu­ton po natar­ciu – zdo­by­li­śmy wte­dy Bri­si­gie­lę. Sze­dłem do chłop­ców, któ­rych poroz­miesz­cza­łem wszę­dzie, bo myśmy byli pierw­sza linia, tzw. czuj­ki, naj­da­lej wysu­nię­ty w stro­nę nie­przy­ja­cie­la oddział. Usia­dłem i roz­ma­wia­łem sobie z chłop­cem, któ­ry był w moim wie­ku albo młod­szy nawet. I wte­dy tra­fił mnie arty­le­ryj­ski pocisk. Widzi Pan? Tu jest dziu­ra. Stra­ci­łem kom­plet­nie pra­we oko.

 – Jak Pana ewakuowano?

– Od razu z linii sani­ta­riu­sze wzię­li na nosze i do pierw­sze­go punk­tu opa­trun­ko­we­go pro­wa­dzą. Mnie pro­wa­dzi­li, któ­ryś się pośli­zgnął i wyle­cia­łem z noszy. Wte­dy mówię do nich, weź­cie mnie jeden pod rękę, dru­gi z dru­giej stro­ny pod rękę i ja pój­dę lepiej, bo to w górach, Ape­ni­nach, śli­sko, pogo­da. A potem na punk­cie opa­trun­ko­wym, gdzie już dosta­łem pierw­szą pomoc, to lekarz zde­cy­do­wał, że może da się ura­to­wać oko. Zadzwo­nił i przy­le­ciał „Kubuś”, a „Kubuś” to był mały samo­lot, nawet nie pamię­tam, jakiej mar­ki, któ­ry latał na roz­po­zna­nia. Niem­cy do nie­go nawet nie strze­la­li, bo bali się zdra­dzić swo­je miej­sca sta­no­wisk ognio­wych. „Kubuś” mnie prze­wiózł do Anko­ny do szpi­ta­la. Tam nie dało się nic zro­bić z okiem. Angiel­ski szpi­tal, pyta­li mnie się – widzi, widzi? Mówię, nie widzę, to już tak zosta­ło i wła­ści­wie dla mnie woj­na się skończyła.

    – Już Pan nie wró­cił do oddziału?

– Wró­ci­łem do oddzia­łu, ale już po woj­nie, dla­te­go że w szpi­ta­lu byłem, a to już był koniec woj­ny, 1945 rok. Tak że wró­ci­łem do oddzia­łu i byłem w nim do koń­ca, aż wyje­cha­łem potem do Anglii.

     – Cały czas z II Korpusem?

– Tak. Myśle­li­śmy, że wró­ci­my do Pol­ski, ale Pocz­dam był, no i sny się skoń­czy­ły o Pol­sce. Ja wie­dzia­łem, że do Pol­ski już nie wró­cę, bo już byłem w Rosji i nie chcia­łem dru­gi raz się dostać.

      – Poje­chał Pan z Kor­pu­sem do Anglii, co Pan tam robił?

– W Anglii oni sfor­mo­wa­li Pol­ski Kor­pus Roz­miesz­cze­nia i to było coś w rodza­ju przy­go­to­wa­nia do pra­cy. Były orga­ni­zo­wa­ne naj­róż­niej­sze kur­sy rze­mieśl­ni­cze, jak kra­wiec­two i inne, ale ja Angli­ków też nie lubi­łem po Pocz­da­mie, więc powie­dzia­łem sobie, że przy pierw­szej oka­zji, jaka będzie, to ja z Anglii wyja­dę. I Kana­da zaofe­ro­wa­ła pra­cę na far­mie. Zgło­si­łem się na far­mę, kon­trakt pod­pi­sa­łem na dwa lata. W Kana­dzie pra­co­wa­łem dwa lata i w cza­sie sia­no­ko­sów zapró­szy­łem to dobre oko.

        – Miał Pan tyl­ko jedno?

– Mia­łem tyl­ko jed­no i byłem już kom­plet­nie nie­wi­do­my. Far­mer oczy­wi­ście musiał mnie odwieźć do szpi­ta­la i do leka­rza. Lekarz ten poroz­ma­wiał ze mną i pyta, co ty robisz na far­mie? A ja mówię, kon­trakt pod­pi­sa­łem, bo chcia­łem z Anglii wyje­chać. A on mówi, chcesz, żebym ci pomógł, żebyś już wię­cej na far­mie nie pra­co­wał? Ja mówię, jak najbardziej.

Tak że on to zro­bił, że już wię­cej nie wró­ci­łem na far­mę. On to zro­bił, dla­te­go że, jak powie­dział, nasza dywi­zja we Wło­szech była z waszą dywi­zją. Dla­te­go on się zain­te­re­so­wał mną.

Potem zaczą­łem szu­kać pra­cy i zna­la­złem w De Havillandzie.

      – Budo­wał Pan samoloty?

– Byłem inspek­to­rem. Z począt­ku byłem skła­da­czem, tzw. assem­bler, a potem De Havil­land sam zapro­po­no­wał mi, że mnie wyśle na kurs inspek­to­ra i że będę inspek­to­rem. Zgo­dzi­łem się i zosta­łem inspek­to­rem, i nawet dość wyso­ko dosze­dłem w inspek­cji. A po 30 latach posze­dłem na emeryturę.

      – Pan się cały czas udzie­lał w naszej spo­łecz­no­ści pol­skiej, bo dzia­łał Pan w SPK, budo­wał sie­dzi­bę przy Beverley…

– Nale­żę do 20 pierw­szych, któ­rzy zakła­da­li SPK w Kana­dzie, Wła­dek Turzań­ski był, inni. Tak że wła­ści­wie byłem z tymi, któ­rzy zakła­da­li SPK, i w SPK pra­co­wa­łem dwa­dzie­ścia parę lat prawie.

