Jakiej zapytacie? Moja siostra oczywiście myślała, że do Art Galery of Ontario (AGO), gdzie jako członek mam różne przywileje, i często idziemy razem na wystawy, albo tylko tak sobie pooglądać.

– Nie, tym razem, nie do tej – starałam się być tajemnicza.

– A do jakiej? Jakiejś prywatnej, gdzie ktoś z twoich znajomych ma wystawę?

–  Nie – byłam stanowcza.

Trochę ryzykowałam, bo jako osoba dociekliwa mogła się dopytywać dalej, albo i zniechęcić.

A to było po moim niedawnym powrocie z Polski. Więc podjechałam po nią i pojechałyśmy do Sherway Gardens. Pochodziłyśmy tu, i tam. Pozaglądały na przeceny, pooceniały manekiny. Nie wiem, czy wiecie, ale manekiny są poubierane w to co jest modne, i co ma zachęcić klientelę do takiego wzoru zakupów. To nic z tego, że nam, tzn tym starszawym się to nie podoba. My się i tak nie liczymy z kilku powodów.

A więc przede wszystkim mamy, i zawsze mieliśmy, węża w kieszeni. Takie biedne powojenne pokolenie. To nieprawda, że jesteśmy rozrzutni. Za to obrośliśmy w grube zasoby materialne, takie jak domy i dacze, czy też różne tam inne domki letniskowe, jakby ich tam nie zwał. Samochody też mamy niezłe, a także trochę biżuterii, no bo ta biżuteria, to w naszym narodzie, gdzie co 20 lat jest albo wojna, albo powstanie, niejednokrotnie pozwalała przeżyć.


A dodatkowo, to my starzy nowo-przybyli do tego kraju, to już szczególnie nie lubimy wydawać pieniędzy na rzeczy zbędne. Kilka lat temu musiałam przejść cały bój, żeby nakłonić przyjaciółkę do kupna nowego zimowego płaszcza (lekkiego i modnego), bo za nic nie chciała się rozstać z tym, który nosiła od lat kilkunastu, twierdząc, że nic złego z nim nie ma, i że jest ciepły. Dopiero jak wywaliłam kawę na ławę, i jej powiedziałam, że wygląda w nim jak nietoperz, bo takie kiedyś były modne płaszcze z rękawem typu raglan, który przypominał skrzydła nietoperza, i że szczególnie starszawe paniusie nie powinny się ubierać w przedpotopowe ciuchy, bo to je tylko postarza, zmiękła.

– Naprawdę?  – spytała. Ale wzięła to sobie do serca i nabyła ładną dłuższą kurtkę. I była z niej, i ze swojego w nim wyglądu, bardzo zadowolona.

– No popatrz, 10 lat mi ubyło! – piała zachwycona. I to była prawda, tak wyglądała. Lżejsza nawet w latach.

Więc z tą siostrą tak się pałętałyśmy po sklepach, że aż się zmęczyłyśmy i poszły na lunch do Pickle Barrel. No i po tym lunchu miałyśmy już dość. I siostra mi mówi, że coś czuje się nie tak i żeby ją wieźć do domu.

– Ale.. – zaczęłam nieśmiało.

– Żadne ale, nieswojo się czuję i jestem zmęczona.

Ok, ok, zawiozłam pod dom. Wieczorem dzwoni.

– A do jakiej galerii miałyśmy pójść?

– Do tej, w której byłyśmy, galerii handlowej. – wyjawiłam jak ją nabrałam, z diabelskim uśmieszkiem pod nosem (ale tego nie widziała, bo to było przez telefon).

Ponieważ dawno nie była w Polsce nie wiedziała, że centrum handlowe, czyli po naszemu ‘mall’ to po polsku galeria handlowa. Udało mi się ją nabrać! Ale czy warto było? Do dzisiaj nie chce ze mną chodzić na wystawy, ani do Art Gallery of Ontario, ani do naszego ‘mallu’ czyli galerii handlowej.

Michalinka