Zimowe jeżdżenie samochodem jest po prostu trudne. Wiem, wiem. Zaraz podniesie się rejwach tych, co ani w zimie, ani w lecie, a tak w ogóle nigdy nie mają żadnych kłopotów z samochodami. Nigdy nie złapali gumy (nie tylko w głupi sposób, tak jak ja), ale tak w ogóle, ani im auto nie stanęło w polu, ani nie zabłądzili, ani im bateria nie wysiadła, itd, itp. Mam wielu takich asów samochodowych dookoła  siebie, ja jednak do nich nie należę. Tak realnie oceniając nie mam szans im dorównać, bo nie mam takich ambicji. W ich super opowieści o świetnym utrzymywaniu i prowadzeniu auta też nie bardzo wierzę. Ale nich im tam! Co mi to szkodzi posłuchać i popodziwiać? Niech się cieszą.

A zimą nie lubię jeździć i już. Próbowałam na zimę odstawiać samochód do garażu. Ubezpieczenie zostawia nam taką opcję, płacimy wtedy tylko stosunkowo niewysokie ubezpieczenie od kradzieży.  Ale tak:  jeżdżę gdzieś prawie codziennie. No niby w większość miejsc mogę chodzić pieszo, bo mieszkam w mieście, i teoretycznie wszędzie mam blisko – ‘walking distance’, około 30 minut. Ale… Spróbujcie zrobić ten pieszy dystans, jak jest bardzo zimno, albo wietrznie, albo śnieżnie, albo deszczowo, albo po prostu wam się nie chce. Poza tym, to co zaoszczędziłam na ubezpieczniu auta, i benzynie to wydałam na przejazdy transportem publicznym. A zajmowało mi to przynajmniej trzy razy tyle czasu. Fakt, że nie musiałam się denerwować padającym śniegiem  i odśnieżać – i podjazdu i samochodu, ale za to musiałam się denerwować na przystankach. Szczególnie jak mi sprzed nosa uciekł autobus, a następny był za 20 minut.

Choć muszę przyznać, jest to spora wygoda, że można sprawdzić na komórze, albo w internecie, kiedy jest następny pojazd. Czekanie jest wtedy mniejsze. A pamiętacie czasy, kiedy wystawało się na przystanku, i nie wiadomo było, kiedy następny pojazd przyjedzie? Wtedy odwoływaliśmy się do magii. Niektórzy intensywnie, wzrokiem zaklinacza węży, patrzyli w kierunku przyjazdu pojazdu. Nic bardziej błędnego, i wbrew jakiejkolwiek logice, choć też to praktykowałam.

Czasem takie ślepienie pomagało, i wtedy mówiło się, o już jedzie. A przecież by przyjechał/nie przyjechał i tak i tak. Inną metodą zaklinania, stosowaną przez moją koleżankę był papieros. Zawsze, mówiła, jak zapalę, to przyjedzie i mi nie pozwoli wypalić. Tak jak się dzisiaj zastanowić to była to jeszcze głupsza magia niż intensywne wypatrywanie.

A dzisiaj proszę, sprawdzę sobie i wiem. Co prawda, nie wszyscy jeszcze potrafią z tego skorzystać, i narzekają, że nie ma na przystankach rozkładu jazdy. Jest, jest, tylko w innej formie. Można na przykład zadzwonić i dowiedzieć się, kiedy jest następny pojazd na danym przystanku.

Kogo jednak stać, to woli swój   samochod. Taki samochód, co prawda, to droga zabawka, szczególnie jeśli się mieszka w mieście z niezłą komunikacją publiczną. Rzecz zbędna,  ale wygodna. Więc już zaprzestałam odstawiania auta na zimę. Zakładam za to zimowe opony, aby mi się bezpieczniej ślizgało. I tuż, tuż, bo w przyszłym miesiącu umówię się z mechanikiem na wymianę opon z zimowych zaraz po Wielkiej Nocy. Wiem, wiem, takie opony to łatwo zmienić samemu. Ale wiecie co?  Na całe szczęście nie muszę się znać na wszystkim, i nawet jeśli łatwo to wolę zapłacić, żeby mi to zrobił jakiś fachowiec. I już przestańcie zanudzać, jacy to dobrzy kierowcy jesteście i jak wszystko sobie koła auta sami robicie, bo to proste. Chcecie to róbcie. A ja nie chcę i już.