Kolejna przygoda na komunijnym rowerze. 🙂

Niedzielne letnie popołudnie, ławeczki przed domami oblegane przez mieszkańców. Mało, kto siedział w domu, ciepły wiatr targał dziewczętom włosy, a nam chłopakom okropnie się nudziło. Któryś rzucił pomysł, żeby pojechać na ryby. Zwykle jeździliśmy do Dworskiego lasu, tak był nazywany. Jego płucami były drzewa, sercem duży dziki staw, a oczami wszelkiego rodzaju ptactwo. Był naprawdę niezwykły, w samym jego środku przy drodze rósł olbrzymi Jesion. Wisiała na nim tabliczka z napisem „Pomnik Przyrody Prawem Chroniony” Był olbrzymi 22 lata temu, więc podejrzewam, że teraz jest jeszcze piękniejszy.

W maju było w tym miejscu jak w baśniowej krainie. Zapach konwalii i ten kojący śpiew ptaków do melodii szumiących drzew i trzepocących na wielu z nich liści. Sama podróż do lasu i stawu wabiła zapachami, za, którymi dziś tęsknię. Wtedy nie zwracałem na to większej uwagi, bo każdy z nas pędził rowerem, aby zająć najlepsze miejsca nad stawem, który nosił nazwę „Budzyń”, czemu tak? Nie wiem do dziś. Krążyły też różne historie, że w czasie ll wojny światowej ugrzęzły w nim niemieckie czołgi. To możliwe, bo staw i całe jego podłoże było na torfowisku, które no właśnie sam poczułem. Kiedyś łowiłem na przybrzeżnej wysepce, gdy w pewnym momencie przyjechali koledzy z innej wioski. Chcieli przejść obok mnie i zająć miejsca. Jeden z nich Marek zachwiał się i niefortunnie mnie trącił, tak, że wpadłem do wody centralnie głową prosto w ten podwodny muł. Strasznie się bałem, bo nie mogłem wyrwać się tego torfowego uściski. Marek już miał skakać po mnie, ale jakoś się wyzwoliłem i wypłynąłem. Pomogli mi wyjść, a potem wszyscy wokół stawu zaczęli się śmiać do rozpuku. Byłem cały ubrudzony, no czarny wręcz i płakać mi się chciało, bo miałem przed oczami mamę, która z taką starannością prasowała spodnie i koszulę. Po jakimś czasie opowiedziałem w domu wszystkim, jakie to nieszczęście mnie spotkało, a oni wybuchli śmiechem. Zero współczucia ha, ha… A teraz znów tam jadę na końcu za wszystkimi na moim komunijnym rowerze z wędką na kierownicy i z myślą, że nim dojadę to znajdę jakąś miejscówkę dla siebie. Pogodzony z tym, że może być różnie zwalniałem i karmiłem się widokami oraz zapachami pięknej natury. Jechałem ze śpiewem na ustach i nim się obejrzałem byłem na miejscu. A tam znów śmiech kolegów, że nie mam gdzie się przykleić. Czemu ja mam tak ciągle, ze wszystkim pod górkę – rozmyślałem. W końcu wziąłem sprawy w swoje ręce. Znalazłem miejsce w samym rogu stawu. Ułożyłem dużo gałęzi i powalonych drzew tak abym mógł zarzucić tylko wędkę. Było tam dużo trzciny i tych brązowych Basiek. Musiałem długim kijem je połamać, żeby był dostęp do wody, a kumple nieustannie się ze mnie podśmiewali, ale Bóg wszystko wynagrodził, a jak? A no tak, że nie zawsze ten ostatni ma przechlapane 🙂 Wędkę miałem tzw. teleskopową, którą kupiłem na targu od Rosjan. Była długa, więc mogłem spokojnie zarzucać ponad trzcinę, której nie udało się połamać. Można powiedzieć, że stałem w zaroślach tak, że nie każdy mnie widział. Kiedy jednak zarzuciłem wędkę miałem branie jedno po drugim i to były okazałe ryby tak, że koledzy już mnie nie wyśmiewali, a nawet pytali czy jest tam miejsce przy mnie, ale ledwo sam stałem z butami w wodzie. Pewnie na innym łowisku bym je zdjął, ale w tym stawie były kurcze pijawki, których bałem się okropnie. Podziwiałem tatę, kiedy je łapał i to jak?! Mącił wodę z brzegu i wkładał nogi do kolan, bo tam były pijawki lekarskie, takie brązowawe z podłużnymi paskami na wierzchu, łatwo było je rozpoznać. Na wiosce był to towar bardzo cenny, traktowany, jako lek na wiele różnych dolegliwości. No, ale tych umiejętności po tacie nie odziedziczyłem, bałem się pijawek i zaskrońców, których było w tym lesie dość sporo.

Wracając do połowów, powrót do domu był wspaniały byłem dumny jak nigdy, wreszcie los się do mnie uśmiechnął. W siatce miałem piękne Karasie, Japońce i Liny. Kumple jak zwykle mnie wyprzedzili, a ja delektując się przyrodą i śpiewem ptaków jechałem powoli. Ten triumfalny powrót przerwał upadek. Zapatrzony w korony drzew wjechałem na graniczny słupek i wywinąłem takiego „orła”, że wszystkie ryby wyleciały mi z siatki na piaszczystą drogę. Do tego starłem kolano, kierownica u roweru była skrzywiona, a tylnie koło ocierało się o ramę. Ech powrót był pechowy, ryby opłukałem w rowie, za lasem i jakoś dojechałem do wioski, a tam nadali mi nową ksywkę, „Szuwarek”. Tak już zostało do dziś, a o moim połowie dalej krąży legenda, jak to Mariusz przyjechał na końcu, wszedł w jakieś szuwary i nałowił całą siatkę ryb 🙂 Często o tym wspominamy, kiedy odwiedzają mnie dawni koledzy i zawsze jest przy tym wiele radości.

Morał z tego taki, że nie zawsze ten, co pierwszy wraca z tarczą i nie zawsze ten ostatni wraca na tarczy 🙂 Twoje ryby czekają na Ciebie… 🙂

Kiedyś staw był bardzo duży, dziś została po nim ledwie namiastka (aktualne foto tak go przedstawia) , a las został okropnie wycięty, serce pęka. Dbajmy o przyrodę, bo niechybnie zginiemy…

Pragnę z całego serca podziękować Panu Kumorowi, za umieszczenie apelu, który napisał w moim imieniu mój przyjaciel Zbyszek. Dziękuje, za wsparcie Wspaniałym Panią z Koła Nadziei, a także moim przyjaciołom Dorotce i jej kochanej mamie. Dziękuje również Pani Wandzie, która zawsze gotowa by pomóc jak i Pani Irence oraz wszystkim, którzy nie pozostają obojętni w tym trudnym czasie na apel o pomoc.

Pozdrawiam wszystkich serdecznie.

Mariusz Rokicki

www.mariuszrokicki.pl