Wspomina doktor Zdzisław Kryński (odc.6)

220

Przekonałem się o ich „przyjaźni” w kilka lat później. Doszedłem do wniosku, że prawdziwa przyjaźń to ta z okresu wczesnej młodości, czy szkoły. Prawdziwa przyjaźń to taka, jak na przykład z Tadeuszem Krzeskim, czy z okresu późniejszego (praca w Chorzowie) z Danutą i Kazimierzem Borejko–Chodkiewicz. Któregoś dnia odwiedziliśmy moją ciotkę Eugenię w Legionowie i dowiedzieliśmy się wielu ciekawych rzeczy z jej życia.

Jako młoda dziewczyna miała sympatię, nazywał się Józef Kicman, ale cała rodzina z jakichś powodów była jemu przeciwna i musieli się rozstać. Po pewnym czasie ona wyszła za mąż, on się też ożenił. Oboje mieli dzieci; ona syna i córkę, on syna. Wybuchła wojna. On znalazł się w Armii Polskiej, ona została w Warszawie. Po wojnie oboje owdowieli. On poszukując jej, zdobył jej adres i zaczęli korespondować. Często przysyłał jej paczki z Anglii, co w owych czasach było rzeczą niebywałą, namawiał do wyjazdu i ślubu.

Po jakimś czasie zaproponowałem, że może mógłby nas zaprosić. Zbadalibyśmy na miejscu, jak tam życie wygląda i dalibyśmy jej opis tego, czego mogłaby się spodziewać wyjeżdżając.

Napisała o tym do niego. Dostaliśmy zaproszenie do Anglii.

Był lipiec 1958 r.

W Polsce był to okres „odwilży”, więc dostaliśmy paszporty i samolotem przez Berlin Wschodni dolecieliśmy do Londynu.

Wrażenie było ogromne. Byliśmy olśnieni wyglądem miasta, oczarowani elegancją i warunkami mieszkaniowymi pana Józefa, którego domek znajdował się w bardzo przyjemnej dzielnicy Londynu. Dostaliśmy wygodny pokój z łazienką. Przyjęto nas bardzo gościnnie, od rana do wieczora ganialiśmy po Londynie i okolicy, zwiedzając i zachłystując się wszystkim.

Za spirytus, który cudem przewieźliśmy w małych walizkach, mieliśmy sporo pieniędzy. Zwiedziłem wiele szpitali, nawet miałem propozycję pozostania na 6 miesięcy z dobrą pensję na oddziale laryngologii, ale niestety – nie mogłem skorzystać ze względów rodzinnych. Przez znajomych pana Józefa byliśmy przyjmowani bardzo gościnnie. Dzięki nim zwiedziłem Klinikę Otolaryngologii i miałem możliwość obserwować operację krtani.

No cóż, miesiąc minął bardzo szybko. Nasz pobyt w Londynie zaliczam do jednych z najbardziej udanych wycieczek. Po powrocie do Warszawy – szok był jeszcze większy niż w Londynie: ulice wydały się puste, wystawy sklepowe brudne i biedne.

Tak wyglądał PRL i było to centrum Warszawy.

Już będąc w Londynie starałem się nawiązać kontakty z różnymi krajami pytając o możliwość wyjazdu i pracy. Nawiązałem nawet kontakt z Abisynią, ale na moje szczęście nic z tego nie wyszło. W kraju i na świecie sytuacja stawała się coraz bardziej niepewna, a po rewolucji na Węgrzech straciliśmy nadzieję na większe zmiany.

W międzyczasie jadąc pociągiem na wczasy nawiązaliśmy przyjaźń z poznaną parą Januszem i Jolą Czernkami. Bywaliśmy u siebie często. Janusz był ekonomistą, Jola pochodziła z mieszanej rodziny francusko – polskiej. Ojciec jej był oficerem Oddziału II i po wojnie znalazł się w Chicago. Ponieważ zaczęliśmy robić starania, aby wydostać się z Polski, udało mi się przez ich ojca, załatwić zaproszenie do Chicago. Zaproszenie było wysłane przez znajomego ojca Joli – pana Grzesiaka, także oficera. Zdecydowaliśmy, że najpierw ja pojadę sam, a Irena zacznie się starać o wyjazd z dziećmi.

Był to czerwiec 1960 r.

Chciałbym wrócić jeszcze do lata 1959 roku, kiedy to wyruszyliśmy na wyprawę w poszukiwaniu możliwości wyjazdu z kraju.

Otóż, wpadłem na pomysł, aby wysłać list do kliniki otolaryngologii do Belgradu w Jugosławii, z propozycją wymiany wakacyjnej na miesiąc. Po paru tygodniach dostałem list od lekarza z Belgradu, że chętnie przyjedzie do Warszawy, a nas zaprosi do siebie. Nazywał się Micza Paczowicz przyjechał wraz z żoną, oboje bardzo przystojni i eleganccy. Mieszkali u nas; obwiozłem ich od Gdańska po Kraków, przedstawiłem ich naszym znajomym, starałem się, aby wywieźli jak najlepsze wrażenia. W moim szpitalu byłem gościem.

Na planowaną wizytę pojechaliśmy samochodem przez Słowację i Węgry. Z namiotem i zapasami jedzenia w bagażniku wyruszyliśmy do Jugosławii. Chłopców zostawiliśmy w małym, prywatnym pensjonacie w Rabce. Była to najbardziej udana i pełna przygód wycieczka, jaką pamiętam.

