Confolens  to mała, parotysięczna mieścinka w południowo-zachodniej Francji, w regionie Nowa Akwitania i departamencie Charente nad rzeką Vienne. Od 1957 roku każdego sierpnia odbywa się tu festiwal i wtedy miasto liczy  25 tysięcy. Na ten festiwal przyjeżdża około 600 artystów z pięciu kontynentów. Wszystkie zespoły oprócz zespołu z ZSRR mieszkały w jednej szkole. Na śniadanie prawie nikt nie przychodził, bo wszyscy spali. Dopiero w czasie lunchu stołówka była pełna. Potem trzeba było ubrać kostium i mieliśmy kilku kilometrową paradę do rynku, gdzie był koncert. Polski zespół każdego dnia miał na sobie inny strój. To były stroje: rzeszowski, lubelski, śląski, góralski, wielkopolski, łowicki, kaszubski, krakowski, żywiecki i opoczyński. Inne zespoły miały tylko jeden strój. Obserwując stroje wszystkich zespołów uznałem, że najpiękniejszy strój to damski łowicki. Szliśmy wąskimi uliczkami wśród tłumów w potwornej spiekocie. Pamiętam, że pewnego dnia mój akordeon przestał grać bo roztopił się wosk mocujący ramki z głosami. Dopiero w hali, gdzie odpoczywaliśmy przed koncertem było chłodniej i reperowaliśmy mój instrument jak mogliśmy. W czasie parady, czasem był chwilowy postój i wtedy siadałem na moim akordeonie. To był bardzo ciężki Weltmeister-Supita. Klarnecista zawsze mi docinał, dlaczego wybrałem taki ciężki instrument i wtedy mu mówiłem: no to teraz usiądź na swoim klarnecie.

Po koncercie wracaliśmy do naszej szkoły, wszyscy brali prysznic, to i często brakło wody. Kierownik  zespołu, Ignacy Wachowiak z namydloną głową spytał się mnie czy mam jakąś wodę. Odpowiedziałem, że mam tylko lemoniadę. W tym czasie nasze kostiumy schły na słońcu. Wieczorem jedliśmy obiad i naszym obowiązkiem było „buchnąć” litrową butelkę wina lub piwa na nocną imprezę przed szkołą. Po obiedzie jechaliśmy na koncert w miejscowym teatrze na szczęście z klimatyzacją. Wracaliśmy około północy ale nikt nie szedł spać. Graliśmy, śpiewaliśmy na placu szkolnym. Szły w ruch butelki bardzo ciepłego wina lub piwa. Na szczęście kucharki natychmiast się zorientowały i zostawiały nam drzwi od stołówki otwarte abyśmy mogli brać wino i piwo z lodówki. Mówiły, że to wszystko jest przecież dla nas. Szliśmy spać kiedy wschodziło słońce. To dlatego nikt nie przychodził na śniadanie. Wszyscy spali aż do południa.