O Machu Pic­chu marzy­łem od dzie­ciń­stwa. Nad­szedł wresz­cie dzień, kie­dy tam będę. Ten dzień jest dzi­siaj.  Za chwi­lę otwie­ra­ją sto­łów­kę, a tam cze­ka śnia­da­nie. Musi­my się najeść na cały dzień. Potem już nie dosta­nie­my nic do jedze­nia. Jed­nak dzi­siaj jest też wyciecz­ka do sank­tu­arium , a tam przy oka­zji jest lunch za jedy­ne 70 cad. Nie jest źle. Wyciecz­ka nazy­wa się „The Best of Peru”, więc powin­no być super. To się oka­że w praktyce.

Po śnia­da­niu dowie­zio­no nas do pocią­gu Vista­don­te. Jest to pociąg kur­su­ją­cy na odcin­ku Cuz­co – Machu Pic­chu. Ma pod­wyż­szo­ny stan­dard, a więc wygod­ne sie­dze­nia ze sto­li­ka­mi przy­kry­ty­mi obru­sa­mi wyro­bu Inków, okna w sufi­cie, przez któ­re moż­na zagrzać apa­rat foto­gra­ficz­ny do czer­wo­no­ści oraz ste­ward ser­wu­ją­cy drin­ki, oczy­wi­ście nie za dar­mo. Prze­ci­ska­my się wąski­mi paro­wa­mi, któ­re wcze­śniej uto­ro­wa­ła rze­ka Uru­bam­ba. Cie­ka­we jest to, że góry poro­śnię­te są bar­dzo ubo­gą roślin­no­ścią, któ­ra na odcin­ku kil­ku­dzie­się­ciu kilo­me­trów zamie­nia się w tro­pi­kal­ną dżun­glę. Musi­my też mieć świa­do­mość, że bar­dzo nie­da­le­ko na wschód roz­po­czy­na się sel­wa ama­zoń­ska. Pociąg jedzie powo­li ze wzglę­du na nie­koń­czą­ce się ostre zakręty.

Doje­cha­li­śmy w koń­cu do koń­co­wej sta­cji kole­jo­wej, gdzie prze­sie­dli­śmy się do auto­bu­su. Począt­ko­wo jechał wzdłuż rze­ki Uru­bam­ba, ale zaraz potem zaczął wspi­nać się po ser­pen­ty­nie wśród bar­dzo stro­mych gór.

Przed bra­mą wej­ścio­wą na tere­ny Machu Pic­chu wszy­scy stem­plo­wa­li sobie pasz­por­ty pamiąt­ko­wą pie­cząt­ką z napi­sem Machu Pic­chu. Idąc ścież­ką nie­dłu­go zoba­czy­li­śmy słyn­ne ruiny. Obraz zapie­ra­ją­cy dech. Ruiny usy­tu­owa­ne na stro­mych zbo­czach gór­skich poro­śnię­tych gęstą roślin­no­ścią. Bia­łe obło­ki jak­by pospa­da­ły na zie­mię i były wyżej lub niżej ruin. Mie­li­śmy wiel­kie szczę­ście, że nie padał deszcz, bo wte­dy nie widzie­li­by­śmy zupeł­nie nic. Nie czu­łem tego jako obra­zu real­ne­go. Czu­łem się jak część wido­ków­ki. Wycią­ga­łem rękę aby spraw­dzić czy to jest real­ne. Było to real­ne i to nie był sen.

Przy wej­ściu na tere­ny Machu Pic­chu spy­ta­łem prze­wod­nicz­kę na jak dłu­go pla­no­wa­na jest wyciecz­ka. Powie­dzia­ła, że na 2 godzi­ny. Nie wie­rzy­łem aby wszy­scy byli dłu­go w jed­nej gru­pie. Wkrót­ce wszy­scy się poroz­dzie­la­ją. W Taj­lan­dii (wyciecz­ki zor­ga­ni­zo­wa­nej też przez Poli­mex w mar­cu) mie­li­śmy prze­wod­ni­ka, któ­ry niósł fla­gę Quebe­ku na dłu­gim kiju. Gdy kie­ru­nek się zmie­niał, cze­kał aż wszy­scy zja­wi­li się wokół nie­go i wte­dy szedł dalej. Zamiast cho­dzić po nie­koń­czą­cych się scho­dach, zna­la­złem ławecz­kę pod strze­chą, na któ­rej obser­wo­wa­łem cały teren. Mia­łem też szczę­ście bo pewien prze­wod­nik opo­wia­dał pew­nej pani sie­dzą­cej obok mnie o histo­rii Machu Pic­chu i róż­nych miej­sco­wych naro­dów, a w tym Inków. Wyglą­da­ło na to, że ta pani to dzien­ni­kar­ka bo nagry­wa­ła roz­mo­wę a i dys­po­no­wa­ła cał­kiem nie­złą wie­dzą na ten temat zawar­tą w jej pyta­niach. Nie będę teraz o tym pisał bo wszyst­ko moż­na zna­leźć na Inter­ne­cie. Po godzi­nie posta­no­wi­łem wró­cić do bra­my gdyż wkrót­ce spo­dzie­wa­łem się powro­tu gru­py. Cze­ka­łem sie­dząc na kamie­niu ponad dwie godzi­ny. Gru­pa wró­ci­ła po trzech godzi­nach. Prze­wod­nicz­ka pośpiesz­nie roz­da­ła wszyst­kim małe kwit­ki, któ­re były prze­pust­ka­mi do restau­ra­cji, któ­ra znaj­do­wa­ła się kil­ka­na­ście kro­ków od bra­my. Restau­ra­cja była na tere­nie Bel­mond Sanc­tu­arium Lod­ge tak dum­nie zapo­wia­da­nym w pla­nie wycieczki.



