Znajomość z Krakowem zaczęłam od słuchania opowieści starszych dzieci z wycieczek do Krakowa.  Przywoziły stamtąd emaliowane znaczki z kościołem Mariackim z napisem Kraków. To było przed kamerami na komórkach, i przed kamerami dostępnymi dla wszystkich.

Po jakimś czasie po wycieczce pojawiało się zdjęcie grupowe. Do Krakowa chcieli pojechać wszyscy. I ja też.

A ponieważ mieszkałam niecałe 100 km od Krakowa, to maniakalnie jeździłam do Krakowa na wagary. Mama się nawet nie spostrzegła, bo przed wieczorem byłam z powrotem w domu. Czasem ktoś ze mną jechał – ale tylko zaufani. Ten tajny proceder kontynuowałam, aż do czasu, kiedy dostałam się na studia na Uniwersytecie Jagiellońskim. To był dla mnie raj! Nie studia, tylko pobyt w tym cudownym i magicznym Krakowie. To był Kraków ze Skrzyneckim i biblioteką na każdym kroku. Książek nie było, kopiarek mało, a kopiowanie drogie, tak więc tysiące studentów musiało codziennie drałować do biblioteki, żeby się przygotować do zajęć.

Większości tych bibliotek już nie ma. Została się Biblioteka Jagiellońska. Tę pod Baranami w Rynku przemianowano na bibliotekę wojewódzką.

Czy za nimi tęsknię? Nie. Tęsknię za tymi czasami, kiedy spod opasłej książki spoglądało się powłóczystym wzrokiem na siedzącego obok zaczytanego młodzieńca. Cóż, pewnie młodzi studenci mają dzisiaj swoje sposoby na powłóczyste spoglądanie na siebie.

Kilka lat temu odwiedzając Kraków z pewnym rozczarowaniem odkryłam, że w moim instytucie na Grodzkiej, to co mnie pamięta to tylko kaflowe stare piece. Piece stoją tam do dzisiaj, bo zabytkowe, ale już nie grzeją zmarzniętych rąk zimową porą.

Tamten Kraków był także mniejszy. Dzisiaj liczy on ponad 750 tys. mieszkańców.  Tamten Kraków był mniejszy i biedniejszy.  Zabytkowe kamienice kruszały nie konserwowane – nie było pieniędzy. I pomimo tego, że już w 1918 roku zorganizowano służby konserwatorskie, to jednak Kraków był widocznie ruszany zębem czasu. I właśnie taki Kraków pamiętam. I taki kocham. Bo kocha się swoją ziemię bez względu na bogactwo.

Ale obecny Kraków też mi się podoba. Jest inny, ale za to bardzo bogaty. Liszaje sypiących się tynków zostały zakonserwowane i pomalowane. Niebagatelne było wpisanie Starego Miasta Krakowie na listę zabytków UNESCO w 1978. Z tym przyszedł plan i pomoc finansowa. A potem przyszli turyści. Wydawało się, że Światowe Dni Młodzieży w 2016 roku przyniosą rekordową liczbę turystów, szacowaną na 11 milionów (przybyło ponad 12), ale od tego czasu liczba turystów rośnie z roku na rok.



Obecnie Kraków, szczególnie jego Stare Miasto jest wypełnione turystami  po brzegi. Jest to i widoczne, i słyszalne. Język polski jest coraz rzadziej słyszany. Szczególnie weekendy są oblegane przez cudzoziemców. Kto przyjeżdża?  Brytyjczycy, Niemcy, Holendrzy, Austriacy, Czesi, Włosi.  Amerykanie i Kanadyjczycy przyjeżdżają też coraz częściej.

A fama tego miasta się roznosi, bo takie piękne, takie gościnne, a jakie czyste, no i przede wszystkim –  takie bezpieczne.

Poprzedni raz byłam w Krakowie w listopadzie zeszłego roku i nie mogłam znaleźć hotelu. Wtedy to dowiedziałam się, że weekendy są oblegane przez turystów przylatujących tanimi liniami w piątek wieczorem i wracających do domu  w niedzielę po południu, Tak wielka ilość przyjezdnych stanowi nie lada wyzwanie dla ludności lokalnej i włodarzy miasta. Ale równocześnie turyści wydają pieniądze w Krakowie, tym samym przysparzając pracy i bogactwa.

To co mnie trochę niepokoi to pojawiający się rozdział na teren turystyczny kategorii 1-szej, i to co pozostałe. Jak to się manifestuje?  W obrębie Starego Miasta obsługa jest prima we wielu językach. To czego brak to publicznych toalet. A wiadomo, że cywilizację mierzy się czystością i dostępnością do toalet.

Zatrzymałam się w Domu Polonii w Rynku, i za każdym razem jak wychodziłam to ktoś mnie pytał o toalety. Mała rzecz? Powiedzcie to tym co muszą.

Druga sprawa, już na lokalnym dworcu atuobusowym na Bosackiej wracamy do normalki, czyli opryskliwego traktowania klienta. Wszyscy zapewne wiedzą o czym mówię, bo doświadczamy tego w nieskończoność. Czyli dla zagraniczniaków potrafimy być mili i światowi. A dla samych siebie to już nie. A to przecież  my sami musimy zmienić.

Jak zwykle uczestniczyłam we mszy świętej w kościele Wniebozięcia Najświętszej Marii Panny popularnie zwanym Mariackim. I tu ciekawostka. Podczas prac konserwacyjnych nad centralną figurą Świętego Jakuba podtrzymującego zasypiającą Najświętszą Marię znaleziono z boku wyryty rok 1486. Ołtarz Wita Stwosza był ukradziony przez Niemców w czasie wojny, i wywieziony do Niemiec. Wrócił z Norymbergi w roku 1957.

A ja, zanim polski wiatr pogna mnie dalej podziękowałam Bogu w kościele Mariackim za dar uczestniczenia we mszy świętej w tak znakomitej polskiej katedrze i w tak znakomitym mieście.

Czas przemija, ludzie przemijają, a miasta i kościoły zostają, świadcząc o tym kim jesteśmy. Kraków – moja miłość, na zawsze.

Alicja Farmus