        – Tutaj widzę Krzyż Har­cer­ski wśród odzna­czeń, był Pan har­ce­rzem w Polsce?

– Byłem w har­cer­stwie. Tutaj też się udzie­la­łem, ale jako przy­ja­ciel harcerstwa.

      – Wte­dy, kie­dy har­cer­stwo się na Kaszu­bach rozwijało?

– Tak, na Kaszu­bach. Budo­wa­łem tam kapli­cę, tam był ksiądz Grzon­dziel, któ­ry już nie żyje, bar­dzo się udzie­la­łem, ale ser­dusz­ko mi nawa­li­ło zno­wuż, tak że już musia­łem uwa­żać. Z De Havil­lan­da się z tego powo­du zwol­ni­łem, jesz­cze mogłem pra­co­wać, ale po trzy­dzie­stu latach i w tej kon­dy­cji ja i leka­rze powie­dzie­li, idź pan na eme­ry­tu­rę, dosyć już tego.

     – Czy Pan wte­dy myślał, że Pol­ska się w ogó­le odro­dzi, że będzie Pol­ska, czy miał Pan nadzie­ję, czy Pan myślał, że to będą Sowie­ty zawsze?

– Ja wte­dy wie­dzia­łem, że coś powsta­nie, ale ja i dzi­siaj nie wie­rzę za bar­dzo. To, co się dzie­je obec­nie, to prze­kra­cza wyobra­że­nie dosłownie.

 – Panie Janie, Pan bar­dzo hoj­ny dar poczy­nił ostat­nio, prze­zna­cza­jąc wiel­ką sumę pie­nię­dzy na fun­dusz, któ­ry ma słu­żyć mię­dzy inny­mi harcerzom.

– Tak.

   – Dla­cze­go takie postanowienie?

– Dla­te­go że lubię har­cer­stwo. Sam kie­dyś byłem har­ce­rzem i po przy­by­ciu tu też się bar­dzo udzielałem.

 – Co daje harcerstwo?

– Daje życie mię­dzy ludź­mi, że się razem trzy­ma­ją, i wyra­bia cha­rak­ter też.

    – To wiel­ki zaszczyt, że Pan zgo­dził się z nami roz­ma­wiać, bo jest Pan przed­sta­wi­cie­lem tego poko­le­nia, któ­re dla Pol­ski wszyst­ko oddało.

– O tak, i to na wszyst­kich fron­tach, wszędzie.

   – Czy Pan nie uwa­ża, że ta ofia­ra była nada­rem­nie, że trze­ba było ina­czej jakoś, że tyle zdra­dy było w tym?

– Ja uwa­żam, że nami mani­pu­lo­wa­no. Tak samo Ame­ry­ka. Roose­velt powie­dział, że Pol­ska natchnie­niem naro­dów, a potem ją sprzedał.

  – My jeste­śmy czu­li na ład­ne słów­ka. Nawet jak pre­zy­dent Trump poje­chał do War­sza­wy, to wszyst­kim się bar­dzo podo­ba­ło, jak mówił.

– No tak, wła­śnie o to cho­dzi, że nas takie słów­ka bio­rą i naj­go­rzej, że my wie­rzy­my w te słów­ka, bo real­ność poka­zu­je zupeł­nie ina­czej, jak real­nie na to patrzeć.

Z mojej rodzi­ny ja jestem ostat­ni Mohi­ka­nin. Jakoś mi Pan Bóg daje. Rodzi­ce żony umar­li w Pol­sce jesz­cze, trzy sio­stry umar­ły tu, w Kana­dzie, i leżą pocho­wa­ne w Wil­nie w Onta­rio, na Kaszu­bach. Ja tam też będę pocho­wa­ny, mam już grób zapła­co­ny, już nawet jest kamień.

        – Tam Panu się podo­ba, tam pach­nie Polską?

– O tak, zawsze. Ja Kaszu­bów lubię, z Kaszu­ba­mi mia­łem cot­ta­ge przez trzy­dzie­ści lat, tak że dobrze z nimi żyłem i uwa­żam, że to są dobrzy, uczci­wi ludzie. Tak że jak umrę, jak żona umrze, to już mamy zapew­nio­ny budy­nek tam, na cmentarzu.

        – W takim razie zapy­tam Pana jesz­cze, co cen­ne­go jest w Pol­sce i w Pola­kach? Dla­cze­go war­to być Polakiem?

– Jed­na bar­dzo ład­na i dobra rzecz, że my wte­dy, kie­dy z nami jest już bar­dzo źle, potra­fi­my się zjed­no­czyć i coś zrobić.

    – Ale dopie­ro wtedy.

– Dopie­ro wtedy.

– Bar­dzo dzię­ku­ję za to, co Pan zro­bił dla Pol­ski przez wszyst­kie te lata, przez swo­ją mło­dość, bo mimo że wte­dy wyda­wa­ło się, że jest na mar­ne, to nie jest na mar­ne, to zosta­je wła­śnie z młod­szy­mi ludź­mi, wła­śnie z tymi har­ce­rza­mi, wła­śnie z tymi ludź­mi, wśród któ­rych dzia­ła Fun­dusz Mile­nium, z mło­dzie­żą, że Pol­ska się prze­no­si dalej dzię­ki takim ludziom jak Pan.

– Pew­nie że tak, ale ja nie wiem… Może to się wypro­stu­je jeszcze.

    – Póki my żyje­my, tak jest w naszym hym­nie, więc miej­my nadzie­ję. Dzię­ku­ję bar­dzo rozmowę.