W pla­nie wyciecz­ki było napi­sa­ne:  „Lunch w Bel­mond Sank­tu­ray Lod­ge – koszt wyciecz­ki 70.00 cad od oso­by”. Zna­la­złem na Inter­ne­cie Bel­mond Sanc­tu­ary Lod­ge a nie Sank­tu­ray. Na Inter­ne­cie było to pięk­ne miej­sce z wido­ka­mi na boga­tą, tro­pi­kal­ną przy­ro­dę, nato­miast z tej restau­ra­cji był tyl­ko jeden widok na… zajezd­nię auto­bu­sów. Poza tym jak moż­na nazwać kil­ka­na­ście kro­ków jakąś wyciecz­ką. Oka­za­ło się, że to był lunch – bufet. Nało­ży­łem sobie talerz, cał­kiem nie peł­ny bo prze­cież mogę potem sobie nało­żyć dru­gi lub nawet trze­ci talerz. Zawsze tak robię. Spraw­dzi­łem na Inter­ne­cie menu tej restau­ra­cji. Naj­droż­sze dania kosz­tu­ją tam 20 – 30 usd. Zja­dłem kil­ka kęsów i tu nagle ktoś krzy­czy: Wycho­dzi­my natych­miast bo spóź­ni­my się na pociąg. Nie­ste­ty musia­łem odło­żyć wide­lec z jedze­niem. Pani­ka powsta­ła, bo widzie­li­śmy tysią­ce ludzi cze­ka­ją­cych na auto­bus, jed­nak bar­dzo szyb­ko wsie­dli­śmy do auto­bu­su. Głod­ni, zmę­cze­ni po wie­lo­go­dzin­nej wędrów­ce jecha­li­śmy stro­my­mi ser­pen­ty­na­mi aby zdą­żyć na pociag Vista­do­ne do Cuz­co. Sie­dząc w auto­bu­sie roz­my­śla­łem jak bar­dzo zosta­li­śmy oszu­ka­ni. Kil­ka kęsów jedze­nia za 70 cad.

Nie­ste­ty to nie koniec. Po wyj­ściu z auto­bu­su oka­za­ło się, że wca­le nie jeste­śmy na sta­cji kole­jo­wej tyl­ko bar­dzo dale­ko od niej. Zaczą­łem iść ze swo­im cięż­kim ple­ca­kiem (wagę robił głów­nie mój cięż­ki apa­rat foto­gra­ficz­ny). Wspi­na­łem się pod górę ponad kilo­metr i nagle poczu­łem się bar­dzo sła­bo i nie mogłem już dalej iść. Wte­dy jeden z uczest­ni­ków wyciecz­ki ura­to­wał mi życie. Wziął ode mnie mój ple­cak i niósł go cały czas. Ten czło­wiek to Dariusz Sko­czy­las. Jemu też z tej oka­zji chciał­bym ser­decz­nie podzię­ko­wać. Kto wie, może bez jego pomo­cy dostał­bym zawa­łu ser­ca. Zawsze cze­kał na mnie i poma­gał mi jak mógł. Do każ­de­go auto­bu­su wszy­scy wsia­da­li pierw­si a ja zosta­wa­łem na koń­cu i w rezul­ta­cie sia­da­łem na tyle. Kie­dy wszy­scy już wyszli i zanim ja wysze­dłem to gru­pa była już bar­dzo dale­ko. Jedy­ną oso­bą, któ­ra myśla­ła o mnie był Darek Sko­czy­las. Dopie­ro w ostat­nich dwóch dniach wyciecz­ki, prze­wod­nicz­ka powie­dzia­ła wszyst­kim, że jestem inwa­li­dą i powi­nie­nem sie­dzieć na pierw­szym miej­scu zaraz przy drzwiach. A widzie­li prze­cież, że cho­dzę z laską i zawsze zosta­ję dale­ko w tyle.

Kie­dy w koń­cu dotar­li­śmy do pocią­gu oka­za­ło się, że jedzie­my nim tyl­ko do  Ollan­tay­tam­bo, któ­re jest cią­gle bli­sko Machu Pic­chu. Co praw­da pociąg jechał powo­li i godzi­nę cze­kał na mijan­ce, ale potem było jesz­cze gorzej. Wysa­dzo­no nas z pocią­gu i zno­wu wędrów­ka do jakie­goś auto­bu­su. Tym auto­bu­sem pałę­ta­li­śmy się w ciem­no­ści przez wie­le godzin. Wyje­cha­li­śmy z Machu Pic­chu o 2 pm, a dotar­li­śmy w koń­cu do hote­lu oko­ło 10 pm zno­wu zmę­cze­ni i bar­dzo głod­ni. Jak zwy­kle poszli­śmy spać bez kola­cji. Tak oto zakoń­czył się czwar­ty dzień The Best of Peru.

Leszek Sam­bor­ski