Kiedy przekroczyliśmy granicę Słowacji i pojechaliśmy w kierunku na Bratysławę, w pewnym momencie wyprzedził na samochód, z którego wyszło trzech mężczyzn i zatrzymało nas. Byłem przekonany, że to ich UB chce nas kontrolować. Ale nie. Panowie ci podeszli do nas, zaczęli się witać i poprosili, abyśmy jechali za nimi i wstąpili po drodze do restauracji. Ciągle nie byłem pewien co to znaczy, myślałem że chcą nas sprawdzić, czy nie jesteśmy „szpiegami”. W restauracji – mały poczęstunek, drink i miła rozmowa. Okazało się, że to jacyś wysokiej rangi urzędnicy w podróży samochodem – oczywiście z szoferem.

Czas upływał miło, a na zewnątrz robiło się już ciemno. Panowie ci powiedzieli nam, że jest jakiś zajazd w Bratysławie, lecz miejsc w hotelu już nie dostaniemy i dlatego oni będą próbowali coś zrobić. Dojechaliśmy do miasta. W paru hotelach po drodze nie było mowy o miejscu do spania, aż w końcu ich szofer wpadł na pomysł, że jego znajomy (kawaler) został powołany do wojska na ćwiczenia i jest wolny pokój z łóżkiem. Zawieźli nas tam.

Okazało się, że pokoik był przytulny, pościel czysta, więc czegóż chcieć więcej. Bardzo nam się tam podobało, tym bardziej, że hotele były zbyt drogie, jak na nasze kieszenie. Zdążyliśmy się rozgościć, kiedy rozległo się pukanie do drzwi: „bądźcie gotowi za 15 min, idziemy zwiedzać miasto”. Nasza eskapada trwała do północy. Pogoda była piękna. Księżyc w pełni zaprowadził nas do winiarni nad Dunajem, gdzie na świeżym powietrzu, wśród zieleni, podano nam wino w glinianych dzbankach. Nie byłem przyzwyczajony do takiego picia, po jakimś czasie języki się rozwiązały, a nasi przygodni znajomi zwierzali się, że woleli być związani z Polską niż z Czechami. Było to dobrze po północy, gdy położyliśmy się spać. Rano około 7. pukanie do drzwi: „wstawajcie, pora na śniadanie”. Głowę miałem po wypitym winie, jak z kamienia. Zabrali nas na śniadanie do cukierni, posadzili mnie w fotelu, w którym – jak twierdzili siadywał J. Tiso – prohitlerowski dyktator Słowacji. Po śniadaniu miłe pożegnanie, ale niestety, nasi znajomi nie chcieli zdradzić swoich nazwisk ani adresów. Przy pożegnaniu powiedzieli: „jak będziecie wracać zapytajcie o prince”. Widocznie trochę się przerazili wyjęzyczeń politycznych przy wczorajszym winie.

Wsiedliśmy w samochód i przekroczyliśmy granicę do Węgier. Dojechaliśmy do miasta Goer – przemysłowy ośrodek. Zatrzymaliśmy się przed jakimś hotelem, wychodzimy na ulice, a tu morze młodych ludzi wokół naszego samochodu – okazało się, że na Węgrzech nie było takich modeli. Dopytałem się o najbliższy szpitali, pojechaliśmy tam. Na oddziale laryngologii dyżur miał młody, bardzo przyjemny lekarz, o niemieckim nazwisku. Momentalnie zorganizował miejsce na samochód, zaoferował się oprowadzić nas po mieście, co wraz z ciekawie opowiadaną historią, trwało parę godzin. Następnego dnia przyszedł do nas, odprowadził do szpitala, gdzie stał nasz samochód i polecił nam, skontaktować się z jego rodziną w Budapeszcie, gdzie jak podejrzewał, mogły być kłopoty ze znalezieniem miejsca w hotelu. Podziękowaliśmy za mile spędzony czas, za adres, pod który mieliśmy pojechać i wyruszyliśmy do Budapesztu.

Kiedy wjechaliśmy tam, miasto było pełne śladów po walkach powstańczych: okna w wielu domach pozabijane deskami, na murach domów – ślady kul. Odnaleźliśmy jego rodzinę. Matka i siostra (bardzo sympatyczne kobiety) koniecznie chciały zatrzymać nas u siebie, ale widzieliśmy, że mieszkanie jest jeszcze zniszczone, okna zabite deskami. Nie chcieliśmy sprawiać kłopotu. Po wielu targach siostra jego usiadła do telefonu i zaczęła dzwonić po hotelach. Znalazła wolne miejsce na jedną noc.

Następnego dnia rano, rozpoczęło się zwiedzanie Budapesztu. Benzyna była na przydział, a zagraniczni goście – aby  ją dostać – musieli wykupić bony na poczcie. Wstąpiliśmy na pocztę i tam zobaczyliśmy parę osób mówiących między sobą po polsku. Zaczęliśmy z nimi rozmawiać i okazało się, że jest wśród nich żona konsula, a jej znajomy to profesor botaniki z Warszawy. Podczas rozmowy dowiedzieliśmy się, że pani konsulowa jest w kłopocie, bo samochód profesora zepsuł się i był zmuszony oddać go do reperacji, a ona musi dostać się do męża, który jest w Jugosławii. Z wielkim trudem upchaliśmy ją, jej bagaż do naszego samochodu, który i tak już pękał w szwach od przeładowania i wyruszyliśmy ku granicy.

Kiedy dojechaliśmy, celnicy dokładnie sprawdzali wszystkie samochody i ich zawartość.