Ponieważ choinka jeszcze ze mną mieszka, aż do Matki Boskiej Gromnicznej 2-go lutego, wolno mi jszecze wspominać święta. A tak w szczególności prezenty gwiazdkowe. No bo popatrzcie, człek trochę pożył, i w tym życiu trochę rzeczy nazbierał. Nie tylko w głowie, ale i w posiadłościach ziemskich. Niestety większość rzeczy posiadanych to rzeczy zbędne. Ale żal się rozstać,  a może a nuż się przydadzą? Co prawda nie wiem, jak się przydadzą, skoro i tak nie wiadomo, że są i gdzie są. I jak są potrzebne, to i tak kupujemy nowe, bo to łatwiejsze i prostsze. A któż by tam miał listę wszystkich śrubek? Kiedyś nabyłam taką zgrabną huśtaweczkę do ogrodu (mam do dzisiaj). Ale  się zestarzała i potrzeba było nowych śrub. Gdzieś miałam te oryginalne zapasowe śruby. Tylko gdzie?  Postanowiłam nie zawracać sobie głowy szukaniem i kupić nowe. Tylko… Okazało się, że są to śruby metryczne, a my dalej w Kanadzie operujemy śrubami imperialnymi (w inczach). No niby przeszliśmy jakiś czas temu na system metryczny, ale większość śrub, na przykład w Home Depot, jest w systemie imperialnym. I nie o przelicznik tutaj chodzi, bo to łatwo przeliczyć, ale o standardy. Moja huśtaweczka potrzebowała akurat taką śrubę ze standardu systemu metrycznego. Dokładnie takiego rozmiaru w systemie imperialnym nie ma, a metryczne śruby się nie przyjęły. Jakoś sobie z tym poradziłam, bo w sklepie żelaznym w małej mieścinie Madoc w pólnocno-wschodnim Ontario, właściciel niczego nie wyrzucał, i pamiętał, że dostał takie śruby jakieś trzy dekady temu, jak Kanada przechodziła na system metryczny, ale nikt ich nie potrzebował. Kazał mi przyjść za kilka dni, żeby je odnaleźć w zawalonej pakamerze. Poszukał i znalazł i dzięki temu moja huśtaweczka została naprawiona. Służy do dziś. Tylko co by przyszło z tych śrub metrycznych, gdyby zmienił się właściciel i nowy by nawet nie miał pojęcia jakie skarby posiada w magazynie? Wtedy moja zgrabna huśtaweczka byłaby do wyrzucenia.

No i tu sięgamy sedna rzeczy, bo dostałam po raz kolejny od kilkudziesięciu lat pod choinkę w prezencie jeszcze jeden szalik. Nagromadziło mi się już całe pudło szalików. To świadectwo długości mojego życia – co rok to szalik. Więc dostałam jeszcze jeden szalik. Piękny ceglasto czerwony z metką z dobrego młodzieżowego sklepu. Pomyślałam, że musi być w tym wszystkim jakieś przesłanie. Jeśli szalik jest kupiony w sklepie młodzieżowym, to znaczy, że potrzeba mi takich młodzieżowych dodatków. Wywaliłam więc trochę staroświeckich szali, część takich lepszych oddam dla potrzebujących.  Zastanowił mnie także kolor mojego nowego szala. Ceglasto czerwony?  Przecież ja takie kolory nosiłam w Krakowie jak byłam na studiach! A teraz same beże i kolory ziemiste, z przewagą szarego i czerni. Brrr, aż zimno się od tych kolorów robi. W zeszłym roku w Krakowie poszłam do sklepu z polską odzieżą na Wiślnej, i tam młode ekspedientki jeszcze nie nauczone politycznej poprawności, zdenerwowały się na moje wybrzydzanie, i powiedziały mi, że jeśli do końca życia chcę wyglądać jak wdowa, to proszę  iść do innego sklepu.

Poskutkowało. Zmiękczyły mnie. Kupiłam zielony płaszczyk (nigdy przedtem nie ubierałam się w zielone), obcisłe czarne spodnie, i czerwone sznurowane buty. Ach, ileż komplementów zebrałam po powrocie do Kanady! No, to pewnie ten czerwony szaliczek pod te butki? Ktoś przyuważył kolor we mnie, i wybrał pod kolor. Więc co się będę zżymać na jeszcze jeden szalik w życiu. Ważne, że przyniósł mi zastanowienie i w efekcie radość. A to przecież o to chodziło, nie​?